Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Kroniki Upadłych - Tom I - Część 1

Przedmowa autora :

Witam wszystkich pasjonatów historii alternatywnej.

W moim zbiorze opowiadań przedstawię, jak mogłyby wyglądać losy ludzkości, gdyby

ludzie popełnili inne błędy albo w porę zdołali ich uniknąć. Moje historie będą pełne

naiwności, bólu, rozpaczy i niewiadomych, ale również miłości, miłosierdzia i

romantyzmu.

Tworzone przeze mnie opowieści będą balansować między nauką a science fiction.

Między horrorem a romansem. Będą opisywać zarówno losy zwykłych ludzi, jak i

bardzo wpływowych postaci tego uniwersum. Zapewniam Was, że znajdziecie tu wiele

zwrotów akcji, zarówno tych dobrych, jak i prowadzących do niespodziewanie złych

zakończeń. Pojawią się historie piękne - o honorze, poświęceniu i waleczności - ale

także mroczne opowieści o zdradzie, upadku i zniszczeniu.

Będę starał się przedstawić Wam dzieje narodzin i upadku alternatywnych imperiów,

które częściowo znamy z prawdziwej historii, lecz tutaj przyjmą zupełnie inny kształt.

Historia, którą buduję, opowie również o stworzeniu istnienia wykraczającego poza

ludzkie rozumowanie. Pokaże upadek dawnych wierzeń, ale też przebudzenie nowych

bytów i nowych potęg.

Jeżeli spodoba ci się historia zostaw komentarz !

Tutaj masz tez link do wersji ilustrowanej :

 

https://drive.google.com/file/d/1l4oH2IEewk6XcP-R52M33GX6EfehsgI7/view?usp=sharing

 

Zapraszam do czytania.

Prolog

Wojna nigdy nie kończy się wtedy, gdy milkną działa. Czasem dopiero wtedy zaczyna

pożerać świat naprawdę.

W tej rzeczywistości historia potoczyła się inaczej. Niemcy zwyciężyły w Europie,

Związek Radziecki został wypchnięty za Ural, a Wyspy Brytyjskie spłonęły pod

naporem nowej technologii wojennej. Amerykanie wycofali się za ocean, szykując się

do obrony własnego kontynentu. Na ruinach dawnych państw wciąż jednak trwał opór,

a pod pozornym triumfem zwycięzców zaczynało budzić się coś, czego nie przewidział

nikt.

Kaukaz, jesień 1947

Baza Gekhi

Poranek w bazie Gekhi był zimny, mokry i szary. Mgła jeszcze trzymała się nisko

między wzgórzami, ale na placu już dudniły silniki. Mechanicy przekrzykiwali się nad

hukiem ciężarówek, ktoś niósł skrzynie z amunicją, ktoś inny szukał zaginionej taśmy

do MG, a podoficer przy magazynie darł się na dwóch spóźnionych grenadierów, jakby

wojna nadal trwała dokładnie tak samo jak trzy lata wcześniej.

Dla większości ludzi wojna niby się skończyła. Dla Feldwebla Otto Weissa tylko

zmieniła tempo.

Stał przy burcie ciężarówki i poprawiał pas nośny karabinu z tą samą mechaniczną

dokładnością, z jaką kiedyś sprawdzał oporządzenie przed wejściem do ruin

Stalingradu. Tam nauczył się jednej rzeczy, która została w nim już na zawsze:

człowiek ginie najczęściej nie wtedy, kiedy się boi, tylko wtedy, kiedy uzna, że już

wszystko rozumie.

Moskwa nauczyła go zimna. Stalingrad nauczył go prawdy.

W Moskwie marzli i cofali się przez biel, której nie dało się pokonać samą odwagą. Ale

dopiero Stalingrad rozdarł mu głowę do końca. Stalingrad nauczył go, że dowódcy

kłamią, miasta umierają jak zwierzęta, a człowiek może przywyknąć do widoku zwłok

szybciej niż do ciszy po ostrzale.

Do dziś czasem wracał do jednej ulicy. Nie pamiętał jej nazwy. Pamiętał tylko mur z

wybitym oknem, zmrożone ciało dziecka pod schodami i sierżanta z jego kompanii,

który mówił, że po wojnie będzie hodował konie. Dwie godziny później ten sam

sierżant leżał bez dolnej szczęki w śniegu zmieszanym z cegłą.

Otto już dawno przestał wierzyć w wielkie słowa. Została mu tylko zasada:

Nie zabijaj bez potrzeby.

Ale jeśli już musisz zabijać, nie okłamuj się, że robisz coś szlachetnego.

Nie czyniło go to dobrym człowiekiem. Czyniło go tylko mniej głupim od reszty

Obok skrzynki z amunicją Obergefreiter Karl Mertens odpalał papierosa i komentował

tyłek pielęgniarki z lazaretu tak głośno, jakby chciał, żeby usłyszała go połowa bazy.

Karl był z tych ludzi, których wojna nie wypaczyła — wojna po prostu dała im okazję,

by żyć bez maski.

Kilka metrów dalej Grenadier Lukas Voss sprawdzał zamek karabinu po raz trzeci,

potem czwarty, potem jeszcze raz, jakby mógł zamknąć nim własny strach. Był

najmłodszy. Miał twarz chłopaka, który jeszcze rok temu mógł pracować w sklepie albo

jeździć rowerem do dziewczyny, a nie szukać min przy rzece w górach Kaukazu.

Na schodkach sztabowego baraku pojawił się Hauptmann Erich Brenner. Jak zwykle

idealny. Czysty kołnierz, rękawiczki, twarz opanowana. Otto nie ufał ludziom, którzy po

wojnie wyglądali za porządnie.

— Weiss. Mertens. Voss. Do pojazdu. — rzucił Brenner.

Otto podszedł pierwszy.

— Cel?

Brenner spojrzał na niego chwilę dłużej.

— Alkun.

— Meldunki o lokalnym powstaniu komunistycznej partyzantki.

— Prawdopodobne składy broni.

— Wsparcie pacyfikacji razem z 37. oddziałem zmechanizowanym.

Karl uśmiechnął się krzywo.

— Brzmi jak szybka robota.

Lukas odezwał się ostrożnie:

— To tam zniknął ten patrol?

Brenner nie odwrócił wzroku.

— Patrol nie wrócił.

— Nie nadał meldunku.

— To wszystko.

Karl prychnął.

— Czyli zniknął.

Otto zapytał:

— Ilu ludzi?

— Jedna sekcja.

— Kto dowodził?

— Leutnant Heller.

Otto znał to nazwisko.

— Heller nie gubił ludzi bez słowa.

Brenner poprawił mankiet.

— Najwyraźniej tym razem zgubił.

Otto nic nie odpowiedział, ale coś już siedziało mu pod skórą. Heller był ostrożny. Jeśli

wszedł i nie nadał meldunku, to znaczyło, że albo zginęli bardzo szybko, albo trafili na

coś, czego nie rozpoznali.

Karl zaciągnął się papierosem.

— Jeśli czerwoni dalej siedzą po tych górach, to trzeba ich po prostu wypalić.

Lukas spojrzał na niego.

— Wszystkich?

Karl wzruszył ramionami.

— A jak odróżnisz jednego od drugiego?

Otto odezwał się sucho:

— Po tym, czy strzela.

Karl zaśmiał się.

— Ty to zawsze jesteś romantyk, Weiss.

Otto odwrócił głowę.

— Nie.

— Po prostu nie lubię marnować amunicji.

Lukas spojrzał na niego, jakby próbował zrozumieć, czy to żart. Nie był pewien. Karl za

to parsknął.

Brenner wszedł między nich głosem chłodnym jak stal.

— W Alkun nie interesuje mnie filozofia.

— Interesuje mnie porządek.

— Wchodzimy, sprawdzamy, czyścimy, wracamy.

— Jeśli opór będzie większy, niż przewidywano, 37. oddział zrobi resztę.

Otto skinął głową. Ale nie wierzył ani w „szybką robotę”, ani w „sprawdzamy,

wracamy”. Takie słowa zwykle kończyły się trupami.

Droga do Alkun

Kolumna ruszyła po niecałych dwudziestu minutach.

Na przodzie jechały dwa pojazdy zmechanizowane, za nimi ciężarówki z piechotą, dalej

sprzęt i odwód. Droga wspinała się i opadała między wzgórzami, szara od pyłu i błota.

Raz po raz mijały spalone obejścia, porzucone wozy albo małe posterunki zbudowane

jeszcze podczas walk o Kaukaz.

Otto siedział przy burcie ciężarówki i patrzył na drogę. Nie na krajobraz. Nie na niebo.

Na drogę.

To też była lekcja Stalingradu.

W ruinach człowiek, który patrzył za daleko, zwykle nie dożywał końca dnia.

Karl odpalił kolejnego papierosa.

— Jak myślicie, co będzie za pięć lat?

Lukas uniósł głowę.

— Z czym?

— Ze światem, idioto.

— Londyn padł, czerwoni przegrali, Europa należy do nas. Jak to będzie wyglądało?

Lukas zawahał się.

— Mój brat mówił, że teraz trzeba będzie odbudowywać. Że jak wojna już się

skończyła, to Niemcy będą budować nowe drogi, miasta, szkoły...

Karl roześmiał się gardłowo.

— Szkoły? Dla tych ludzi?

Lukas zmarszczył brwi.

— Jeśli mamy nimi rządzić, to chyba trzeba...

Karl wszedł mu w słowo:

— Trzeba, żeby się bali.

— Człowiek, który się boi, sam pilnuje porządku.

Otto odezwał się bez patrzenia na nich:

— Tylko do pierwszej zimy.

Karl prychnął.

— Co?

— Człowiek głodny i zmarznięty przestaje się bać tak, jakbyś chciał.

Brenner siedział bliżej kabiny, ale słyszał wszystko.

— Strach jest narzędziem - powiedział. - Nie systemem.

— Prawdziwa władza musi dawać jeszcze porządek, pracę i cel. Inaczej dostajesz tylko

wieczny bunt.

Karl pokiwał głową z udawaną powagą.

— Herr Hauptmann znów wykłada politykę.

— A ty znów mylisz brutalność z inteligencją — odpowiedział Brenner.

Lukas spojrzał na Otto.

— A pan?

— Jak pan myśli, co będzie dalej?

Otto milczał chwilę dłużej.

Droga zakręciła przy rozbitym niemieckim wozie leżącym na boku w rowie. Drzwi były

wyrwane. Na pancerzu widniały stare ślady po odłamkach. Jeden z żołnierzy 37.

oddziału jadący obok krzyknął:

— To z tamtego patrolu!

Otto spojrzał na wrak uważniej.

Na burcie zobaczył coś dziwnego.

Metal wyglądał, jakby spłynął i zastygnął z powrotem. Jakby przez chwilę zrobił się

miękki.

Otto zmrużył oczy.

— Zatrzymaj.

Kierowca nie usłyszał albo nie chciał słyszeć. Kolumna jechała dalej.

Lukas nachylił się.

— Co pan zobaczył?

Otto odparł cicho:

— Jeszcze nie wiem.

Karl machnął ręką.

— Pewnie Ruskie wypalili go jakimś ładunkiem.

— Nie takim, jaki znam — powiedział Otto.

Lukas przełknął ślinę.

— Może Heller właśnie na to trafił?

Otto nie odpowiedział. Ale pierwszy raz od wyjazdu z Gekhi poczuł wyraźnie, że nie

jadą do zwykłej wioski.

Alkun

Kiedy Alkun wyłoniło się między wzgórzami, wyglądało jak miejsce po zarazie.

Brak dymu, brak ruchu, brak zwierząt, brak ludzi...

Kolumna zatrzymała się na obrzeżach. Zmechanizowani zostali przy pojazdach,

piechota ruszyła główną drogą.

Otto zauważył porzucone rzeczy: dziecięcy wózek z urwanym kołem, wiadro

przewrócone przy studni, drzwi otwarte tak, jakby ktoś wybiegł z domu i już nie wrócił,

misę z zaschniętą kaszą przy progu, szal porzucony w błocie.

Nie wyglądało to jak planowa ewakuacja.

To wyglądało jak nagłe zniknięcie życia.

Karl rozejrzał się po pustych ulicach.

— A może naprawdę uciekli.

Otto kucnął przy śladzie zaschniętej krwi na progu jednego z domów.

— Za dużo rzeczy zostawili.

Brenner wszedł na plac przy hali ludów i powiedział półgłosem:

— Za cicho.

Lukas ściszył głos.

— Nie podoba mi się to miejsce.

Karl uśmiechnął się paskudnie.

— Dobrze. Miejsca, które się podobają, zwykle kończą się gorzej.

I wtedy od strony rzeki dobiegł pierwszy krzyk.

Potem seria.

Potem echo.

Brenner od razu uniósł rękę.

— Do przeprawy. Szybko.

Rzeka

Przy zakolu znaleźli ciała Niemców. Dokończonych po walce. Wystawionych jak

przynęta. Otto od razu wyczuł zasadzkę, ale nie zdążyli się cofnąć.

CKM z drugiego brzegu przeciął kamienie. Moździerz zamknął im drogę odwrotu. Lukas

szarpał się z radiem. Karl klął. Brenner wydawał krótkie, twarde rozkazy.

— Pozycja nisko przy trzcinach! — wrzasnął Otto.

— Druga wyżej, przy skałach!

Karl wychylił się na sekundę.

— Widzę błysk!

Seria przecięła pień nad jego głową.

Lukas w końcu złapał łączność z 37. oddziałem i wezwał wsparcie. Chwilę później

usłyszeli silniki transporterów. To dało wszystkim krótką nadzieję... Za krótką...

Gdy pojazd zszedł ku brodowi, dostał pociskiem przeciwpancernym. Rozdarło bok

pancerza, a płonący żołnierz, który próbował się wydostać, zginął od serii po kilku

krokach.

— Panzerfaust! — ktoś wrzasnął.

Otto od razu zrozumiał, że to nie jest zwykła partyzantka. A kiedy Lukas zdołał zdjąć

operatora jednego z ckm-ów, przez sekundę na twarzy chłopaka pojawiła się

prawdziwa duma.

— Widział pan?! — krzyknął. — Dostałem go!

Otto zdążył tylko otworzyć usta.

Drugi karabin maszynowy odezwał się natychmiast.

Seria weszła Lukasowi w pierś i szyję. Młody upadł do tyłu, a Otto dopadł do niego zbyt

późno.

Karl przestał się śmiać.

Brenner tylko rzucił:

— Zostawić.

Ale tym razem nawet jego głos zabrzmiał ciężej.

Otto zamknął młodemu oczy i zabrał mu ładownice.

— Mówiłem ci, żeby nie wychylać się za długo — mruknął, choć wiedział, że Lukas już

nie słyszy.

To był jedyny rodzaj pożegnania, na jaki pozwalała wojna.

Przeprawa

Nebelwerfer został rozstawiony w szaleńczym pośpiechu. Pierwsza salwa rozorała

drugi brzeg i pozwoliła Niemcom ruszyć przez brod.

Po drugiej stronie czekało ich jednak coś gorszego.

Z linii drzew wyjechały opancerzone wozy bojowe NKWD.

Nie jeden...Kilka.

Brudne, połatane, ale sprawne. Na bokach — czerwony sierp i młot.

Karl zamarł.

— To niemożliwe...

— Mówili, że ruscy już dawno za Uralem.

Brenner krzyknął:

— Rozproszyć się!

Działka sowieckich wozów i ciężkie karabiny przecięły niemiecki klin. Ludzie padali na

błotnistym zboczu jak kukły.

Otto patrzył ponad nimi, w głąb lasu.

Tam był ruch..

Ludzie NKWD osłaniali coś ciężkiego, co szykowali do wprowadzenia w głąb lasu.

— Oni bronią czegoś ważniejszego niż ta pozycja! — krzyknął Otto.

Brenner spojrzał i skinął głową.

Druga salwa Nebelwerfera zniszczyła jeden wóz, ciężko uszkodziła drugi. Ten jednak

dalej walił mimo zniszczonej wieżyczki. Trzeci zaczął się powoli wycofywać.

— Ten spierdala! — wydarł się Karl.

— Nie — odparł Otto. — On osłania odwrót tego, co mają z tyłu.

I wtedy przyszło niebo.

Apokalipsa

Najpierw dźwięk.

Trzepoczący, metaliczny, nieludzko ciężki.

Potem sylwetki na niebie.

Helikoptery.

Ogromne. Opancerzone. Z ciężkimi działkami i rakietami. Z runami SS i trupimi

czaszkami.

Jeden z grenadierów zmechanizowanych wrzasnął:

— Wsparcie! Wsparcie!

Otto powiedział tylko:

— Nie ciesz się za wcześnie.

Maszyny zawisły nad doliną i przez kilka sekund po prostu patrzyły. Namierzały cele.

Pozwalały obu stronom wykrwawić się jeszcze trochę.

— Czemu nie strzelają? — spytał Brenner.

— Bo jeszcze nie skończyli liczyć — odpowiedział Otto.

Potem spadł ogień.

Najpierw w ruskich.

Rakiety rozdarły wycofujący się wóz. Napalm spadł na skraj lasu.

A potem w Niemców.

Wyrzutnia Nebelwerfer eksplodowała. Obsługa zniknęła w chmurze ognia i metalu.

Zmechanizowani płonęli. Rosjanie płonęli. Niemcy płonęli. Brzeg rzeki zamienił się w

jedno wielkie piekło.

Brenner został ciężko ranny. Karl ogłuszony. Otto dostał odłamkiem w klatkę.

Nad nimi wisiały trzy ciężkie maszyny, omiatając pole walki z góry jak sępy.

To nie było wsparcie...to było czyszczenie.

Przejęcie pola bitwy

Potem lądowały kolejne śmigłowce.

Z ramp schodzili żołnierze 2. Paranormales Bataillon der SS. Wysocy, w czarnych

pancerzach, z maskami i wspomaganymi segmentami pancerza. Nie krzyczeli. Nie

biegli. Po prostu chodzili po polu walki i dobijali wszystkich, którzy jeszcze się ruszali.

Rosjan, niemców , rannych.

Jeden z żołnierzy zmechanizowanych próbował błagać:

— Nie strzelać! Swoi! Swo...

Strzał urwał mu twarz.

Karl patrzył na to z czystym niedowierzaniem.

— Oni zabijają naszych...

Otto podniósł się z wysiłkiem.

— Już nie ma naszych.

Tych, którzy mogli jeszcze iść, zagonili do lasu.

Droga do wnętrza lasu

To nie był marsz. To było pędzenie. Pod lufami, przez dym, przez spalony podszyt.

przez błoto, łuski, szczątki i wraki.

Co kilka kroków mijali rannych, których SS dobijało bez zwalniania. Widzieli też resztki

Rosjan pędzonych inną ścieżką. W pewnym momencie jeden z nich próbował rzucić się

na czarnego żołnierza z nożem. Nawet do niego nie dobiegł. Został zastrzelony trzema

krótkimi strzałami, a kolumna szła dalej, jakby nic się nie wydarzyło.

Brenner ledwo szedł. Karl raz po raz oglądał się za siebie.

— Dokąd oni nas prowadzą? — syknął.

Otto ciężko oddychał.

— Do powodu.

— Jakiego powodu?

— Tego, dla którego spalili nas i ruskich.

W lesie zaczęło robić się zimno. Nienaturalnie zimno. Oddechy parowały. Metal broni

robił się lodowaty. Jednemu z zmechanizowanych zadrżały ręce .

— To nie jest normalne... — wyszeptał.

Karl spojrzał na gałęzie, potem na ziemię.

— Las płonął. Nie powinno być tu tak zimno.

Otto czuł to samo. Jakby coś wysysało ciepło z powietrza.

W końcu drzewa się rozstąpiły.

I wyszli nad wielki lej.

Gwiazdka z nieba

Na dnie tkwił obiekt.

Długi, czarny, o ostrych krawędziach. Jak mały okręt podwodny zrobiony z czegoś

pomiędzy skałą a metalem. Z pęknięć sączyło się zimne światło.

Kazali im kopać.

Kopali.

Po pół godzinie zaczęli padać ludzie. Krwawili z nosa i oczu. Drżeli. Zataczali się. Radio

jednego z esesmanów zapiszczało tak ostro, że cisnął je w błoto.

Karl wyszeptał:

— To coś nas zabija.

Otto odpowiedział:

— A oni od początku o tym wiedzieli.

I wtedy pojawił się gigant.

Czarna, trzymetrowa, może większa postać. Runy SS na pancerzu. Czerwone wizjery.

Ruchy bardziej maszyny niż człowieka. Skoczył do leja, wysunął mechaniczną piłę z

rękawa i rozciął obiekt.

Ze środka wyciągnął kapsułę.

A w niej była materia, której Otto nie umiał nazwać. Mieniła się na zielono, błękitno i

fioletowo, jakby była światłem, cieczą i czymś jeszcze naraz.

Jeden z esesmanów powiedział prawie nabożnie:

— Egzotyczna materia... nareszcie.

Chwilę później kazano rozstrzelać wszystkich świadków.

Karl próbował wrzasnąć.

Brenner już prawie konał.

Otto dostał serię i padł.

Nad nim stanął żołnierz SS.

— Walhalla wartet.

Padł strzał.

I to był koniec dla Otto Weissa i jego druzyny.

Ale nie koniec tego, co spadło z nieba...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania