Poprzednie częściKrwawienie Duszy, Prolog
Pokaż listęUkryj listę

Krwawienie Duszy, Rozdział 1 Wspomnienia

Było już popołudnie, więc z nudy i nicnierobienia usiadłem na krześle w moim ciemnym pokoju, spojrzałem w sufit, zamknąłem oczy i wziąłem głęboki, spokojny oddech, by zacząć wspominać stare czasy.

 

Pierwsza klasa

 

szkoły podstawowej

- Cześć! – powiedział jakiś chłopak.

- Cześć – odpowiedziałem.

- Mam na imię Michał, a ty?

Z początku nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Byłem zdziwiony, że ktoś w ogóle do mnie podszedł. Chłopiec był szczupły, miał czarne gęste włosy z charakterystyczną grzywką, ciepły uśmiech i ładne schludne ubrania. Szybko wymamrotałem swoje imię.

- Ok, pa – powiedział dosyć szybko Michał.

A ja wróciłem do rozwiązywania zadania domowego z matematyki. Na przerwie, bo nie miałem przyjaciół, by się z kimś bawić. Michał poszedł do innych dzieci a ja zostałem znowu sam. Tak jak w sumie zawsze.

Kolejne lekcje mijały dosyć szybko, a po nich wróciłem po cichu do domu. Omijając mamę, wszedłem do mojego pokoju. Zjadłem na obiad moje kanapki ze szkoły i przesiedziałem tak w ciszy całe po południe. I poszedłem wieczorem się myć i potem zjeść kolację znowu unikając rodziców a na końcu poszedłem spać.

Następnego dnia był piątek, więc poszedłem do szkoły. Byłem godzinę przed lekcjami, więc zdecydowałem, że poczytam swoją ulubioną książkę o lisie i chłopcu, którzy muszą się odnaleźć w nowych rzeczywistościach, byli przyjaciółmi, ale przez wojnę się rozłączyli. Długo by o niej opowiadać, ale jest naprawdę wspaniała.

Po jakimś czasie czytania przyszedł Michał.

- Cześć! Co tam u ciebie? – zapytał pewnym głosem.

- Nic, znaczy… czytałem książkę – powiedziałem cicho.

- O! To ciekawe, a o czym jest? – zapytał.

I tak zaczęliśmy rozmawiać o mojej ulubionej książce. W międzyczasie zeszły się inne osoby z naszej klasy oraz drugiej pierwszej klasy. Chociaż akurat z tamtej nikogo nie znałem.

- Co to za siniak na twojej ręce – zapytał nagle Michał.

- A ten? To nic. Po prostu upadłem, jak szedłem, przez… yyy no takie miejsce – musiałem skłamać.

- A ok, rozumiem – odpowiedział dziwnie zadowolony z siebie - A co tam w domu?

O nie. Tylko nie takie pytanie, nie tego typu, oj nie. Nie wiem, co mogę odpowiedzieć, naprawdę. Co miałem mu powiedzieć, że rodzice mnie biją i poniżają. Że często przez ich krzyki nie mogę zasnąć. Że chciałbym, aby zniknęli. Że moja mama mnie nie kocha, że mojego taty nie ma w domu całymi dniami, siedzi w pracy do nocy i po powrocie nie ma dla mnie czasu. Że moja mama nie gotuje, nie sprząta domu i każe mi to robić. Więc robię to co umiem. A i tak potem jest że źle to zrobiłem.

- Ustawcie się parami – powiedziała nasza wychowawczyni.

O! Przyszła, moja wybawicielka. Mam nadzieję że Michał nie będzie po lekcjach o to samo pytał. Ani o nic z domem związanego. Oby bo jeżeli tak to mogę wpaść i zabiorą mnie do domu dziecka o czym mówiła moja mama, i mówiła też że to okropne miejsce bo sama z niego była.

Po lekcjach Michał zaprosił mnie na wspólne wyjście na plac zabaw, więc się zgodziłem. Było mega dobrze i fajnie. Dużo się bawiliśmy. Biegaliśmy wokoło całego obiektu bawiąc się w berka oraz w chowanego. Potem poszliśmy na lody, ja wziąłem śmietankowe, bo nie wiedziałem, jak lody smakują a Michał truskawkowe. Poszliśmy razem do pobliskiego parku i schowaliśmy swoje piórniki po wcześniejszym ich opróżnieniu i bawiliśmy się w ich znajdowanie. Było tak fajnie, ale było już późno więc wróciłem do szkoły i przechodząc korytarzami zawędrowałem do biblioteki. Była ona na parterze tuż obok pokoju dyrektora.

W środku nie była zbyt duża. Po prawej stronie od wejścia stał stół, a dookoła wiele krzeseł, po lewej biurko bibliotekarza, a za nim pięć regałów z kolorowymi okładkami książek. Tyle papieru, pomyślałem sobie. Po wejściu zamknąłem za sobą drzwi i podszedłem do stolika aby kontynuować czytanie, ponieważ nie chciałem jeszcze wracać do domu. Po dłuższej chwili czytania…

- Cześć, jak masz na imię? – zapytał bibliotekarz.

Przedstawiłem się.

- Bo wiesz powinieneś już iść – powiedział miłym głosem – Za chwilę zamykamy bibliotekę i potem szkołę

- Dobrze to ja już pójdę – odpowiedziałem zmieszany.

- To do widzenia – powiedział.

- Do widzenia

Ech i tak zawędrowałem do parku w którym jeszcze chwilę posiedziałem. Moja mama pewnie nawet się nie martwi o mnie. Ale już byłem głodny bo tym razem nie zostały mi już kanapki, bo je zjadłem. Więc trzeba już wracać. Niestety.

 

Druga klasa

szkoły podstawowej

 

Nie pamiętam zbyt wiele z tej klasy. Głównie moje problemy z pisaniem dyktanda i innych prac pisemnych. Bardzo dobrze spędzałem czas z Michałem, bawiąc się razem oraz ucząc się. Oczywiście był odrobinę lepszy ode mnie, we wszystkim. Pani była bardzo przyjazna, pomagając mi i tłumacząc mi moje błędy, które dosyć często popełniałem. Pamiętam też jak Michał zaprosił mnie do grupy dzieci, ale ja nie chciałem ponieważ nie przepadam za ludźmi. W sensie, lubiłem być w ich otoczeniu, ale nie lubiłem wchodzić z nimi w jakiekolwiek interakcje. Ogólnie nie czułem się częścią tej klasy. Ale chociaż miałem prawdziwego przyjaciela - Michała, który mnie akceptował, lubił i spędzał ze mną czas.

 

Trzecia klasa

szkoły podstawowej

 

Dni mijały jak szalone, nawet się nie obejrzałem, a już byłem w trzeciej klasie i przygotowywałem się powoli do Pierwszej Komunii Świętej. Aktualnie szedłem do kościoła na mszę by być na spotkaniu dzieci, które przygotowują się do Komunii. W szkole też zaczęliśmy ćwiczyć na lekcjach religii, dostaliśmy takie kartki A4 i na nich napisane co powinniśmy umieć. Takie modlitwy i akty strzeliste.

- Cześć co tam? – zapytał głos za mną wyrywając mnie z zamyślenia.

Obróciłem się i ujrzałem Michała.

- O cześć, wszystko dobrze – znowu przy nim kłamię.

Ale nie mogę inaczej. Nie mogę pozwolić by ktoś się dowiedział. Poza tym moi rodzice w końcu się zmienią i będzie dobrze.

- Też idziesz na mszę? – zapytałem Michała.

- Tak na spotkanie.

- A, ok, dobrze – odpowiedziałem.

I tak szliśmy wymieniając zdania. Rozmawialiśmy tak jak zawsze o wszystkim i niczym. Byłem bardzo szczęśliwy że w końcu od dłuższego czasu mam przyjaciela w końcu już dwa lata.

Kościół był zbudowany z cegły, miał trójkątny dach (jak w sumie prawie każdy kościół). Miał też wysoką wieżę zakończoną szpiczastym dachem oraz krzyżem.

W środku wydawał się jeszcze większy niż na zewnątrz, miał dwa rzędy ławek po 24 oba oraz jeszcze ławki wiszące pod ścianą bez nóg, były przymocowane do ściany. Ściany były koloru szarego.

Po obu stronach ołtarza były obrazy: po lewej jak się wchodziło obraz Jezusa Chrystusa. Stojącego z którego serca wychodzą światło i krew. Poniżej napis ,,Jezu Ufam Tobie”, tło było jasne przy ciele Chrystusa a ciemne z dala od niego co pewnie symbolizowało że on jest życiem, drogą i światłem w co wierzyłem.

A po prawej stronie jak się wchodzi obraz Najświętszej Maryi Panny. Która trzymała małego Jezuska na jednej ręce a drugą dłonią wskazywała na niego. Miała wokół głowy złotą aureolę. Powyżej unosili się dwaj aniołowie jeden z trąbką drugi z harfą. I były jeszcze jakieś napisy chyba po łacinie tło było koloru złotego.

Nad drogą pomiędzy ławkami do ołtarza wisiały trzy wielkie okrągłe żyrandole. Po bokach nad ławkami kinkiety. Był też chór ale na niego nigdy nie wszedłem, wiem że były tam ławki oraz organy. Okna miały wklejone witraże, były u dołu prostokątne i u góry się zaokrąglały. Prezbiterium wyglądało tak że jak się wchodzi to na środku stał ołtarz po lewej stała ambona z której się czyta był też tam oczywiście mikrofon. Za nim rozciągały się dwa rzędy ławek pewnie dla nie istniejących ministrantów. I obok ławek po prawej obok tabernakulum stolik z wodą, winem i innymi potrzebnymi przyrządami cały ołtarz wraz z tabernakulum stał na stopniu wyżej od reszty po prawej i lewej stronie.

Po prawej stronie był tron dla księdza oraz dwa krzesła obok po lewej i prawej stronie, to po lewej stało blisko tabernakulum. Były też tam dzwonki oraz jedna ławka dla ministrantów i drzwi do zakrystii. Nad tabernakulum z Ciałem Chrystusa przyczepiony do ściany był krzyż z powieszonym na nim Jezusem. A po lewej i prawej stronie okna z witrażami.

Msza przebiegała powoli i nudno. Na początku ksiądz wyszedł sam z zakrystii, bez ministrantów, bo pewnie ich tam łącznie dużo to nie ma. I tak rozpoczął mszę na początku kilka słów, potem czytanie, Ewangelia i kazanie wtedy oderwałem na chwilę wzrok i dostrzegłem chłopaka którego w tym kościele wcześniej nie widziałem. No oczywiście czasami przychodzili różni ludzie z innych części miasta ale wydawało mi się że on akurat też będzie przygotowywał się do Komunii Świętej. No nic pora wrócić do bezmyślnego patrzenia się na proboszcza i udawanie że cokolwiek rozumiem.

Po kazaniu, liturgii Eucharystii i po modlitwie przyszła pora na ogłoszenia parafialne. A po nich Ksiądz powiedział żeby dzieci przygotowujące się do Pierwszej Komunii Świętej usiadły do pierwszych ławek. Więc tak zrobiłem, a jak już usiadłem to się na chwilę obróciłem i ujrzałem rodziców, którzy czekali na swoje pociechy. Jak można było się domyślić mojej mamy nie było, ponieważ moje życie jej nie obchodzi, a dokumenty pewnie podpisze tata. Bo o ile go nie ma chociaż on może na mnie patrzy. Pomimo faktu że mnie ostatnio zwyzywał i uderzył za późne wrócenie do domu to chociaż on mnie widział. Po chwili usłyszałem.

- Cześć, też przygotowujesz się do Pierwszej Komunii Świętej?- zapytał chłopak który siedział obok.

- Yyy tak ja też – odpowiedziałem zdziwiony bo go nie znałem.

I okazało się że to ten sam o którym wcześniej myślałem. Był grubszy od Michała, o wiele, miał proste krótkie czarne włosy i był ode mnie niższy.

- Jak masz na imię? – zapytałem.

- Krzysztof – odpowiedział podniesionym tonem .

Ja też wypowiedziałem swoje imię.

- Od kiedy chodzisz do naszej parafii – zapytałem zaciekawiony.

- Od końca wakacji bo tutaj właśnie chciałem przyjąć ten sakrament – odpowiedział, wydawał się zaciekawiony rozmową – będę też zmieniał szkołę na tę tutaj nieopodal nie pamiętam jednak jej nazwy i numeru.

- O to wiem w której, będziemy uczyli się razem może nawet w tej samej klasie.

- Kto to? – zapytał Michał.

- Krzysztof – odpowiedziałem – Będzie się uczył w naszej szkole może nawet w tej samej klasie ponieważ w drugiej trzeciej jest trochę więcej uczniów.

Po chwili proboszcz wrócił z zakrystii i oznajmił.

- Dobrze, widzę, że to już wszystkie chętne dzieci – powiedział proboszcz – zaczniemy od podpisania dokumentów przez waszych rodziców.

Od razu wiedziałem że może być z tym problem. Zgłosiłem się.

- Tak? – zapytał.

- Bo moi rodzice nie przyszli dzisiaj na mszę więc czy mogę zabrać dokumenty do domu żeby tam je podpisali i potem przynieść na kolejną mszę? – zapytałem lekko wystraszony.

- Tak tylko nie zapomnij – gestem ręki pokazał mi żebym po nie podszedł.

Zabrałem dokumenty i wróciłem na swoje miejsce proboszcz nas usadowił tak że jak się wchodzi do kościoła to my chłopcy siedzieliśmy po lewej stronie a dziewczyny po prawej. Było wśród nich wiele osób z mojej klasy ale pojawiły się też nie znane twarze. Potem znowu nas poprzesadzał więc siedzieliśmy tak: w pierwszej ławce 6 osób w drugiej 5 w trzeciej na środku ja po lewej Krzysztof a po prawej Michał i dwie osoby na rogach i w czwartej ławce posadził pozostałe 3 osoby. U dziewczyn wyglądało podobnie, tylko z tą różnicą że w ostatniej ławce były 4 osoby. Ksiądz poinformował nas o regularnych spotkaniach w drugą niedzielę tygodnia i innych sprawach formalnych. Po wszystkim odmówiliśmy modlitwę i proboszcz puścił nas już do domu.

Po drodze rozmawiałem jeszcze chwilę z Michałem i Krzysztofem ale nie powiedzieliśmy sobie nic ciekawego. Lecz nagle.

- Przed mszą rozmawiałem z pewną dziewczyną – zaczął Krzysztof – Mam nadzieję że coś z tego wyjdzie.

- O, zakochana para! – szybko wypowiedział Michał, a ja się zaśmiałem pod nosem bardziej z jego komentarza niż z uczuć kolegi.

- Dobra ogarnij się – zaczerwienił się Krzysztof.

- Dobra spokojnie koledzy jest w końcu taki piękny dzień chodźmy gdzieś do parku czy coś – powiedziałem.

- Dobra – powiedział Krzysztof.

- Ja niestety muszę już iść za rodzicami do domu bo pozwolili mi tylko na chwilę z wami iść – stwierdził Michał.

- Ok – odpowiedziałem – to chodź Krzysztof, przygoda czeka, pa Michał.

- Na razie – odpowiedział Michał.

- To chodźmy – powiedział Krzysztof.

I tak poszliśmy pochodzić po parku, miałem dobre przeczucia że będzie to mój już drugi przyjaciel. Zahaczyliśmy o plac zabaw gdzie się chwilę pobawiliśmy i potem znowu wróciliśmy do obserwowania przyrody wokoło były drzewa, krzaki i jakieś drobne ptaszki na które Krzysztof skomentował że trzeba będzie na nie zapolować, ja się tylko śmiałem gdy

on gonił za nimi. Byłem… naprawdę byłem szczęśliwy.

 

Czwarta klasa

szkoły podstawowej

 

Kolejny dzień w czwartej klasie to już nie plac zabaw, nowe przedmioty, więcej nauczycieli i najgorsze czyli chodzenie po całej szkole szukając odpowiedniej klasy. Po drodze szukając klasy 106 ktoś podłożył mi nogę, przez co się wywróciłem i upadłem na twarz. Gdy wstałem i otrząsnąwszy się, obróciłem do tyłu zamarłem. Ujrzałem jakichś chłopaków z o wiele starszej klasy. Może nawet ze słynnego gimnazjum.

- Uważaj jak chodzisz – powiedział jeden.

- Jakie gówniane buty – powiedział drugi.

Po chwili stania jak słup soli odwróciłem się z powrotem i poszedłem przed siebie w ciszy, ale po chwili usłyszałem za plecami.

- Co za dziwny dzieciak.

Idąc przez ten szary korytarz z oknami po obu stronach chciałem skoczyć przez jedno, by zniknąć im z oczu. Lub lepiej, zapaść się pod ziemię. Po chwili po bokach zamiast okien ujrzałem gabloty z pucharami i medalami za wyczyny sportowe naszej szkoły, a bardziej ludzi, którzy do niej chodzili. Dalej było rozwidlenie na prawo sala gimnastyczna po lewo gimnazjum więc udałem się w paszczę lwa na marną śmierć by odnaleźć salę 106 na szczęście odnalazłem ją na parterze z resztą mojej klasy. Podszedłem do Michała i Krzysztofa którzy już rozmawiali więc bardzo chciałem do nich dołączyć ale zanim zdążyłem rozpoczęły się lekcje więc cała klasa w tym chłopacy już powoli wchodzili do pokoju. Więc wszedłem za wszystkimi do klasy i zamknąłem drzwi. Klasa była wymalowana na kremowo z trzema rzędami ławek z krzesłami z których wszystkie metalowe elementy miały identyczny żółty kolor a drewno było jasnego koloru. Tablica była jeszcze na kredę, chociaż w niektórych salach była już taka biała, plastikowa na pisaki.

- Dzień dobry – powiedziała pani.

- Dzień dobry – odpowiedzieliśmy wszyscy stojąc.

Po czym usiedliśmy była to lekcja przyrody więc wszędzie były jakieś plakaty i inne elementy związane z tym przedmiotem.

- Zapiszcie temat lekcji z podręcznika na stronie 14 – powiedziała zimnym tonem.

Wszyscy siedzieli w milczeniu bo wiedzieliśmy dzięki pani z matematyki że dźwięk oznaczał natychmiastową śmierć na miejscu. Po 45 minutach zadzwonił dzwonek i znowu można było oddychać. Po drodze do sali 206 spojrzałem zza zakrętu czy grupa klaunów tam przypadkiem gdzieś nie przyszła ale ich tam nie było. Obym ich nie spotkał do końca mojej edukacji. Chociaż tym razem szedłem z klasą, więc czułem się odważniej, heh ,,Małpy razem silne” co nie? Lekcja polskiego minęła tak szybko jak się zaczęła, pani była w dziwnie miłym nastroju, ewentualnie po prostu taka była, ale po pierwszej lekcji organizacyjnej odniosłem inne wrażenie. Na dzisiaj były jeszcze: lekcja angielskiego i dwie lekcje WF-u przez co był pełny luz, pomijając dzisiejszą przyrodę oczywiście. Podczas przerwy na korytarzu nigdzie nie widziałem Michała i Krzysztofa, ciekawe gdzie są? No cóż to klasycznie tak jak kiedyś sięgnąłem po książkę tym razem inną opowiadającą o wojnie. Gdzie rosyjski żołnierz opowiadał swoje przeżycia podczas których mówił głównie o tęsknocie za żoną i dziećmi, jak dobrze że mnie rodzina raczej nie czeka. No i też dobrze że żyjemy w wolnym kraju, bez żadnej wojny ani terroryzmu ze strony władz.

Po kilku minutach zadzwonił dzwonek i zjawili się chłopacy, więc ustawiliśmy się dwójkami ja znowu stałem sam bo Michał stanął z Krzysztofem i nie było dla mnie pary. Po wejściu klasycznie przywitaliśmy się na stojąco, a potem usiedliśmy i zaczęliśmy uczyć się zagranicznego języka. Na razie szło mi dobrze ale to dopiero trzeci tydzień szkoły więc jeszcze dużo nauki przede mną. Pani pytała i tłumaczyła podstawowe zdania, zapytania i słówka. Ćwiczyliśmy też pisownie wyrazów z czym sobie trochę słabiej radziłem.

Potem przyszedł czas na dwa WF-y wszyscy chłopcy grali razem w piłkę nożną a że ja nie umiałem za bardzo w nią grać, bo nigdy wcześniej tego nie robiłem, to po prostu porzucałem sobie piłką do kosza. Sam, znowu. Ale w sumie sam teraz wybrałem tą samotność. Na drugiej lekcji o dziwo przyszedł Krzysztof i graliśmy razem 1 na 1 w koszykówkę starałem się wygrać i nawet udało mi się to ponieważ kolega był jeszcze mniej wysportowany ode mnie, a ponieważ ja miałem zdiagnozowane różne alergie i pani doktor powiedziała że najprawdopodobniej astmę to można sobie wyobrazić że po przebiegnięciu dwóch metrów już się dusiłem. U lekarza byłem z ojcem ponieważ matka nie miała dla mnie czasu. W sensie była zajęta oglądaniem telewizji i piciem jakichś napojów po których okrzyczał ją mój ojciec. Ale przez chwilę wydawała się w dobrym nastroju, ale jednak nie bo na mnie nakrzyczała za bałagan w domu. Po tym się popłakałem bo przyjąłem to za bardzo do siebie. Po lekcjach poszedłem z Krzysztofem i Michałem do parku. Po drodze rozmawialiśmy, śmialiśmy się było naprawdę dobrze miałem nadzieję że ten czas nie przeminie, byłem… znowu, byłem naprawdę szczęśliwy. Miałem już dwóch przyjaciół i chyba tyle mi starczyło, jak takich trzech muszkieterów. Było naprawdę pięknie i dobrze będę pamiętał ten czas, szkoda że to się już nie powtórzy, będę musiał wrócić do domu i znowu będą na mnie krzyczeć i może znowu mnie bić.

 

~~~~~~~~~

 

Były słoneczne wakacyjne dni, więc moi rodzice kazali mi jechać na kolonie. Żeby dom został pusty. A raczej tylko beze mnie. Kolonie miały odbyć się 68 kilometrów od naszego miasta. Dojechałbym autokarem z resztą uczestników.

Wyjazd odbył się na końcu lipca. A skończył się na początku sierpnia. Było nas około 100, pewnie głównie z naszego miasta i szkoły. Chociaż z miasta, poza Michałem i Krzysztofem nikogo nie znałem.

Wszyscy stali z rodzicami, a za mną był mój tata. I nagle.

- Dobrze, pora żebyśmy, was przeliczyli – powiedział wychowawca.

- Zachowuj się – powiedział mój tata.

I odszedł do samochodu. A ja ustawiłem się w równym rzędzie innych ludzi. Byli młodsi i starsi.

Pan nas policzył i kazał odłożyć bagaże do skrytki w boku autokaru i potem wejść do niego.

Podróż była długa i nudna, siedziałem sam. Podczas podróży słyszałem liczne rozmowy i takie tam śmiechy. Krajobraz za oknem szybko się przesuwał do tyłu, podczas gdy my jechaliśmy do przodu. Widziałem domy, zielone drzewa, krzaki i inne tego typu obiekty. Gdy dojechaliśmy na miejsce… no cóż… nie tak sobie to wyobrażałem.

Budynek, w którym mieliśmy spać, wyglądał jak ruina. Tam jakieś deski zwisały z dachu, tam jakieś pęknięcia i inne tego typu problemy z nim. Wysiedliśmy z autokaru i zostaliśmy poproszeni o ustawienie się w dwóch rzędach. Zostaliśmy zapoznani z planem na cztery pierwsze dni. Dzisiaj był luz więc mogłem pozwiedzać cały obiekt. Były to kolonie sportowe więc tak średnio w moim stylu. Oczywiście było tam boisko do piłki nożnej, siatkówki oraz niestety, ale jeden kosz do gry w koszykówkę. Było to przed tą ,,ruiną” a za nią były domki oraz altanka. Była też stadnina z dwoma końmi oraz teren ogrodzony płotem, w którym chodziły. Jeden był czarny a drugi szarawy. Było też długie ogrodzenie, za którym chodziły jelenie. I można było je nawet karmić trawą i innym zielskiem.

W środku tego przybytku kultury i sportu był korytarz i multum pokoi, chyba wszystkie upchane po sześć łóżek.

Na wejściu do pokoju po lewej stronie była szafa, a korytarz szedł kawałek do przodu i potem zakręcał ostro w prawo, gdzie ciągnął się jakieś dwa lub trzy metry, w nim po prawej stronie była łazienka w której był zlew, nad którym było lustro, a obok kaloryfer i prysznic.

Dalej była sypialnia z balkonem. Było w nim sześć łóżek które miały jednakową zieloną pościel, białe prześcieradło oraz poduszkę. Na samej górze był zielony koc. Na jednej ścianie było malowidło przedstawiające Indianina oraz jego namiot i konia. A na drugiej ścianie wisiał czarny zegar z białymi cyframi oraz mały telewizor. Było jedno duże okno koło drzwi balkonowych. Ogólnie to cały obszar był poświęcony jakiemuś Indianinowi, który wyemigrował w czasie wojny do Polski i pomagał powstańcom. Ale mniejsza z nim.

Ten pierwszy dzień minął dosyć spokojnie. Oprócz faktu, że zabrano nam telefony i pozwolono dzwonić do rodziców i innych dopiero po obiedzie. No ja raczej nie będę do nikogo dzwonił, chyba że do Michała lub Krzysztofa, ale wolę im wszystko opowiedzieć słownie.

Wieczorem była kolacja. Zjadłem kanapki z szynką i serem. Bez masła, bo go nie lubię. I ten… obowiązkowo z ciepłą herbatą.

Potem rozeszliśmy się do swoich pokoi. Byłem z chłopakami w moim wieku. Ale ich nie

kojarzyłem z mojej szkoły. Wyglądali i rozmawiali jakby się znali. Poszedłem się myć i spać.

 

Dzień 2

 

- Halo dziadek, babcia mówi, dziadek nie śpij!

Nagle obudził mnie głos wychowawcy. Zapomniałem o tym, że przecież nie mamy budzików, więc wychowawcy muszą nas budzić.

Poszliśmy do bufetu by zjeść śniadanie (chleb z serem i ciepła herbata). Potem poszliśmy do swoich pokoi. Po dłuższej chwili mieliśmy iść na zbiórkę na boisko przed dworkiem.

Na zbiórce było wiele osób. Po przeliczeniu ci, co chcieli grać w piłkę nożną (czyli na pewno nie ja) mieli podzielić się na sześć zespołów. Ja poszedłem klasycznie na koszykówkę z kilkoma dziewczynami, które raczej chciały tylko porozmawiać ze sobą nawzajem oraz jednym chłopakiem. Odbijałem piłkę w ciszy. Samemu sobie. Potem znowu zbiórka. Obiad czyli rosół a potem trochę jakiegoś dziwnego mięsa. Pójście na spacer po lesie. Powrót, kolacja, umycie się i sen.

 

Dzień 3

 

Rano pobudka, śniadanie, krótka przerwa chwila samotnego odbijania piłki i poszliśmy jak to ujął wychowawca ,,Budować sobie drugi dom w razie co”. I poszliśmy małą grupą budować szałasy w lesie. Podzieliliśmy się na trzy grupy. Ja dostałem się akurat do chłopaków z mojego pokoju. Zajęliśmy przygotowane miejsce, była to gałąź, przytwierdzona półtora metra nad ziemią dwoma sznurkami na końcach do drzew.

Zaczęliśmy od oparcia o nią innych mniejszych gałęzi. Zbierałem wszystko, co wydawało mi się odpowiednie. Potem, gdy już mieliśmy ułożone po obu stronach dwa ładne rządki gałęzi z jednym wejściem do środka położyliśmy na nie mech i liście. W środku było mało miejsca ale ułożyliśmy jeszcze warstwę mchu na ziemi. I zrobiło się po chwili bardzo gorąco i duszno w środku. Więc wyszedłem. Wejście zrobiliśmy na środku, a nad nim mały daszek podparty dwoma gałęziami. Ogólnie wyszedł nam bardzo dobrze. Był zielony od mchu (mój ulubiony kolor, no jest jeszcze lepszy gdy wymiesza się go z czarnym).

Potem wróciliśmy do dworka, zjedliśmy obiad i mieliśmy czas dla siebie więc poszedłem do siebie do pokoju, i położyłem się. Potem znowu chwila zabaw i kolacja. I tak upłynął wieczór – dzień trzeci.

 

Dzień 4, 5 i 6

 

Wyglądały one bardzo podobnie: rano pobudka, śniadanie, potem gry na świeżym powietrzu, obiad i jakieś wydarzenie. W czwartym dniu była to piesza wycieczka do najbliższego sklepu (10 kilometrów w jedną stronę). Po powrocie byłem wykończony. Obiad, udawanie że dobrze się bawię. Kolacja i spanie. Piątego dnia poszliśmy po śniadaniu na spływ kajakowy, ja płynąłem z jakąś starszą dziewczyną. Byłem z przodu, a ona siedziała z tyłu. Cały spływ zajął dosyć długo. Po obiedzie był czas wolny. Szóstego dnia była strzelnica. Strzelaliśmy z jakiegoś pistoletu oraz z jakiejś broni długiej. Mi nawet dobrze poszło. Potem wróciliśmy, zjedliśmy obiad i poszliśmy na inne strzelanie, tym razem nad Kaczym Dołem czy tam jeziorem. W międzyczasie druga grupa (w której byłem) miała biegi z różnymi zadaniami, około kilometra. Na początku biegi, potem czołganie się z czymś co miało przypominać karabin, oczywiście w piasku pod górę, potem znowu kawałek biegu, przenoszenie rannego manekina, który chciał tylko zobaczyć się z swoją rodziną. Potem znowu bieg, a na koniec szybki trucht z górki. I pomiar czasu całej operacji. Ja akurat dobiegłem ostatni.

Potem można było postrzelać z procy (nic nie trafiłem, jakoś tak dziwnie się celowało) łuku (ostatnią strzałą trafiłem w sam środek, resztą nic) i potem trzy strzały z karabinu ASG z lunetą i wyszło A A D, czyli dwa strzały w środek i jeden gdzieś tam spadł na bok.

Potem wróciliśmy wieczorem do dworka i mieliśmy dyskotekę. No ja miałem ważne zadanie bojowe, ratowałem wszystkich tańczących przed upadkiem ściany.

 

7 dzień

 

Rano klasycznie – pobudka, potem śniadanie i zbiórka przed dworkiem. Rozdanie dyplomów. Spakowanie wszystkiego tak, aby o niczym nie zapomnieć i odjazd do domu. W czasie powrotu usiadłem obok jakiegoś chłopaka, ale podróż minęła w ciszy i nędzy.

Po powrocie poszedłem do domu (na pieszo, ponieważ nie było nikogo, kto mógłby mnie odebrać). Zastała mnie tam cisza i spokój mama pewnie wyszła na zakupy, a tata jest w pracy. I tak byłem zadowolony z tego wyjazdu.

 

Piąta klasa

szkoły podstawowej

 

Z tej klasy też niewiele pamiętam. Jednakże utknęło mi w pamięci to, że była to powtórka z czwartej klasy pod względem lekcji, i ogólnie materiału szkolnego. Doszły jedynie dwa przedmioty: biologia, z którą sobie słabo radziłem, oraz geografia, z której sobie lepiej radziłem, o wiele lepiej. Nadal miałem kontakt z Michałem oraz Krzysztofem.

Idąc do szkoły minąłem dwóch ludzi, którzy mówili coś o wypadku z udziałem dziecka. Może nawet z naszej szkoły. Przyznam się bez bicia że ich trochę podsłuchałem i dowiedziałem się że miał lub miała 12 lat. Zginąć w tak młodym wieku. Całe życie przed tobą.

Poszedłem dalej w kierunku szkoły. Po wejściu do niej zauważyłem ogromną pustkę oraz ciszę której brakowało mi w domu. Ściany nadal były szare a z sufitu sypał się tynk. Po dojściu pod klasę zatopiłem się w moją ulubioną książkę, pamiętam jak byłem młodszy i znalazłem ją w parku na ławce i bez większego namysłu wziąłem ją do siebie.

Po pewnym czasie.

- Cześć – powiedział Michał którego poznałem po głosie.

- Cześć – odpowiedziałem z entuzjazmem.

Byłem bardzo radosny że w końcu miałem z kim porozmawiać, ponieważ nie rozmawiałem z innymi ludźmi z mojej klasy. Zaczęliśmy wymieniać między sobą zdania, pytania i inne takie. W międzyczasie zeszła się nasza klasa.

Po chwili podszedł do mnie pewien chłopak z mojej klasy.

- Cześć – powiedział cicho – Czy zrobiłeś może zadanie domowe z matematyki?

- Cześć, tak zrobiłem a co?

- Mógłbym je od ciebie spisać bo totalnie o nim zapomniałem?

- Tak na luzie, proszę – pokazałem palcem zrobione zadania tak aby kolega się nie pomylił i nie spisał czegoś innego.

- Dziękuję bardzo – odpowiedział.

Po chwili oddał mi mój zeszyt. A jeszcze za chwilę zaczynała się lekcja matematyki. Byłem trochę zdziwiony że ktoś chciał akurat ode mnie zadanie domowe, a nie od tych mądrych ludzi ale cóż, może oni byli teraz zajęci. Nie wiem czemu ale wypełniało mnie szczęście po

tej interakcji społecznej.

 

Szósta klasa

szkoły podstawowej

 

Kolejne lata mijały mi bardzo dobrze, wśród przyjaciół i nowych książek. Bardzo lubiłem lektury szkolne, były ciekawe i czasami nietypowe. Głównie były o tożsamości narodowej ale też inne jak na przykład w czwartej klasie lub piątej takie odbiegające od poważnych tematów. Ale zbliżał się ważny dla mnie okres mój ojciec dopłacił potrzebną sumę, więc jechaliśmy wszyscy na wycieczkę do Trójmiasta. Wierzę że będzie fajnie i będę miał piękne wspomnienia. Chociaż wiem że zapłacił by się mnie pozbyć z domu na dwa dni. Ale cóż może mi to na dobre wyjdzie.

Wyjazd rozpoczynał się wcześnie rano więc musiałem rano wstać, oczywiście nie obyło się bez awantury o to że rano mój budzik zaczął dzwonić, bo przecież powinienem się obudzić o własnej intuicji, ale ok. Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i wyszedłem w względnej ciszy. A po niedługiej chwili marszu doszedłem pod szkołę.

Staliśmy już przed autobusem, wychowawczyni już ostatni raz nas przeliczyła, o dziwo wszyscy byli. Nikt się nie rozchorował ani się nie połamał. Wsiedliśmy do autokaru i rozpoczęliśmy naszą dwugodzinną podróż.

Gdy już dojechaliśmy do Gdańska zwiedziliśmy Długi Targ był on pełen kolorowych kamienic kupieckich, kawiarni, dużą Fontanną Neptuna i Ratuszem.

Potem doszliśmy do Kościoła Mariackiego, którego przewodnik nazwał ,,Koroną Gdańska”. Powiedział że był przykładem architektury gotyckiej. Był zbudowany z czerwono-pomarańczowej cegły i miał wielkie okna, oraz wysoką wieżę. Był oczywiście większy od naszego miejskiego kościółka.

Następnie doszliśmy do muzeum Bursztynu. Gdzie przewodnik powiedział że znajdują się tu różne piękne bursztyny prosto z naszego morza Bałtyckiego. Były też różne dekoracje, rzeźby. Były tam też informacje o bursztynie, o jego powstawaniu, właściwościach i wydobywaniu.

Potem zjedliśmy obiad i poszliśmy na dwie godziny pochodzić nad Zatoką Gdańską. Była naprawdę majestatyczna, ale w wodzie pływało mnóstwo jakichś glonów. Potem udaliśmy się do jakiegoś taniego hotelu i poszliśmy spać.

Następnego dnia udaliśmy się do Sopotu. Zaczęliśmy od zobaczenia i przejścia się po molo, było ogromne. Było też tam wiele łodzi.

Później udaliśmy się do Latarni Morskiej była bardzo wysoka i idealnie wypełniała całokształt tamtego miasta.

Po tym pojechaliśmy do Gdyni gdzie na początku zjedliśmy szybki obiad a potem pochodziliśmy dłuższą chwilę po tym mieście ale nic konkretnego nie widzieliśmy. Po wszystkim udaliśmy się do autokaru i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Rozmawialiśmy z Krzysztofem i Michałem o wszystkim co tam widzieliśmy byłem bardzo zadowolony i szczęśliwy. Chciałem, aby te dwa dni trwały wiecznie. Po powrocie do szkoły było po południe i jak wszystkich odbierali rodzice tak ja musiałem wrócić sam na pieszo. Pewnie gdybym nigdy nie wrócił to by za mną jakoś nie płakali. Szkoda że ja ich jeszcze potrzebuję bo nie mam w tym mieście za bardzo rodziny. I się nie dziwię. Pożegnałem się więc z chłopakami i poszedłem w niedługą podróż dookoła świata. W sensie do domu.

Po powrocie do niego czekała mnie niestety nie ciekawa scena przemocy domowej, gdzie ojciec uderzył moją matkę, a ta go tak bardzo wyzywała że zdecydowałem się tego nie słuchać i po prostu pójść do mojego pokoju.

Po chwili dosłownie wbiła do niego jak jakiś antyterrorysta i zaczęła mnie atakować pięściami, nie wiedziałem czy mam się bronić czy zatykać uszy przed jej przekleństwami i innymi miłymi słowami. Po chwili chwyciłem ją za nadgarstki.

- Weź się uspokój, matko, co w ciebie wstąpiło! – wykrzyczałem wstrzymując łzy.

Bez odpowiedzi wyrwała mi się z uścisku i uderzyła w twarz, miałem nadzieje że po raz ostatni.

- Jak śmiesz ty kurwo! – powiedziała ostrym tonem – Urodziłam ciebie więc należy mi się jakiś szacunek!

- Przecież mnie okładałaś rękami! – krzyknąłem.

No i tamto uderzenie okazało się że nie było ostatnie, to teraz w drugi policzek było ostatnie, chyba.

Po chwili patrzenia sobie bardzo intensywnie w oczy moja matka wyszła z pokoju.

A ja zostałem sam z myślą czy mam płakać czy się śmiać z obecnego położenia. Ostatecznie wybrałem to pierwsze ale nie z własnej woli łzy po prostu same napływały mi do oczu, po tak pięknym czasie zawsze coś musiało się zwalić. Tak jak zawsze. Zamknąłem swój pokój na klucz by poczuć się choć odrobinę bezpieczniej. Nienawidzę ich. Czemu nie mogłem się urodzić w kochającej rodzinie. Nie mam rodzeństwa do którego mógłbym podejść i się wyżalić. Po prostu zacząłem płakać. Łzy leciały mi z oczu.

Po chwili podszedłem do biurka. Słyszałem że niektórzy tak robią żeby poczuć się lepiej. Wziąłem scyzoryk. Wyciągnąłem z niego nóż i… i nie wiedziałem czy tego na pewno chcę. Ale, jednak przyłożyłem go sobie do ramienia i… po chwili go odciągnąłem.

Co jeżeli ktoś zobaczy? Czy znajdę odpowiednią wymówkę? Czy mi uwierzą, w razie co? Więc podciągnąłem koszulkę i podbródkiem docisnąłem ją do klatki piersiowej. Zrobiłem to samo przyciągnąłem nóż do boku brzucha tej części tuż pod żebrami i lekko przejechałem nim po skórze. Nic. Zrobiłem to mocnej. Nadal nic. Więc włożyłem w to trochę siły i… przeciąłem sobie skórę. Nagle zaskoczył mnie ból. Lecz nie był on ostry był tak dziwnie przyjemny. Więc zrobiłem to znowu… i znowu aż na moim ciele pojawiło się siedem cięć. Szybko odłożyłem scyzoryk. Co ja kurde robię? Pomyślałem szybko. Ale ten ból był tak kojący że nie wiedziałem co robić. Czy ciąć się dalej czy przestać. Po namyśle wybrałem to drugie, bo jeżeli ktoś w szatni przed WF-em zobaczy obszerne rany to może być problem. Wytarłem papierem nóż żeby nikt się nie domyślił, papier potem spale lub gdzieś wyrzucę

do publicznego kosza na śmieci.

 

Siódma klasa

szkoły podstawowej

 

Kolejny zwykły piękny dzień w moim brutalnym życiu i walce o przetrwanie. Kolejny tydzień szkoły zaczynał się kolorowo po przyjściu do szkoły jak zawsze godzinę przed lekcjami spotkał mnie dziwny obraz. Spotkałem Krzysztofa. Powtarzam godzinę przed lekcjami, ciekawe o co chodzi?

- Siema – powiedziałem z wielkim uśmiechem na twarzy, który miał ukryć mój wewnętrzny ból – Co tam?

Spojrzał na mnie ukradkiem i przez chwilę chyba dostrzegłem coś dziwnego w jego oczach. Jakby smutek? Zakłopotanie? Depresję? Strach? Nie wiem zaraz o to zapytam.

- O siema co tutaj robisz o tej porze? – zapytał lekko zdziwiony.

- Tak jak zawsze przychodzę aby się przygotować do lekcji, wiesz w szkole zawsze odnajduję motywację do nauki a w domu to mi się jakoś tak nie chce. – oczywiście wiadomo że nie, ale co innego mogłem powiedzieć.

- A ok, widzę że dyscyplinarnie – odpowiedział zakłopotany, chyba nie uwierzył w moje tysięczne kłamstwo – Ja tutaj czekam na kogoś bo chciałbym porozmawiać z nią sam na sam.

- Nią?

- A tak, z taką dziewczyną z naszej klasy tyle że ona zawsze chodzi z koleżankami więc wcześniej mało rozmawialiśmy - odpowiedział – Bardzo ją polubiłem, tak jakoś.

- Okej, rozumiem, chyba, mam nadzieję że tak.

- Ok, to cieszę się, o to ona, ciekawe co tutaj robi tak wcześnie, zapytam ją o to – powiedział podekscytowany.

- To leć, i zabłyśnij. Tylko nie za nisko żebyś nie spadł na podłogę – dodałem po chwili.

- He he, bardzo śmieszne. Jak wyglądam?

- Idealnie, jak na rozmowę o pracę.

- Dobra bez komentarzy samo ,,dobrze” by wystarczyło.

I tak straciłem jedyną osobę z którą mógłbym porozmawiać. No cóż bywa. Tak z daleka to faktycznie wygląda na podekscytowanego i zarazem poddenerwowanego. Ciekawe co z tej ich relacji wyjdzie. Wziąłem więc kolejną książkę, a bardziej nowelę. Ta akurat była o nieodwzajemnionej miłości, wewnętrznym bólu i takich tam nudach ale akurat w domu skończyły mi się te ,,Nad wyraz interesujące” książki więc muszę sobie jakoś poradzić. Michała może nie być ponieważ ostatnio coś źle się czuł. Przynajmniej tak mówił.

Po dłuższym czytaniu i prawie skończenia tego arcydzieła wstałem i akurat zadzwonił dzwonek jakże idealnie spójnie. Weszliśmy do sali mieliśmy jakąś nawet nie pamiętam jaką lekcje i w sumie tyle bo był jakiś dziwny okres na wycieczki więc plan wyglądał jak ser szwajcarski i jakoś tak no. Raz biblioteka, raz w świetlicy z jakimiś irytującymi dziećmi z czwartych i niżej klas które czekały na swoje kursy busów które często zmieniały swój jakże perfekcyjny grafik i jakoś to szło. W połowie jakby to nazwać? Lekcji? Przyszedł on. Michał. Ale jakoś tak dziwnie inaczej ubrany tak mniej elegancko a bardziej w dresach.

- Cześć, zapomniałeś zmienić piżamy czy coś, ponieważ chyba nigdy cię nie widziałem w dresach – powiedziałem.

- Ta, bardzo śmieszne, ale nie, po prostu moje dzienne ubrania się piorą – powiedział jakoś dziwnie niskim tonem głosu.

- Chyba dzienne i nocne – chciałem jakoś rozluźnić atmosferę, ale w mojej głowie brzmiało to jakoś lepiej.

Michał nic nie odpowiedział więc zająłem się intensywnym patrzeniem za okno aż kolejny cholerny raz w moim życiu i nie ostatni zadzwonił dzwonek na lekcję. Szczerze, to te na przerwę jakoś lepiej wydają te swoje dźwięki.

Po lekcjach dogoniłem Krzysztofa.

- I jak z tą dziewczyną – zapytałem zaciekawiony.

- Się kurde nie interesuj – odpowiedział.

I potem przyspieszył kroku. O ile ja umiem dosyć szybko chodzić to jakoś nie chciało mi się go gonić. I z drugiej strony chciałem mu dać trochę czasu dla siebie. Poszedłem więc odszukać Michała, odnalazłem go w tłumie uczniów był z innymi, chyba lepszymi ode mnie bo z nimi się śmiał a ze mną już od jakiegoś czasu nie. Jakbym go nudził czy coś. Mam nadzieję że nasza przyjaźń przeżyje ósmą klasę. I z Krzysztofem tak samo. Ciekawe co ich ugryzło. Jednego do agresji. Drugiego do zmiany otoczenia. Może szczera rozmowa i czas pomogą. Oby.

W domu w kompozycji do krzyków matki (darła się przez telefon ponieważ ojciec jeszcze nie wrócił z pracy do domu, chociaż na jego miejscu uciekłbym już do ciepłych krajów, ale może kłótnie i nie spełnione małżeństwo [o ile je w ogóle mają] daje mu satysfakcję w życiu) zacząłem pisać do Michała.

Ja – 18:27

Co tam Michał? Nie chciałem do ciebie podchodzić po lekcjach bo widziałem że dobrze się bawiłeś z innymi uczniami. Jeżeli dobrze zauważyłem to byli z innej klasy.

Michał – 18:45

No tak było nawet dobrze z nimi. Ale oczywiście przy tobie i Krzysztofie czuję się najlepiej.

Ja – 18:46

A wiesz co ugryzło Krzysztofa tak poza tym. Chciał porozmawiać z pewną dziewczyną z naszej klasy chyba Nikolą czy jakoś tak miała na imię. No wiesz ta szczupła w ciemnych włosach do ramion.

Michał – 18:48

Chłopie przecież tak wygląda połowa dziewczyn w naszej klasie, skąd mam to wiedzieć? I nie nic mi o tym nie mówił

Wiadomość wydawała się niepotrzebnie agresywna ale ok, dobra może po prostu ma zły humor.

Ja – 18:48

ok

Dobra to teraz może napiszę do Krzysztofa, albo jeszcze dam mu trochę czasu? Sam nie wiem. Po chwili, dobra napiszę do niego potem około 20:00 lub 20:30.

Niespodziewanie koło 19:50 napisał Krzysztof.

Krzysztof – 19:49

Cześć. Wybacz że tak wyszło. Nie chciałem być niemiły a z przeprosinami nie chciałem czekać do jutra. Jakbyś pytał o rozmowę z tą dziewczyną to totalnie nie wyszła. Nie wiem, czy widziałeś ale przewróciłem się tuż przed nią o prostą podłogę. Nie wiem, naprawdę nie wiem jak do tego doszło. Potem w trakcie rozmowy zaczęła się ze mnie śmiać sam nie wiedziałem dlaczego. Więc ze śmiechem za moimi plecami poszedłem do łazienki. I nie, nie był to miły śmiech, taki żartobliwy, tylko złośliwy. Potem przed WF-em jeszcze czułem ich wzrok na sobie i słyszałem jak mnie obgadywały. Sam nie wiem, co zrobiłem źle. Naprawdę ciebie przepraszam za zajście.

Wątpię aby w tej rozmowie z Nikolą chodziło o wagę kolegi oraz trochę odmienną budowę ciała.

Ja – 19:56

Dobra spoko luz idź się wyśpij może to pomoże z twoim problemem.

Krzysztof – 20:00

Dzięki, ale wątpię aby sen pomógł, raczej czas oraz zmiana formy mojego ciała.

Ja – 20:02

Tylko sobie krzywdy nie rób, ok?

Krzysztof – 20:07

Tak, spoko nic na siłę. A jest jeszcze jedna sprawa o której chciałem porozmawiać.

Ja – 20:10

ok, o czym?

Krzysztof – 20:20

Albo w sumie nie, nieważne, to moja sprawa i sam ją jakoś rozwiążę.

Ja – 20:25

Ok, spoko jak pisałeś nic na siłę. Przecież nie będę wyrywał od ciebie tych informacji.

Kolejne dni mijały spokojnie nawet moi rodzice byli jacyś tacy wyciszeni.

A ja czułem się nie najlepiej nie z powodu choroby ale czułem coś dziwnego w sobie, taki jakby ciężar na duszy. Pomimo iż regularnie, w sensie co tydzień, chodziłem do Kościoła. Ale no cóż.

W końcu zaczęliśmy się przygotowywać do Sakramentu Bierzmowania. Krzysztof od czwartej klasy był ministrantem, ja akurat nie chciałem chociaż proboszcz pytał mnie o to dwa razy. Znowu spotkania z jakimiś randomowymi dzieciakami z mojej i równoległej klasy. Podczas spotkania to samo co przy Pierwszej Komunii Świętej, sprawy formalne i jeszcze jakieś inne. Zaczęliśmy omawiać też Siedem Darów Ducha Świętego.

Po mszy i spotkaniu poszedłem do parku było zimno, pomimo iż był wrzesień. Więc temperatura powinna być jeszcze dosyć wysoka przez wysoką rozumiem co najmniej 15 stopni Celsjusza. A może mi się tylko tak wydawało. Może to był taki wewnętrzny chłód, poczułem jakby czegoś mi brakowało. Przechodziłem przez park i akurat obok placu zabaw zauważyłem uroczą scenę matka przytulająca swoje chyba pięcioletnie dziecko. Ja akurat nigdy tego nie doświadczyłem. I raczej nie doświadczę, bo nie wiem czy chcę pakować się w związki bo z tym zawsze potem są problemy. Poza tym mam w domu przykład idealnej miłości w związku, chyba małżeńskim sam nie wiem bo nigdy u nich na palcach serdecznych nie widziałem żadnego pierścionka. Ani nie widziałem żadnych zdjęć ze ślubu. Idąc dalej patrzyłem na ziemię zamyślony aż minąłem uroczą parę. Oni też się przytulali idąc razem. Dotyk. Bliskość. Może tego mi brakuje. Zacząłem odczuwać lekką pustkę. Bo wiedziałem, że oprócz Boga to nie, nikt mnie nigdy nie pokocha. Jak można kochać kogoś takiego jak ja? Słabego, głupiego, bezwartościowego… chwila, kurwa, czemu ja tak w ogóle myślę? Co jest ze mną nie tak? Dobra pora wrócić do domu. W domu było o dziwo cicho. Matka chyba zasnęła więc nie będzie drzeć mordy o bałagan który sama robi bo mnie przecież pół dnia w domu nie ma. Ale dla spokoju dusz zmarłych umyłem naczynia oraz wyczyściłem schody zmiotką. A na koniec umyłem okna.

- Proszę, proszę, kogo my tu mamy, kto się w końcu obudził do prac domowych – powiedziała pewnym tonem moja matka.

Okej, dobra czyli bez awantury się nie obejdzie. Zarąbiście.

- Jak tam w szkole? Same piątki słyszałam – zapytała.

Ale mi ta kobieta gra na nerwach. Przecież wie, że szkoła to nie najlepszy temat do rozmowy. Jak się nie zamknie to…

- No i jeszcze naczynia słabo umyte – teraz to kurwa zabłysnęła, czym? Bezrobociem.

- Jak masz jakiś problem, to sama mogłaś to zrobić – odpowiedziałem.

- Mhm tak dobra bez zbędnego gadania twój ojciec prawnik ma ważne spotkanie i chcę abyśmy wyglądali jak dobra rodzina – już powoli wychodziła kiedy nagle – A i jeszcze jedno to nie jest prośba.

W końcu wyszła. Na szybko przemyłem okna i poszedłem do pokoju. Tia… słowo klucz ,,wyglądać”. Zakluczyłem się. Dla zwiększenia poczucia bezpieczeństwa w własnym domu bo po wydarzeniach z szóstej klasy mam PTSD że znowu wbije mi do pokoju i zacznie mnie okładać rękami. Co prawda jestem już silniejszy niż w szóstej klasie ale nadal.

~~~~~~~~~

Była już połowa roku szkolnego Krzysztof dalej starał się o atencję Nikoli, Michał coraz częściej umawiał się z innymi ludźmi często zmieniając plany naszych nawet nie częstych spotkań i wyjść. Czułem, jakbyśmy mocna tracili kontakt. Spojrzałem na telefon ostatnia wiadomość od Michała – 9 dni temu. Od Krzysztofa – 3 dni temu. No to niezłe przyjaźnie na całe życie żem utworzył. Nadal mi czegoś brakowało i to nie byli nowi przyjaciele, ale coraz bardziej myślałem o miłości teraz przypominając sobie tą nowelę, chciałbym mieć w przyszłości kogoś, ale z drugiej strony miałem poczucie… że chyba jej nie potrzebuję, miałem w tym okresie jakieś dziwne wahania w tym temacie. I najlepsze jest to że sam ich nie rozumiałem, potrzebowałem miłości, ale nie chciałem kolejnego człowieka w swoim życiu. Zresztą trochę się obawiałem dziewczyn bo jakoś z nimi dużo nie rozmawiałem. Mając przykład kochającej i ciepłego ogniska domowego matki podziękowałem za takie znajomości. Chociaż z drugiej strony podświadomie wierzyłem że nie każdy jest taki jak oni. Ojciec który utrzymując swój dom i rodzinę zapomniał o niej, i matka która początkowo chcąc tego nie potrafiła sobie z tym poradzić.

W międzyczasie pojawił się u mnie artysta, zacząłem ćwiczyć rysowanie oraz pisanie wierszy chociaż z początku mi to nie wychodziło. Kartki podkradałem z pokoju ojca a ołówki z szkoły więc no robiłem to z poradników w Internecie ponieważ sam nie miałem o tym pojęcia. Moje rysunki zacząłem od anatomii ludzkiej ale potem przeszedłem na ogół istnień, czyli psy koty węże i tym podobne. I w końcu na styl anime, który był chyba najłatwiejszy. Ze względu na ubóstwo szczegółów. Bynajmniej moim zdaniem.

Kolejne dni mijały.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Chrapanie plus vat

    W sumie to przeczytałem fragment i IMO, opis postaci, ich rozmów, życia wewnętrznego, biorąc pod uwagę, że to dzieciaki z pierwszej podstawówki, jest mało przekonujący psychologicznie i przez to mnie nie zaciekawił.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania