Poprzednie częściKroniki Wybawcy / Hobbit

Kroniki Wybawcy / Hobbit - Strona 3.

Po wypowiedzeniu swojego imienia, starzec zmarszczył kurczowo brwi, a jego twarz wyrażała, że nad czymś intensywnie myślał. Będąc w kropce, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, spuściłam głowę w dół, oglądając brudne z trawy kolana wystające spod dziur czarnych spodni. Nie minęła chwila, a przed oczami ujrzałam dłoń skierowaną w moją stronę.

Była stara, pomarszczona, a skóra w niektórych miejscach przypominała pergamin. Wciąż unosiła się w powietrzu, jakby czekała, aż odważę się po nią sięgnąć. W moim wnętrzu pojawił się dziwny ścisk – połączenie strachu i nieoczekiwanej nadziei. Chciałam odsunąć się, ale coś w jego spojrzeniu przytrzymywało mnie w miejscu. Serce biło mi szybciej, a w głowie krążyło jedno pytanie - czy mogę mu zaufać?

Powoli uniosłam wzrok na siwobrodego mężczyznę. W głowie pojawił się chaos, pełen przeplatających się myśli, każda głośniejsza od poprzedniej. Nie byłam pewna, czy powinnam przyjąć jego dłoń, ale gdy dojrzałam jego uśmiechniętą, zatroskaną twarz, poczułam w sobie migotliwe przebłyski odwagi. Ostrożnie uniosłam rękę i pewnie ją chwyciłam, a on pomógł mi wstać na równe nogi.

Kiedy poczułam ciężar własnego ciała na nogach, świat nagle zakręcił się wokół mnie, a równowaga jakby się wymknęła spod mojej kontroli. Delikatnie zachwiałam się, ale jego dłoń wciąż trzymała mnie pewnie, a spojrzenie pełne troski nie pozwalało mi opuścić głowy. Przez moment czułam, że czas zwolnił, a wszystko, co mnie otaczało, zniknęło.

Nieznajomy, zauważając mój nagły stan, szybko zareagował i przytrzymał mnie za oba ramiona, abym nie upadła z powrotem na ziemię. Ciepło jego dłoni rozlało się po moich barkach, a ja automatycznie złapałam się za głowę, marszcząc czoło. W głowie dudniło mi echo własnego bicia serca, a świat wokół wirujący w migawkach sprawiał, że trudno było mi złapać oddech. Chciałam się cofnąć, odsunąć od niego, ale jego spokojny i uważny wzrok zdawał się mówić - „Nie upadniesz kolejny raz".

– Wszystko w porządku, panienko? – zapytał zatroskanym głosem, uważnie obserwując moją twarz. Jego oczy śledziły każdy mój ruch, a ja czułam, jak serce nadal przyspiesza. Nie wiedziałam, czy odpowiedzieć, czy po prostu spuścić wzrok, więc przez chwilę milczałam, czując ciężar jego spojrzenia. W powietrzu unosiła się mieszanka troski i czegoś... trudnego do opisania, zupełnie jakby jego obecność sama w sobie chciała mnie uspokoić.

– Sama nie wiem – odpowiedziałam, przymykając powieki, starając się złapać oddech – ale... nie czuję się najlepiej – dodałam pośpiesznie, czując, jak świat dookoła wiruje mi przed oczami.

Serce biło mi w piersi nierówno, a mięśnie wciąż były słabe, jakby nagle odmówiły posłuszeństwa. Zimny dreszcz przeszedł po moich ramionach i niepewnie złapałam się jego ramienia, by nie stracić równowagi całkowicie.

– Trzymam cię mocno. Nie pozwolę damie ponownie upaść na ziemię – dodał pocieszająco, wzmacniając uścisk na moich ramionach. Czułam ciepło jego dłoni, które sprawiało, że nagła słabość powoli ustępowała.

– Dziękuję – kiwnęłam głową, starając się odwzajemnić uśmiech.

Byłam mu za to naprawdę wdzięczna, a w środku pojawiło się dziwne poczucie bezpieczeństwa, jakby choć przez chwilę mogłam odetchnąć bez obawy o siebie.

***

Starzec milczał i nie odezwał się ani słowem przez całą drogę. Prowadził mnie w kierunku, którego nie znałam, a każdy krok wydawał się prowadzić mnie dalej w nieznane. Mimo powagi na jego twarzy i nieobecnego wzroku w oczach, miałam wrażenie, że uważnie czuwa nade mną, dbając o moje zdrowie i samopoczucie.

Jego dwumetrowy wzrost wcale nie przeszkadzał mu w dopasowaniu tempa do mojego kroku. Szedł równym rytmem, ani za szybko, ani za wolno, obejmując mnie ramieniem w sposób wyraźnie przyjacielski i wspierający. Każdy krok dawał poczucie bezpieczeństwa, a ja mogłam na chwilę odetchnąć, mając pewność, że nie zostanę sama na nieznanej drodze.

Kawałek dalej, między gęstymi zaroślami i drzewami, zauważyłam stary, drewniany, opuszczony powóz. Na jego deski spoczywały skrzynie różnego rozmiaru, a obok nich leżały worki ze słomianego materiału. Jednak to nie one przykuły moją uwagę najbardziej. Nieopodal stał piękny, dostojny, biały koń. Jego sierść lśniła w promieniach słońca, a oczy wyrażały spokój i cierpliwość – jakby doskonale wiedział, że jego pan lada moment wróci. Patrzyłam na niego przez chwilę, wciągając powietrze pełne zapachu lasu i siana, i czułam, że w tej nagle odnalezionej ciszy jest coś wyjątkowego, coś niemal magicznego.

Podchodząc coraz bliżej, nieznajomy oparł swoją długą laskę o drewnianą ściankę powozu i spojrzał na mnie łagodnie.

Widząc niepewność w moich oczach, westchnął krótko, a jego spojrzenie wydawało się mówić - „Nie bój się, wszystko będzie w porządku".

Stał tak przez chwilę, czekając cierpliwie na mój ruch, a ja czułam, jak powoli opada napięcie w moim ciele. Jego obecność była kojąca i napawająca pewnością – jakby sam fakt, że był tuż obok, dawał mi siłę, by postawić kolejny krok.

– Odwiedzimy mego dobrego przyjaciela, mieszka niedaleko. Zatrzymamy się u niego. Tam odpoczniesz i wrócisz do pełni sił – powiedział, uśmiechając się przyjaźnie. – Zaufaj mi choć trochę i pozwól mi sobie pomóc, dobrze? Wiem, jak to wszystko może wyglądać – dodał, rozglądając się wokół – nie jestem twoim wrogiem.

Stałam nieruchomo przez chwilę, wpatrując się w jego twarz. W jego głosie i spojrzeniu było coś uspokajającego, coś, co sprawiało, że odruchowo chciałam mu zaufać. W końcu kiwnęłam głową, czując, że mimo niepewności, w tym przyjaznym geście kryje się naprawdę szczera chęć pomocy.

– Sama nie wiem... a mogę zaufać? – zapytałam jeszcze z zawahaniem w głosie.

Czułam, jak serce przyspiesza mi w piersi, a dłonie lekko drżą. Każdy oddech wydawał się głośniejszy niż zwykle, a w głowie kołatały sprzeczne myśli – rozsądek podpowiadał ostrożność, a instynkt podpowiadał, że nieznajomy naprawdę chce mi pomóc.

– Chyba nie masz zbytnio wyboru – zaśmiał się krótko, prostując postawę. – Ten las jest wielki i nieoczekiwany, a słońce za niedługo zajdzie – wskazał palcem na niebo.

Spojrzałam w górę i westchnęłam. Miał rację. Ciepłe, pomarańczowe promienie słońca już powoli znikały za koronami drzew, a cienie wydłużały się na ściółce. Poczułam, jak drobna nerwowość miesza się z poczuciem, że naprawdę potrzebuję jego pomocy. Las wokół stawał się coraz bardziej tajemniczy i nieprzewidywalny – nie miałam więc wyboru.

Dookoła otaczały mnie krzewy, na których gdzieniegdzie można było dostrzec pąki kwiatów lub owoce. Drzewa różnej wielkości tworzące gęstwinę, która utrudniała światłu przedostanie się na drugą stronę, a jednocześnie pozwalała delikatnie oświetlić wydeptane na ziemi ścieżki, które prowadziły w nieznane części lasu, gdzie spotkanie z dzikimi zwierzętami mogłoby skończyć się tragicznie. Miał cholerną rację.

Zostając sama w tej nieznanej dziczy, moje szanse na przetrwanie były niemal zerowe. Powietrze pachniało wilgocią i ziemią, a w oddali słychać było odgłosy, które mogły zwiastować niebezpieczeństwo. Każdy krok wydawał się ryzykowny, a poczucie osamotnienia wzmagało lęk, który trudno było opanować.

Zacisnęłam szczękę i kiwnęłam twierdząco głową. Zadowolony przesunął się w bok i pomógł mi wsiąść na powóz. Gdy zajmowałam miejsce, poczułam szorstkość drewnianej ławki pod sobą i lekki zapach siana, które wysypywało się spod skrzyń. On przeszedł na około, poprawiając swój długi ubiór, a następnie usiadł obok mnie i chwycił lejce w dłonie. Czułam jego spokój i pewność, które udzielały się także mnie – w tej chwili, w tej ciszy przed wyruszeniem w drogę, mogłam choć trochę odetchnąć.

***

Czułam, że moja głowa zaraz eksploduje od myśli, które mnożyły się z sekundy na sekundę, coraz to więcej i więcej. Pytań było mnóstwo, lecz odpowiedzi żadnej. Mój mózg nie przyswajał żadnych racjonalnych wyjaśnień. Wszystko zaczęło do mnie docierać i w pewnej chwili uderzyło we mnie jak grom z jasnego nieba – gdzie ja do cholery jestem i jak tu się znalazłam?

Nie mogłam sobie nic przypomnieć, co wydarzyło się zanim się obudziłam. Serce biło mi nierówno, a dłonie drżały. Każda próba uporządkowania myśli kończyła się nowym chaosem. Czułam, jakby świat wokół mnie nagle stał się obcy i nieprzyjazny, a jedynym punktem podparcia była obecność starca obok – jego spokój kontrastował z moim wewnętrznym zamętem.

Zaczęłam wręcz wpadać w lekką paranoję. Moje dłonie niekontrolowanie drżały, a serce biło tak szybko, że czułam każdy jego skok w klatce piersiowej, pompujący krew w całym ciele. Oddech stawał się płytki, a myśli szalały niczym burza.

Jednak nie uszło to uwadze nieznajomego. Przez cały czas ostrożnie i dyskretnie mnie obserwował, nie naciskając, ale pozostając czujnym. W jego spojrzeniu była cierpliwość i spokój, który kontrastował z moim chaosem. To właśnie dzięki temu czułam, że choć moje ciało i umysł wariują, nie jestem całkiem sama w tym momencie.

– Prr... Naraas – pociągnął mocno lejce do siebie, zmuszając zwierzę do zatrzymania się. Poprawił swój wielki, szpiczasty kapelusz i spojrzał na mnie. Na pierwszy rzut oka było widać, że coś ze mną było nie tak.

Starzec, dostrzegając mój stan, domyślił się szybko, jaką wojnę toczyłam w swoim umyśle. Delikatnie położył swoje pomarszczone ze starości dłonie na moich, przyciągając w ten sposób moją uwagę. Czułam chłód i szorstkość jego skóry, ale również niewypowiedzianą pewność i spokój. Jego spojrzenie chciało mi powiedzieć - „Nie musisz sobie teraz z tym radzić sama".

– Spokojnie, Diano, nie zadręczaj się tymi wszystkimi pytaniami. Podejrzewam... ale czuję, że mam rację, co do tego, jak ci teraz musi być ciężko – rzekł spokojnie. – Nie martw się, nie jesteś z tym sama. Pomogę ci to wszystko zrozumieć – oznajmił, pewny siebie, a w jego głosie brzmiała prawdziwa troska.

Słowa starca przyniosły mi dziwny rodzaj ulgi. Chociaż wciąż miałam chaos w głowie, poczułam, że mogę się na nim oprzeć – jego spokój kontrastował z moim rozedrganym stanem i pozwalał choć trochę odetchnąć. Na moment świat przestał wirować, a ja mogłam zebrać myśli, mając pewność, że nie jestem sama w tym zagubieniu.

- Jestem Gandalf. Gandalf Szary - przedstawił się starzec.

Słysząc jego słowa, zrobiło mi się cieplej na sercu, a ręce przestały się trząść. Poczułam, jak z jego dłoni przepływa ciepły, lekki prąd, który natychmiast przyniósł ulgę i spokój. Spojrzałam na niego – zupełnie jak wcześniej w jego wzroku czy zachowaniu, tylko tym razem z bliska i w pełnej okazałości widziałam, jak biła od niego pewność i szczerość, jakiej dotąd nie widziałam.

Było w nim coś innego, nietypowego... może to zabrzmi absurdalnie, ale niemal magicznego. Gdy wpatrywałam się w jego postać, dostrzegłam wokół niego białą poświatę, promieniującą niczym blask pełnego księżyca, przenikającą każdy skrawek jego ciała. Moja intuicja nigdy mnie jeszcze nie zawiodła – i tym razem było tak samo. Nie był zwykłym podróżnym przemierzającym nieznany świat. Był kimś tajemniczym, potężnym, a zarazem nieodgadnionym. Kimś, kto zdawał się znać więcej, niż mogłam pojąć.

Byłam przecież dla niego obcym człowiekiem, a mimo to, bez żadnego namysłu, wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Od chwili, gdy otworzyłam oczy, bez jakiegokolwiek sprzeciwu czy pytań, zaopiekował się mną, jakby to była dla niego codzienność. Może mówił prawdę i nie chciał być moim wrogiem, lecz osobą, w której mogę znaleźć wsparcie i pomoc.

Tylko dlaczego? Dlaczego akurat on znalazł się w tym samym miejscu i czasie co ja? Miałam wrażenie, że wręcz się tego spodziewał i czekał na ten moment. Jego zachowanie, spokojna postura i pewność, z jaką prowadził mnie przez nieznany teren, zdawały się to potwierdzać. Każdy jego gest mówił - „Jestem tutaj, aby ci pomóc – nie musisz się obawiać".

- Czy to ma jakiś głębszy sens. Czy to jest prawdziwe? - pomyślałam.

Mój umysł zaczął coraz więcej przyswajać, a jednocześnie wzrastała niepewność i zagubienie. Od samego początku było coś nie tak. To miejsce wydawało się nienaturalne, jakby zawieszone między rzeczywistością a snem – tak samo jak on, tak samo jak jego ubiór.

Długie, siwe, gęste i nieco poniszczone włosy opadały mu na ramiona, a broda sięgała niemal do pępka. Na głowie nosił szpiczasty, szary kapelusz, a długa szata z prostego, taniego materiału sięgała aż do ziemi, poruszając się lekko przy każdym jego kroku. Cała jego sylwetka wydawała się zarazem zwyczajna i dziwnie odrealniona, jakby był kimś, kto nie do końca należy do tego świata.

– Gandalf Szary? – powiedziałam marszcząc lekko brwi – to dość nietypowe i niespotykane imię, jak na takie czasy. Właściwie... jaki mamy rok?

Moje słowa brzmiały nieco niepewnie, a w głowie wciąż kłębiły się pytania. Jego postać, ubiór i całe to miejsce wydawały się tak nierealne, że trudno było mi połączyć je z jakąkolwiek znaną mi rzeczywistością.

Starzec zaskoczył się moim pytaniem – lekko zmarszczył siwe brwi i odchylił głowę w bok.

– Jeśli mnie pamięć nie myli... to 2941, Trzecia Era Śródziemia – odpowiedział powoli, jakby zastanawiał się, czy czegoś nie pomylił.

Patrzyłam na niego z rosnącym zdumieniem. Każde słowo brzmiało tak pewnie, a zarazem niezwykle, że trudno mi było w pełni pojąć, co właśnie usłyszałam. Cała ta sytuacja stawała się coraz bardziej nierealna.

– Czekaj, co? – pokiwałam głową z niedowierzaniem. – Jakiej Ery? Trzeciej Śródziemia? Co to, kurwa, jest?!

Moje serce przyspieszyło, a w głowie pojawił się prawdziwy chaos. Każde kolejne słowo starca brzmiało jeszcze bardziej nieprawdopodobnie, a rzeczywistość wokół mnie wydawała się wirującym snem, z którego nie mogłam się obudzić.

Wstałam jak poparzona na równe nogi, a powóz lekko się zachwiał pod moim nagłym ruchem. Gandalf szybko chwycił dłonią kapelusz, by nie spadł mu z głowy, a jego oczy błysnęły lekkim zaskoczeniem.

– Hej, spokojnie! – powiedział, stabilizując powóz i patrząc na mnie uważnie. – Nic się nie stało.

Moje serce biło nierówno, a adrenalina wciąż pulsowała w całym ciele. Czułam, że każda sekunda w tym powozie, w towarzystwie tego niezwykłego człowieka, potrafi wywołać lawinę emocji – od zdumienia po nagłe napięcie.

– Nie, to są jakieś jaja, prawda?! – spojrzałam na niego z niedowierzaniem. – Jaki 2941? Przecież mamy... mamy 2025 rok – szepnęłam do siebie, czując, jak absurd sytuacji uderza we mnie z pełną mocą. Dwudziesty pierwszy wiek, a nie jakiś trzeci!

Zaśmiałam się ironicznie, łapiąc się za głowę.

– Nie, nie, to niemożliwe! – dodałam, zeskakując z powozu, wciąż śmiejąc się, choć w głowie wciąż kotłowały się pytania. Każdy ruch, każdy gest wydawał się teraz groteskowy wobec całej tej surrealistycznej sytuacji.

Zaczęłam chodzić w kółko, tworząc własną wydeptaną ścieżkę. Puls przyspieszał coraz bardziej, a adrenalina pojawiała się nagle, jakby znikąd. Po chwili poczułam, jak przez kręgosłup przepływa nieprzyjemny prąd, wywołując ciarki na całym ciele.

Każdy krok odbijał się echem w mojej głowie, a oczy błądziły po otoczeniu, szukając czegokolwiek znajomego. Serce biło mi w piersi tak głośno, że miałam wrażenie, iż słychać je także poza moim ciałem. Cała sytuacja była dziwaczna i przerażająca, a ja czułam, że nie mogę ani się zatrzymać, ani znaleźć odpowiedzi na dręczące pytania.

– Słyszałam kiedyś o podróżach w czasie, ale to tylko pogłoski i niedorzeczność – zaczęłam skubać skórki wokół ust, powoli odczuwając ból i metaliczny posmak w ustach. – To musi być głupi żart... albo sen...

– Tak! – krzyknęłam, zatrzymując się gwałtownie w miejscu. – Tak, to musi być sen! Zaraz się z niego obudzę!

Serce nie przestawało bić nadgorliwie, a dłonie drżały. Wokół mnie wszystko wydawało się dziwnie nierzeczywiste: powóz, las, nawet on – Gandalf. Każdy szczegół wydawał się zawieszony między jawą a snem, a ja desperacko próbowałam uchwycić choć odrobinę normalności, która pozwoliłaby mi uwierzyć, że za chwilę otworzę oczy

Od razu podwinęłam jeden rękaw czarnej bluzy, odsłaniając porcelanowy odcień skóry. Chwyciłam skrawek własnej skóry między dwa palce i mocno uszczypnęłam, wywołując przeraźliwie piekący ból. Natychmiast zamknęłam oczy, przeklinając pod nosem.

– Kurwa!

Ból był realny, ostry, przeszywający na wskroś, ale zamiast ulgi poczułam tylko rosnące przerażenie. Otworzyłam oczy i spojrzałam wokół – wszystko było dokładnie tak samo: powóz, las, Gandalf. Moje serce zamarło, a w środku pojawiło się przytłaczające poczucie zawiedzenia i bezradności. To nie był sen. Nie mogłam się obudzić. Cały świat, w którym się znalazłam, wydawał się teraz jeszcze bardziej obcy i niebezpieczny, a ja byłam w nim zupełnie sama, mimo jego obecności.

Westchnęłam zrezygnowana, patrząc na ten sam las, który minutę temu wydawał się tak obcy i nieprzyjazny. Spojrzałam w bok i dostrzegłam Gandalfa – jego przenikliwy wzrok śledził każdy mój ruch, jakby próbował zrozumieć chaos panujący w mojej głowie.

– To nie sen, prawda? – zapytałam, zawiedziona i całkowicie skołowana, czując, jak w środku narasta niepokój.

On tylko powoli pokiwał głową na boki, a ja poczułam zimny dreszcz strachu i bezradności. W tej chwili zrozumiałam jedno - muszę jak najszybciej odnaleźć drogę do domu, zanim całkowicie pogubię się w tym dziwnym, nieznanym świecie.

***

Przemierzaliśmy ziemistą drogę w absolutnej ciszy. Miałam czas, by w spokoju przyjrzeć się otaczającemu mnie światu. Wędrówka byłą znacznie mniej męcząca, niż obawiałam się tego na początku. Wręcz przeciwnie – była przyjemna i pełna spokojnej harmonii.

Powietrze pachniało wilgocią i świeżą ziemią, a wiatr poruszał liśćmi drzew, wydając delikatny szelest. Wokół panowała cisza przerywana tylko stukotem kopyt konia o drogę. Czułam, jak napięcie powoli opada, a moje myśli zaczynają się układać w logiczną całość. Było w tym coś kojącego, niemal terapeutycznego – pierwszy raz od kiedy się obudziłam w tym dziwnym świecie poczułam, że mogę po prostu... odetchnąć.

Las, przez który jechaliśmy, ciągnął się w nieskończoność. Nie dało się dostrzec jego końca – drzewa tworzyły zieloną ścianę, a ścieżka ginęła gdzieś w głębi tajemniczego gąszczu. Przez korony wielkich drzew przebijały się promienie słońca, rozświetlając wszystko dookoła i delikatnie ogrzewając moją twarz.

Zaczerpnęłam głęboko świeżego powietrza, czując jego zapach – mieszankę wilgotnej ziemi, igieł leżących na ziemi oraz odległych kwiatów. Uśmiechnęłam się mimowolnie, pozwalając, by spokój tego miejsca powoli wypełnił moje ciało. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam, że mogę choć na chwilę odetchnąć, zostawiając za sobą chaos myśli i niepewność.

- Dało by się przyzwyczaić - pomyślałam zadowolona.

Zerknęłam w stronę ledwo poznanego, siwobrodego Gandalfa. Był nieobecny, jakby jego myśli unosiły się gdzieś daleko, poza drogą i powozem. Jego twarz wyrażała skupienie na czymś niewidzialnym dla mnie.

Przyglądając się każdej zmarszczce, każdemu zagłębieniu na jego starej twarzy, mogłabym pomyśleć, że każda z nich to jeden rok życia – a miał ich zdecydowanie za dużo. Mogłabym sobie dać rękę uciąć, że ma więcej lat, niż mogłabym kiedykolwiek przypuszczać. I mimo tego, w jego spojrzeniu była niezwykła żywotność i czujność, jakby doświadczenie całego życia nie przytłaczało go, lecz dodawało mu siły.

Poczułam suchość w gardle, nawet przełykanie śliny, nie dawało żadnego rezultatu. Język przyklejał się do podniebienia, a oddech stawał się lekko przyspieszony. Chciałam poprosić go o coś do picia, ale nie wiedziałam, jak zacząć rozmowę. Każde słowo wydawało się zbyt ciężkie, niepasujące do ciszy panującej w powozie.

Spojrzałam na niego, próbując odczytać choć odrobinę jego myśli z tej spokojnej, skupionej twarzy. Serce znowu zaczęło swój taniec – nie z powodu lęku, a z obawy, że przez niezręczność mogę zepsuć pierwszą, prawdziwą rozmowę między nami.

– Przepraszam? – zapytałam niepewnie, zaciskając dłonie na materiale czarnych spodni.

Starzec podskoczył w miejscu na mój głos, a lejce w jego dłoniach poruszyły się niespokojnie. Kiedy odwrócił się w moją stronę, ujrzałam jego źrenice powiększone, a twarz pobladłą niemal do szarości.

Wstrzymałam oddech, zastygając w miejscu. Serce biło mi nierówno, a w głowie pojawił się natychmiastowy wir pytań. Czy coś zrobiłam źle? Czy powiedziałam coś, co go zaniepokoiło? Każdy ruch wydawał się teraz znaczący, a cisza wokół stawała się niemal przytłaczająca.

– Tak? – wymamrotał po chwili coś pod nosem, mrugając oczami, jakby próbował wrócić z odległych myśli, jednak kiedy spojrzał na mnie, kolory powróciły na jego twarz, a siwy wąs uniósł się lekko do góry w subtelnym geście uśmiechu.

Przez krótką chwilę zawahania miałam wrażenie, jakby zupełnie zapomniał, że byłam tuż obok.

– Wystraszyłaś mnie, panienko. Proszę o wybaczenie – powiedział, chwytając dłonie za klatkę piersiową. – Byłem myślami gdzieś daleko za horyzontem – zaśmiał się krótko, rozluźniając ramiona – zdarza mi się to dość często – dodał, a ja tylko pokręciłam głową, uśmiechając się w duchu.

– Starość nie radość, Gandalfie? – zapytałam, a on lekko się zaśmiał.

– Dokładnie – odparł, a jego oczy błysnęły zabawnie.

– Szczerze? – przyznałam, drapiąc się nerwowo po karku. – Nie wiedziałam, jak zacząć, a chciałam o coś zapytać.

Gandalf machnął ręką tak lekko, że skrawek jego materiału powiał w różne strony, a ja poczułam przez moment, jakby jego gest mówił - „Nie przejmuj się, wszystko w porządku". Uśmiechnęłam się niepewnie, próbując zebrać myśli, a spokój, który od niego bił, powoli przenikał też do mnie.

- O co chciałaś zapytać? - odezwał się nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Wody, cokolwiek do picia – odpowiedziałam prosto i szczerze, choć już samo wspomnienie mokrej cieczy sprawiało, że gardło stało się jeszcze bardziej suche.

Zamlaskałam ustami, próbując językiem wydobyć choćby odrobinę śliny, by uśmierzyć piekący dyskomfort. Każdy oddech wydawał się cięższy, a przełykanie stawało się wysiłkiem. Spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem, mając nadzieję, że zrozumie moją potrzebę, zanim suchość w gardle stanie się nie do zniesienia.

- Gdzie ja mam głowę! - krzyknął łapiąc się jedną ręką za głowę, a drugą szarpnął lejce zatrzymując tym powóz.

– Coś się wykombinuje, daj mi chwileczkę – powiedział Gandalf, a w mgnieniu oka zeskoczył z powozu i przeszedł na jego tył.

Zaczął nerwowo przeszukiwać skrzynie i worki, grzebiąc w nich, jakby każda sekunda się liczyła. Przystanął na chwilę, marszcząc krzaczaste, nieociosane brwi, a jego spojrzenie stało się głębsze i bardziej skoncentrowane.

Siedziałam w miejscu, obserwując każdy jego ruch ze spojrzeniem pełnym nadziei. Każdy trzask drewna i szelest materiału wywoływał we mnie lekki dreszcz. Czułam, że naprawdę stara się mi pomóc, co widać było nawet w jego niecierpliwym szukaniu czegokolwiek do picia, aby ugasić moje pragnienie.

- Musi coś tu być - szepnął do siebie zamyślony, drapiąc się lekko po siwej brodzie.

Sięgnął głębiej do największej, ciemno drewnianej skrzynki i po paru sekundach triumfalnie wykrzyknął.

– Mam!

Jego radość jednak trwała tylko chwilę. Uśmiech zniknął z ust niemalże natychmiast.

– Psia krew, puste... – mruknął niezadowolony, patrząc na przedmiot, jakby mógł mu on w magiczny sposób coś dać. Pokręcił nosem, po czym spojrzał na mnie z wyraźną frustracją, a ja poczułam mieszankę rozbawienia i współczucia.

Obserwowałam jego gesty i minę, zdając sobie sprawę, że mimo całej jego pewności, nawet on napotyka czasem trudności. W tej sytuacji jeszcze bardziej pragnęłam, by znalazł coś, co mi ulży.

– „Ulya to sungwa nen" – wyszeptał coś w dziwnym, nieznanym mi języku, gładząc opuszkami palców naczynie. Przymknął na chwilę oczy i powtarzał w kółko to samo zdanie, jakby każda sylaba była dla niego niezwykle istotna. Dźwięki jego głosu były jak echo z innego świata – znajome w rytmie, a obce w treści.

– Okej? To jest dziwne... – powiedziałam cicho, czując ciarki przebiegające po plecach. Nagle poczułam się nieco nieswojo i odwróciłam wzrok, próbując oderwać uwagę od niego. Wyprostowałam plecy i powoli kręciłam szyją na boki, gdy nagle usłyszałam cichy strzał.

Przez mój kark rozlał się przyjemny, ciepły ból, który rozchodził się po całym obszarze szyi. Mimo dziwnej sytuacji, poczułam dziwny komfort w tej nieoczekiwanej dolegliwości – jakby mięśnie w końcu puściły napięcie nagromadzone w ciele, a umysł mieszał zaskoczenie z ulubionym uczuciem ulgi.

– Proszę – podskoczyłam w miejscu, widząc przed sobą Gandalfa, który wyciągał w moją stronę przedmiot. Nie był to byle jaki przedmiot – z wyglądu przypominał termos na herbatę lub kawę, ale coś w nim wydawało się... inne, niemal tajemnicze.

Czułam mieszankę ciekawości i ostrożności – czy miał to być zwykły napój, czy może coś znacznie bardziej niezwykłego? Każdy szczegół jego ruchu przyciągał moją uwagę, a w powietrzu wisiała niemal namacalna aura napięcia i oczekiwania.

– Proszę, weź – ponaglił mnie, przekazując termos w moje dłonie.

Przez chwilę przyglądałam się mu, zastanawiając się, skąd mógł wziąć coś takiego. Cały czarny, metaliczny, wyglądał niemal jak nowy – zupełnie jakby używano go może dwa razy w życiu. Delikatnie obracałam przedmiot w dłoniach, badając każdy szczegół: chłód metalu, gładkość powierzchni, lekkie odbicia światła.

Starałam się dostrzec nawet najmniejszą rysę czy niedoskonałość, jakby to potwierdzało, że nie jestem zupełnie sama w tym dziwnym świecie. Termos wydawał się symbolem normalności, jako maleńki fragment znanej mi rzeczywistości mógł dodać poczucia bezpieczeństwa w tym chaotycznym, nieznanym miejscu.

– Jestem głupia i debilna – westchnęłam zirytowana, kręcąc głową na boki, jakby sama fizycznie chciała odgonić te myśli.

– Znowu zaprzątam sobie głowę jakimiś bzdetami, które sama chcę wcisnąć na siłę. I tak mam już za dużo na głowie... więcej nie potrzebujesz, kretynko. Ogarnij się – wyrzuciłam z siebie słowa w myślach, czując, jak serce przyspiesza, a dłonie mimowolnie zaciskają się w pięści.

Czułam ciężar tych myśli na klatce piersiowej, jakby każdy ich fragment dodawał kolejny kamień. Próbowałam złapać oddech, ale nerwowość wciąż pulsowała w całym ciele. Chciałam tylko, żeby głowa przestała wariować i pozwoliła mi na chwilę spokoju.

Nie tracąc czasu, odkręciłam wieczko i przyłożyłam termos do wysuszonych warg. Westchnęłam z prawdziwą ulgą, gdy pierwszy łyk zimnej, czystej wody rozpłynął się po jamie ustnej, przynosząc natychmiastowe orzeźwienie.

Woda spływała przez zaschnięte gardło, gasząc palące pragnienie i powodując falę przyjemnego zaspokojenia. Każdy łyk był jak mały cud – rozluźniał spięte mięśnie, koił pulsujący ból w głowie i pozwalał choć na chwilę oderwać się od chaosu myśli. Czułam, jak siły powoli wracają, a świat wokół nabiera nieco bardziej przystępnych barw.

– Lepiej? – Gandalf patrzył na mnie wyczekująco, a w jego oczach błyszczał dziwny, niemal figlarny blask.

Nie zdając sobie jeszcze w pełni sprawy z tego, co się wydarzyło, kiwnęłam energicznie głową i uśmiechnęłam się szeroko, czując, jak ulga i radość powoli wypełniają moje ciało.

– No to w drogę, bo jeszcze daleka droga przed nami! – krzyknął zadowolony starzec, uderzając delikatnie laską o ziemię.

Powóz znów ruszył, a ja poczułam wiatr muskający twarz, mieszankę świeżego powietrza i zapachu lasu. Serce biło mi szybciej, ale w tym rytmie była też nuta ekscytacji. Przygoda trwała dalej, a ja zaczynałam czuć, że może jeszcze nie wszystko w tym świecie jest tak obce, jak mi się wcześniej wydawało.

By umilić nam dalszą podróż i lepsze wzajemne poznanie, Gandalf zaczął opowiadać różne historie – przygody, które sam przeżył, oraz wydarzenia z życia jego bliskich. W niektórych momentach potrafiły mnie rozbawić do łez, w innych wzbudzały smutek i zadumę.

Jednak im bardziej zagłębiałam się w jego słowa, tym bardziej uświadamiałam sobie, jak bardzo obcy i nieznany jest mi ten świat. Każda historia, każdy szczegół zdawały się dodawać realności temu miejscu, a świadomość, że wszystko dzieje się naprawdę, napawała mnie jednocześnie fascynacją i przerażeniem. Czułam, jak narasta w moim wnętrzu mieszanka ciekawości, niepewności i lekkiego lęku – byłam tu całkowicie sama, a jednak... ktoś był obok, próbując mnie w tym świecie poprowadzić.

Średnia ocena: 1.6  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania