Krystyna

Była piękna. W starym rodzinnym domu pamiętam, jak stała przed lustrem w kuchni, wklepywała krem w twarz i domalowywała sobie pieprzyki. Robiła przy tym takie śmieszne miny. Miałam wtedy pięć–sześć lat. Siedziałam obok i z zachwytem przyglądałam się każdemu jej ruchowi.

Dom zawsze lśnił czystością. Drewniana podłoga pachniała pastą. Była niesamowicie pedantyczna — wszystko miało swoje miejsce. Ubrania w szafach leżały idealnie poukładane. Ona sama była bardzo elegancką kobietą. Miała klasę i grację.

Kiedy na świat przyszła Marta, nadal dbała o siebie, choć jej mały świat pochłaniał ją bez reszty. Zrezygnowała z pracy, by poświęcić się jej wychowaniu. Codziennie po szkole przychodziłam do niej. Częstowała mnie obiadem, a ja modelowałam jej włosy. Dom pachniał domem — ciepłem, spokojem, codziennością. Wszystko było perfekcyjne.

Czasem wychodziłam z Martą na spacer do pobliskiego parku albo na podwórkową piaskownicę. Upominała mnie wtedy, żebym nie pozwalała Marcie rozdawać dzieciom foremek, bo ona rozdawała wszystkie, a potem sama nie miała się czym bawić.

Z jej domu pamiętam przepyszne obiady. Gotowała bardzo zdrowo, zawsze dbała o to, co trafiało na talerz. Siedziałyśmy przy kuchennym stole i obserwowałyśmy okna w bloku naprzeciwko. W kubeczkach stał zestaw witamin, którymi częstowała wszystkich domowników po śniadaniu.

Lodówka była zawsze pełna owoców, warzyw i soków. W sypialni pachniała wykrochmalona pościel, a w oknach wisiały śnieżnobiałe firanki. Przedpokój był cały w książkach — było ich naprawdę mnóstwo. W pokoju również stała biblioteczka. Pierwsza książka, którą mi pożyczyła, to Ania z Zielonego Wzgórza. Często sama dobierała mi lektury. I zawsze trafiała idealnie.

Często u niej nocowałam. Oglądałyśmy filmy, podczas których robiła sobie pedicure, bo nie znosiła bezczynności. Miała w sobie taką energię, że nawet odpoczywając, musiała coś robić. Nie lubiła też Stuhra — mówiła, że jest obleśny, i zawsze mnie tym rozśmieszała.

Była bardzo religijna i głęboko wierząca. Szczególnie czciła Matkę Boską. Choć nie pamiętam, żebyśmy prowadziły długie rozmowy na ten temat, to wiem, że namówiła mnie na wyjazd do Częstochowy, żebym koniecznie poszła pod cudowny obraz. Zrobiłam to, ale nie miałam w sobie takiej wiary jak ona.

Pamiętam też, jak rzucił mnie chłopak i poszłam na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Jak bardzo mnie za ten czyn chwaliła. Jak mnie pocieszała po złamanym sercu. Każde jej słowo pamiętam do dziś.

Często uczyła mnie porządku i czystości. Mówiła, jak często mam myć podłogę i jakich szmatek do czego używać. Nigdy nie owijała w bawełnę — mówiła wprost. Zwracała mi uwagę, bo twierdziła, że mama mi tego nie powie, bo nie może. Ta jej krytyka nigdy nie była bolesna; była stonowana, pełna troski i jakiegoś ciepłego, domowego rozsądku.

Kiedy miałam piętnaście lat, pojechaliśmy z wujkiem i Martą nad jezioro. Nie pamiętam już, gdzie to było, ale pamiętam, że komary kąsały niemiłosiernie. Właśnie tam wujek nauczył mnie pływać. Ten dzień mam w pamięci jak migawkę — woda, śmiech, lato, ich obecność.

Kiedy miałam lat 19 lat, wydarzyło się w moim życiu coś złego, i nie wiedziałam jak żyć. Powiedział wtedy do mnie:” Mądrzy ludzie zrozumieją, głupimi nie ma się co przejmować”

Te słowa zmieniły moje nastawienie do tej życiowej sytuacji.

Nigdy nie zapomnę jej dobrych rad. Słuchałam jej bo nie były wymądrzaniem się, a ich ton nie był podniesiony. Mówiła że powinnam więcej rozmawiać, że rozumie moje braki w tej materii bo rodzice nie mówili, ale powinnam się tego nauczyć. To zapamiętałam szczególnie bo był to mój słaby punkt. Miałam tego świadomość, ale nie potrafiłam się długo przełamać.

Nigdy nie widziałam — nawet do dziś — tak kochającej i oddanej matki. Nigdy nie słyszałam, żeby podniosła głos na Martę. Zawsze ze spokojem i miłością wszystko jej tłumaczyła. Zresztą Marta była bardzo grzecznym, spokojnym dzieckiem. Zawsze pogodnym i roześmianym.

Kiedy byłyśmy w Holandii przez dwa tygodnie, razem z Zosią, codziennie po modlitwie wyciągała zdjęcie Marty i całowała je. Z Zosią trochę się z niej podśmiewałyśmy. Ona wtedy obrażała się i mówiła, że jesteśmy „wyśmiewne”.

Dziś, kiedy o niej myślę, widzę przede wszystkim dobro. Takie zwyczajne, codzienne, nie na pokaz. Dobro, które wypełniało dom, zapachy, rozmowy, jej gesty, jej troskę. Dobro, które potrafiło uczyć, nie raniąc. Które potrafiło prowadzić, nie narzucając. Które potrafiło kochać — cicho, wiernie, konsekwentnie.

Wiele rzeczy w życiu zapomniałam, ale jej obecność została we mnie jak ślad, którego nic nie zetrze. Jej słowa, jej sposób bycia, jej spokój, jej śmiech, jej pedantyczność, jej wiara, jej miłość do Marty — to wszystko noszę w sobie jak coś, co mnie ukształtowało.

Nie każdy ma w życiu kogoś, kto daje tyle ciepła i mądrości. Ja miałam. I to jest coś, za co będę wdzięczna do końca życia.

Była niesamowitą osobą. Kochała Martę tak mocno, że ta miłość była widoczna w każdym jej geście. Że była z niej dumna, zanim jeszcze zdążyła cokolwiek zrobić. Że była szczęśliwa, mając ją.

I choć jej nie ma już od wielu lat, to wszystko, co po sobie zostawiła, jest nadal żywe. W uśmiechu Marty. W jej dobroci i spokoju. W tym, jak patrzy na świat.

W tym, jak kocha swoje dzieci, męża, ludzi. W jej relacji z Bogiem.

Nigdy o niej nie zapomnę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania