Kropla do Historii
Wojnicz-lato rok 1944 (czas okupacji Niemieckiej).Nazywam się Stanisław Kabat, obecnie mam 16lat , od 14 roku życia uczę się za stolarza , moim majstrem jest Pan Karol Nosek . Nagle moja nauka zostaje przerwana. Wszyscy chłopcy i mężczyźni , w wieku od 12 – 60 lat , którzy nie zostali wcześniej wywiezieni do obozów , zostają zabrani do przymusowej pracy przy okopach przeciwpancernych. Codziennie na rynku wraz z innymi ludźmi , ja , mój o 2lata młodszy brat Władek , Karol Nosek oraz jego brat Leopold musimy się stawiać , gdzie zabierają nas w góry do pracy. Jest nas około 150 osób . Wykopy są spowodowane , coraz bardziej zbliżającym się frontem ZSRR .Podczas prac jesteśmy podzieleni na grupy , które pilnują Niemcy , pracujemy cały czas , nie można ani chwili odpocząć . Problem jest nawet z załatwieniem swoich potrzeb fizjologicznych. Naszą grupę pilnuje młody , wysoki bez ręki SS-man (dowódca robót ).Po 10 godzinach pracy , zostajemy odwożeni do domów i tak przez 7 dni w tygodniu .Jest upalny dzień , podczas kopania okopu, Leopold ze zmęczenia opiera się o łopatę . Nie spodobało się to SS-manowi , wskakuje do okopu i zaczyna go wyzywać , kopać , bić po twarzy . Ten nie wytrzymuje , trzymając łopatę w ręku , przywala mu ją z całą siłą. Zaczyna się poruszenie , panika, ludzie zaczynają wyskakiwać z rowów i uciekać – ja robię to samo . Słyszymy za nami strzały z karabinów , nie odwracamy się , biegniemy dalej , rozpraszamy się każdy w inną stronę . W pewnym momencie czuję , ciepło w kolanie u prawej nogi , lecz się nie zatrzymuję . Biegnę tak około 5 km i trafiam na główną trasę Przemyśl-Kraków . Muszę przedostać się mostem , na drugą stronę Dunajca . W oddali po drugiej stronie na moście widzę , straż Niemiecką . Zastanawiam się co mam zrobić . Nagle spostrzegam ,niemiecki samochód pancerny ( tang) , przewożący czołg , który zmierza w kierunku mostu . Nie myśląc długo , wskakuję na pakę i chowam się pod czołgiem . Gdy przejeżdżamy koło straży , sprawdzają dokumenty kierowcy i puszczają dalej . Przy cmentarzu koło Wojnicza , wyskakuję z rozpędzonego samochodu, gdzie dopiero zauważam , że całe spodnie i buty mam we krwi , a nogę przestrzeloną . Docieram do domu , jeszcze w ten sam dzień , chirurg opatruje mi ranę , bym mógł nazajutrz stawić się w pracy. Ku mojemu zdziwieniu , te zdarzenie nie ma jakiegokolwiek oddźwięku i mijają kolejne dni w pracy na robotach .Aż do pewnego zimowego dnia 1945r.Stoimy jak co dzień na placu , czekając na samochody. Od razu ten dzień wydaje nam się jakiś inny , jest dziwna cisza , spokój , ludzie zaczynają szeptać, obawiać się czegoś . Mój brat , postanawia wrócić do domu .Po chwili Niemcy oznajmiają nam ,że dziś nie będziemy pracować tam gdzie zawsze , tylko udamy się do Bogumiłowic na rozładunek wagonów(okazało się to tylko pretekstem) i nie pojedziemy samochodami , tylko pójdziemy pieszo . Ustawili nas w szeregach w 3-osobowych szeregach , gdzie co czwarty szereg , po zewnętrznych stronach , pilnują nas Niemcy , Ślązacy i Ukraińcy. Co się okazuje mijamy nasze niby docelowe miejsce i prowadzą nas dalej i późnym wieczorem zatrzymujemy się w Wieszosławicach. Informują nas ,że tu spędzimy noc , a rano do pracy . Wpędzają nas do baraków , gdzie nawet nie ma jak się ruszyć przy tak dużej ilości osób . Mija noc . Rano zbiórka , samochodami wiozą nas do Mościc koło Tarnowa, tam pracujemy w okopach i na wieczór wracamy z powrotem do baraków. Tak mija kolejny dzień . Tego ranka zdaliśmy sobie sprawę , w jakim celu tu jesteśmy .Z naszej 150 osobowej grupy , utworzyłą się grupa , licząca około 2000 jeńców . Ustawiono nas podobnie jak wcześniej , po 3 osoby w szeregu , co 4 szereg straż . A na początku i pomiędzy nami , tabory Niemieckie . Niemcy przestrzegają nas : KTOŚ WYJDZIE Z SZEREGÓW – ZOSTAJE ROZSTRZELANY . ROZMOWY GROŻĄ ŚMIERCIĄ . Już wiemy , że służymy im jako „ŻYWA TARCZA” , chroniąca ich przed coraz bardziej zbliżającym się frontem . Wyruszamy , nie wiadomo gdzie . Marsz trwa całą noc, bez wody i jedzenia . Mróz dochodzi nawet do -30*C . Jesteśmy przemarznięci i głodni , w oddali słychać wybuchy , a na horyzoncie widać łuny . Nazajutrz dostajemy w puszkach po konserwach gorącej wody jest to dla nas jak błogosławieństwo ciepło rozchodzi się po całym ciele , choć nie trwa to zbyt długo . Ale ta chwila to rozkosz . Maszerujemy dalej –na zachód,niektórzy próbują uciekać-słychać strzały, niektórzy padają z wycieczenia ,zasypiają w marszu.Wieczorem dochodzimy chyba do Koszyc i tu się zatrzymujemy . Znów znaleźliśmy się w barakach w takich samych warunkach jak poprzednio.Niemcy oznajmują nam : „ Polska się poddała , wstąpicie do wojska niemieckiego , dostaniecie prowiant i koce „ . Słyszę jak starsi ludzie zaczynają się buntować krzyczeć . Nagle wyprowadzają ich , słychać strzały i zapada nieprzyjemna cisza . Rozdają nam po pól koca . Dostajemy po jednej litrowej konserwie mięsnej , jedną konserwę z mortadelą i po 2 bochenki chleba , dają napić się ciepłej herbaty . Nie wiedząc ,że to nasz ostatni posiłek , pochłaniamy wszystko co nam dali .Z samego rana , wyruszamy znowu , idziemy całą dobę , mijamy różne wioski i miasteczka . W nocy Niemcy nie wiedzą dokąd iść , błądzimy . Coraz bardziej jesteśmy otaczani przez wojska Rosyjskie , Niemcy próbują znaleźć drogę ratunku z tego kotła . W dzień , jesteśmy w łysym polu przy lotnisku chyba koło Krakowa . Na niebie ze wschodu , widać nadlatujące i schodzące coraz niżej samoloty Rosyjskie , słychać rozkaz -padnij ! . Nagle z samolotów wydobywają się strzały , które trafiają w tabory Niemieckie omijając zakładników ( jeńców , nas ) . Po nalocie- powstań! i dalej marsz . Naloty zdarzają się co jakieś 3-4 h , trwają około 15 min . Na noc trafiliśmy chyba do Koszyc , tym razem śpimy w oborach , jesteśmy głodni . W sieczce koło koryt dla krów szukamy resztek buraków i łupin . Nie ma gdzie załatwić potrzeb fizjologicznych , każdy załatwia je gdzie popadnie . Śpimy w grupach przytuleni do siebie by było cieplej . jesteśmy umorusani cali we własnych odchodach brudni i zawszeni . Słychać ktoś śpiewa, ktoś się modli , nagle strzały i cisza . Zaczynam się do tego przyzwyczajać . Przestaje się bać , staję się obojętny . I tak codziennie idziemy przez 2 tygodnie . Śpimy 2 noce na tydzień , po barakach , oborach i szkołach . Po drodze widząc studnie, ludzie rzucają się na nie , jak nie utracą przez to życia , w najlepszym wypadku dostaną kolbą . Niemiecki wóz z żywnością, wywrócił się do rowu , wygłodniali ludzie , rzucili się na niego , a Niemcy jak zwykle strzelali. Podążając w kierunku Kalwarii dochodzimy do Skawiny jest to miasto w którym znajdują się niemieckie działa przeciwlotnicze jest ono bombardowane. Słychać coraz większy hałas, rumor, wycie-zbliżają się samoloty bombowe. Nagle rozkaz- padnij! Z nieba lecą bomby-wielki huk! Podmuchy sprawiają ,że ludzie turlają się po ziemi jak suche liście niesione wiatrem. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam żadnej szansy przeżycia pozostając w szeregach, bo zginę od ataków na niemieckie tabory osłaniające się nami, albo od bomby, lub odbiorą życie Niemcy. Po bombardowaniu ustawiają nas znowu w formację ,wykorzystuję zamieszanie i porozumiewam się z kolegą z mojego miasteczka Mietkiem Mazgajem, który tak samo jak ja znalazł się w tej sytuacji .Postanawiamy uciec i tak nie mamy nic do stracenia. Ustawiają nas znowu w szeregi, Mietek idzie kilka szeregów przede mną ,nie widzę go przechodzimy przez centrum, jesteśmy coraz bliżej obrzeży miasta ,przeprawiamy się mostem przez rzekę Rabę. Zbliżamy się do Kalwarii, mijamy ludzi ,którzy podążają w stronę Skawiny po olej z fabryki która została zbombardowana. Jeszcze raz próbuję dostrzec kolegę, ale nie widzę go –myślę: chyba już uciekł. Tak! Teraz! Oddaję swój kawałek koca człowiekowi idącemu obok mnie, strażnik jest zmęczony –idzie ale ma zamknięte oczy. Robię znak krzyża, W imię Boże !- szepcę .Mgnienie oka i jestem wśród ludzi podążających po olej. Hura! Nikt nic nie zauważył formacja idzie, nie ma żadnego poruszenia. Idę w przeciwnym kierunku ,mijam szereg po szeregu, serce bije mi szybko, szczęście przeplata się ze strachem, odzyskuję ludzkie emocje i widzę narastającą nadzieję. Kątem oka obserwuję jak tutejsi ludzie między sobą wskazują ukradkiem na mnie palcami-wiedzą kim jestem, ale nikt mnie nie wydaje oprawcom : Chwała im za to!!Jestem już około 0,5 km za szeregami ,z przeciwka zbliża się dwóch mundurowych jeden Niemiec ,a drugi Ukrainiec są to strażnicy z mojego obozu. Zatrzymują mnie, zrobiło mi się gorąco po mimo okropnego mrozu i pytają czy nie jestem czasem uciekinierem, zaprzeczam drżącym głosem mówiąc ,że idę po olej. Zaczęli między sobą rozmawiać przeszywają mnie przy tym wzrokiem, zaraz chyba zemdleję ,nogi mi miękną ,robi mi się ciemno przed oczami .Wiem ,że nie dają mi wiary,to już koniec! Nagle –nie mogę w to uwierzyć ,Niemiec macha ręką od niechcenia i puszcza mnie wolno!! Czuję jakbym dostał skrzydeł, rzuciłem się w pola i pędzę w kierunku ,gdzie w oddali widać jakąś wioskę. Tam trafiam do pierwszego domu i proszę o jedzenie. Przyjmują mnie z otwartymi ramionami, karmią chlebem z masłem i poją gorącą kawą zbożową- cóż za rarytas! Opowiadam im całą historię, nagle jedna z domowniczek dostrzega jakiegoś chłopaka ,który idzie w naszą stronę. Tak! To on ! Mietek! Jemu też się udało! Wielka euforia i radość!Nie możemy tu przenocować ,za dużo kręci się Niemców. Pytamy jak dojść do Tarnowa, ale nie słyszeli nigdy o tym mieście. Kierują nas do domku pod lasem, twierdząc ,że będziemy tam bezpieczni. W domku jest masę ludzi ,którzy uciekli przed bombardowaniem .Spędzamy tu noc, oczywiście śpiąc na stojąco z powodu tłoku i przytulając się do siebie, aby się choć trochę rozgrzać. Tu też nikt nie wie jak dojść do Tarnowa.Rano postanawiamy wyruszyć, kierując się słońcem .Po drodze zachodzimy od domu do domu prosząc o jedzenie i nikt nigdy nie odmawia dostajemy chleb, herbatę. Podczas naszej wędrówki napotykamy grupę siedmioosobową Polskich partyzantów niosą ze sobą karabiny, uzbrojeni są w granaty i obłożeni pasami z amunicją. Okazuje się, że jeden z nich pochodzi z Tarnowa i pokierował nas jak mamy iść. Przestrzegają nas ,abyśmy trzymali się na uboczu ,bo zaraz odbędzie się tu rzeź .Zgodnie z ich wskazówkami udajemy się w dalszą drogę. Po przejściu kilkuset metrów rozlega się odgłos karabinów –to ci partyzanci.Przemarznięci, w dziurawych, obwiązanych drutem butach, z odmrożonymi nogami podążając w śniegu, pod wieczór docieramy do jakiegoś domku. Gospodarze palą w piecu jest cieplutko ,goszczą nas i oferują nocleg. Mój błogi stan nie trwa zbyt długo, zaś tylko przez chwilkę . Zaczynam odczuwać coraz to większy ból w stopach, staje się on tak okropny, że nie wiem co mam ze sobą zrobić. Zmuszony jestem przespać noc w zimnej stajni z nogami na zewnątrz. Nad ranem dostajemy strawę, gospodarze wskazują nam dalszą drogę .Idziemy polami w oddali słychać odgłosy bitew, nagle na niebie ukazuje się samolot radziecki , ku naszemu zaskoczeniu schodzi on coraz niżej, w ostatnim momencie zorientowaliśmy się, że będzie do nas strzelać. Około 20 metrów od nas rosną wierzby, chowamy się pod nie i w tej chwili pada seria strzałów. Znowu umknęliśmy śmierci. Najwidoczniej myśleli, że jesteśmy Niemcami. Od tej pory nasza wędrówka wiedzie przez lasy.Dochodzimy już do Bochni, słychać dziwny warkot ,a naszym oczom ukazuje się sznur samochodów, na których jadą mężczyźni i kobiety- Mongołowie i Rosjanie .Jest to wojsko Radzieckie zmierzające na zachód. Za nimi podąża piechota, oraz tabory. Oznacza to, że wojna dobiega kresu. Mimo okropnego mrozu i białego krajobrazu nadzieja zaczyna malować w głowie coraz to bardziej kolorowe pejzaże.Już zostało tak nie wiele drogi, jeszcze tylko z Bochni do Brzeska, a stamtąd do upragnionego , rodzinnego miasteczka- Wojnicza.Jest wieczór . Nareszcie ! Podróż dobiegła końca! Przemierzyłem ok. 100 km, ,a teraz stoję przed swoim wytęsknionym, najwspanialszym domem rodzinnym.Palą się świece, podchodzę do okna. Widzę, siedzi przy stole , coś szyje ,cała i zdrowa ,ale ponura i zadumana. Zauważyła! Spojrzała w okno! Tak! Tak MAMO! To ja! Pędzimy oboje do drzwi. Uściski! Euforia! Płacz! Ale gdzie brat?! Gdzie on jest?! Nic mu nie jest?! Nie -nic, jest u kolegów.Ta chwila jest najpiękniejszą chwilą w moim życiu, choć zdarzyła się ona 69 lat temu. Teraz mam już przeszło 85 lat, a pamiętam tak dokładnie ,że kiedy wspominam przeżywam ją na nowo.Historia, którą opowiedziałem, była dla mnie traumatycznym przeżyciem, widziałem cierpienie, bezradność, bezwzględność i śmierć ,śmierć, i jeszcze raz śmierć! Doświadczyłem także jednak bezinteresownej pomocy, uczynności ,wsparcia, oraz poświęcenia innych ludzi pomimo czyhającego na każdym kroku niebezpieczeństwa. Życie nauczyło mnie ciężkiej pracy, szacunku do ludzi, cieszyć się z tego co się ma ,doceniać każdy dobry gest, wybaczać, a przede wszystkim kochać bezgranicznie rodzinę.Dla wnuczki Oliwii –dziadek
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania