Kroniki Wybawcy / Hobbit - Strona 2.
– Cholera, jestem spóźniona! – krzyknęłam przerażona, spoglądając na wyświetloną godzinę w telefonie. – Przecież on mnie zabije! – Pośpiesznie schowałam urządzenie do plecaka i zaczęłam biec najszybciej, jak tylko potrafiłam.
- Jak mnie przyłapie na spóźnieniu, to czuję, że zostanę wywalona szybciej, niż zostałam zatrudniana.
Szef nie należy do najprzyjemniejszych ludzi w moim otoczeniu. Wielki, upasły wieprz, który zawsze chodzi z twardym wyrazem twarzy i bez przerwy marszczy brwi, jakby cały świat był przeciwko niemu. Czepia się o dosłownie wszystko – od minimalnie zagiętej kartki w raporcie, przez źle ustawione krzesło w biurze.
Czasami mam dziwne wrażenie, że pozwala sobie na zdecydowanie za dużo – podnosi głos bez powodu, potrafi wbić w człowieka spojrzenie, które sprawia, że czujesz się jakbyś nagle stanęła na cienkim lodzie i zaraz miała się przewrócić. W powietrzu czuć jego nieustanną kontrolę, a każdy krok, który wykonuję w jego obecności, jest jak balansowanie na cienkiej linie.
***
Cała zdyszana i lekko spocona wparowałam jak dzika świnia na zaplecze restauracji. Ruszyłam prosto do prostokątnej, metalowej szafki. Łapiąc łapczywie powietrze ustami, włożyłam mały kluczyk do dziurki, przekręciłam go i otworzyłam drzwiczki. Wyciągnęłam plakietkę z moim imieniem oraz białą, starannie wyprasowaną koszulę firmową. Bluzę szybko ściągnęłam z siebie i włożyłam do szafki razem z plecakiem, starając się nie gubić oddechu i nie przewrócić czegoś po drodze.
Idąc do głównej sali restauracji, po drodze spryskałam mokre pachy dezodorantem, maskując nieprzyjemny zapach potu. Zauważywszy, że zużyłam go do samego końca, wyrzuciłam opakowanie szybkim, sprawnym ruchem do kosza, obok którego przechodziłam. Zanim jednak weszłam do sali, przypięłam plakietkę do koszuli i szybko związałam włosy w kucyka.
- Mam ci mówić, że masz przechlapane?
Jak tylko przekroczyłam próg drzwi spojrzałam na mojego rozmówce.
- Bardzo chujowo? - zapytałam jeszcze dysząc z mojego dwudziestominutowego maratonu.
Amanda pokiwała energicznie głową. Przeklęłam pod nosem i podeszłam do monitora, gdzie musiałam zaznaczyć swoją obecność w pracy.
– Nigdy ci się nie zdarzało spóźnić? Coś się stało? - zapytała zaciekawiona.
Koleżanka zerknęła tylko na mnie kątem oka, układając przed sobą wypolerowane szklanki na okrągłej, czarnej tacy.
– Przyjechałam późniejszym busem, na wcześniejszy się spóźniłam – westchnęłam zmęczona.
– Nie miałam pojęcia, że godziny się mi pozmieniały – dodałam w pośpiechu i nie tracąc zbędnego czasu, wzięłam tacę ze szklankami, żeby rozłożyć je na stolikach.
– Mogłaś przecież do mnie zadzwonić. Przyjechałabym po ciebie, głupku – Amanda pokręciła z niedowierzaniem głową, ale po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech.
– Nie miałam do tego głowy, przepraszam – zerknęłam za siebie, łapiąc z nią kontakt wzrokowy.
***
Po uporządkowaniu całej reszty stałyśmy już za barem i czekałyśmy, aż klienci zaczną wypełniać całe pomieszczenie. Jak zawsze – plecy wyprostowane, włosy starannie upięte i ten wielki, słodki uśmiech, który miał maskować wszystko, co działo się wewnątrz.
Tak właśnie wyglądało moje życie... dom–praca, praca–dom i nic poza tym. Pieprzona codzienna monotonia. Dobijało mnie nawet budzenie się z myślą, jak przetrwać kolejny dzień i niczego nie zepsuć. Ta bezsilność i nuda zabijały mnie od środka.
Czasami, kiedy patrzyłam na klientów zamawiających kawę, uśmiechając się do nich mechanicznie, czułam, że same ruchy rąk stają się automatyczne, jakby ktoś przejął kontrolę nad moim ciałem. W takich chwilach marzyłam, żeby nagle wydarzyło się coś szalonego, coś, co wyrwałoby mnie z tej rutyny – choćby jeden moment chaosu, który przypomniałby mi, że wciąż żyję, że nie jestem tylko figurką do obsługi stolików.
W sercu tliło się uczucie ciężaru, które nie dawało mi spokoju. Myśli krążyły wokół trudnych doświadczeń, które od dawna przechodziłam – licznych zawodów, rozczarowań i chwil, które łamały mi oddech.
– Dlaczego ja? – zadawałam sobie pytanie w myślach, a umysł wypełniał chaos, jakby każda myśl była osobnym, ciężkim kamieniem, który miażdżył mi klatkę piersiową – czy kiedykolwiek znajdę ulgę i szczęście? Czy to w ogóle jest możliwe, żeby przestać czuć ten nieustanny ciężar?
Czułam, że każda odpowiedź ucieka, a ja zostaję sama w tym wirze emocji, gdzie granica pomiędzy nadzieją a rezygnacją jest bardzo cienka. Serce biło mi w przyspieszonym tempie, choć starałam się je uspokoić. W takich momentach pragnęłam tylko jednego – żeby ktoś po prostu podał mi dłoń i powiedział, że wszystko będzie dobrze – wiedząc, że nigdy to nie nastąpi.
Świat pozbawiony jakichkolwiek barw nie pozwalał mi na inne myślenie ani podejście do niego. Każdy dzień był szary, zimny, jakby pochłaniał całą moją energię i radość życia. Bardzo chciałabym, żeby pojawił się jakiś cholerny cud z nieba, który wyciągnie do mnie pomocną dłoń i odmieni moje życie, dodając mu kilka żywych, pulsujących barw – czerwieni zachodzącego słońca, zieleni liści muskanych wiatrem, złotych promieni wbijających się w szyby.
Chciałabym czerpać z życia wszystko, co tylko się da, dotykać go wszystkimi zmysłami, czuć zapachy, smaki, dźwięki, zamiast jedynie patrzeć na świat przez szarą, przytłaczającą mgłę. A nie bać się, że za chwilę znów będę wąchać kwiatki... od spodu, z perspektywy, której nikt nie powinien doświadczać, bynajmniej nie w moim wieku.
W sercu tliła się tęsknota za kolorami, ciepłem i zwykłym spokojem, który wydawał się nieosiągalny. Każda chwila bezbarwności uświadamiała mi, jak bardzo pragnę choć odrobiny światła, choć jednej iskry życia, która przypomni mi, że nadal mogę marzyć i oddychać pełną piersią.
Już po kilku godzinach pracy zaczęłam odczuwać „to" zmęczenie. Oblewał mnie zimny pot, powodując gęsią skórkę na całym ciele. Co chwilę sięgałam po chusteczki, wycierając spoconą twarz, z której nieustannie kapała słona woda. Do tego dochodziły ogromne buchy gorąca i duszności, przez które ciężko było mi oddychać.
Przyjaciółka, widząc, co się ze mną dzieje, podeszła niezwłocznie i delikatnie chwyciła moje ramię. Od razu spojrzałam na nią zmęczonym wzrokiem.
– Zostaw to. Wyjdź na świeże powietrze i tak zaraz mamy przerwę – powiedziała. Widząc powagę w jej oczach, kiwnęłam tylko głową i zrobiłam, jak kazała.
***
Stojąc przed drzwiami zaplecza, bez wahania pchnęłam je mocno do przodu. Drzwi skrzypnęły lekko, a po chwili podmuch wiatru uderzył we mnie, przynosząc ze sobą zapach wilgotnego powietrza i lekki chłód, który przeszył mi ramiona. Serce zabiło szybciej, a ciało automatycznie napięło się, jakby przygotowując mnie na coś nieznanego. Każdy krok na betonowej posadzce odbijał się echem, a ja czułam, że za chwilę moje zmysły zostaną wypełnione nową energią, nieokreśloną i elektryzującą.
– Boże, o wiele lepiej! – krzyknęłam zadowolona, podchodząc od razu do metalowej barierki. Oparłam się o nią lekko wilgotnymi rękoma, opuszczając głowę w dół. Przymknęłam oczy i wdychałam oraz wydychałam głośno powietrze ustami.
Po chwili usłyszałam za sobą otwierające się drzwi. Nie mając zbytnio siły na interakcję, postanowiłam nie reagować i pozostać w tej samej pozycji. Jednak dźwięk odpalanej zapalniczki utwierdził mnie w przekonaniu, że nie mam się czym martwić. Wiedziałam, kto stoi za mną – Amanda.
Podeszła do mnie i również oparła się o barierkę, wzdychając.
– Zdarza się to coraz częściej. – Włożyła końcówkę papierosa do ust i zaciągnęła się mocno, a po chwili wypuściła dym.
Do moich nozdrzy szybko dotarł ohydny zapach, którego nienawidziłam. Skrzywiłam się z przekąsem, nadal mając przymknięte oczy.
- Co ty nie powiesz? Nie zauważyłam - parsknęłam rozbawiona.
– To nie jest śmieszne – warknęła wściekle, świdrując mnie wzrokiem – Martwię się o ciebie – dodała ciszej i spokojniej.
Przełknęłam ślinę i otworzyłam oczy. Uśmieszek zniknął szybciej, niż się pojawił. Wyprostowałam się i w końcu odwzajemniłam jej spojrzenie.
Amanda była w tym samym wieku co ja. Była wysoką, piękną blondynką o intensywnie szarozielonych oczach. Jej sylwetkę można było tylko pozazdrościć – szczupła, wysportowana, lekko opalona, z pełnymi, jędrnymi piersiami i zgrabnym tyłkiem – po prostu ideał kobiety. Miała ostre rysy twarzy i piękne malinowe usta, na których często pojawiał się ciekawy, niepowtarzalny uśmiech.
Co ją wyróżniało? Specyficzne poczucie humoru i zmienny nastrój. Kiedy świeciło słońce, była radosna, a gdy padało, miała ochotę rzucić czymś lub kimś o ścianę – wtedy lepiej było jej nie drażnić i trzymać się z daleka.
Była jednak także życzliwa i pomocna. Od kiedy ją poznałam, nigdy nie złamała danego słowa ani nie zdradziła żadnej tajemnicy. Wiedziałam, że zawsze mogę na nią liczyć, nawet w najgorszych momentach. Posiadała wszystkie cechy, które powinien mieć prawdziwy przyjaciel.
– Znając ciebie, mogę tylko powiedzieć, że masz to wszystko głęboko w dupie. Jak zawsze... poddałaś się – cmoknęła, kiepując popiół z papierosa na ziemi.
Zmarszczyłam brwi, obserwując jej twarz. Zacisnęłam mocno szczękę i odwróciłam wzrok.
– A co ja mogę, Amanda?! – warknęłam, zirytowana, aż zaciśnięte pięści zaczęły mi drżeć.
– Facet sprzedaje mi mąkę ziemniaczaną w kapsułkach za cenę z kosmosu! I nikt mnie nie słucha! Rodzice... oni w niego wierzą jak w boga, nie dadzą sobie nic powiedzieć... Zupełnie mnie ignorują! – wzruszyłam ramionami, spoglądając w dal, a serce biło mi jak szalone – jak mam walczyć, skoro wszystko jest już przesądzone?! Do jakiego specjalisty nie pójdę, każdy powie to samo!
Między nami zapanowała niezręczna, napięta cisza. Paznokciem wskazującego palca prawej ręki zaczęłam zdrapywać skórki przy kciuku, próbując w jakikolwiek sposób się uspokoić.
– Czuję, że moje życie to jedna wielka pomyłka i że ktoś chce zakończyć mój żywot... w taki a nie inny sposób – powiedziałam zamyślona, czując, jak serce bije mi coraz szybciej, a żołądek ściska lodowaty ucisk – może to najwyższy czas, żeby pójść do kościoła i poprosić o ostatnie namaszczenie? – dodałam cicho, jakbym sama sobie nie mogła uwierzyć w te słowa. Myśli kłębiły się w głowie, a każdy oddech wydawał się zbyt ciężki, zbyt trudny.
Przyjaciółka, słysząc moje słowa, zareagowała nieoczekiwanie i gwałtownie. Uniosła wolną rękę i uderzyła mnie z całej siły w ramię. Nie zdążyłam zareagować – straciłam równowagę i z impetem upadłam na stary, popękany betonowy taras. Głośny łoskot odbił się echem, a zimna, chropowata nawierzchnia uderzyła mnie w plecy i łopatki, przeszywając ciało bólem.
– Urodzić się głupcem to nie wstyd. Wstyd tylko głupcem umrzeć! – krzyknęła zdenerwowana.
Podniosłam zaskoczona głowę i zaczęłam masować obolałe miejsca. Serce waliło mi jak młot, a adrenalina pulsowała w żyłach. Każdy ruch przypominał mi o uderzeniu, a w głowie kłębiły się myśli - dlaczego zawsze kończy się tak dramatycznie? Patrzyłam na nią, próbując odczytać emocje w jej oczach, ale gniew i frustracja mieszały się z czymś niepokojącym... niemal jak ostrzeżenie.
- Ała? - odpowiedziałam zdezorientowana jej poczynaniem.
Blond włosa kobieta burknęła coś pod nosem, dopalając papierosa do końca. Gdy skończyła, rzuciła go na ziemię, a po chwili zmiażdżyła butem.
- Jak masz głupio myśleć, lepiej nie myśl wcale i odpocznij - nie uraczywszy mnie żadnym wzrokiem po prostu weszła z powrotem do lokalu zostawiając mnie samą.
Zanim dotarło do mnie, co się przed chwilą stało, poczułam, jak tyłek marznie od zimnego podłoża. Chwyciłam metalową barierkę i jednym szybkim ruchem podciągnęłam się, stając na równe nogi. Otrzepałam czarne spodnie z brudu, a naelektryzowane kosmyki ciemnych włosów, przylegające mocno do twarzy, zagarnęłam ręką do tyłu.
– Chyba się zdenerwowała – wypuściłam głośno powietrze z ust. Zanim zrobiłam krok do przodu, wyciągnęłam spod biało-śnieżnej koszuli łańcuszek.
– Ciekawe, czy śmierć boli... albo jak wygląda życie po niej? – szepnęłam do siebie – to głupie myślenie, ale po prostu jestem tego ciekawa. – Spojrzałam w niebo.
Kolejny dzień dobiegał końca, a noc powoli ogarniała całe niebo. Mrok był okrutnie przewidywalny i bezlitosny.
Można było ujrzeć mnóstwo pięknych, lśniących gwiazd, ukazujących majestat natury. Ich aureole, jasno oświetlone, przyciągały mnie w dziwny, niewytłumaczalny sposób, a kosmos jednocześnie zdawał się mnie pochłaniać. W ciemnościach zniknął już podział na niebo i ziemię. Istniał tylko świat w całym swym ogromie.
Wszystko, co mnie otaczało, zdawało się mieć swoją rolę do odegrania, a ja? Musiałam z niecierpliwością czekać na coś, co mogło pojawić się w jednej chwili, jakby na pstryknięcie palcem. Ziemia nie mogła żyć bez księżyca i słońca, tak jak ja bez tych cholernych tabletek. To było niesprawiedliwe. Czemu nie możemy być samowystarczalni i sami decydować o własnym losie?
– Na te pytania kiedyś na pewno poznam odpowiedź – szepnęłam, zaciskając klejnot w dłoni, i ruszyłam w stronę drzwi.
***
Popatrzyłam na prosty, bez żadnych zdobień, drewniany zegar wiszący na kamiennej ścianie. Wskazywał godzinę, która wywołała we mnie prawdziwą radość.
– Nareszcie koniec – pomyślałam, uradowana.
W ciągu kolejnych godzin pracy musiałam sama pozamiatać i umyć podłogi, zliczyć pieniądze w kasie i ogarnąć wszystko na następny dzień, ponieważ Amanda wyszła wcześniej. Nie dopytywałam, dlaczego – wiedziałam, że wciąż była na mnie zła.
Po ciężkiej pracy udałam się do szatni i przebrałam w normalne ciuchy, zostawiając koszulę w szafce. Gdy byłam gotowa do wyjścia, chwyciłam za klamkę drzwi wyjściowych, ale nagle zatrzymał mnie donośny głos wołający moje imię. Przeklęłam pod nosem i zerknęłam za siebie. Zobaczyłam człowieka, którego unikałam jak ognia przez cały, zasrany dzień – szefa.
– Ekhm! – chrząknął. – Spóźniłaś się do pracy – powiedział dość poważnie, mocno akcentując pierwsze słowo.
– Powinienem Cię za to zwolnić, ale... – zaczął kierować się w moją stronę tępym krokiem – mam dla ciebie propozycję – oblizał wierzch suchych, dolnych warg. – Mogę zapomnieć o Twoim błędzie, jeśli mnie ładnie przeprosisz – uśmiechnął się chytrze, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk.
Całe moje ciało zastygło w miejscu, gdy Henry położył dłoń na moim ramieniu, delikatnie zaciskając koniuszki swoich palców. Przełknęłam ślinę i powoli odwróciłam się w jego stronę. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
– Przepraszam? – wyszeptałam nieufnie.
Słysząc to, mężczyzna zaśmiał się krótko i zbliżył do mnie jeszcze bardziej, powodując, że nasze ciała się otarły.
– Ale nie tak, kruszynko – szepnął do ucha, po czym przegryzł jego płatek, zostawiając mokry ślad.
Otworzyłam szerzej oczy na jego ruch. Z każdą kolejną chwilą, czując go coraz bliżej siebie, serce zaczynało bić niebezpiecznie szybciej, a w żołądku pojawiał się nieprzyjemny ucisk. Było to uczucie lęku przed tym, co mogło zaraz się wydarzyć.
– Spodoba Ci się, obiecuję – sapnął napalony. Widząc brak sprzeciwu z mojej strony, zsunął usta na moją szyję, pozostawiając mokre, czerwone ślady. Zacisnęłam mocniej szczękę sparaliżowana.
Każdy jego ruch przypominał mi, jak bardzo go nienawidziłam – jego sposób bycia, maniery i to, jak sprawiał, że czułam ogromne obrzydzenie. Mimo że Henry nie wykazywał agresji, każda chwila jego bliskości była dla mnie jak tortura. Na mojej twarzy pojawiło się zażenowanie i bezsilność. Poczułam nagły impuls, by uciec i schować się jak najdalej od niego.
Masywna dłoń mężczyzny powoli zjeżdżała coraz niżej, aż trafiła na moją talię. Zamknęłam oczy, czując łzy gromadzące się w ich kącikach.
- Pomocy! - krzyknęłam spanikowana w myślach.
- Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak od dawna miałem ochotę Cię zerżnąć – szepnął zadyszany, chwytając mnie agresywnie za pośladek.
Serce zabiło mi jak oszalałe, a w żołądku poczułam lodowaty ucisk. Chciałam krzyknąć, ruszyć się, uciec, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Każdy jego ruch budził we mnie mieszaninę wstrętu, strachu i paraliżującej bezsilności.
– Qualme firya fir* – znikąd w mojej głowie rozległ się donośny kobiecy głos. Po tych słowach coś jakby wstąpiło we mnie i przejęło nade mną kontrolę. Poczułam nagłą, palącą wściekłość, która wypełniała każdy zakamarek mojego ciała. Serce waliło w piersi jak młot, a mięśnie napinały się, gotowe do eksplozji. Czułam, jak ciało zaczyna wrzeć i kipieć od środka – dosłownie, jakby krew płonęła w żyłach. Każdy oddech był trudny, przyspieszony, a umysł wypełniał dziwny, dziki szał. Nie byłam już sobą – była we mnie tylko ta potężna, nieokiełznana siła.
Otworzyłam szeroko wściekłe oczy i, bez namysłu, z całych sił odepchnęłam go od siebie. Pod moim nieoczekiwanym, mocnym pchnięciem runął ciężko na podłogę, oszołomiony, uderzając plecami o twardy grunt. Czułam, jak rosła we mnie wściekłość i wiedziałam, że nic mogło mnie już powstrzymać.
– Zrobiłeś wielki błąd, skurwysynie – warknęłam wściekle, stawiając pewny siebie krok w jego stronę – teraz spotka cię kara, na którą zasłużyłeś... czyli śmierć! – ryknęłam donośnie.
Z każdym krokiem czułam, jak adrenalina wypełnia moje ciało, a serce bije coraz mocniej. Momentalnie pobladł, a w jego oczach ujrzałam strach i przerażenie, które tylko potęgowały moją satysfakcję i dziwną dumę. Każdy jego drżący ruch sprawiał, że moja wściekłość mieszała się z dziwnie satysfakcjonującą siłą.
Przerażony mężczyzna, widząc, że stoję tuż obok, natychmiast zaczął czołgać się po kremowych, umytych płytkach jak wielka, opasła świnia. Każdy jego ruch był niezdarny i desperacki, a oczy szeroko otwarte wyrażały czysty strach.
– Dla mojego istnienia jesteś nic nieznaczącym gównem na wietrze. Wielkim, zasranym wieprzem, pozbawionym wszelkich praw do życia. Spójrz tylko na siebie, Henry – zakpiłam, przechylając głowę w bok – ledwo toczysz się, ciągnąc za sobą ulany tłuszcz – wskazałam ręką, czując nad nim pełną dominację i wstręt.
– Gdzie jest ten odważny, pieprzony zboczeniec? – drwiłam, a w moim głosie pobrzmiewała niepodważalna pewność siebie – dalej masz ochotę mnie zerżnąć? – pochylając się nieznacznie, sprawiłam, że musiał mnie lepiej usłyszeć, a każdy jego drżący ruch tylko potęgował moją satysfakcję.
Nie będąc do końca pewna ani świadoma tego, co robię, z całej siły stanęłam na jego nogę. Nie wiem, jak to się stało, ale siła była tak ogromna, że pod swoją stopą poczułam, jak jego kość piszczelowa pęka z przerażającym trzaskiem.
Wrzasnął głośno, a ból wylewał się z niego jak dzika rzeka. Moja twarz nie zdradzała żadnej litości, a nienawiść w niej kipiała, dopóki nie usłyszałam tego przerażającego krzyku. Każdy mięsień mojego ciała drżał od adrenaliny, a serce biło jak młot, napędzając moją dziką, nieokiełznaną siłę.
Po kilku chwilach mrugnęłam kilka razy, czując, jak schodzi ze mnie cała adrenalina, a każda cząstka mojego ciała drżała z wyczerpania. Otworzyłam szerzej oczy, próbując uspokoić oddech, który wciąż był nierówny i szybki.
– O Boże... – szepnęłam, cofając się gwałtownie, jakbym dotknęła gorącego żaru. Każdy mięsień pozostał napięty, a serce waliło mi w piersi, przypominając o tym, co przed chwilą się wydarzyło.
Henry zaczął zwijać się z bólu, kurczowo trzymając nogę, a każdy jego ruch wywoływał przeraźliwy, stłumiony krzyk. Twarz miał całą czerwoną, oczy zalane łzami, a ciało trzęsła się z bólu.
– Ja to zrobiłam...? – szepnęłam do siebie, czując mieszankę przerażenia i niedowierzania. Spojrzałam na swoje dłonie, a potem przesunęłam wzrok po całym ciele, nie dowierzając własnej sile. Każdy mięsień zdawał się pulsować, przypominając mi, że to naprawdę ja sprawiłam, że leżał przede mną Henry w agonii.
– Kim ty jesteś, potworze? – zapytał, drżąc z bólu i strachu – błagam... zostaw mnie w spokoju! – krzyknął rozpaczliwie, wlepiając we mnie swoje przerażone oczy. Jego głos łamał się pod ciężarem cierpienia, a każdy ton w nim był pełen błagania i paniki.
Patrzył na mnie z takim strachem, że zaczęłam się zastanawiać, co ze mną jest nie tak. Ten człowiek potrafił tylko poniżać i obrażać, ale to nie tłumaczyło mojego zachowania. Amok, w którym przed chwilą byłam... to nie byłam ja. Nigdy wcześniej nie używałam przemocy wobec nikogo.
Czułam, jak mrok opanowuje moje ciało, ogarnia każdy mięsień i każdą myśl, a ja byłam jedynie biernym obserwatorem. Serce waliło mi w piersi, a ręce drżały, jakbym nie mogła uwierzyć w to, co właśnie zrobiłam. Strach mieszał się z niedowierzaniem i poczuciem własnej potęgi – niepokojącą, dziką siłą, której nigdy wcześniej nie znałam.
Podniosłam z podłogi plakietkę z moim imieniem i rzuciłam w jego twarz.
– Żebym cię więcej na oczy nie widziała – powiedziałam, odwracając się do niego plecami – i zanim wyjdę... poszukaj innej, naiwnej kelnerki – dodałam beznamiętnie, czując w sobie mieszankę obrzydzenia i ulgi.
Nie czekając na jego reakcję, ruszyłam w stronę drzwi i wyszłam z budynku, zostawiając za sobą jego przerażone spojrzenie.
Kiedy tylko znalazłam się na zewnątrz, trzasnęłam drzwiami i oparłam się o nie plecami. Zamknęłam oczy, próbując uspokoić drżące ciało.
– Japierdole... co to było? – wyrwało mi się, gdy wypuściłam głośno powietrze z ust.
Pomimo chłodu na zewnątrz, czułam w sobie piekielny upał. Krew wrzała mi w żyłach, jak lawa w wulkanie gotowa do eksplozji. Byłam przerażona tym, co właśnie zrobiłam. Nie byłam sobą – nie wiedziałam, jak mogło do tego dojść. Nigdy wcześniej nie byłam zdolna do czegoś takiego, nigdy nie pozwalałam, by złość mną tak zawładnęła.
Westchnęłam ciężko i oderwałam się od drzwi. Schodząc po zimnych schodach prowadzących na drogę, odwróciłam się w stronę kamery i bezwzględnie pokazałam środkowy palec, pozwalając, by moja wściekłość miała wizualny wydźwięk.
***
O tak późnej godzinie – 2:00 w nocy – nie było szans na jakikolwiek transport do domu. Trzeba było iść pieszo, co wcale mnie nie cieszyło, zwłaszcza że do mojego mieszkania pozostało jeszcze sporo drogi.
Temperatura spadała z każdą minutą, a ciało coraz bardziej się spinało, próbując stawić opór zimnu. Założyłam kaptur na głowę, schowałam ręce w kieszeniach i ruszyłam przed siebie, czując, jak samotność tej nocy oplata mnie chłodnym, duszącym kocem.
– Co ja kurwa zrobiłam? – jęknęłam przeciągle, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co zrobiłam byłemu szefowi. Jedna część mnie kipiała dumą, druga jednak wypełniona była żalem i wątpliwościami – to było chore. Nie, to ja jestem chora... popaprana!
Wyciągnęłam telefon z kieszeni bluzy i odblokowałam ekran, przesuwając palcem po wyświetlaczu. Kliknęłam ikonkę „KONTAKTY", wybrałam odpowiedni numer i przyłożyłam telefon do ucha.
- No dalej Amanda, odbierz błagam - szepnęłam cicho gryząc paznokcie.
*Abonament do którego dzwonisz jest chwilowo niedostępny* - słysząc to przeklęłam pod nosem - Kurwa!
Zatrzymałam się w miejscu i spojrzałam w niebo.
– Mam już wszystko głęboko w poważaniu, przysięgam! – parsknęłam z irytacją, czując w sobie mieszaninę wściekłości i bezradności. – Choruję na nieuleczalną chorobę, a teraz pójdę siedzieć. Wymarzona przyszłość... nie ma co!
Spojrzałam w dal, w ciemność pustej drogi, jakby oczami wyobraźni widząc zawód w oczach rodziców.
– Jestem po prostu beznadziejną córką i przyjaciółką. Nie powinnam tu być! Nie powinnam istnieć... – łzy wypełniły moje oczy, a gardło zacisnęło się w bólu – więc zlituj się nade mną i zabierz mnie stąd! – krzyknęłam najgłośniej jak tylko potrafiłam, a echo mojego głosu odbijało się od ciemnych budynków i pustej ulicy, otaczając mnie zimnym, pustym mrokiem.
Oddychałam ciężko, a z ust wydobywała się lekko przezroczysta para, unosząc się w zimnym powietrzu. Pociągnęłam nosem, spuszczając głowę w dół, gdy nagle poczułam drobne krople deszczu spadające z nieba, chłodzące moją bluzę.
– Zajebiście! – warknęłam wściekle, zaciskając pięści, i ruszyłam dalej przed siebie, krocząc po mokrej, śliskiej nawierzchni pustej ulicy.
***
– Na co ja liczyłam? Na magiczne drzwi, a tam wybawiciel na białym rumaku, który uratuje moje gówniane życie? Śmieszne... – pokręciłam głową zirytowana. – Muszę skończyć z fantazjami, bo jeszcze bardziej się pogrążę.
Idąc dalej, zauważyłam migoczące światełko wydobywające się spod bluzy. Bez wahania rozsunęłam materiał, ukazując naszyjnik. Kryształ nagle rozbłysnął intensywnym, niemal oślepiającym światłem – jak nigdy dotąd.
Gdy moja dłoń zetknęła się z klejnotem, w jednej chwili ogarnął mnie przeszywający ból, rozlewając się po całym ciele. Był nie do zniesienia – czułam, jak każda komórka płonie, jakby wewnątrz mnie zamiast krwi płynęła lawa. Nogi odmówiły posłuszeństwa, a ja z impetem upadłam plecami na zimny, mokry beton, czując, jak zimna woda wnika w ubranie i miesza się z palącym bólem.
Dookoła panowała cisza przerywana jedynie dźwiękiem kapiącego deszczu z nieba. Powietrze było ciężkie i wilgotne, a mgła unosząca się nad brukiem sprawiała, że świat wydawał się nienaturalnie zdeformowany. Każdy cień rzucał się na moją twarz, sprawiając, że czułam, jakby coś niewidzialnego i złowrogiego obserwowało każdy mój ruch. Serce waliło mi w piersi jak oszalałe, a oddech stał się szybki i płytki.
Nie byłam pewna, czy to światło kryształu wywołuje te halucynacje, czy naprawdę coś się czai w ciemnościach. Zimny dreszcz przebiegł po moim ciele, a instynkt podpowiadał - uciekaj, zanim będzie za późno.
Deszcz wciąż przybierał na sile, uderzając we wszystko z nieokiełznaną furią, jakby chciał wymazać każdy ślad mojego istnienia. Nie mogłam pojąć, co się ze mną działo – paliłam się od środka, każda komórka krzyczała bólem, a serce łomotało tak, że miałam wrażenie, jakby zaraz miało wyskoczyć z klatki piersiowej.
Nie potrafiłam wydobyć z siebie ani szeptu, ani krzyku. Błagałam w myślach, żeby to się skończyło, żeby ktoś lub coś położyło kres temu szaleństwu. Świat wokół mnie rozpływał się w ciemnej, pulsującej masie, a każdy dźwięk deszczu i wiatru wydawał się przyspieszać mój własny puls.
Powoli odchodziłam od zmysłów. Czułam jakbym traciła kontrolę nad ciałem i kontaktem z rzeczywistością. Ziemia pod moimi stopami wydawała się miękka i niestabilna, a ciemność wokół mnie zagęszczała się, niemal fizycznie naciskając na klatkę piersiową. W końcu poddałam się całkowicie. Zamknęłam oczy, a potem ogarnęła mnie tylko nieprzenikniona, głucha ciemność, w której czułam, że ktoś lub coś obserwuje każdy mój ruch.
***
Poczułam lekki i przyjemny powiew wiatru, który łaskotał moją twarz, niosąc ze sobą zapach mokrej ziemi i świeżej trawy. Powolnie otworzyłam oczy, ale mocne, oślepiające światło zmusiło mnie do ich ponownego zamknięcia. Ostatkami sił spróbowałam jeszcze raz i tym razem uniosłam rękę, zasłaniając twarz, by uzyskać cień. Oczy szybko przyzwyczaiły się do jasności i odzyskały ostrość.
Powoli podniosłam się, opierając dłonie o miękką trawę, i zaczęłam rozglądać się dookoła. Wszystko wydawało się jednocześnie znajome i obce, a w powietrzu unosił się dziwny, subtelny dreszcz niepokoju. Mój wzrok utkwił na czymś na wprost mnie. Ostrożnie uniosłam głowę i ujrzałam lekko uśmiechniętego, siwobrodego starca. Przełknęłam głośno ślinę, mrugając kilkukrotnie, jakbym chciała upewnić się, że to naprawdę istnieje.
Wypuścił z ust ostatni dym ze swojej długiej, drewnianej fajki i kucnął przede mną. Jego niebieskie oczy były intensywnie wpatrzone we mnie, pełne jakiejś dziwnej, nieokreślonej ciekawości.
- Jak ci na imię? – zapytał, a jego lekko ochrypły głos brzmiał zaskakująco przyjaźnie, niemal kojąco.
Nie zastanawiając się, odpowiedziałam, czując, że w powietrzu znajduje się coś, czego nie potrafię nazwać.
- Diana. Diana Sallow.
*Qualme firya fir* - śmierć człowiekowi śmiertelnemu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania