,,Kruczy Wiek- Dzieci Supernowej" 5

Rozdział 5

Śnieżyca miotała, bladą, siną skórę. Zimne płatki osadzały się na ciele, pokrywając ją skrzącym się puchem. Oślepiona bielą, podniosła powieki. Świat rozmywał się, a horyzonty rozlewały w toni panoramy.

W półśnie. Leżała bez ruchu. Praktycznie nie czuł nic. Łzy napływały jej do oczu. Nie pamiętała, dlaczego płacze. Bezwładnie przymknęła oczy, pewna, że to sen, zanurzyła się w ciemności, za którą tak bardzo tęskniła.

Sen zakrzywił jej spojrzenie na czas. Czuła, jakby minęła chwila. Nie zdążyła zorientować się, kiedy burza ustała.

Wybudziło ją skomlenie. Szybko wyrwała się na nogi. Rozległo się warczenie, a psy zaczęły się na nią rzucać. Odepchnęła jednego kopnięciem, a zwierzę zapiszczało z bólu. Poczuła na skórze zębiska. Uderzyła z całej siły w brzuch czworonoga. Sięgnęła po kamień i rzuciła w ich kierunku. Broniła się, dopóki skulone nie odeszły.

Żyła zapulsowała w jej skroni. Trzymała się za dudniące serce. Rozejrzała się wokół. Nie widziała końca pustkowia, które skromnie przecinało parę drzew. Jestem w piekle, pierwsze co przemknęło jej przez myśl. Przyjrzała się swojemu ciału. Nie takie je zapamiętała. Rozchyliła grubą warstwę ubrań. Ciało było nieco okrąglejsze, a skóra mniej bledsza. Długie kosmyki o kolorze czerwieni nachodziły aż do jej dekoltu. Przemknęła dłonią po jej pulchnym policzku i dotarła do szyi, czując na niej srebrny łańcuszek. Tam znalazła wiadomość. Nie minął ułamek sekundy, a wbiła spojrzenie w uchyloną kartkę.

“Minęło ponad czterdzieści lat, odkąd ‘zasnęłaś’. Wybacz za pozostawienie na środku zimnej pustyni. Ze względu na zasady proceduralne, nie mogłem tego zrobić w laboratorium. Co do naszyjnika… Kasjopeja przekazała mi, żebyś nosiła go przy sobie. Jako że Księżna nie ma już do tego głowy, nie uznałem za konieczne, aby wprowadzić Cię do naszego projektu. Od teraz jesteś całkowicie zdana na siebie. Nie utrzymujesz kontaktu z nikim związanym z twoim dawnym życiem. Nie należysz już do Arianu ani do żadnego innego państwa Nibiru. W twoim interesie to, czy wkupisz się w łaski noriliańczyków, czy na zawsze zostaniesz wygnańcem. Rada: nie rzucaj się w oczy. Znajdź ciepłe miejsce – w ostateczności rozpal ognisko. Noriliańczycy długo nie przetrwają na mrozie. Czego już pewnie zdążyłaś się chłodno przekonać. Pamiętaj, że ciepło nie zawsze oznacza bezpieczeństwo. Zostawiłem ci srebrny miecz. Trzymaj go głęboko i wyciągaj tylko w ostateczności.

Eskulap.”

– Już pamiętam – upadła na kolana i łapczywie próbowała złapać oddech. Czuła, jak ogarnia ją wewnętrzny mrok. Pragnęła szlochać, jednak była za bardzo zmęczona. Wstrząśnięta, przeszukiwała miecz, który znalazła w pochwie, daleko pod grubą warstwą ubrań. Jej twarz odbiła się w lustrze klingi. Ujrzała tam kogoś zupełnie jej nieznanego. Wiedziała, że świat, który wcześniej poznała, już nigdy nie powróci.

***

Blask światła odbił się o przymknięte powieki. W ciemności poczuł uderzenie gorącego wiatru, który zniknął zaraz w zimnej próżni. Zdawał się przez chwilę frunąć. Zachwiał się, gdy tylko poczuł twardy grunt pod nogami. Otworzył oczy, a przed nim na tle drogi mlecznej, stała znajoma twarz. Oko Jednookiego błyszczało błękitem, kontrastując w ciemności. Pod nimi znajdowała się szklana platforma, zawieszona w przestrzeni kosmicznej. Niebo rozświetliło tysiące supernowych, a niebieska poświata światła w półcieniu odkrywała ich twarze.

– Zauważyłeś to? – zaczął Jednooki, wskazując palcem na wybuchające gwiazdy.

– Gdzie ja jestem? – Kosma podniósł się ociężale, czując napieranie większej grawitacji. Zamarł, gdy usłyszał odgłos łamania się pod nim szkła. Na kruchym gruncie powstały rysy, rozgałęziające się na całej powierzchni.

– Spokojnie! – Jednooki machał rękoma. – Nie panikuj. To tylko wizja.

– Nie panikuję – zaprzeczył. Starał się powstrzymać drżenie nóg, wbijając wzrok w niekończącą się otchłań kosmosu, która rozciągała się na wszystkie możliwe strony. Miał wrażenie, że podłoga się zawali i straci jedyny punkt odniesienia.

– Gdyby to była prawda, już byłbyś martwy – skomentował ekscentrycznie. – W przestrzeni kosmicznej wszystkie płyny parują. Zostałaby z ciebie mała rodzynka.

– Znalazł się fizyk – mruknął sarkastycznie. – Wyglądasz na takiego, co więcej liznął alkoholu niż nauki.

– Mógłbyś być mniej uszczypliwy? – zasugerował, przyglądając się uważnie okolicy – Wciąż jesteśmy tam, gdzie byliśmy. Na szlaku. Jedynie nasz umysł płata nam figle. Ja do tego przywykłem. Ty także musisz.

– Niczego nie muszę – zamruczał pod nosem i cisnął gromem w spojrzeniu. Oddalił się powolnymi krokami od mężczyzny. Czując grunt, wyszedł za granicę, widząc jak iluzja, nieznacznie zanika. Jego ręka wsunęła się w kieszeń, gdzie trzymał wysuwany nóż. Prawie serce mu wyskoczyło, gdy Jednooki zmierzył go wzrokiem.

– Co ty robisz? Tam jest przepaść – skomentował z irytacją w głosie. Po chwili, jakby zapaliła mu się lampka, kucnął przy ziemi, aby maczać w niej palce. Musnął opuszkami łamiącego się szkła. Poczuł szorstką teksturę. Typową, dla kamieni. – Dziwne… Nie widzimy ich, jednak nadal je czujemy. Wcześniej mi się to nie zdarzało.

– Przestań gadać zagadkami – rzucił zniecierpliwiony Kosma.

– Pierwszy raz ta granica pomiędzy wizją a realnym światem jest tak widoczna. Jakby… – przerwał, a jego głos załamał się. – Zresztą nieważne – westchnął pod nosem i zwrócił się w stronę Kosmy. – Wiem, że gdy tylko znajdziesz okazję, to będziesz próbował zwiać. Jednak los… Los jest upartym gównem. Nawet mi nie udało się go przechytrzyć.

– Co ma wizja do losu?

– Wszyscy przeszli i przyszli przeklęci są ze sobą połączeni – odpowiedział dennym głosem. – To pewnie sen jednego z nich. Niewyraźne wizje pojawiają się u przeklętych, których droga dobiega końca. Gdy pojawi się ktoś, kto jest gotów ją od ciebie przyjąć, już będziesz o tym wiedział. Tak jak cisza przed burzą… Jesteś świadomy tego, co się stanie. I świadomy, że nie możesz nic z tym zrobić. Twoje ostatnie chwile są oczekiwaniem, oczekiwaniem pełnym lęku.

Jednooki pofrunął daleko wzrokiem, jakby próbował objąć spojrzeniem cały otaczający go wszechświat. Nie jako konspiratoryjny pijak, a jako człowiek, który chciał przeżyć jak najwięcej, co miało mu do zaoferowania krótkie i marne życie. Póki jeszcze mógł, napawał się podmuchami powietrza.

– Dlaczego mnie to wciągnąłeś? – Kosma przecisnął z żalem przez usta. – Nie mogłeś znaleźć takiego samego samobójcy jak ty? Na Norilo znajdziesz ich wielu. Dla niektórych z nich śmierć byłaby lepsza niż życie w tym mieście.

Jednooki zasłonił czoło, jakby był zmęczony pytaniami.

– Klątwa nie lubi samobójców. Jest bardzo wybiórcza.

– Od kiedy klątwa to żyjący byt? I dlaczego to ja mam ją przejąć?

– Ponieważ płynie w tobie determinacja. Masz motywację, by żyć – skwitował jasno. – Przez wiele lat poszukiwałem naczynia klątwy, jednak ci, których dotąd napotkałem, nie zgodziliby się na moją umowę. Nawet jakby osiągnęli swój cel, chcieliby coraz więcej i więcej. Nie zamierzam przekazywać klątwy komuś, kto będzie przedłużać jej życie w nieskończoność.

– A więc postanowiłeś przycisnąć kogoś do ściany? – zasugerował gorzko Kosma. – Myślisz, że to zadziała? – kontynuował z pogardą – Co byś zrobił, gdybym teraz skoczył? Nie obeszłoby się od urazów i prawdopodobnie zginę przez upadek. Jednak wciąż mam niewielki cień szansy, że przetrwam. Byłoby to dla mnie lepszym rozwiązaniem niż umierać dla cholernej obietnicy, której nie zamierzam składać.

– Nie mogę cię do niczego zmusić. Sam podejmiesz decyzję – Jednooki rzucił kojąco. – To już zależy od twojego kręgosłupa moralnego. Pomyśl. Chociażby o wojnie pomiędzy nibirianami.

– Dlaczego ma mnie obchodzić to, co miało miejsce ponad sto lat temu?

– To, że wojna choć ucichła, nie musiała się zakończyć – podsumował pewnie. – Wyobraź sobie jak żołnierze nibiriańscy w obrzydliwy sposób torturują, gwałcą, a następnie brutalnie mordują wszystkich, z którymi byłeś kiedykolwiek blisko. Największy horror, który może spotkać człowieka. A ty… możesz to przerwać, jednak musisz się poświęcić. Naprawdę jeszcze stoisz przed wyborem?

Kosma czuł, jak Jednooki dramatycznie próbuje wyłuskać z niego poczucie winy. W ciele wrzało od gorąca, któremu miał ochotę dać upust. Wyobrażał sobie, jak zaciska dłonie na szyi mężczyzny, a jego paznokcie wbijają aż do krwi. To nie było już czekanie na odpowiedni moment, by uciec, a chęć obrony poprzez brutalny łomot.

– Nie sądzę, że Nibiru zaprzestałoby działań zbrojnych – starał się trzymać emocje na wodzy. – Piękny scenariusz, jednak nierealny. A tobie radzę wrócić na ziemię.

– Imperator sądzi, że z mocą przeklętego stanie się nieśmiertelny.

– Czyżby już nie mówiłeś o technologii przedłużającej życie? – odburknął pogardliwie.

– Nawet ona ma swoje ograniczenia – odpowiedział, wyciągając zza pleców miecz.

Kosmę oblała biel. Instynktownie wysunął przed siebie ostrze, osłaniając własne ciało.

– Spokojnie! – miecz Jednookiego brzęknął o powierzchnię, przesuwając się nieznacznie w stronę Kosmy. – Należy do ciebie.

– Co to ma znaczyć?

– Będziemy walczyć – rzucił spokojnie, niemal grobowym tonem.

– Walczyć? – powtórzył zmieszany.

– Tylko w taki sposób zamierzam odejść – odparł pewnym głosem.

– Zgoda – Kosma zawahał się. Zacisnął szczękę i robiąc powściągliwy ruch, chwycił za leżący miecz. – Ale najpierw umowa.

– Co chcesz wiedzieć?

– Wszystko, czego mi jeszcze nie powiedziałeś.

Jednooki zanurzył się w myślach i podparł o swoje ostrze.

– Często przychodzą mi wizje. Bardzo często. Płomienie… krew na rękach… – westchnął, głaszcząc uchwyt. – Przeklęty musi mieć z nimi powiązanie.

–Może być więcej przeklętych w jednym czasie?

– Raczej wątpię. Legenda mówi jasno – przymknął oczy, jakby starał się przypomnieć każdy, najmniejszy szczegół. – Przeklęty miał wiele tożsamości. Pamiętam tylko… Pamiętam nazwisko… nazwisko Soroko.

– A więc dlatego postanowiłeś mnie znaleźć? – błysnęło mu w głowie – Skąd wiesz, że to nie ja odpowiadam za pożar?

– Nie jesteś głupi, prawda? Gdybyś był tym przeklętym, już dawno byłbyś martwy – uniósł nieznacznie głos z absurdu pytania.

– A gdybym był nibirianinem?

– Nie jesteś – skwitował bez zawahania się, jakby wiedział coś więcej. – Przypominam sobie krzyki. Krzyki kobiety. Tak… Chyba to był kobiecy głos. Wykrzykiwała imię…

– Coś więcej?

– Imię na A. Chyba Artur, ale ręki nie dam sobie uciąć.

Stal odbiła światło gwiazd. Kosma stanął naprzeciw mężczyzny. Ich miecze prawie stykały się ze sobą.

– Czego chcesz? – zapytał gorzko.

– Zakończyć rzeź – odpowiedział stanowczo.

– Chcesz mnie wmieszać w swój plan – wydedukował. – Nie ma on nic wspólnego z przerwaniem wojny.

– Wierz mi lub nie, ale tak właśnie jest – kontynuował z pewnością w głosie. – Nie wymieniłem imienia twojego ojca, tylko dlatego by cię przekonać do planu. Wymieniłem je, ponieważ naprawdę pojawiło się w mojej wizji. Nie okłamałem cię nawet w najmniejszym stopniu i nie zamierzam, bo stoję po twojej stronie. Oboje pragniemy tego samego. I choć nie wyglądam na twojego sojusznika, jestem nim. Masz prawo mi nie ufać, ale czy grając przeciwko sobie, rozwiążemy problem pożarów? Wątpię, czy to będzie takie proste.

– Nie miał powodu, by nas zabijać… Za bardzo mu na nas zależało.

– Nie neguję tego – wtrącił. – A co, jeśli nie był tak naprawdę noriliańczykiem? W końcu w świecie Nibiru nie ma nic ważniejszego od misji.

– Nie… nie masz prawa niczego insynuować na podstawie tych informacji.

– Jasne, że nie – potwierdził. – A masz jakieś inne pomysły?

– Mam parę. – zmierzył go wzrokiem. – Albo kłamiesz, albo to dziwna zbieżność nazwisk… Równie dobrze mógłbyś sam tam być i zabić mojego ojca.

– To nie miało miejsca!

– Tak? To, w jaki sposób zdobyłeś klątwę? – przecisnął z pogardą.

– Ja… – Prawie stracił grunt pod nogami, a jego głos się załamał. – Przyczyniłem się do śmierci… Tylko nie Artura… – westchnął z ciężkością.

Chwila zagubienia Jednookiego pomogła Kosmie wykonać pierwszy ruch. Zaatakował pod kątem ostrym. Przeciął mieczem powietrze, które wydało świst. Poczuł jednak opór. Jednooki z wyczuciem i bez wysiłku zablokował cios, szarpiąc ostrzem za skórę przeciwnika. Kosma jęknął z bólu i złapał się za ramię, z którego wypływały krople krwi.

– W takim razie, kim była ofiara? – dopytywał niezadowolony z odpowiedzi.

– To moja sprawa i nie chcę do tego wracać. – wstrząśnięty Jednooki odkrył na chwilę słaby punkt. Kosma zamierzał to wykorzystać, jednak spudłował.

– Ktoś tutaj nie ma doświadczenia w szermierce – zaznaczył złośliwie.

– Po co się tak zaciekle bronisz? – Kosma warknął niecierpliwie.

– Żeby się przekonać, że jesteś wart bycia naczyniem – podsumował z nieznacznym uśmieszkiem na twarzy, którą niemal musnęła stal.

– Nie jestem – wypluł przez zaciśnięte zęby, odpierając kolejny atak Jednookiego. Czuł, że robi się coraz słabszy. Nogi jak z waty uginały się pod nim.

Kosma z resztkami sił rozbiegł się w stronę przeciwnika i znów chybił, gdy próbował wykonać cięcie z góry. Wykonał jeszcze parę uderzeń w ostrze Jednookiego, niemal nie potykając się o własne nogi. Prawie wypadł z ringu, chwiejąc się w kierunku przepaści. Przeniósł szybko ciężkość ciała i odsunął od krawędzi. Zdyszany, spuścił głowę, po której spływały strugi potu. Mroczki migały mu przed oczami. Miał wrażenie, że jest na skraju przytomności.

– Kondycja już nie taka sama – skomentował Jednooki. – Za dużo wkładasz w to siły.

Nie da mi spokoju, dopóki go nie pokonam, stwierdził Kosma.

Po chwili wytchnienia znów wysunął naprzód i zacisnął dłoń na rękojeści. Kolejne dźwięki brzdękania rozciągały się na całym kwadracie, w którym manewrowali. Wrząca w żyłach adrenalina pozwoliła na moment zapomnieć o zmęczeniu. Poczuł nagły przypływ sił, a rozgrzane ciało pragnęło coraz więcej. Całkowicie odłączony od realizmu, pozwolił porwać się instynktowi, jakby kierowały nim nieznane moce.

Oboje lawirowali w tańcu jak kukiełki. Nabierali coraz większej prędkości. Z chaotycznych, ataki zaczęły być coraz bardziej precyzyjne. Długi czas nikt nie pudłował. Każdy parował, każde uderzenie. Choć wydawało im się, że znajdują się w próżni – wśród skrzących się gwiazd – stale czuli chłodny wiatr, który targał ich za włosy.

Na twarzy Kosmy malował się triumfalny wyraz i z każdym to kolejnym atakiem pozwalał sobie na coraz więcej. Wargi odkryły naturalną barwę zębów, a błękitne oczy, zaczęły intensywnie błyszczeć w mroku scenerii. Odbił się nieznacznie od ziemi, próbując przeciąć pionowo przeciwnika. Nim się obejrzał ostrze Jednookiego, pochlastało go w odsłonięte udo. Kosma stracił równowagę i rozpłaszczył się o powierzchnię. Z tryskającej krwi, powstała karmazynowa kałuża.

– Być może to tylko halucynacje… Jednak obrażenia są prawdziwe. – Jednooki wyciągnął kawałek materiału i przetarł czoło z potu. – Mistrzem szermierki co prawda nie zostaniesz, jednak oczekuję, że będziesz umieć się obronić.

– Żaden miecz nie ocali mnie przed ogniem. – Kosma starał się złapać oddech, usiadł na skraju podłogi i uciskał głęboką ranę. Ciężkie powieki zaczęły powoli opadać.

– Co zamierzasz zrobić z klątwą? – Jednooki przerwał pauzę wytchnienia.

– Wykorzystam ją, by znaleźć zabójcę rodziny – mamrotał, ledwo żywy.

– A więc… Życzę ci powodzenia – przez głos Jednookiego można było wyczuć nutkę smutku. Wyciągnął dłoń w kierunku Kosmy. Blady chłopak wstał, chwiejąc się jednocześnie.

– Nie walczysz ze mną, żeby sprawdzić, czy nadaję się na naczynie? – zauważył przenikliwie.

– A czy to ma jakieś znaczenie? – wyrwał obojętnie, wzruszając ramionami.

Kosma namierzył mężczyznę końcem ostrza i przebił okolice aorty. Jednooki zsunął się na ziemię, patrząc prosto w oczy chłopaka. Zanim dotarło to do Kosmy, starzec leżał, próbując nabrać ostatnie tchnienia. Jego oddech był szybki, jednak spowalniał z każdą sekundą. Przykucnął obok niego, patrząc, jak ubrania Jednookiego przesiąkają krwią. W tej chwili dłonie Kosmy zaczęły drgać do tego stopnia, że nie mógł utrzymać ostrza.

– Każdy może przerwać cykl – wyrwał drżącym głosem. – Dlaczego tego nie zrobiłeś?

Wylewające się łzy Jednookiego, zamieniły się w spazmatyczny płacz.

– Ponieważ jestem tchórzem – zaszlochał, stając się człowiekiem nie do poznania. – Chciałem być tym, który przerwie cykl, jednak za każdym razem oblatywał mnie strach. Strach przed wiecznym mrokiem…

– Chcesz mi jeszcze coś powiedzieć? Kim była twoja ofiara?

Jednooki zamilkł. W jego spojrzeniu błysnęło coś niepokojącego – nie strach, nie wstyd, ale głęboko zakorzeniony żal. Usta rozchyliły się, lecz zamiast słów, wybrzmiało przytłumione westchnienie.

– Pozostawiłem swoje własne dziecko na śmietniku w środku zimy – odpowiedział łamiącym głosem. – Jego narodziny zabiło jedyną osobę, na której mi kiedykolwiek zależało. Naprawdę tego żałuję… I nigdy sobie nie wybaczę.

Kosma zacisnął zęby.

– A więc to będzie prostsze niż myślałem… – gorzko przecisnął przez gardło. Nie wiedział, czy te słowa zdążyły dotrzeć do Jednookiego. Pozostała tylko cisza. Sam w końcu stracił przytomność, a wizja ustała, odsłaniając chłód Norilo.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania