Kryptonim „Słowik”
Warszawa, rok 1978. Szarzyzna blokowisk z wielkiej płyty zlewała się z ołowianym niebem. Kapitan SB, Marek Zdanowicz, nie był zwykłym funkcjonariuszem. Nie interesowały go wywrotowe ulotki ani kolejki pod sklepem mięsnym. Marek miał swoją obsesję. Nazywała się Elżbieta.
Była bibliotekarką na Uniwersytecie Warszawskim. Marek spędzał noce w pokoju odsłuchowym, zaciągając się dymem z „Radomskich”. Słuchawki na uszach były jego jedynym połączeniem z jej światem. Słyszał, jak parzy herbatę, jak przesuwa krzesło, jak cicho nuci piosenki Anny Jantar. Dla świata była „figurantką”, dla niego – sensem życia.
Znał każdy jej krok. Wiedział, że o 16:15 kupuje dwie bułki, a o 18:00 zapala lampkę przy oknie. Czasami, korzystając z kluczy zapasowych, wchodził do jej mieszkania, gdy była w pracy. Nie kradł. Przestawiał tylko flakonik perfum o centymetr. Chciał być obecny w jej życiu, nie będąc w nim wcale.
Wszystko zmieniło się w czwartek.
W słuchawkach usłyszał męski głos. Obcy. Niski.
– Masz to? – zapytał nieznajomy.
– Mam. Ale on nas obserwuje – odpowiedziała Elżbieta szeptem, który zmroził Markowi krew w żyłach.
– Kto? Ten pies z SB?
– Tak. Marek.
Zdanowicz zesztywniał. Skąd znała jego imię? Nigdy się nie przedstawił. Nigdy nie stanął z nią twarzą w twarz jako on sam.
Wpadł w furię. To nie był zwykły romans – to była zdrada jego idealnego, wykreowanego świata. Postanowił działać. Tej nocy nie czekał w pokoju odsłuchowym. Wyciągnął służbowy pistolet, schował go pod ortalionowy płaszcz i ruszył w stronę jej bloku na Ursynowie.
Wbiegł po schodach, wyważył drzwi. W mieszkaniu panowała ciemność, pachniało goździkami i kurzem.
– Elżbieta! – krzyknął, celując w głąb korytarza.
W salonie paliła się tylko jedna mała lampka. Przy stole siedziała ona. Sama. Przed nią nie stały dwie szklanki herbaty, lecz magnetofon szpulowy „ZRK”. Kręcił się powoli.
– Spóźniłeś się, Marku – powiedziała spokojnie, nie odwracając głowy.
– Gdzie on jest? Ten mężczyzna! – ryczał Zdanowicz, przeszukując szafy.
– Nie ma żadnego mężczyzny. To tylko nagranie. Puściłam je, bo wiedziałam, że przyjdziesz. Musiałam cię tu ściągnąć.
Marek poczuł nagły chłód. Spojrzał na magnetofon. Zauważył, że od urządzenia biegną cienkie kable... prosto pod podłogę.
– Myślisz, że to ty mnie obserwowałeś? – Elżbieta w końcu na niego spojrzała. Jej oczy nie były pełne strachu, lecz politowania. – Mój ojciec był inżynierem dźwięku, zanim go zamknęliście. Nauczył mnie wszystkiego o podsłuchach. Od miesięcy wiedziałam o każdym mikrofonie, który założyłeś. Wiedziałam o każdej wizycie.
Nagle z klatki schodowej dobiegł tupot ciężkich butów. Drzwi, które Marek wyważył, uderzyły o ścianę. Do środka wpadło trzech mężczyzn w skórzanych płaszczach. Jego koledzy z wydziału.
– Kapitan Zdanowicz? – zapytał jeden z nich, ten, którego Marek uważał za przyjaciela. – Mamy raport, że wszedłeś w nielegalną relację z figurantką i zdradziłeś tajemnicę służbową. Jesteś aresztowany za współpracę z wywiadem zachodnim.
Marek spojrzał na Elżbietę. Uśmiechała się lekko, wyciągając z torebki mały aparat fotograficzny.
– Zdjęcia, które zrobiłam ci w nocy, gdy przeszukiwałeś moje szuflady, trafiły już tam, gdzie trzeba – szepnęła. – To ty byłeś moją syzyfową pracą, Marku. Ale w końcu dotoczyłam ten głaz na szczyt.
Gdy wyprowadzali go w kajdankach, ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszał, był trzask wyłączanego magnetofonu. Jego świat, starannie budowany z cudzych szeptów, właśnie przestał istnieć.
Marek nie był amatorem. Jako as wywiadu technicznego wiedział, że najlepszy podsłuch to taki, którego ofiara sama pilnuje. Dlatego „pluskwę” zamontował wewnątrz starego, pamiątkowego budzika Elżbiety. Cykanie mechanizmu maskowało szum nadajnika, a ona co wieczór nakręcała urządzenie, nieświadomie przedłużając wyrok na samą siebie.
Tego wieczoru, zanim wpadł do jej mieszkania, Marek zauważył coś, co zignorował w miłosnym amoku. Pod blokiem stała czarna Wołga. Bez numerów bocznych. Silnik pracował cicho, a spaliny mieszały się z mgłą.
Wewnątrz mieszkania, gdy koledzy z wydziału wykręcali mu ręce, Elżbieta podeszła do szafy. Nie wyjęła z niej ubrań. Odsunęła tylną ściankę, ukazując profesjonalną radiostację polową.
— Myślałeś, że przestawienie flakonu perfum to szczyt subtelności? — zapytała, zapalając papierosa. — Widziałam cię w lustrze, Marek. Za każdym razem.
— Elżbieta, o czym ty mówisz? To prowokacja! — krzyknął, czując, jak metalowe kajdanki wgryzają się w nadgarstki.
Jeden z funkcjonariuszy, major Woźniak, podszedł do stołu i podniósł teczkę, którą Elżbieta mu podała.
— „Kryptonim Słowik” — przeczytał Woźniak. — Tylko że Słowikiem nie była ona, Marek. Słowikiem byłeś ty. Wy śledziliście figurantkę, a my od pół roku śledziliśmy wasz „romans”. Każde twoje wejście tutaj, każdy skradziony włos z jej szczotki… to paragrafy na nekrofilię operacyjną i nadużycie władzy.
Ale to nie był koniec zwrotu akcji.
W radiu Elżbiety coś zatrzeszczało. Głos po drugiej stronie nie mówił po polsku ani po rosyjsku. To był krótki, rwanym angielskim komunikat: „Package secured. Move to extraction.”
Nagle w całym bloku zgasło światło.
W ciemności rozległy się dwa głuche strzały z tłumikiem. Marek poczuł, że chwyt na jego ramionach zelżał. Usłyszał ciężki upadek ciała na parkiet.
— Co jest?! — wrzasnął Woźniak, ale jego głos przerwało uderzenie kolbą.
Cisza. Tylko cykanie budzika.
Błysnęła latarka. Elżbieta stała nad nieprzytomnymi esbekami. W dłoni trzymała mały, pistolet Walther PPK.
— Marek, wstawaj — syknęła, rozcinając mu więzy na rękach wytrychem, którego nie powinna umieć obsługiwać. — Wołga na dole nie należy do nich. Należy do moich ludzi.
— Twoich ludzi? — Marek masował nadgarstki, kompletnie oszołomiony. — To ty pracujesz dla…
— Pracuję dla tych, którzy płacą w dolarach, a nie w kartkach na mięso — przerwała mu ostro. — Wiedziałam, że twoi szefowie cię namierzyli. Musiałam sprowokować tę konfrontację dzisiaj, żeby zlikwidować „pluskwy” i świadków w jednym ogniu. Teraz ty jesteś moją jedyną przepustką na Zachód.
— Ja? Przecież jestem spalony!
Elżbieta uśmiechnęła się zimno, a w świetle latarki jej twarz wyglądała jak maska.
— Masz w głowie kody do szyfratora „Merkury”. To jedyna rzecz, która kupi nam azyl w Berlinie Zachodnim. Więc albo idziesz ze mną do tej Wołgi i zostajesz bohaterem wolnego świata, albo zostajesz tutaj i tłumaczysz się Woźniakowi, dlaczego jego ludzie leżą w kałuży krwi.
Marek spojrzał na budzik. 21:37. Czas stanął w miejscu. Zrozumiał, że przez lata to nie on był drapieżnikiem, ale starannie hodowaną ofiarą.
— Skąd mam wiedzieć, że mnie nie zabijesz, jak tylko dostaniemy się do strefy? — zapytał, wstając.
Elżbieta schowała pistolet za pasek spódnicy.
— Nie wiesz. Ale w tym ustroju to i tak najbardziej uczciwa propozycja, jaką dziś dostałeś.
Pędząca przez nocną mgłę czarna Wołga przypominała pocisk sunący w stronę Żelaznej Kurtyny. Elżbieta prowadziła pewnie, z zimną precyzją, której Marek nigdy by się nie spodziewał po „niewinnej bibliotekarce”.
— Gdzie my w ogóle jedziemy? — zapytał Marek, ściskając na kolanach teczkę z kodami „Merkury”. — Przejście w Świecku to samobójstwo. Tam kontrolują nawet bieżnik w oponach.
— Zapomnij o Świecku — odparła, nie odrywając wzroku od drogi. — Jedziemy do Friedrichstrasse. Słyszałeś o „Pałacu Łez” (Tränenpalast)?
Marek zesztywniał. Friedrichstrasse w Berlinie Wschodnim było jednym z nielicznych punktów, gdzie światy się przecinały, ale rygor był tam nieludzki. To właśnie tam uciekinierzy z NRD żegnali się z bliskimi, nie wiedząc, czy kiedykolwiek ich jeszcze zobaczą.
Berlin Wschodni, godzina 03:15
Zaparkowali dwie ulice dalej. Wołga została porzucona w cieniu zrujnowanej kamienicy. Elżbieta wyjęła z bagażnika dwa paszporty dyplomatyczne – niebieskie, z godłem, które wyglądało na autentyczne, ale Marek wiedział, że to „produkty” najwyższej klasy.
— Teraz słuchaj — szepnęła, poprawiając mu kołnierz płaszcza. — Idziesz za mną. Nie patrzysz strażnikom w oczy, ale też nie unikasz wzroku. Masz być znudzony. Jesteś attache kulturalnym, który wraca z delegacji. Jeśli zaczniesz się pocić, oboje skończymy w piwnicach Stasi.
Weszli do szklanego pawilonu. Powietrze było ciężkie od zapachu tytoniu i strachu. Kolejka porannych podróżnych przesuwała się w ślimaczym tempie. Marek czuł, jak serce wali mu w skroniach. Przed nimi stał wysoki oficer Grenztruppen z twarzą wykutą w granicie.
Gdy przyszła ich kolej, Elżbieta bez słowa podała dokumenty. Strażnik wertował je powoli, każda sekunda trwała wieczność. W pewnym momencie zatrzymał się na zdjęciu Marka. Spojrzał na niego, potem na dokument, potem znów na niego.
— Towarzyszu Zdanowicz — zaczął oficer niskim głosem. — Skąd wracacie?
Marek poczuł, że język staje mu kołkiem. Zanim zdążył skłamać, z głośników na dworcu dobiegł komunikat o pilnym poszukiwaniu czarnej Wołgi. Sytuacja stała się krytyczna. Strażnik sięgnął po słuchawkę telefonu.
Wtedy Elżbieta zrobiła coś niewyobrażalnego. Pochyliła się nad ladą i szepnęła jedno słowo. Nazwisko, którego Marek nie znał, ale które sprawiło, że dłoń oficera zamarła na słuchawce. Strażnik pobladł. Bez słowa przybił pieczątki i oddał paszporty, wskazując głową na stalowe drzwi prowadzące na perony S-Bahn.
Peron 2, Berlin Zachodni
Gdy pociąg ruszył i minął linię demarkacyjną, Marek osunął się na siedzenie. Czuł się, jakby uciekł z własnego pogrzebu.
— Co mu powiedziałaś? — zapytał, patrząc na znikające za szybą mury Berlina Wschodniego.
Elżbieta nie odpowiedziała od razu. Wyjęła papierosa, zapaliła go i wypuściła dym w stronę sufitu.
— Powiedziałam mu, że jeśli nas zatrzyma, jego żona dowie się, co robił w zeszłym miesiącu w hotelu „Metropol” z pewną baletnicą z Moskwy. Strach przed żoną bywa silniejszy niż lojalność wobec partii.
Pociąg zatrzymał się na stacji Zoo. Berlin Zachodni tętnił neonami, zgiełkiem i zapachem wolności, który dla Marka był niemal duszący. Na peronie czekali na nich dwaj mężczyźni w prochowcach. Nie uśmiechali się.
— To koniec, Marek — powiedziała Elżbieta, wstając. — Oddaj im teczkę.
Marek poczuł nagły przypływ niepokoju. Coś w jej głosie się zmieniło. Nie było już w nim ani pasji, ani adrenaliny. Był tylko chłód urzędnika wykonującego wyrok.
— A ty? — zapytał, nie puszczając rączki teczki. — Co z nami?
Elżbieta zatrzymała się przy drzwiach wagonu.
— Nie ma żadnych „nas”. Kody „Merkury” to cena za moje wyjście z gry. Ty byłeś tylko... środkiem transportu. Przykro mi, Marek. Naprawdę świetnie słuchało mi się twoich westchnień w mikrofonie.
Zanim zdążył zareagować, jeden z mężczyzn na peronie wyciągnął legitymację CIA i położył rękę na teczce. Elżbieta zniknęła w tłumie pasażerów, nie oglądając się za siebie.
Marek został sam na środku rozświetlonego Berlina, z pustymi rękami i świadomością, że w świecie szpiegów nawet miłość jest tylko syzyfową pracą – wysiłkiem, który zawsze kończy się u stóp góry.
Trzy lata później. Wiedeń, rok 1981.
Marek Zdanowicz nie był już kapitanem, nie był też szpiegiem. Oficjalnie nie istniał. CIA nadało mu nową tożsamość – Thomasa Millera, skromnego archiwisty w jednej z wiedeńskich bibliotek. Mieszkał w małym mieszkaniu przy Josefstädter Straße, gdzie jedynym luksusem był gramofon i stary, pamiątkowy budzik, który zabrał z warszawskiego mieszkania Elżbiety.
Nigdy go nie otworzył. Bał się, że w środku zamiast mechanizmu znajdzie pustkę, która przypomni mu o własnej naiwności.
Pewnego deszczowego wieczoru, gdy wracał z pracy, zauważył na wycieraczce kopertę. Nie miała znaczka ani nadawcy. W środku znajdował się tylko bilet do opery na „Don Giovanniego” i zasuszony kwiat goździka. Ten sam zapach, który czuł w Warszawie, gdy wyważał jej drzwi.
Marek poszedł. Przez całe przedstawienie nie patrzył na scenę, lecz skanował loże. Zobaczył ją dopiero w przerwie, przy balustradzie marmurowych schodów. Wyglądała olśniewająco w czarnej sukni, z perłami na szyi. Nie przypominała już zmęczonej bibliotekarki z PRL-u.
Poszedł do niej, serce biło mu szybciej niż podczas ucieczki przez Berlin.
— To był ryzykowny ruch, Elżbieto — szepnął, stając obok niej.
Nie odwróciła się. Patrzyła na tłum gości w dole.
— Ryzyko to jedyna rzecz, która pozwala mi czuć, że jeszcze żyję, Thomasie — odpowiedziała, używając jego nowego imienia. — Myślałeś, że kody „Merkury” były wszystkim?
Marek zmrużył oczy.
— A nie były?
Elżbieta odwróciła się i uśmiechnęła tym samym chłodnym uśmiechem, który prześladował go w snach.
— Kody były fałszywe. Amerykanie potrzebowali roku, żeby to zrozumieć. Do tego czasu byłam już bezpieczna w Ameryce Południowej. Teraz wróciłam, bo potrzebuję kogoś, kto potrafi słuchać tak dobrze jak ty.
Włożyła mu do kieszeni płaszcza małą kasetę magnetofonową.
— W budziku, który zabrałeś, jest druga połowa nagrania. To nie są szepty kochanków, Marek. To lista nazwisk ludzi z góry, którzy brali łapówki od zachodnich koncernów w latach 70. Twoi dawni szefowie. Moi dawni mocodawcy.
— Dlaczego mi to dajesz? — zapytał, czując ciężar kasety w kieszeni.
— Bo Syzyf w końcu musi przestać pchać ten kamień i zacząć go używać jako broni — szepnęła mu do ucha, po czym odeszła, wtapiając się w tłum.
Marek stał sam na schodach opery. Wiedział, że ta gra nigdy się nie kończy, zmieniają się tylko pionki i plansze. Wyjął z kieszeni goździka i rzucił go na czerwony dywan.
Wrócił do domu, usiadł przy stole i po raz pierwszy od trzech lat wyciągnął śrubokręt, by otworzyć budzik. Gdy mechanizm odskoczył, pod trybikami zobaczył mikrofilm.
Pętla się zacisnęła. Marek uśmiechnął się do siebie. Tym razem to on miał założyć słuchawki.
Marek odkręcił tylną obudowę budzika. Pod mosiężnymi zębatkami, tam gdzie kiedyś biło serce mechanizmu, ukryty był mikrofilm owinięty w kawałek czarnego jedwabiu. Obok leżała miniaturowa nota napisana odręcznie: „Pierwszy na liście to ten, który kazał ci mnie zabić”.
Marek poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. Przystawił mikrofilm do światła nocnej lampki. Nazwisko wykwitło przed jego oczami niczym wyrok: Pułkownik Janusz Stefański.
Stefański był mentorem Marka. To on uczył go, jak „rozpływać się w cieniu” i jak montować podsłuchy tak, by ofiara dziękowała za ich obecność. Oficjalnie pułkownik zginął w wypadku samochodowym pod Radomiem w 1979 roku. Nieoficjalnie – Marek właśnie trzymał w ręku dowód, że Stefański żyje i ma się świetnie w Wiedniu pod nazwiskiem Hans Weber.
Rezydencja w Grinzing, 23:45
Marek nie czekał do rana. Stare nawyki wróciły z siłą uderzenia pięścią. Ubrany na czarno, z zestawem wytrychów, który trzymał w skrytce pod podłogą, dotarł pod willę w luksusowej dzielnicy Grinzing. Ogród tonął w zapachu mokrej ziemi i drogich róż.
Wślizgnął się przez okno do gabinetu na piętrze. Pomieszczenie pachniało koniakiem i starymi książkami. Na biurku stała ramka ze zdjęciem – Stefański w mundurze, z młodym Markiem u boku.
— Spóźniłeś się, Marku. Zawsze miałeś problem z tempem przy operacjach nocnych — odezwał się głos z cienia, z głębokiego fotela przy kominku.
Marek zamarł, trzymając dłoń na kaburze.
— Pułkowniku. Myślałem, że piasek pod Radomiem jest wyjątkowo ciężki w tym roku.
Stefański wychylił się z mroku. Był starszy, chudszy, ale jego oczy wciąż przypominały dwa kawałki lodu.
— Piasek jest dla tych, którzy wierzą w ideologię. Ja wierzę w przepływy kapitału. Elżbieta cię tu przysłała, prawda? Myśli, że załatwisz za nią brudną robotę.
— Elżbieta dała mi listę. Jesteś na samej górze jako „architekt zdrady”.
Stefański zaśmiał się cicho, bez rozbawienia.
— Marek, spójrz na to biurko. Widzisz te przelewy? To nie są pieniądze z Moskwy ani z Waszyngtonu. To są udziały w nowym świecie, który nadchodzi. Mur w Berlinie runie, Marek. Nie za rok, może za dziesięć, ale runie. A my, ludzie cienia, musimy mieć gdzie usiąść, gdy kurz opadnie.
Pułkownik wstał powoli i podszedł do okna.
— Elżbieta nie chce sprawiedliwości. Ona chce moich kodów dostępu do kont w Zurychu. Pieniądze, które ukradliśmy partii, to fundusz emerytalny dla garstki wybranych. Ona chce być jedyną spadkobierczynią.
Marek poczuł, jak fundamenty jego świata znów drżą. Elżbieta wykorzystała go w Warszawie, by uciec. Wykorzystała go w Berlinie, by zmylić CIA. Teraz wykorzystywała go w Wiedniu jako płatnego zabójcę, malując mu przed oczami obraz „zemsty za Polskę”.
— Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? — zapytał Marek, wyciągając pistolet.
Stefański odwrócił się tyłem do okna, wystawiając się na strzał.
— Bo jeśli mnie zabijesz, nagranie z budzika, które masz w kieszeni, automatycznie prześle sygnał do moich ludzi. W ciągu godziny Elżbieta zniknie. Nie zostanie po niej nawet zapach goździków. Ale jeśli odłożysz broń... podzielimy się tym, co zostało. Trzy osoby mogą rządzić tym cieniem lepiej niż jedna.
Nagle w ogrodzie rozległ się huk. Brama wjazdowa została staranowana przez ciemnego vana. Z dachu rezydencji zjechały liny.
— Ona tu jest — syknął Stefański, chwytając za słuchawkę telefonu. — Nie czekała na twój strzał. Chce nas obu.
Marek spojrzał na drzwi gabinetu, potem na pułkownika. Zrozumiał, że „You” w tej historii nie odnosiło się tylko do jego obsesji na punkcie Elżbiety. To Elżbieta była drapieżnikiem, który hodował ich obu, czekając na moment, aż sami się wyeliminują.
— Pułkowniku — powiedział Marek, odbezpieczając broń i celując w stronę drzwi. — Proponuję sojusz. Ale pod jednym warunkiem.
zwi gabinetu nie wyleciały z zawiasów. Nie było wybuchu ani krzyków. Po prostu otworzyły się z cichym kliknięciem, a do środka wpłynął zapach goździków – teraz tak intensywny, że aż duszny.
Elżbieta stała w progu, ale to nie była już kobieta z opery. Miała na sobie czarny, dopasowany kombinezon, a jej włosy były ciasno upięte. W dłoni trzymała pistolet z nienaturalnie długim tłumikiem. Za jej plecami, w korytarzu, Marek dostrzegł dwa ciała ochroniarzy Stefańskiego. Leżeli nieruchomo, jak porzucone lalki.
— Odłóż to, Marek. Pułkownik ma rację tylko w jednym: on już jest martwy, tylko jeszcze o tym nie wie — powiedziała głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji.
Marek nie opuścił broni. Celował w punkt między jej oczami.
— Okłamałaś mnie. Znowu. Lista nie była o sprawiedliwości. Chciałaś, żebym wyczyścił ci drogę do sejfu.
Elżbieta zrobiła krok do przodu, całkowicie ignorując lufę pistoletu.
— Świat nie dzieli się na sprawiedliwych i winnych, Marek. Dzieli się na tych, którzy trzymają smycz, i tych, którzy ją gryzą. Stefański to stara krew. Pasożyt, który myśli, że przeżyje transformację, chomikując dolary w Zurychu. Ja buduję coś nowego.
Stefański zacharczał, kuląc się przy biurku.
— Ona jest szalona, Marek! To nie są tylko pieniądze. Ona sprzedaje nasze siatki wywiadowcze... wszystkim. Handluje ludźmi jak towarem!
— Sprzedaję to, co i tak nie ma już wartości — ucięła Elżbieta. Spojrzała na Marka, a w jej oczach błysnęło coś na kształt dawnej fascynacji. — Pamiętasz, jak przesuwałeś mój flakon perfum? Myślałeś, że mnie kontrolujesz. Ale to ja pozwoliłam ci wierzyć w tę iluzję, bo potrzebowałam kogoś, kto będzie na mnie patrzył z taką pasją, że nie zauważy, jak kradnę mu duszę. A teraz potrzebuję, żebyś strzelił do niego. Zrób to dla mnie. Ostatni raz.
W gabinecie panowała cisza, którą przerywało jedynie tykanie zegara na kominku. Marek czuł na spuście ciężar wszystkich decyzji, które podjął od tamtej nocy w Warszawie. Był pionkiem w grze o tożsamość, o pieniądze i o przetrwanie.
— A jeśli strzelę do ciebie? — zapytał cicho Marek.
Elżbieta uśmiechnęła się, ale tym razem był to uśmiech pełen smutku.
— Wtedy zginiesz jako bohater w świecie, którego już nie ma. Jeśli strzelisz do niego, będziesz żył jako król w świecie, który ja stworzę. Wybieraj, Syzyfie. Twój głaz jest tuż nad przepaścią.
Nagle Stefański rzucił się w stronę szuflady biurka. Elżbieta drgnęła, jej palec zacisnął się na spuście. Marek musiał podjąć decyzję w ułamku sekundy.
Marek nie strzelił ani do niej, ani do niego. Wycelował w dół i wpakował dwie kule w magnetofon szpulowy, który stał na szafce obok biurka pułkownika. Huk wystrzałów w zamkniętym pomieszczeniu był ogłuszający.
— Koniec przedstawienia — wychrypiał Marek, gdy dym wypełnił gabinet.
Stefański zamarł z dłonią w szufladzie, a Elżbieta po raz pierwszy straciła pewność siebie. Jej oczy rozszerzyły się z wściekłości.
— Coś ty zrobił, idioto?! — krzyknęła, mierząc do niego.
— To, czego oboje baliście się najbardziej — odparł Marek, wyciągając z kieszeni mały, czarny nadajnik, który przyniósł ze sobą. — Sygnał z tego pokoju szedł na żywo do rezydencji rezydenta KGB w Wiedniu i do placówki CIA przy Boltzmanngasse. Nie tylko wasze rozmowy, ale i kody, które pułkownik tak chętnie wymieniał, i twoje przyznanie się do handlu siatkami, Elżbieto.
W oddali, na ulicach Grinzing, zawyły syreny. Wiele syren. Z różnych stron.
— Myśleliście, że jestem tylko środkiem transportu albo zakochanym amatorem — Marek podszedł do okna, nie spuszczając ich z oczu. — Ale w tym budziku, Elżbieto, była jeszcze jedna rzecz, której nie zauważyłaś. Moja własna notatka. Od lat zbierałem haki na was oboje. Wiedziałem, że ten dzień nadejdzie.
Stefański opadł na fotel, twarz mu poszarzała. Zrozumiał, że został sprzedany przez własnego ucznia. Elżbieta zacisnęła zęby, jej dłoń z pistoletem drżała.
— Zabiję cię, Marek — syknęła. — Nie wyjdziesz stąd żywy.
— Może — wzruszył ramionami. — Ale ty też nie. Za pięć minut to miejsce będzie najbardziej strzeżonym punktem w Austrii. Żadne pieniądze w Zurychu cię nie uratują, gdy obie strony dowiedzą się, że ich zdradziłaś.
Nagle Elżbieta rzuciła się w stronę bocznych drzwi prowadzących na taras. Marek nie strzelił. Patrzył tylko, jak znika w mroku ogrodu, ścigana przez światła reflektorów nadlatującego helikoptera. Wiedział, że dla niej nie ma już bezpiecznego miejsca na mapie.
Marek odwrócił się do Stefańskiego. Wyjął z jego szuflady butelkę koniaku, nalał dwie szklanki i jedną podał swojemu dawnemu mistrzowi.
— Za co pijemy? — zapytał pułkownik drżącym głosem.
Marek spojrzał na rozbite zgliszcza magnetofonu i na pusty próg, w którym jeszcze przed chwilą stała jego obsesja.
— Za emeryturę, pułkowniku. Za to, że głaz w końcu spadł i kogoś przygniótł. Ale tym razem to nie byłem ja.
Gdy drzwi do gabinetu wyleciały z hukiem, a do środka wpadły oddziały specjalne, Marek spokojnie odstawił szklankę. Miał na twarzy uśmiech człowieka, który po raz pierwszy od dekady nie słyszał w głowie niczyjego szeptu.
Marek siedział w pokoju przesłuchań – tym razem po drugiej stronie stołu. Lustro weneckie odbijało jego zmęczoną twarz, ale w oczach palił się spokój, którego nie czuł od lat. Wiedział, że kody i nagrania, które przekazał, są jego polisą ubezpieczeniową. Amerykanie nie mogli go zabić, a Rosjanie nie mogli go odnaleźć.
Ale historia Elżbiety wciąż trwała.
Paryż, sześć miesięcy później
Marek, pod nowym nazwiskiem „Jean-Luc”, siedział w kawiarni przy Boulevard Saint-Germain. Czytał gazetę, gdy na stole wylądowała mała karteczka, wsunięta przez kelnera wraz z kawą.
„Syzyf nie zginął pod głazem. On go tylko podmienił”.
Marek poczuł dreszcz. Spojrzał na drugą stronę ulicy. Przez tłum przemykała kobieta w jasnym prochowcu. Miała blond perukę, ale jej chód był nie do pomylenia. Elżbieta. Nie była w więzieniu. Nie była martwa.
Wstał i ruszył za nią, zachowując bezpieczny dystans. Prowadziła go przez wąskie uliczki Dzielnicy Łacińskiej, aż dotarli do małego antykwariatu. Weszła do środka. Marek odczekał chwilę i pchnął drzwi. Dzwonek nad wejściem wydał czysty, metaliczny dźwięk.
Wewnątrz nie było nikogo poza nią. Stała tyłem, przeglądając stare mapy.
— Wiedziałam, że przyjdziesz. Twoja lojalność wobec własnej obsesji jest doprawdy wzruszająca, Marek — powiedziała, nie odwracając się.
— Jak uciekłaś z Wiednia? Tam było pół NATO i połowa Układu Warszawskiego.
Odwróciła się. Na jej policzku widniała cienka, ledwo widoczna blizna – pamiątka po tamtej nocy.
— To proste. Pozwoliłam im myśleć, że mam coś ważniejszego niż kody Stefańskiego. Dałam im nazwiska „uśpionych” agentów w Białym Domu. Oczywiście zmyślone, ale wystarczająco wiarygodne, by wywołać paranoję na kolejne pięć lat. W tym chaosie nikt nie liczył trupów w ogrodzie.
Marek podszedł bliżej. W ręku wciąż czuł ciężar pistoletu, którego już nie nosił.
— Czego chcesz tym razem? Nie mam już żadnych kodów. Nie mam nic.
Elżbieta uśmiechnęła się i wyjęła z kieszeni stary, znajomy przedmiot. Mosiężny klucz do szafki na dworcu w Zurychu.
— Mylisz się, Marek. Masz coś, czego ja nie mam. Masz twarz, której nikt nie szuka. Stefański nie żyje, ale jego prawdziwy majątek – nie te marne dolary, ale złoto wywiezione z Warszawy jeszcze w latach 40. – czeka na kogoś, kto go odbierze.
— Zapomnij o tym. Nie wracam do gry.
Elżbieta podeszła do niego tak blisko, że poczuł zapach jej perfum. Już nie goździki. Teraz pachniała deszczem i tytoniem.
— Nie wracasz do gry jako pionek. Wracasz jako mój wspólnik. Pół na pół. Zjedziemy do Zurychu, weźmiemy co nasze i znikniemy w Argentynie. Bez podsłuchów, bez raportów, bez SB.
Marek patrzył w jej oczy i widział w nich wszystko, co go zniszczyło, ale i wszystko, co go ukształtowało. To był ostateczny test. Czy głaz, który toczył przez całe życie, w końcu osiągnął szczyt, czy znów miał go zmiażdżyć?
Nagle na zewnątrz rozległ się pisk opon. Dwaj mężczyźni w ciemnych okularach wysiedli z czarnego Citroëna.
— Wybieraj szybko, Marek — szepnęła, wyciągając w jego stronę rękę z kluczem. — Francuski wywiad czy wspólna przyszłość na końcu świata?
Marek spojrzał na jej dłoń, potem na zbliżających się agentów. Uśmiechnął się gorzko. Wziął klucz, ale zamiast uciekać, przyciągnął ją do siebie i szepnął:
— Wybieram trzecią opcję.
W tym momencie wyciągnął z kieszeni drugą połowę tego samego klucza, którą ukradł Stefańskiemu w Wiedniu.
— Bez mojej części twój klucz jest tylko kawałkiem metalu. Teraz to ja ustalam zasady, Elżbieto.
To był moment, w którym uczeń przerósł mistrzynię. Marek stał się architektem własnego losu, a Elżbieta po raz pierwszy w życiu musiała komuś zaufać.
Zurych przywitał ich sterylnym chłodem i zapachem pieniędzy, który w niczym nie przypominał dusznej Warszawy. To był świat ze szkła i granitu, gdzie grzechy przeszłości znikały w cyfrowych zapisach bankowych serwerów.
Bahnhofstrasse, godzina 11:00
Siedziba banku Credit Suisse wyglądała jak twierdza. Marek i Elżbieta weszli do środka jako małżeństwo szwajcarskich rentierów. On w nienagannym garniturze, ona w eleganckim kapeluszu z woalką, która maskowała bliznę na policzku.
Gdy zjechali windą do podziemi, w uszach Marka znów zadudniło to samo miarowe cykanie, które pamiętał z budzika w Warszawie. Tym razem to nie była pluskwa, lecz mechanizm zegarowy w skarbcu.
Pracownik banku wprowadził ich do prywatnej sali, przyniósł ciężką, stalową kasetę i zostawił ich samych. Na stole leżały dwa otwory na klucze.
— Razem, Marek — szepnęła Elżbieta. Jej dłoń drżała. Pierwszy raz widział ją tak ludzką, tak kruchą. — Na trzy.
Przekręcili klucze jednocześnie. Zamek szczęknął z satysfakcją. Wieko uniosło się, ale w środku nie było złota. Nie było też banknotów.
Wewnątrz kasety leżał jeden przedmiot: stary, zniszczony magnetofon szpulowy marki „ZRK” – dokładnie taki sam, jak ten, który Marek rozbił w Wiedniu. Obok spoczywała pojedyncza taśma i list z pieczęcią pułkownika Stefańskiego.
Marek drżącymi rękami założył taśmę na szpule i nacisnął PLAY. Z głośnika dobiegł szum, a potem głos pułkownika, nienaturalnie spokojny, jakby nagrany w zaświatach.
„Jeśli to słyszycie, to znaczy, że oboje żyjecie. Gratuluję. Przetrwaliście system, który was stworzył, i siebie nawzajem. Ale złota nie ma. Złoto zostało wydane na wasze paszporty, na wasze nowe życia i na to, żeby nikt was nie zabił przez ostatnie pół roku. Ta skrytka to nie skarb. To lustro”.
Elżbieta opadła na krzesło, zakrywając twarz dłońmi. Marek słuchał dalej.
„Marek, byłeś moim najlepszym uczniem, bo potrafiłeś kochać. Elżbieta, byłaś moją najlepszą agentką, bo potrafiłaś tę miłość wykorzystać. Jesteście wolni. Ale wolność w naszym fachu to najcięższy głaz, jaki przyjdzie wam toczyć. Nie macie już wrogów, nie macie już misji. Macie tylko siebie. To jest wasza kara... albo wasza nagroda”.
Taśma skończyła się i zaczęła miarowo łopotać na szpuli. Trzask, trzask, trzask.
Elżbieta spojrzała na Marka. W jej oczach nie było już spisku, nie było chłodnej kalkulacji. Była tylko pustka.
— Wydał wszystko? — zapytała bezsilnie. — Całe to kłamstwo... po nic?
Marek podszedł do okna skarbca, przez które widać było tylko pancerne szkło. Wyjął z kieszeni zapalniczkę i podpalił list Stefańskiego.
— Nie po nic — odparł, patrząc jak papier czernieje. — Dał nam to, o co walczyliśmy, nie wiedząc o tym. Dał nam koniec tej rozprawki.
Wyszli z banku na oślepiające słońce Zurychu. Nie mieli milionów, nie mieli kodów, nie mieli ojczyzny. Mieli tylko dwa fałszywe paszporty i świadomość, że nikt ich nie goni.
Marek poczuł, że głaz, który toczył od lat – ta cała „syzyfowa praca” w służbie systemu i własnej obsesji – w końcu przestał go przygniatać. Nie dlatego, że dotarł na szczyt, ale dlatego, że przestał pchać.
— Gdzie teraz? — zapytała Elżbieta, zatrzymując się na rogu ulicy.
Marek spojrzał na zegarek. Była 12:00. Czas zaczął płynąć od nowa.
— Tam, gdzie nie znają goździków — odparł.
Wzięli się za ręce – nie jak wspólnicy, nie jak szpiedzy, ale jak dwaj rozbitkowie, którzy właśnie dopłynęli do nieznanego brzegu. Ruszyli w stronę dworca, gubiąc się w tłumie zwyczajnych ludzi, których nigdy więcej nie musieli już podsłuchiwać.
Koniec.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania