Kroniki Wybawcy / Hobbit. Strona 4
– Jesteśmy na miejscu. Witaj w Shire! W małej, ale najbardziej spokojnej i gościnnej wioseczce w całym Śródziemiu – starzec spojrzał na mnie ukradkiem, a jego głos zabrzmiał przekonująco i z nutą dumy.
Przebudziłam się z lekkiego odrętwienia i powoli otworzyłam zaspane oczy. Powieki miałam ciężkie, ale ciekawość zwyciężyła. Poprawiłam się na siedzeniu, czując, jak kości protestują po długiej podróży, i uniosłam głowę ku górze.
To co ujrzałam przed sobą było niesamowite i magiczne.
– To... to jest piękne – wyszeptałam zdumiona, ledwo wierząc własnym oczom.
Wcześniej bijące na zmianę z niepewności, strachu i irytacji serce, tym razem zabiło radośnie, jakby nagle dostało nowej energii. Czułam, jak płuca rozszerzają się głębiej niż zwykle, a wraz z każdym oddechem powietrze robiło się czystsze, lżejsze. Usta rozchyliły się same z siebie, odsłaniając niemy uśmiech zachwytu, gdy patrzyłam na sielankowy krajobraz rozciągający się przede mną.
Domki wbudowane w ziemię zdawały się tworzyć jedność z naturą, jakby wyrosły tu razem z pagórkami, a nie zostały zbudowane ręką człowieka. Każdy szczegół – od kolorowych drzwi, po okiennice ozdobione kwiatami – sprawiał wrażenie starannie przemyślanego, a jednocześnie naturalnego i niewymuszonego.
Małe dróżki, wijące się jak wstęgi pomiędzy działkami, prowadziły do ogrodów pełnych warzyw, ziół i kwiatów, których zapach niósł się z lekkim wiatrem. Ptaki śpiewały gdzieś nad głową, a od czasu do czasu można było usłyszeć gdakanie kur lub beczenie owiec zza drewnianych płotków.
To miejsce było pełne prostoty, ale miało w sobie coś niezwykłego – jakby każde źdźbło trawy i każdy kamień znały swoje miejsce, wspólnie tworząc idealną harmonię. Było w tym coś tak nieziemsko spokojnego, aż bolało mnie w sercu na myśl, że mogę tu być tylko gościem.
Przemierzając ziemistą drogą patrzyłam na to wszystko z ogromnym zachwytem i podziwem. Będąc już prawie w centrum osady zaczęłam zauważać mieszkańców wioski i to nie byle jakich. Byli bardzo niskimi ludźmi, istotami z wielkimi i owłosionymi stopami chodzącymi bez jakichkolwiek butów. Wyglądem mogły przypominać karłów niskiego pokroju.
Ich policzki były rumiane, a oczy pełne życia i ciekawości. Widziałam, jak zanosili kosze pełne świeżych owoców i witali się ze sobą przyjaznymi uśmiechami, a dzieci biegały wesoło, bawiąc się na dróżkach między domkami. Niektórzy, mijając nasz powóz, przystawali na moment i przyglądali mi się z wyraźnym zdziwieniem, jakby w ich codziennym, spokojnym świecie tak wysoka i obco ubrana postać jak ja była czymś całkowicie niepojętym.
Czułam się niepewnie, jakbym stała na środku sceny, a każdy szept i ukradkowe spojrzenie wbijało się we mnie coraz mocniej. Jednak w ich oczach nie widziałam lęku – raczej dziecięcą ciekawość i nutę ekscytacji.
Wtem jedno z dzieci, mały niziołek z burzą kręconych brązowych włosów, podbiegł bliżej, przyglądając mi się wielkimi, błyszczącymi oczami. Zatrzymał się parę kroków od powozu, unosząc głowę tak wysoko, jak tylko mógł, żeby objąć mnie spojrzeniem.
– Ale jesteś ładna! – wykrzyknął z zachwytem, a jego głosik rozległ się wśród pobliskich domków.
Kilku dorosłych hobbbitów odwróciło się w naszą stronę, a ja poczułam, jak rumieniec wkrada się na moje policzki. Gandalf tylko cicho zachichotał pod nosem, jakby dokładnie wiedział, że taka scena musi się wydarzyć.
Odczuwałam lekki dyskomfort. Należę do osób bardziej nieśmiałych i wycofanych. Nie cierpię, gdy jestem w centrum uwagi. To jest nieprzyjemne i zupełnie niepotrzebne dla takich osób jak ja. Nie jestem jak jakaś Monalisa czy inny eksponat w muzeum, gdzie każdy przychodny zwraca uwagę, zatrzymuje się, gapi i głośno komentuje, jakby miał do tego prawo. Nie, nie jestem i nie jest mi to potrzebne do życia.
Jednak niektóry patrzyli na mnie jak na coś dziwnego, coś nie z tego świata, i mieli przecież rację... bo dokładnie tak się czułam. Ich spojrzenia paliły jak rozżarzone igły, a ja najchętniej zapadłabym się pod ziemię. Każdy szept i każdy ukradkowy gest zdawał się potwierdzać tylko jedno – że jestem intruzem w miejscu, gdzie nikt na mnie nie czekał.
Rozmyślając nad tym wszystkim, wypuściłam drżąco i głośno powietrze z ust, próbując w jakikolwiek sposób opanować emocje oraz wrócić do ładu i składu. Klata ścisnęła się jakby ktoś założył na nią żelazną obręcz, a dłonie nieprzyjemnie wilgotniały. Powtarzałam w myślach, że muszę się uspokoić, że nie mogę pokazać po sobie całego tego chaosu. A jednak każda próba opanowania oddechu kończyła się kolejnym drgnięciem serca, które biło jak oszalałe, przypominając mi, że nie mam już nad niczym pełnej kontroli.
Po chwili poczułam ciepłą dłoń na ramieniu. Spojrzałam w bok i ujrzałam przed sobą zasmucone błękitne oczy staruszka. Nie musiałam nic mówić, bo doskonale wiedział, w jakim jestem stanie i jak się czuję.
Ścisnął mocniej ramię, dodając mi otuchy i wsparcia. Ten prosty gest wystarczył, by przypomnieć sobie, że nie jestem tu sama. W jego spojrzeniu nie było oceny ani zaskoczenia – tylko cierpliwość i spokojne zrozumienie, jakby już nie raz widział kogoś, kto czuł się zagubiony w obcym świecie.
- Już niedaleko, jesteśmy prawie na miejscu - powiedział spokojnie poklepując mnie.
Znikąd usłyszałam głośne krzyki i chichoty.
- Gandalf! - starzec puścił moje ramie i odwrócił się do tyłu. Zaśmiał się głośno.
Zmarszczyłam brwi i również spojrzałam za siebie, zaciekawiona. Ujrzałam gromadkę małych dzieci biegnących w naszym kierunku, ich śmiech i piski wypełniały powietrze jak dzwonki na wietrze. Starzec pyrknął na białego konia, aby się zatrzymał. Kiedy tak się stało, zszedł z powozu na ziemię i skierował się do słodkiej gromadki maluchów.
Nie zdążył zrobić nawet trzech kroków, a już został „zaatakowany" – otulony drobnymi ramionami, śmiechem i radosnymi okrzykami. Jego siwe włosy i długa broda powiewały przy tym lekko w wietrze, a on sam uśmiechał się szeroko, delikatnie obejmując każde dziecko.
– Jest tutaj znany, a to dobrze wróży – westchnęłam uspokojona.
– Jest tutaj znany, a to dobrze wróży – westchnęłam uspokojona
(wyobraźcie sobie, że właśnie te dzieci tulą Gandalfa :))
Patrząc z zadowoleniem przed siebie, poczułam, jak nagle ktoś chwyta i pociąga mnie za rękaw bluzy. Niezwłocznie spojrzałam w tamtą stronę, marszcząc brwi. Ukazał mi się mały, słodki chłopczyk z czarnymi jak kruk włosami, a jego loki lekko zakrywały wielkie błękitne jak najczystszy ocean oczy.
Mocno rumiane policzki zdradzały, że biegnąc tutaj ile sił w nogach po prostu się zmęczył. Jego spojrzenie było pełne ciekawości i lekko nieśmiałego zachwytu, a drobne dłonie kurczowo trzymały mój rękaw, jakby w ten sposób próbował utrzymać kontakt z kimś obcym, ale jednocześnie przyjaznym.
Zatrzymał się, dysząc ciężko, a ja zauważyłam, jak jego małe stópki ugniatają ziemię z każdym oddechem. W tym momencie uśmiechnęłam się do niego nieśmiało, a on odwzajemnił to niemal natychmiast, jakby właśnie w tym prostym geście znalazł całą odwagę, by podejść bliżej.
- Proszę to dla Ciebie - powiedział zdyszany, a w ręku trzymał piękne czerwone, dojrzałe jabłko. Zamrugałam zaskoczona, ale po chwili uśmiechnęłam się pod nosem ściągając kaptur z głowy. Pochyliłam się lekko do przodu i wzięłam od niego owoc, zaś drugą ręką delikatnie pogłaskałam go po głowie, na co zachichotał ukazując szereg małych, białych ząbków.
Chłopiec zachichotał radośnie, ukazując szereg malutkich, białych ząbków. Jego oczy błyszczały jak dwa małe szafiry, a policzki czerwieniły się jeszcze bardziej. W tym prostym geście poczułam nagle ciepło i lekkość, jakby na moment wszystkie moje lęki i niepewność odpłynęły, a wokół nas cały świat nagle stał się trochę bardziej przyjazny.
– Dziękuję... – powiedziałam szczerze – jak ci na imię, chłopczyku? – zapytałam zaciekawiona, patrząc mu w oczy.
Ten zarumienił się jeszcze mocniej, zaciskając malutką dłoń na mojej. Na chwilę spuścił wzrok, a potem nieśmiało szepnął.
– Frodo...
Usłyszeć to imię sprawiło, że mimowolnie uśmiechnęłam się szerzej. Było w nim coś tak niewinnego i szczerego, że na moment zapomniałam o całym swoim zamieszaniu i niepewności. Poczucie przytulenia do jego maleńkiej dłoni i radość w oczach chłopca sprawiły, że nagle Shire wydało mi się jeszcze bardziej prawdziwe i przyjazne.
– A pani, jak brzmi twe imię? Pani też jest takim wielkim czarodziejem jak nasz Gandalf, prawda? – zapytał Frodo, a ja wzdrygnęłam się na jego pytanie, marszcząc czoło.
„Że ja, kim jestem? A on, że kim jest?" – powiedziałam w myślach, lekko skołowana i wybita z rytmu.
W głowie kłębiły się tysiące myśli. Jak mam mu wytłumaczyć, kim naprawdę jestem, skoro sama dopiero staram się to zrozumieć? Chciałam odpowiedzieć coś sensownego, coś, co będzie prawdziwe, a jednak słowa utknęły gdzieś w gardle, jakby bały się wydostać na zewnątrz.
Patrząc na jego błękitne, ciekawskie oczy, poczułam nagle dziwne połączenie - z jednej strony lekkie poczucie winy, że nie wiem, co powiedzieć, a z drugiej strony ciepło i nieoczekiwaną ulgę, że to dziecko nie ocenia mnie za moje zamieszanie.
– Diana... Diana Sallow. Miło mi Cię poznać, drogi Frodo. Wybacz mi, ale muszę Cię chyba zasmucić. Niestety nie jestem żadnym czarodziejem jak Gandalf – powiedziałam, uśmiechając się pocieszająco.
Frodo na chwilę spuścił wzrok, jakby przeanalizował moje słowa, po czym szeroko się uśmiechnął, ukazując rząd malutkich białych ząbków.
– To nic! – wykrzyknął z zapałem. – Wiesz... to wcale nie znaczy, że nie możesz być fajna! – dodał, a jego entuzjazm był tak szczery, że poczułam, jak moje serce mięknie.
Na moment zapomniałam o całej dezorientacji i niepewności, a w powietrzu uniósł się cichy dźwięk jego śmiechu. W tej chwili Shire wydało mi się jeszcze bardziej przyjazne, a spotkanie z tym maluchem – niezwykle prawdziwe i... pocieszające.
Już chciałam coś odpowiedzieć, ale zanim zdążyłam otworzyć usta, chłopczyk został podniesiony do góry na ręce. Krzyknął i zachichotał radośnie, a jego nóżki energicznie podrygiwały w powietrzu.
Widząc, kto go trzyma w ramionach, przytulił się od razu, opierając główkę o jego ramię. Gandalf uśmiechnął się lekko.
Spojrzałam na Froda i poczułam ciepło. Ten drobny, beztroski i pełen zaufania gest, był jak cichy most między naszymi światami.
- Jak tyś wyrósł, Frodo! – uśmiechnął się szeroko czarodziej, obserwując chłopca, który był wtulony w jego szaty.
– Widzę, że poznałeś mą przyjaciółkę – dodał, a obaj zerknęli na mnie przyjaźnie, widząc mój lekki uśmiech.
Chłopczyk bez zastanowienia pokiwał ochoczo głową, a jego oczy błyszczały jak dwa maleńkie szafiry, pełne ciekawości i zaufania.
Frodo zaśmiał się cicho, a jego małe dłonie ściskały krawędź szaty Gandalfa. Patrząc na to wszystko, poczułam, jak napięcie w moim ciele powoli ustępuje, a w sercu pojawia się lekka, nieoczekiwana ulga.
– Dobrze, mój drogi, zmykaj do domu, bo jest już dość późno – powiedział łagodnie, odstawiwszy chłopca z powrotem na ziemię. – Słońce zachodzi i powoli się ściemnia. Rodzice zaczną się martwić. Nikt by tego nie chciał – dodał, kiwając palcem w stronę Froda.
Chłopiec jeszcze przez chwilę spojrzał na nas wielkimi błękitnymi oczami, jakby nie chciał opuszczać przyjemnej obecności Gandalfa i mojej. Jednak po chwili w końcu skinął głową, niechętnie, lecz posłusznie ruszając w stronę swojego domu, a jego drobne nóżki gubiły się między pagórkami i zielonymi ścieżkami Shire.
Patrzyłam za nim przez chwilę, czując w sercu dziwną lekkość i spokój. Gandalf odwrócił się w moją stronę, a w jego oczach znów pojawił się ten spokojny, przenikliwy błysk, który sprawiał, że czułam się bezpiecznie, mimo całego zamieszania w mojej głowie.
– To Hobbici, Diano... – powiedział, a ja spojrzałam na niego, marszcząc brwi, nie do końca wiedząc, jak zareagować.
– Wśród nich znajdziesz tylko prawdziwych i oddanych przyjaciół. Tylko trzeba troszkę czasu, aby tak się stało. Gwarantuję Ci, że znajdziesz tutaj kogoś takiego. A teraz... ktoś taki ci jest potrzebny – dodał.
Spojrzałam na niego, a w moim wnętrzu kotłowały się sprzeczne emocje. Z jednej strony czułam niepewność, wyobcowanie w tym nowym świecie, a z drugiej – jego słowa sprawiały, że serce się uspokajało za każdym razem. Jego spojrzenie było jak niewidzialny przewodnik, który mówił - „Nie bój się, wszystko będzie dobrze".
Bez dalszego gadania wsiadł z powrotem na wóz i zaczął kierować się dalej.
***
Wyjeżdżając na najwyższy pagórek wioski, ukazała nam się duża chatka, wznosząca się niemal naturalnie spod ziemi, pokryta gęstym bluszczem i kolorowymi roślinami. Z dachów wyrastały drobne kwiaty, a wokół unosił się delikatny zapach świeżej ziemi i zieleni.
Przed domem rozciągał się ogromny, starannie utrzymany ogród, pełen kwitnących krzewów, warzyw i ziół. Kolory i zapachy mieszały się ze sobą w harmonijną, niemal magiczną całość. Widać było, że każdy szczegół tego miejsca był pielęgnowany z troską i uwagą, a sama chatka emanowała spokojem i przytulnością.
– To nasza przystań – powiedział wędrowiec, pomagając mi zejść z drewnianego wozu na ziemię.
Bez chwili zastanowienia rozprostowałam bolące nogi i kręgosłup, czując ciężar zmęczenia, który w przyjemny sposób stopniowo ustępował. Zieleń dookoła, ciepłe promienie słońca i spokojny szum wiatru w koronach drzew sprawiały, że poczułam się niebywale dobrze.
– Jezusicku, jak dobrze w końcu wstać na równe nogi. Już nawet dupa błagała mnie o litość – zaczęłam, lekko masując dłonią tyłek.
Mając grymas na twarzy, dodałam zrezygnowanym tonem: – Oj, czuję, że będą odciski...
Przeszłam kilka kroków po miękkiej trawie, próbując rozluźnić spięte mięśnie. Każdy ruch przypominał mi, jak bardzo ciało potrzebowało tego postoju. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a ja poczułam ulgę, że w końcu mogę odetchnąć i chwilę się rozluźnić, nie martwiąc się o drogę ani tempo marszu.
Siwobrody w tym czasie otworzył małą, drewnianą bramkę i wszedł na posiadłość bodajże swojego przyjaciela.
Ścieżka prowadziła wprost do przytulnego domku.
Każdy krok Gandalfa po miękkiej ziemi wybrzmiewał cicho i rytmicznie, jakby sam krajobraz przywitał go serdecznie.
Podszedł pewnym krokiem do okrągłych, drewnianych drzwi i zapukał w nie dwa razy swoją laską.
Niepewnym krokiem przeszłam również przez tę samą bramkę co czarodziej. Ogarniała mnie niepewność, a każdy krok po drobnych kamyczkach wydawał się donośniejszy, niż byłoby w rzeczywistości.
Zanim zrobiłam kolejne kroki, usłyszałam niezadowolony głos dobiegający zza drzwi.
– Kto tam? – warknął ktoś ochryple, a ton głosu zdradzał mieszankę zaskoczenia i lekkiej irytacji.
Zamarłam na moment, wpatrując się w drzwi, a Gandalf jedynie uśmiechnął się pod nosem, jakby znał ten głos i sytuację, którą zaraz ujrzymy.
Kiedy jednak drzwi otworzyły się szybko i szeroko, głosy ucichły, wnet nadeszła cisza.
– Kogo moje oczy widzą! Gandalf, mój stary druhu! – Hobbit wyszedł zza drzwi i przytulił siwobrodego, który odwzajemnił uścisk z uśmiechem.
– Co cię do mnie sprowadza o tak późnej porze? – zapytał zaskoczony niziołek.
Czarodziej szybko spoważniał, odsunął się delikatnie od przyjaciela i w mgnieniu oka zerknął za swoje plecy. Hobbit, dostrzegając jego powagę, podążył wzrokiem za nim.
– Obawiam się, drogi przyjacielu, że dla Śródziemia nadchodzą wielkie zmiany – szepnął tajemniczo czarodziej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania