Kryształowa Wieża

Patrzył na spadający na niego cios walcząc z przemożną chęcią zamknięcia oczu. Uczono go niegdyś, że spuszczenie wzroku z przeciwnika mogło być powodem niemożności spojrzenia na niego po raz drugi. Bezwarunkowy odruch wygrał jednak z kilkuletnim szkoleniem, a młody człowiek mrugnął na ułamek sekundy. Czas ten wystarczył, by pojedynczy impuls elektryczny w jego mózgu wstrzymał na moment skutek tego czynu, rozświetlając jego umysł wspomnieniem.

- Jeśli zamkniesz oczy choćby na sekundę w chwili gdy przeciwnik wyprowadza cios, to już ich nie otworzysz – słyszał szorstki głos stojącego przed nim żylastego mężczyzny w średnim wieku. Był to człowiek o czarnym wąsie, patrzący na niego surowym, jedynym widzącym okiem, drugie przecięte było skośną, niemal poziomą blizną. Krótkie spojrzenie na ciągnącą się na szerokości całej jego twarzy szramę pozwoliło stwierdzić, iż wiedział on o czym mówi. Gdy silna dłoń mistrza rozwarta niczym orli szpon wymierzyła błyskawiczny cios w twarz chłopaka, on nie drgnął nawet, wiedząc iż musi go przyjąć. Nie mrugnął, bo nie był to pierwszy raz, o czym świadczyły liczne, choć płytkie zadrapania na jego twarzy. Starszy wojownik pokiwał głową z aprobatą i lekko skrzywił usta, co musiało być namiastką uśmiechu, na twarzy która widocznie zapomniała już dawno co znaczy słowo mimika.

- Ależ byłby teraz zawiedziony... – było jego ostatnią myślą, zanim otworzył oczy, po trwającym już zdecydowanie zbyt długo mrugnięciu.

Gdy jednak to zrobił spostrzegł, że nie były to te same oczy, które jeszcze przed momentem zamknął. Były to oczy, które w przeciwieństwie do poprzednich nie były jedynie projekcją jego własnego umysłu w przeżywanym śnie. Snem nie było także to co właśnie ujrzał. Rzeczywistość wdarła się gwałtem do jego mózgu nie dając mu czasu na ustalenie tego co właśnie zaszło. Znieruchomiał zdezorientowany, próbując odpędzić senne zamroczenie. Udało mu się oddzielić wytworzone przez jego mózg marzenia senne, od tego co nimi nie było. W przeciwieństwie jednak do wszystkich snów, które przeżył dotychczas, przebudzenie po tym jednym, nie przywróciło mu jego wspomnień ze świata rzeczywistego. Czuł się tak jak gdyby jego rzeczywistość nigdy nie istniała, jakby właśnie narodziła się wraz z nieznanymi kształtami, które ujrzał. Kształty te stanowiły głównie mniej lub bardziej zbliżone do prostopadłościennych jasnoszare bloki skalne. Tworzyły one zaokrąglone ściany, składając się na cylindryczne pomieszczenie mogące być ruinami wierzy. Wysokie na wiele metrów kamienne mury sięgały nieba, nie ograniczone w żaden sposób dachem, którego niewątpliwe istnienie w odleglejszych czasach nie pozostawiło żadnych śladów.

- wapień – rozpoznał chłopak dotykając chłodnej i wilgotnej powierzchni chropowatego kamienia.

- skąd wiem, jaka to skała? – zdziwił się znajomością nazwy budulca, który jak mu się zdawało widział po raz pierwszy.

Młodzieniec rozejrzał się dookoła nie zauważając żadnych luk w monotonnym krajobrazie otaczających go kamiennych murów. Wodząc wzrokiem od ich podstawy aż po krańce, nie ginące w mroku nocy jedynie ze względu na światło pełni księżyca, zrozumiał, że jedyna droga ucieczki nie mieści się w granicach możliwości stworzeń pozbawionych umiejętności latania. Usiadł na oświetlonej księżycowymi promieniami części podłogi i oparł się plecami o chłodny mur. Mimochodem spojrzał na księżyc, który rozpoznał jako obiekt będący naturalnym satelitą Ziemi. Zupełnie nie wiedział jakim sposobem mógł to pamiętać, nie będąc w stanie przywołać w myślach własnego imienia. Czuł się tak, jak gdyby część jego wspomnień była ściśnięta klamrą uniemożliwiającą im wydostanie się do obszaru świadomości. Wyraźnie czuł jednak, że wspomnienia te gdzieś tam są, zamknięte w najgłębszych czeluściach jego umysłu. Rozważając swoje obecne położenie spuścił wzrok na przeciwległą ścianę pomieszczenia, niemal całkowicie pokrytą nieprzeniknioną ciemnością. Po pewnym czasie dopiero uświadomił sobie, że owa ciemność odwzajemniła jego spojrzenie. Gdy chłopak zerwał się przestraszony, drobny fragment mroku odłączył się od reszty i wyszedł mu na spotkanie. Najwidoczniej za nic mając sobie naturalny porządek rzeczy cząstka ciemności wyszła z cienia nie znikając w świetle księżyca i ukazała młodzieńcowi swe oblicze.

- kot – stwierdził z przekonaniem chłopak po czym odetchnął z ulgą i oparł się z powrotem plecami o ścianę.

- dziwny jest ten wasz ludzki zwyczaj stwierdzania oczywistych oczywistości... co Ci się stało chłopcze, kot zjadł ci język, nie patrz tak na mnie, to nie mogłem być ja – zagadnął kot, widząc na drodze porozumienia z młodzieńcem poważną barierę w komunikacji.

- zamknij usta jeśli nie zamierzasz z nich niczego wydobyć, bo jeszcze Ci czegoś paskudnego naleci do środka. Nie musisz się mnie obawiać, jestem raczej pokojowo nastawiony – uspokajał kot.

- nie jestem pewien, bo chyba straciłem pamięć, ale mam wrażenie, że koty nie potrafią mówić – zawahał się chłopak.

- skoro straciłeś pamięć, to skąd ta pewność? Poza tym jeśli żaden kot nie chciał z Tobą rozmawiać, to być może wina leży po Twojej stronie. A tak przy okazji, czemu tu siedzisz, tak sam? – kot spojrzał na niego przeszywającym spojrzeniem poprzecznych źrenic.

- Nie trudno zgadnąć, nie mam się jak stąd wydostać – odzyskawszy mowę wyznał chłopak spuściwszy wzrok na kamienną, omszałą podłogę.

- To chyba żaden problem, możesz skorzystać ze schodów, które znajdują się za Tobą – stwierdził kot bez zmrużenia oka. Jedynie lekkie zwężenie źrenic pozwoliło dostrzec pewną satysfakcję w jego spojrzeniu.

Oczy chłopaka gwałtownie podniosły się ku górze, a jego głowa zwróciła o 180 stopni za siebie, zdecydowanie wyprzedzając resztę ciała, co spowodowało ciche, acz słyszalne strzyknięcie w okolicach karku młodzieńca. Po pewnym czasie reszta ciała dogoniła głowę, której oczy teraz już zdecydowanie wolniej zaczęły wodzić po ciągnących się spiralnie na całej wysokości pomieszczenia kamiennych schodach. Były one z tego samego materiału co reszta komnaty.

- Nie było ich tam wcześniej! – krzyknął usprawiedliwiając swe potworne przeoczenie młodzieniec. Czuł w głębi serca, że to nie było przeoczenie, tych schodów wcześniej tam nie było. Teraz nie był już niczego pewien. Stracił pamięć, swe wszystkie wspomnienia, a teraz miau... miał jeszcze zwariować? Gadające koty, pojawiające się schody... I co to w ogóle za wieża? Z wrażenia aż oparł się o ciągnącą wilgocią ścianę. Nagle zerwał się i wszedł na schody, pokonując pospiesznie kilka stopni na raz. Stanął, po czym zawrócił w stronę kota. Kot obserwował całe zamieszanie, które z resztą sam wywołał z chłodnym, typowym dla swego gatunku spokojem.

- Czy myślisz, że gdyby wcześniej były tu te schody, to siedział bym tu bez powodu? – spytał usprawiedliwiającym się tonem młody człowiek.

- No nie wiem, może po prostu nie miałeś dokąd pójść? – kot uśmiechnął się zagadkowo.

- Czy koty mogą się uśmiechać? – pomyślał chłopak, jednak nie śmiał zadawać kolejnego naiwnego pytania. Uznał, że musiała to być tylko gra światła i cieni. Otrząsnął się nieco, nakierowując myśli na tor głównego wątku rozmowy.

- W zasadzie, to wciąż nie mam... – westchnął.

- W tej kwestii mogę coś zaradzić – wtrącił szybko kot.

- A w jaki sposób? – zainteresował się chłopak przekręcając nieco głowę niczym zaciekawiony szczeniak.

- Mogę dać Ci cel do którego będziesz mógł dążyć – powiedział dumnie kot.

- Cel? – zdziwił się chłopak.

- Ratowanie życia – odparł rzeczowo kot.

- Czyjego życia? – przeraził się chłopak wizją narażania swego własnego.

- Twojego – rozwiał wszelkie wątpliwości młodzieńca kot.

- Jak to mojego?

Kot zaczerpnął spory haust powietrza przygotowując się na dłuższa wypowiedź, której nie był wstanie uniknąć, pragnąc jak najszybciej przerwać zabawę w przesłuchanie.

- Ujmę to tak, miejsce w którym się znajdujesz to więzienie. Obecnie oczekujesz na sąd, który wyda wyrok skazujący Cię na śmierć – kot chłodno wyłożył sprawę, po czym kocim zwyczajem zaczął wylizywać sobie łapki.

- Ale dlaczego ma mnie skazać NA ŚMIERĆ, czy zrobiłem coś złego? – głos chłopaka był nieco rozgoryczony, ale bardziej z powodu braku odnalezienia logiki w całej tej sytuacji niż realnej groźby zakończenia swego żywota.

- nie sądzę – kot na moment oderwał się od wykonywanej czynności.

- to dlaczego jestem więziony?

- przestępstwo niekoniecznie musi być złe, jest wiele dobrych rzeczy zakazanych prawem – kot uśmiechnął się ponownie i chłopak nie miał już wątpliwości, że przynajmniej jeden przedstawiciel tego gatunku na pewno to potrafił.

- ale dlaczego... ?

- zakładam, że skoro straciłeś pamięć, to i alibi nie masz żadnego. Brak dowodów niewinności świadczy o winie... przynajmniej tutaj, ale o tym pomówimy później, albo wcale, w zależności od Twojej decyzji.

- decyzji? – zdziwił się chłopak.

- Idziesz ze mną, albo zostajesz tutaj by przekonać się czy mówię prawdę.

Młodzieniec czuł, że z każdym słowem coraz bardziej wpada w pułapkę kota, miał też przedziwne wrażenie, że bez względu na dokonany wybór i tak w nią wpadnie. Spróbował jednak jeszcze o siebie zawalczyć.

- Skoro to więzienie, to skąd te schody, mogę przecież nimi uciec?

- Jak dotąd nie uciekłeś, a skoro już o tym wspominasz, to o jakich schodach mówisz?

Chłopak odruchowo rozejrzał się wokół siebie wodząc oczyma po ścianach widząc jedynie niemalże równą ich powierzchnię, w tej samej chwili usłyszał w myślach zgrzyt zatrzaskującej się pułapki.

- Idę z Tobą - poddał się zrezygnowany.

Kot uśmiechnął się po raz kolejny i ruszył w stronę wysuwającego się ze ściany ociosanego wapienia, nad którym coraz wyżej stopniowo pojawiały się kolejne.

- Skoro straciłeś pamięć, to swego imienia pewnie też nie pamiętasz? – zagadnął kot.

- nie...

- W takim razie nazwę Cię Tom – zadecydował kot tonem nie znoszącym sprzeciwu - Znałem kiedyś pewnego Toma, był bardzo podobny do Ciebie – ciągnął kot.

- A jaki on był? – zaciekawił się chłopak.

- Kawał chłopa, rudy, ale tylko tam gdzie jeszcze pozostały mu włosy, brakowało mu oka i połowy zębów, a w ostatnich latach życia stracił także nos.

Nowo okrzyknięty Tomem młodzieniec poważnie zmartwił się na te słowa, w zasadzie w ogóle nie wiedząc jak wygląda on sam i w czym niby miałby wykazywać podobieństwo z rzeczonym Tomem.

- ... a jeśli chodzi o podobieństwo, to jemu także pomagałem niegdyś uniknąć śmierci.

- No to widzę, że jestem w dobrych rękach, masz już nawet doświadczenie w ratowaniu życia - chłopak poczuł nagły przypływ nadziei na myśl o spojrzeniu w lustro w niedalekiej przyszłości oraz o samej perspektywie jej nastania.

- Nie przesadzałbym z tym doświadczeniem, przecież powiedziałem, że go znałem, a nie że wciąż go znam. Ale nie martw się, ucz się na jego błędach, to może nam się uda.

- A jaki błąd on popełnił?

- umarł – wyszczerzył się kot.

Po ostatnim słowie zapadło milczenie. Ciszę przerywał jedynie stukot butów Toma na kamiennych schodach. Kot poruszał się bezszelestnie. Z każdym krokiem wylot przypominającej komin komnaty rozszerzał się ukazując coraz szerzej nocne niebo. Było ono niemal bezchmurne, a niewielkie obłoczki co jakiś czas przyciemniające delikatnie niebieskawe światło księżyca obiecywały piękną pogodę następnego dnia. Im dalej od księżyca tym więcej gwiazd pojawiało się na nieboskłonie. Niezliczone gwiazdy mieniły się niebieskim, czasem czerwonawym światłem, a jeśli przyglądało się im odpowiednio długo można było dostrzec wypełniające wolne przestrzenie między nimi o wiele mniejsze, ale i liczniejsze ciała niebieskie. Gdy pokonali już ponad połowę drogi schody za nimi zaczęły powoli znikać wracając na swoje poprzednie miejsca w kamiennym murze. Tom zastanawiał się przez chwilę jak kotu udało się wejść niepostrzeżenie do komnaty bez uruchamiania całej tej maszynerii. W końcu pojawiła się ona dopiero podczas ich pierwszej rozmowy. Przypomniał sobie jednak, że pozostała jeszcze jedna, ważniejsza kwestia do omówienia.

- Kocie, a dlaczego właściwie ty mi pomagasz?

- Muszę przyznać, że to pierwsze sensowne pytanie jakie padło z Twojej strony – stwierdził kot, nawet nie odwracając się w stronę chłopaka – pomagam Ci uciec ponieważ jesteś niewinny.

- A skąd ta pewność, przecież mnie nie znasz?

- Ciebie może nie najlepiej, za to całkiem dobrze znam tego kto jest winny przestępstwa przypisywanego Tobie.

- Kto to jest!?

- Ktoś komu zawdzięczasz pomoc, to on mnie po Ciebie przysłał, żebym Cię ocalił. - odparł znudzonym głosem kot.

- Co on chcę ze mną zrobić? – chłopak przeraził się, iż są to rzeczy niezbyt odległe od tego na co nieświadomie czekał w swym więzieniu.

- Z Tobą? – zdziwił się kot, odwracając w stronę Toma swój nic nie wyrażający pyszczek – nic. Jesteś wolny, więc staraj się tą wolność zachować i pospiesz się trochę, zdaje się, że Twój sąd ma się zaraz rozpocząć.

- Sąd? – spytał przechodząc w bieg za coraz szybciej wspinającym się po schodach kotem.

Kot nie odpowiedział tylko przyspieszał coraz bardziej. Chłopak teraz dopiero dojrzał, że w okolicy szyi zwierz miał coś błyszczącego, niczym kryształ jaśniejący z każdą chwilą coraz bardziej. Tom zipiąc próbował dorównać mu kroku. Z każdym stopniem zbliżającym ich go do celu widział coraz większy fragment powoli rozjaśniającego się na horyzoncie nieba.

- Mój wyrok ma zapaść o świcie! – wykrzyczał zrozumiawszy cały ten pośpiech.

- Nie zapadnie bez głównego zainteresowanego. Za mną! – odrzekł kot znikając już poza schodami.

Chłopak nieco zmartwił się tym co mógł zastać poza jedynym pomieszczeniem jakie do tej pory poznał. Gdyby okazało się one wieżą, to droga kończyłaby się właśnie na szczycie, a jedyną ucieczką na wolność była by ta najbardziej ostateczna. Ostatnie stopnie tej niekończącej się spirali schodów ujawniły jednak inny scenariusz.

- Studnia – chciał powiedzieć z ulgą, jednak obraz jaki ujrzał pozbawił go tego uczucia.

Kamienna konstrukcja przypominająca suchą studnię wystawała niewiele ponad metr nad otaczający ją teren. Z każdej strony świata rozciągał się taki sam opustoszały pustynny krajobraz. Dziesiątki wydm o różnych kształtach i rozmiarach nie dawały żadnych szans na znalezienie schronienia, wody, a także niczego innego... poza piaskiem. Kota nigdzie nie było widać. Tuż obok wapiennego murku więzienia znajdowała się pusta brama pozbawiona drzwi wyglądająca niczym łuk triumfalny. Chłopak obszedł ją dookoła, nawet przeszedł przez nią tam i z powrotem. Gdy już stracił zainteresowanie portalem postanowił udać się na poszukiwanie swego futrzastego wybawcy. W tym samym momencie rozległ się przeszywający krzyk kota.

– Szybko, do mnie!!!

Ton głosu kota sprawił, że wszystkie mięśnie w ciele Toma spięły się gotowe do sprintu. Gotów wystrzelić niczym pocisk z procy nagle dostrzegł za plecami ostre światło. Napięcie zelżało, a on spojrzał za siebie i oniemiał. W pustej jeszcze do niedawna bramie rozjaśniało światło na którego tle dwa blade cienie rosły z każdą chwilą nabierając kształtu i ciemniejąc coraz bardziej.

- Juuuuuuużżż – rozpaczliwie upomniał się o uwagę kot.

Tym razem krzyk podziałał, ludzki pocisk wystrzelił z miejsca biegnąc co sił w nogach. Sprint po piaszczystej nawierzchni nie był łatwy. Chłopak szybko jednak dostrzegł ścieżkę wyłożoną żółtym piaskowcem zmierzającą wprost do źródła dźwięku. Gdy dobiegł do niej był już wstanie biec tak szybko, że niemal wyprzedzały go własne nogi. Nie wiedział co przestraszyło go bardziej niewyraźne sylwetki w portalu, czy strach w głosie dotąd obojętnego na wszystko kota. Biegnąc wzdłuż ścieżki dotarł za jedną z wydm za którą znajdował się czekający na niego zwierz. Kot dosiadał dziwnej dwukołowej maszyny, która wydawała z siebie znajomy, przyjemny tylko dla obeznanego z nim ucha dźwięk.

- Motocykl – wyrzekł bardziej zdziwiony faktem znajomości nazwy pojazdu niż samą obecnością maszyny.

- Słyszałem, że umiesz pilotować to ustrojstwo, wsiadaj – rozkazał kot.

Gdy chłopak usadowił się wygodnie na kanapie kot rzucił mu się w stronę gardła, nie zdążywszy uniknąć konfrontacji Tom poczuł jedynie delikatne łaskotanie w okolicy klatki piersiowej. Następnie zauważył wychylający się spomiędzy połów swej kurtki koci łepek który zwróciwszy się w jego stronę krzyknął:

- Jjjeeeeeeeeeedź.

Maszyna jednak nie chciała współpracować, jęcząc przeraźliwie z każdym przekręceniem manetki gazu.

- Nie wiem, jak się tym jeździ – usprawiedliwiał się chłopak.

- No to już się nie dowiesz – zrezygnowany kot wskazał głową na lusterko motocykla.

W lusterku tym widać było sylwetkę wysokiego mężczyzny biegnącego w ich stronę z mieczem w ręku. Chłopak oparł motocykl na nóżce. Wstał i z rękoma wyciągniętymi przed siebie i próbował załagodzić całą sprawę. Napastnik nie zwolnił jednak i gdy kot próbował już ratować się ucieczką ciało Toma zareagowało samo. Lewą rękę oparł na uzbrojonym w miecz, prawym ramieniu przeciwnika, druga powędrowała w tym samym momencie na jego lewe biodro podbijając je uderzeniem wyprowadzonym wraz z krokiem prawej nogi. Chłopak wszedł na miejsce w którym jeszcze przed chwilą stał napastnik i zwracając się o 180 stopni posłał go za siebie. Ten z mieczem wzniósł się w powietrzu nie mając pojęcia co właśnie zaszło i gruchnął mocno plecami o kamienny bruk. Młodzieniec podszedł do niego z wciąż wymierzonymi przed siebie rękoma i najwyraźniej starał się go przeprosić. Na ten widok kot pokiwał głową z niedowierzaniem.

- Weź miecz i spadajmy stąd – podpowiedział chłopakowi widząc kolejne sylwetki wychodzące zza wydmy.

Tom schował miecz do pochwy którą odebrał nieprzytomnemu wojownikowi i schował go sobie za pas. Podchodząc do motocykla zauważył zawieszony u jego boku kask, który wcisnął na głowę. Pasował idealnie. Nie myślał tym razem, ciało zareagowało samo najprawdopodobniej na skutek wydzielonej wcześniej adrenaliny. Wsiadł na wciąż uruchomiony motor ścisnął wajchę sprzęgła, wrzucił bieg i ruszył z ostrym przeciągłym warkotem silnika. W lusterkach dostrzegł, że sylwetek znacznie przybyło do tego czasu, jednak żadna z nich nie udała się za nim w pościg.

 

Pomimo zbliżającego się na horyzoncie świtu wciąż było ciemno i jak na pustynię bardzo zimno. Wybrukowany kamienny szlak biegł slalomem wzdłuż pustyni między większymi wydmami i ostańcami piaskowca. Droga była w bardzo dobrym stanie w żadnym jej miejscu nie była zasypana piaskiem. Wniosek mógł być tylko jeden – ktoś musiał ją regularnie sprzątać i naprawiać, ale jak było to możliwe na środku pustyni?

- gdzie mam jechać? – młodzieniec próbował przekrzyczeć wiatr.

Kot wychylił łebek z połów kurtki - Przed siebie, jedź za drogą, nie ma innej - po czym znów się w niej zanurzył.

Jazda byłaby bardzo przyjemna gdyby wykluczyć przemarzanie dłoni. Chłopak co jakiś czas przykładał lewą rękę w pobliże silnika żeby ją ogrzać, gdy zjeżdżał z górki włączał luz i ogrzewał drugą dłoń. Tylko dzięki temu wciąż zachowywał czucie w lekko już posiniałych z zimna dłoniach. Krajobraz był piękny, niczym niezmącony pustynny spokój, z jednej strony horyzont falował rozlicznymi wydmami z drugiej był poszarpany szczytami odległych gór, których wierzchołki wyraźnie zaznaczały się bielą wiecznego śniegu. Droga raz wznosiła się, raz opadała, nigdzie jednak nie było widać jej końca. Po pewnym czasie promienie słońca pokryły niemal cały obszar i przestało być zimno, zaczęło się robić gorąco. Jazda zrobiła się monotonna, a jej komfort znacznie spadł ze względu na nieszczególnie wygodną pozycję jeźdźca i wciąż rosnącą temperaturę. Nawet pomimo utraty wielu wspomnień chłopak wiedział, że pustynia może zajmować niesłychanie duży obszar i obawiał się, że aby uciec, sam będzie musiał się przekonać jak rozległa jest ta, którą właśnie przemierzał. Pogodził się z tą myślą. Miał nadzieje zrobić jakiś postój, jednak zmienił zdanie wiedząc, iż pozbawiłby go on jedynego źródła chłodu w postaci powiewu powietrza. Po jakichś 2 godzinach jazdy, coś się zmieniło, widok z pewnej wysokości ujawnił, że droga jednak ma koniec i jest on bardzo nieodległy.

- Kocie – zawył Tom jednocześnie stukając dłonią w miejscu wybrzuszenia swej kurtki – coś się dzieje!!!

Kot leniwie podniósł głowę, ziewnął przeciągle, a jego mina wyrażała jedynie typową dla jego gatunku pogardę dla świata. Kot zmrużył oczy porażony światłem pustyni, po czym uśmiechnął się w typowy sobie sposób.

- Dojeżdżamy – odrzekł tajemniczo.

- Ale przecież droga się kończy za tym portalem – młodzieniec wskazał kotu identyczną bramę jaką spotkał w sąsiedztwie swego więzienia – za nią nic nie ma!!! - Mam się zatrzymać?

- Nawet o tym nie myśl – odparł z szelmowskim uśmiechem kot.

Kot widząc, że chłopak zwalnia wbił mu w pierś pazurki, niezbyt mocno, ale najwyraźniej na tyle dosadnie, by młodzieniec utrzymał poprzednią prędkość. Im bliżej portalu się znajdowali tym częściej Tom próbował zwalniać, powstrzymywany co chwilę przez kota utrzymywał jednak prędkość - aż do momentu gdy miał minąć bramę. Wtedy nie wytrzymał i w ostatnim momencie odruchowo zahamował jednocześnie obydwoma hamulcami. Droga pomimo swej nienagannej czystości była dość mocno wyślizgana co spowodowało, że trasa hamowania znacznie się wydłużyła, a sam pojazd zatrzymał się już po drugiej stronie portalu na drodze, której rzekomo miało tam nie być. Nie tylko obecność drogi po tej stronie bramy była czymś wyjątkowym. Względem krajobrazu nie zgadzały się nie tylko szczegóły, inny był także sam ogół. Nie było tu w ogóle piasku, a ilość zieleni zdecydowanie przekraczała dopuszczalną normę dla pustyni. W ogóle nie była to już pustynia. To był las. Z tego co się zgadzało, to jedynie obecność portalu, który w zasadzie w ogóle się nie zmienił. Dalej od niego rozciągała się podobna kamienna dróżka, jaką poruszali się wcześniej.

- Kocie, o co tu chodzi? Najpierw jacyś obcy pojawiają się na środku pustyni, później my pojawiamy się niewiadomo skąd w środku puszczy. O co chodzi z tymi portalami?

- Zaufaj mi chłopcze nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. Choć wydaję Ci się, że pościg nas nie doścignie, to jesteś w błędzie. Nic dla nich nie znaczy Twoja prędkość skoro wiedzą dokąd zmierzasz. Musimy odnaleźć kogoś kto nam pomoże wyrwać się z tej pułapki i to szybko.

Chłopak wciąż nie ufał kotu jako, że wciąż zbyt mało miał okazji by przekonać się o jego prawdomówności. Musiał jednak przyznać, że z jakichś przyczyn faktycznie był w coś zamieszony i ewidentnie groziło mu jakieś niebezpieczeństwo. Zastanawiał się także o jaką zbrodnię mógł być oskarżony i w jaki sposób wina spadła na niego. Pocieszał się myślą, że jest niewinny – o ile kot nie kłamał, jednak dlaczego miałby go ratować sprawca całego zamieszenia? Nie znał odpowiedzi na te pytania, ale obiecał sobie, że przy następnej okazji nie da się więcej zbywać i albo uzyska sensowne odpowiedzi od tego dziwnego czarnego kocura, albo ich drogi się rozejdą. Na razie postanowił współpracować.

- To dokąd jedziemy?

- Zaufaj mi mały, niedługo odpowiem Ci na wszystkie pytania – kot zdawał się czytać mu w myślach – jeśli pożyjemy na tyle długo. Musimy najpierw odnaleźć tutejsze miasto, jedź cały czas prosto, aż napotkasz na skrzyżowanie, wtedy skręć w prawo i jadąc do końca powinniśmy tam trafić przed południem.

Chłopak skinął tylko głową i z piskiem opon ruszył przed siebie. Widok nerwowo rozglądającego się na wszystkie strony kota bardzo go niepokoił, ale nadał także wiarygodności jego słowom i podświadomie utwierdził chłopaka, że ten postępuje słusznie.

Jechali podobnie monotonną trasą jak poprzednio wśród gęstej pokrywy leśnej porastającej obie strony drogi, a Tom zastanawiał się tylko czy i tu napotkają dziwny portal. Zrozumiał, że bramy te działają na zasadzie teleportacji przenosząc ich z jednej lokacji do drugiej, nie mógł tylko odgadnąć czemu nie zadziałał na niego portal w pobliżu jego więzienia pomimo, iż przeszedł przez niego raz czy dwa. Miał oczywiście znacznie więcej pytań, o tym kim był wcześniej i dlaczego stracił pamięć... pytania te także musiały zostać odłożone na później, gdyż z pojazdem zaczęło dziać się coś dziwnego. Wjeżdżali właśnie na jedno z większych wzgórz kiedy nagle silnik motocykla zaczął szarpać, jakby na przemian tracąc i odzyskując moc. Nie trwało to długo, gdyż po pewnym czasie silnik pojazdu po prostu zgasł. Ponowne próby odpalenia niewiele dawały gdyż nawet w przypadku sukcesu silnik gasł kilka sekund po starcie, a z czasem nie odpalał już w ogóle.

- Nie odpali – Tom poinformował ze smutkiem swego pasażera.

- Musimy go tu zostawić – odparł kot widząc żałosne próby uruchomienia pojazdu. Nie było przycisku czy dźwigni przy których chłopak by nie gmerał co groziło permanentnym uszkodzeniem maszyny, która mogła się jeszcze kiedyś przydać.

- Trzeba nakarmić te wszystkie konie mechaniczne, bez tego dalej nie pojedziemy. Ukryjemy go w bezpiecznym miejscu i dalej pójdziemy pieszo – zawyrokował kot.

- Nie-e... – chłopak nie potrafił przedstawić kotu żadnych przekonujących argumentów, jednak żal mu było rozstawać się z pojazdem który dawał mu przewagę nad pościgiem, a tym samym poczucie bezpieczeństwa.

- Wejdźmy na to wzgórze i rozejrzyjmy się - kot wyskoczył z kurtki młodzieńca i potruchtał wzdłuż drogi.

Chłopak nie chcąc rozstawać się z maszyną postanowił wytaszczyć ją na sam szczyt wzniesienia. Prowadził maszynę na ugiętych rękach napierając ze wszystkich sił na kierownicę. Co chwilę przystawał blokując przednie koło hamulcem ręcznym na moment wystarczający jedynie na zaczerpnięcie głębszego wdechu, po czym znów zmagał się z coraz bardziej stromiejącą drogą. Pot co jakiś czas kapał mu z czoła, a jego krople szybko znikały na kamiennych płytach. Kot dawno już znajdujący się na górze spoglądał w zamyśleniu na chłopaka, ale nie ponaglał go, ani nie komentował jego syzyfowej pracy nawet kiedy zmęczony młodzieniec niechcący stracił równowagę i przewrócił się wraz z motocyklem. Tom spróbował dźwignąć pojazd do pionu, jednak nie udało mu się to za pierwszym razem. Przy drugiej próbie zaangażował w to wszystkie mięśnie i stopniowo centymetr po centymetrze postawił motocykl i kontynuował wpychanie maszyny na szczyt.

- No Syzyfie, szczyt już zaliczony, pozostaje nam droga w dół – zagadnął kot.

Chłopak podniósł głowę wyprostował się i rozejrzał. Przed nimi rozciągał się znany już leśny krajobraz, oglądany jednak z góry robił o wiele większe wrażenie. Po prawej stronie drogi, gdzieś jeszcze za lasem wystawał olbrzymich rozmiarów lśniący w słońcu kryształ, był on tak wysoki, iż przebijał chmury. Na niebie pomimo przeświecającego pomiędzy smużystymi obłokami słońca widniał także wciąż jeszcze widoczny księżyc. Droga z jasnego kamienia rozdzielała gęsty las niczym przedziałek włosy, a na horyzoncie przecinała ją poprzeczna ścieżka o której mówił kot. Chłopak wzdrygnął się nagle czując chłód, spojrzał pod nogi widząc cień o znacznych rozmiarach, którego źródła nie mógł zidentyfikować. Spojrzał ku górze by rozwiać wątpliwości co do jego pochodzenia i oniemiał. Wiedział, że wszystkie poprzednie pytania musiał odstawić na później, gdyż nowo powstałe aż wrzeszczało o uwagę.

- Co TO jest?!

Kot rozumiał, że będąc jedynym towarzyszem swego kłopotliwego kompana był jednocześnie adresatem pytania. Spojrzał w górę w miejsce, wskazane przez Toma i zmarszczył swe kocie brwi.

- Latająca skała – stwierdził rzeczowo kot, pomijając w tym oczywistym opisie jedynie skalę owego dość niezwykłego zjawiska. Bardziej adekwatnym określeniem zważywszy na rozmiary „problemu” byłaby latająca wyspa.

- Ale...

- Później – uciął rozmowę kot wskazując łapką na drogę przed nimi – mamy gości.

Chłopak spojrzał w dół widząc na horyzoncie szybko poruszające się punkciki, których z każdą chwilą wylewało się zza horyzontu coraz więcej.

- W las – ponaglił kot.

Oboje wsiedli na pojazd, kot zajął swoje wcześniej upatrzone miejsce za pazuchą Toma i zjechali ze wzgórza zastępując paliwo do motocykla darmową i niewyczerpalną energią grawitacji. Zjazd ten ze względu na liczne wyboje mało przypominał wcześniejszą podróż, ale dzięki odpowiednim umiejętnościom kierowcy w manewrowaniu pomiędzy drzewami nie pozbawił pasażera ani jednego z pośród jego 9-ciu żyć. Nie pozbawił jedynego życia także samego kierowcy pojazdu, choć nie wiele brakowało. Całe to zamieszanie najwidoczniej nie spodobało się uskrzydlonym przedstawicielom miejscowej fauny, którzy postanowili przenieść swój sejmik w bardziej spokojne miejsce.

- Nie dobrze, ptaki zdradzają naszą pozycję, musimy się spieszyć – ponaglił chłopaka jego przewodnik. Kot poprowadził go w głąb lasu całkowicie rezygnując z jakichkolwiek wytyczonych szlaków. Metoda ta musiała działać, gdyż od dłuższego czasu nie natrafili na pościg, jednak niosła za sobą spore ryzyko zabłądzenia. Śmieszna wydała się młodzieńcowi groźba zgubienia się w lesie, kiedy od samego rana nie miał pojęcia gdzie jest i dokąd zmierza. Ponieważ droga dłużyła mu się niemiłosiernie, a z czasem stała się mniej wymagająca ze względu na mniejsze zagęszczenie drzew chłopak upatrzył okazję we wspólnej wędrówce z kotem. Zwierzak obiecał udzielić mu odpowiedzi i tym razem Tom nie zamierzał odpuszczać.

- Kocie?

- Tak? – spytał obojętnie kot.

- Dokąd my właściwie idziemy?

- Pamiętasz wielki kryształ sięgający nieba, który widzieliśmy ze wzgórza? Idziemy właśnie tam.

- A dlaczego tam?

- Widzisz – westchnął kot – droga którą jechaliśmy wiedzie do pętli, podobnie jak wszystkie inne w tej krainie...

- Pętli? – przerwał mu chłopak.

Kot krzywo spojrzał na młodzieńca nie nawykły by mu przerywano, po czym kontynuował, nie doczekawszy się przeprosin, ani nawet zrozumienia na twarzy nieobytego w savoir vivrze Toma.

- To te portale które już widziałeś. Jeden z nich przekroczyliśmy na pustyni aby się tu dostać. Jest to tutaj jedyny środek transportu na większe odległości, pętlami połączone są wszystkie miasta. Skoro wysłali za nami pościg prawdopodobnie zablokowali także wszystkie tutejsze pętle. Jesteśmy uwięzieni w tych lasach. Być może będzie wstanie nam pomóc mój dawny znajomy, który tam mieszka.

- A co jest pomiędzy miastami, czemu nie możemy się do nich dostać w konwencjonalny sposób?

- To bardzo proste – uśmiechnął się kot odwróciwszy pyszczek w stronę chłopaka – pomiędzy miastami nie ma nic.

- Jak to nic – zdziwił się chłopak.

- Ujmę to tak, miasta są jedynymi obszarami zamieszkałymi przez ludzi, pomiędzy nimi nie mieszka nikt. To bardzo niebezpieczna kraina, ludziom udało się wywalczyć dla siebie tylko niewielkie jej fragmenty. Poza nimi nie mają szans na przetrwanie. Jedyną naszą drogą ucieczki jest wydostanie się do wolnego miasta, a do tego potrzebujemy pomocy.

- Poczekaj – zastanowił się chłopak – na samym początku, zanim wyszły z niego te dziwne cienie, przeszedłem przez portal i nic się nie stało. Jak właściwie działają te pętle?

- To dość proste. Wyobraź sobie że otaczająca Cię rzeczywistość jest tylko kartką papieru. Możesz dotrzeć z jednego jej końca na drugi pokonując jej całą długość. Jeśli jednak zrolujesz kartkę jej początek i koniec znajdą się w tym samym miejscu, odległość pomiędzy nimi będzie zerowa. Pętle to takie właśnie miejsca gdzie spotyka się początek z końcem. Tylko dzięki pętlom udało się stworzyć naszą cywilizację. Wszystkie miasta powstały tam gdzie krzyżują się pętle. Wszystkie z nich połączone są drogami, podobnymi do tych, które mijaliśmy zapewniając łączność między nimi. Jest jednak jeden haczyk. Zdolność do przemieszczania się po wszystkich miastach, którą zapewniają pętle daje wielką władzę tym, którzy to potrafią. Nikt jednak nie lubi się władzą dzielić. Wymyślono więc sposób ograniczenia takich podróży rezerwując je tylko dla elit. Aby skorzystać z pętli musisz mieć do niej klucz. Ty go nie miałeś, a ja tak. Dlatego nie mogłeś przejść na drugą stronę beze mnie.

- Hmm... A dlaczego w ogóle jestem ścigany, za co mnie uwięziono?

- Uwięziono Cię przez przypadek, w wyniku niezbyt szczęśliwego dla Ciebie zbiegu okoliczności. Dość by rzec, że znalazłeś się w złym miejscu w niewłaściwym czasie.

- A czemu zawdzięczam pomoc z Twojej strony?

- Jak już mówiłem poprosił mnie o to ten, kto skorzystał na Twoim nieszczęściu.

- Dlaczego chciał mi pomóc? – spytał podejrzliwie chłopak.

- Z dwóch powodów. Po pierwsze z czystej dobroci serca – odparł wesoło kot – po drugie, ucieczką potwierdziłeś swoją winę, co pozwala memu przyjacielowi dłużej pozostawać poza wszelkimi podejrzeniami.

Chłopak zdenerwował się na te słowa, ale poczucie bezsilności wygrało i westchnął tylko głośno.

- Kocie, co on takiego zrobił, że zasłużył sobie na śmierć?

- Nie wszystko co nas w życiu spotyka dzieje się powedle naszych zasług – zasępił się kot - tą wielką zbrodnią jaką popełnił było napisanie książki.

- Za książkę został skazany na śmierć? Była aż taka zła? – zażartował Tom.

Kot zaniósł się śmiechem.

- Może... albo po prostu zbyt trudna w odbiorze – wyszczerzył się kot - władza nie lubi jak się ukazuje światu jej głupotę. Mój przyjaciel został skazany za ideę, nie za marne zdolności pisarskie. Może tego nie wiesz, ale kary śmierci nie wykonywano od przeszło 20 lat. Najgorsze zbrodnie zawsze karano banicją, choć życie poza miastem to prawie to samo. Wyobraź sobie jak bardzo władza musiała się obawiać tego człowieka... a w zasadzie jak przez pomyłkę obawia się teraz Ciebie, skoro nie jest w stanie pozostawić wykonania wyroku niezawodnemu losowi wygnańca.

Chłopakowi pozostało jeszcze jedno, ostatnie pytanie.

- Czy wiesz może kim jestem i dlaczego straciłem pamięć?

- Obawiam się, że na te pytania nie mogę Ci odpowiedzieć. Mam jednak wrażenie, że nie przypadkowo zostałeś wplątany w tą sprawę. Myślę, że możesz się czegoś dowiedzieć od mego przyjaciela pisarza – uśmiechnął się kot. Hmm... jest jednak coś co wiem na pewno. Na pewno nie pochodzisz z tych stron. Ten pojazd o dwóch kołach na pewno nie powstał w miejscowych kuźniach. W dodatku Twój język, nie mówiłem Ci tego wcześniej, a sam nie miałeś okazji się przekonać, ale nie jest to język tej krainy.

- Ale, ja Ciebie rozumiem – zdziwił się chłopak.

- Nie, to ja rozumiem Ciebie – poprawił go kot – przypadkiem znam Twoją mowę, jest to jeden z powodów dlaczego to mnie wybrano do tej misji.

- W takim razie skąd znasz mój język?

- To jeden z języków jaki poznałem podczas swoich podróży.

- Kim ty właściwie jesteś kocie?

- Skromnym dachowcem oddanym sprawie – kot dygnął - Feliz Vagar do usług. Wybacz ale nie lubię mówić o sobie, jeśli chcesz mnie lepiej poznać, to będziesz miał okazję, nasza podróż będzie raczej długa.

- Dokąd chcesz mnie zabrać?

- Ehh – westchnął kot – jeszcze nie rozumiesz? Zabieram Cię do niego. Tego komu zawdzięczasz swoje uwięzienie... ale też wolność.

Po pokonaniu niezbyt długiego dystansu i przemyśleniu wszystkiego czego właśnie się dowiedział, chłopak znów się odezwał.

- Felizie, właśnie przyszło mi coś do głowy. Wspominałeś, że życie poza miastem jest niemożliwe, a z tego co widzę to ten las na metropolię mi nie wygląda, czy coś nam grozi?

Pytanie Toma nie mogło być zadane w bardziej odpowiednim momencie, by doczekać się adekwatnej odpowiedzi. Co ciekawe, po raz pierwszy odpowiedź znalazła się sama.

- ...ciaaAach... – dobiegł ich nieludzki głos.

Chłopak zdecydowany był z miejsca ruszyć biegiem w kierunku dokładnie przeciwnym do tego z którego dobiegało zawodzenie. Kot Feliz miał najwyraźniej inaczej ukierunkowany zamiar, gdyż ruszył prosto w stronę źródła dźwięku i zniknął w zaroślach.

- OooopppCcciIaacchhhhh – rozległo się ponownie.

Gdy chłopak dotarł na miejsce zrozumiał skąd dobiegał hałas. Rozejrzał się odruchowo szukając wzrokiem kota, który po raz kolejny zademonstrował swój denerwujący zwyczaj znikania w najmniej oczekiwanych momentach. Tom miał nadzieje, że futrzak wyjaśni mu widok, którego on sam nie był w stanie pojąć. Rozciągał się przed nim niezbyt wysoki mocno wyszczerbiony kamienny murek. Za nim stały liczne wymierzone ku niebu, niegdyś najpewniej ustawione w równych rzędach kamienne płyty. Niektóre z nich były przewrócone, inne mocno pochylały się nad ziemią, a tylko ich niewielka część zachowywała nadany im pierwotnie nienaganny pion. Na każdej płycie znajdowały się dziwne symbole zapisane w nieznanym chłopakowi języku. Głównym źródłem grozy jaką Tom odczuł wraz z zimnym, przebiegającym po jego plecach dreszczem nie były same płyty. Było nim w mniejszym stopniu to co znajdowało się pod nagrobkami, natomiast w większym to co unosiło się nad nimi. W niewielkiej odległości od ziemi zawisła w powietrzu kobieta, jej ciemne włosy swobodnie unosiły się i falowały poruszane jakimś tajemniczym podmuchem powietrza. Wokół dziewczyny krążyły po spiralnych orbitach kule niebieskiego światła wielkości piłek tenisowych. Osobliwa postać patrzyła nieobecnym wzrokiem ku górze kręcąc się powoli względem własnej osi i wymawiając jakieś tajemnicze słowa. Chłopakowi całkowicie sparaliżowanemu strachem nie przeszła nawet przez myśl ucieczka. Patrzył na nią jak urzeczony, gdy nagle dostrzegł za dziewczyną kilku zbrojnych ludzi. W przeciwieństwie do chłopaka tamci nie mieli problemu z podjęciem szybkiej decyzji, co należało uczynić w takiej sytuacji. Uzbrojeni po zęby wojownicy niemal nie potratowali się nawzajem gubiąc w ucieczce fragmenty ekwipunku. Tom spostrzegł, że w ogólnym zamieszaniu żaden z nich nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. Nagle kot przypomniał o swojej obecności wskakując na kamienny murek.

- Chodź, musimy jej pomóc.

- My musimy... pomóc? A kto pomoże nam? – przeraził się chłopak. Nagle jednak zrozumiał coś czego wcześniej nie dostrzegał. Dziewczyna mówiła w znanym mu języku, choć nieco bez sensu.

- ... obciach... ale obciach... – użalała się dziewczyna.

- No dobra kocie. Mam tylko nadzieje, że znasz się na egzorcyzmach.

Kot pobiegł w stronę dziewczyny, odwrócił się i uśmiechnął do chłopaka.

- No chodź, musisz ją przytrzymać.

Młodzieniec szedł wolnym krokiem w stronę młodej kobiety stawiając kroki tak ostrożnie jak gdyby miał zaraz stracić grunt pod nogami. Tym czasem kot najwidoczniej dobrze się bawiąc polował na świetliste kule niczym na światło latarki. Niebieskie kule energii najwidoczniej nie były zadowolone z poczynań futrzastego intruza i stopniowo zaczęły się rozpierzchać każda w inną stronę. Wraz ze zmniejszeniem się ilości kul dziewczyna zaczęła powoli opadać na ziemię. Tom wyczuwając na czym ma polegać jego rola w egzorcyzmie przytrzymał dziewczynę chroniąc ją przed upadkiem. Kobieta z tej perspektywy wyglądała o wiele bardziej zwyczajnie i mniej szkodliwie. Wciąż jednak patrzyła przed siebie mętnym wzrokiem powtarzając w kółko

- obciach... ale obciach... ale ...

Gdy Feliz uporał się już ze wszystkimi kulami wrócił do Toma.

- I co robimy z opętaną? – spytał chłopak próbując zatrzymać dziewczynę w miejscu.

- Nie jest opętana, tylko pijana – uśmiechnął się kot.

- Pijana? – zamyślił się chłopak - nic od niej nie czuje.

- Pewnie najadła się pijanych jagód, to miejscowy gatunek wywołujący podobne efekty do odurzenia alkoholem.

- A co z tymi świetlikami?

- Przegoniłem je – odparł dumnie kot.

- Czym one były?

- My zwiemy je błędnymi ognikami. To takie, hmm... – zastanowił się kot nie znajdując właściwego określenia - ... duszki. Same w sobie są niegroźne, chodź potrafią sporo namieszać. Wielu ludzi błądzi zwabionych ich światłem, po czym nie mogąc znaleźć drogi powrotnej zwykle ginie. Mówiłem, to niebezpieczna kraina, nikt nie przeżyje nocy poza miastem. Ogniki najwidoczniej postanowiły się zabawić kosztem tej małej. Na nasze szczęście, bo dziewczyna spłoszyła nasz pościg.

- Co z nią zrobimy kocie?

- Musimy zabrać ją ze sobą do miasta, inaczej tu zginie.

- Jak myślisz co ona mogła tu robić?

- Pojęcia nie mam, ale miałem okazję poznać ją już wcześniej. Dziewczyna pochodzi z Twoich stron.

 

***

 

... Okazało się że przegapiła swój przystanek. Przyjęła to ze spokojem, postanawiając wysiąść na kolejnym. Niewiele dalej autobus zatrzymał się na krótko, po czym ponownie ruszył i dopiero wtedy Eliza spostrzegła, że minęła kolejny przystanek. Spokój zaczął ją opuszczać jednak perspektywa nadrobienia dwóch przystanków nie przerażała jej zbytnio... do czasu. Autobus jechał i ani myślał się zatrzymywać, a tym czasem zwarta miejska zabudowa za oknem zaczęła się coraz bardziej przerzedzać. Wydawało jej się, że przebywa niesłychany dystans, każda minuta trwała w jej umyśle dziesięć razy dłużej. Na zewnątrz zrobiło się nagle całkiem ciemno. Gdy pojazd się w końcu zatrzymał ku wielkiej uldze dziewczyny, bez chwili zwłoki go opuściła. Pomimo, że autobus pełny był ludzi, jedyną wysiadającą osobą była ona. Dopiero teraz zrozumiała, że nie ma pojęcia gdzie jest. Było ciemno, a padający na jej okulary deszcz jeszcze bardziej ograniczał jej pole widzenia. Miejsce to w ogóle nie przypominało miasta; nie było tu chodników, latarni, a zabudowę stanowiły pojedyncze domki mieszkalne usytuowane zresztą w sporym oddaleniu od drogi. Radość spowodowana wydostaniem się z pułapki stopniała całkowicie ustępując miejsca panice. Przez moment natłok myśli całkowicie nią zawładnął:

- Gdzie jestem... czy to jeszcze miasto... jak wrócę... jak się tu znalazłam... co mam teraz zrobić...?!

Stała bezsilnie moknąc na deszczu nie wiedząc w którą stronę iść, aż zaczęła kręcić się w kółko. Gdy napięcie nieco zelżało zaczęło trzeźwo analizować swoją sytuację.

- Przyjechałam z tamtej strony, więc złapie autobus w stronę przeciwną.

Bez trudu przeszła na drugą stronę opustoszałej ulicy i żwawym krokiem ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Na przystanku stał jednak podejrzany mężczyzna, który wzbudził strach dziewczyny. Głównym powodem dla którego uznała go za podejrzanego był sam fakt, że tam stał. Eliza nie śmiała spojrzeć na niego by mu się dokładniej przyjrzeć w obawie przed odwzajemnieniem spojrzenia. Nigdy więc nie dowiedziała się, kogo właściwie się bała. Krótkie spojrzenie na sylwetkę obcego pozwalało jedynie określić jego płeć oraz w dużym przybliżeniu wiek. Mężczyzna mógł mieć zarówno 19 jak i 90 lat. Nic jednak nie obchodził jej jego wiek, postanowiła dojść do następnego przystanku i tam zaczekać na autobus z dala od podejrzanych typów. Na przystanku upewniwszy się, że pojazd nieprędko zawita w te niegościnne strony, postanowiła iść dalej wzdłuż ulicy. W pewnym momencie szosa wiodąca wzdłuż drogi napotkała na stary, podniszczony mur. W krótkim czasie szybki chód dziewczyny przekształcił się w bieg na widok wyrwy w starym murze, który okazał się oddzielać ją od cmentarza. Ponieważ jedyna droga ucieczki wiodła wzdłuż miejsca wiecznego spoczynku zmarłych, dziewczyna uciekała przed mało prawdopodobnym zagrożeniem z ich strony. Mur wydawał się nie mieć końca, więc biegła ze łzami w oczach aż do utraty tchu, gdy go traciła przystawała na moment. Moment trwał tylko do czasu, gdy strach znów stawał się silniejszy niż przyrodzona potrzeba oddychania, tzn. krótko. Było ciemno, zimno i mokro, czuła nieprzyjemne kłucie w płucach i kołatanie serca na skutek wysiłku. Choć jeszcze parę długich kroków temu wydawało się to niemożliwe, mur jednak się skończył. Na skutek zwiększenia się częstotliwości napotkanych latarni zrobiło się całkiem jasno, deszcz jakby wyczuwając spadek napięcia sytuacji stracił zapał i przeniósł się w miejsce gdzie mógł spokojnie zaganiać innych pechowców na pastwę rynien. Zwolniła nieco kroku, dzięki czemu dostrzegła jedyną rzecz na świecie, która mogła jej poprawić humor w takiej sytuacji, lub nie - jeśli nie wykazałaby po temu woli. Eliza postanowiła jednak zaryzykować. Jedyną rzeczą poprawiającą dziewczynie humor w każdej sytuacji był... kot. Kot siedział sobie spokojnie pod samochodem schowany przed deszczem nie przywiązując większej uwagi do obecności dziewczyny o dziwnie rozmarzonych błękitnych oczach, za nieco zaparowanymi okularami. Dziewczyna widząc obrożę z dziwnym kryształkiem na szyi kota straciła wszelkie obawy i wyciągnęła w jego kierunku dłoń.

- Kiciuś, dasz się pogłaskać? – spytała zbliżając dłoń w stronę kociego pyszczka.

Kot najwyraźniej nie wyrażając zgody pokręcił przecząco łebkiem. Oczywiście w żaden sposób nie powstrzymało to dziewczyny przed jej zamiarem. „Kiciuś” najwidoczniej niezadowolony faktem nieuszanowania jego odmowy, ugryzł dziewczynę w palec, choć bardziej na pokaz niż ze złości. Dziewczyna zaskoczona zajściem szybko wycofała rękę i z kucającej pozycji obłaskawiacza kotów, przeszła w ciężki siad.

- Dlaczego mi to zrobiłeś, chciałam Cię tylko pogłaskać. Czy wiesz jaki paskudny dzień dziś miałam... – urwała nagle bo najwidoczniej zawstydzony swym brakiem manier kot odrzekł

- Wybacz, ale na żadne głaskanie nie wyraziłem zgody.

Po czym uciekł w mrok.

Dziewczyna pokrzepiona dawką adrenaliny wywołanej niecodziennym zdarzeniem wznowiła swój maraton w stronę kolejnego przystanku.

- Ciekawe czy ktoś miał dziś gorszy dzień ode mnie – zastanawiała się biegnąc, to zabawne, że w tym samym czasie pomyślał o tym kot.

 

***

 

- Jak to z moich stron, byłeś tam i nic mi nie powiedziałeś?

- Nie pytałeś - odparł z uśmiechem kot.

Opuściwszy starożytny cmentarz szli dalej w stronę kryształowej wieży. Po drodze znudzony narzekaniem chłopaka kot postanowił opowiedzieć mu wreszcie jak trafił do jego świata.

- Pamiętasz jak opowiadałem Ci o pętlach? – nie czekając na potwierdzenie ze strony Toma ciągnął dalej – otóż istnieje legenda według której niektóre z nich, potrafią przenosić człowieka nie tylko w inne lokacje, ale też w inne światy. O prawdziwości legendy przekonałem się na własnej skórze.

- obciach... ale obciach... – przerwała mu dziewczyna, lecz kot zwyczajnie ją zignorował.

- Przypadkiem trafiłem do świata zupełnie innego niż ten, który znałem. Było to niezwykłym doświadczeniem, które w pewien sposób odmieniło mnie na zawsze. Wkrótce spostrzegłem jednak, że takie podróże nie pozostają bez echa. Jak się okazało nie tylko ja skorzystałem ze swego odkrycia i wkrótce to mój świat stał się przedmiotem wizyt. Niestety nic dobrego z nich nie wynikło. Przybysze w przeciwieństwie do mnie nie pragnęli poznawać nowego świata. Pragnęli nim zawładnąć i ukształtować go wedle swej woli. Na mnie spadło zadanie ostatecznego rozwiązania problemu i ... zawiodłem. Choć udało mi się zamknąć międzyświatową pętle, obcy odcisnęli już na nas wyraźne piętno z którym walczymy do dziś. Skazili nas czymś gorszym od najgorszych chorób. Zarazili nas swoimi poglądami. Szczególnie przypadły one do gustu naszym władcom, ale nie jestem dziś w nastroju do rozprawiania o polityce. Jeszcze zdążysz się nasłuchać, gwarantuje. Co tak na mnie patrzysz chłopcze, jeśli chcesz iść w krzaki nie musisz pytać.

- Jeśli zamknąłeś przejście do naszego świata, to jak ja... i ona... Czy będziemy mogli kiedykolwiek wrócić?

- Hmm... niestety nie mogę tego zagwarantować. Zabiorę was do NIEGO, on będzie musiał zadecydować co z wami zrobić.

Cała trójka wędrowała lasem, który stopniowo zaczynał się przerzedzać, aż w końcu zmienił się w polanę. Niedługo później napotkali na pierwsze wydeptane dróżki, a dalej na drogi utwardzane kamieniem. Dziewczyna przestała się w ogóle odzywać i po prostu szła chwiejnym krokiem prowadzona przez Toma. Nie wiele dalej na horyzoncie dało się dostrzec wysokie mury z jasnego kamienia, których wysokość i rozpiętość pozwoliły domyślać się olbrzymich gabarytów samego miasta. Gdy dotarli do głównej drogi wiodącej do miasta napotkali towarzystwo. Szedł nią przygarbiony pod ciężarem lat starszy mężczyzna z białą brodą ubrany w skromny szary płaszcz wyglądem przypominający worek na ziemniaki. Ciągnął on za sobą osiołka objuczonego niewielkim dobytkiem poupychanym w sakwy. Kot wskoczył chłopakowi na ramiona i zaczął dyskretnie szeptać mu do ucha.

- Nie zdążymy dziś dotrzeć do wierzy, a nie możemy nocować na zewnątrz. Musimy spróbować dostać się do miasta. Nie zapominaj jednak, że jesteś ścigany. Miej się na baczności.

- Myślisz, że miasto będzie obstawione przez tych którzy nas ścigają?

- Zdziwiłbym się gdyby było inaczej.

- To jak się tam dostaniemy?

- Hmm... niech pomyślę. Będą raczej szukać samotnego wędrowca, a nie pary w towarzystwie dziadunia. Mamy przecież tę dziewczynę, jak dotąd nie było z niej pożytku, niech się w końcu do czegoś przyda. No i wypadałoby Ci zawrzeć w końcu jakieś znajomości w tym świecie, gadanie do kota nie jest oznaką zdrowia nawet w tej krainie. Będę Twoim tłumaczem, w razie potrzeby powiem Ci co masz mówić. Nie przejmuj się tak bardzo, będziemy się martwić jak dojdziemy na miejsce, zwykle takie problemy rozwiązują się same.

 

***

 

- Zejdźcie mi z drogi – zabrzmiał spokojny, ale szorstki głos.

- A kto nam każe, ty i twoja armia, tak? – zakpił dowódca pięcioosobowego oddziału, zagradzającego drogę wędrowcowi o długich, czarnych włosach.

- Ja – odparł zimno ciemnowłosy.

- Poczekaj pięknisiu, nie spiesz się tak, ja Ciebie skądś kojarzę, odświeżysz mi pamięć? – nie doczekawszy się odpowiedzi pogrzebał w jukach swego wierzchowca. Tym czasem dwóch wojowników zagrodziło drogę przechodnia oddzielając go od swego dowódcy. Ten zdążył w tym czasie wyciągnąć plik wyświechtanych kartek. Przewrócił kilka pierwszych stron, aż znalazł to czego szukał.

- Galvanir Berr... wiedziałem, że skądś znam tę paskudną gębę – skomentował pokazując podwładnym naskrobaną węglem na papierze podobiznę zatrzymanego wędrowca.

- No proszę, mamy dzisiaj szczęście panowie, jeden człowiek, a wart tyle co... – przerwał monolog widząc, iż ciemnowłosy przeszedł przez jego obstawę niczym przez dwuskrzydłowe drzwi.

- Nie mam na to czasu – rzekł prosto w twarz kapitana, który zaskoczony cofnął się odruchowo o krok.

Zdezorientowani żołnierze w końcu ocknęli się z zaskoczenia i ucapili ciemnowłosego za ręce odciągając go w tył. Dwóch kolejnych wojowników dobyło mieczy i wymierzyło ich ostrza w plecy wędrowca.

 

***

 

W tym samym czasie nieopodal miejsca całego zdarzenia pojawili się kolejni podróżni zmierzający główną drogą do miasta. Byli wśród nich brodaty, przygarbiony mężczyzna okryty workowatym płaszczem, młoda dziewczyna i chłopak z czarnym, futrzanym szalikiem owiniętym wokół szyi. Będąc świadkiem całego zdarzenia młodzieniec stanął mierząc się z myślami, a tym czasem jego szalik zeskoczył na drogę i przyjmując postać kota zagrodził mu drogę.

- Nawet nie próbuj się mieszać – przemówił kot.

Najwidoczniej było już za późno, chłopak zdeterminowany pomóc nieznajomemu, nie mając na uwadze szczegółów jak tego dokonać ruszył przed siebie omijając kota. Zatrzymał się nagle w miejscu jak gdyby wpadł na niewidzialną ścianę. Zdziwiony siłą jaka tego dokonała odwrócił się za siebie i ujrzał tylko zgarbionego starca trzymającego go za ramię w żelaznym uścisku. Staruszek uśmiechnął się do chłopaka patrząc mu prosto w oczy spojrzeniem emanującym mądrością wielu przeżytych lat, poczym pokręcił głową. Młodzieniec spojrzał ponownie w stronę ciemnowłosego i dostrzegł, że nagle siły się wyrównały i na placu boju pozostał tylko on i dowódca. Wtedy uścisk na ramieniu Toma zelżał, a starszy mężczyzna wycofał dłoń.

 

***

 

- zejdź mi z drogi albo wyciągnij miecz – czarnowłosy zwrócił swe ciemne oczy w stronę ostatniego przeciwnika.

Kapitan z trudem opanował drżenie rąk na myśl o tym co przed chwilą ujrzał i szybkim ruchem wyszarpnął miecz z pochwy zawieszonej u pasa. Jak się okazało był on mańkutem, dzierżył miecz w lewej dłoni. Zawahał się, czy jednak nie poddać walki, wiedział jednak, że nie mógł tego zrobić. Decyzję podjął już dawno temu, kiedy po raz pierwszy w życiu wziął miecz do ręki. Choć przegrał wtedy swoją pierwszą walkę, a potem wiele kolejnych nigdy się nie poddał. Pomimo, iż zebrał przez to znacznie więcej siniaków i blizn niż jego rówieśnicy, wiedział, że było warto. W końcu stał się najlepszy. Nie minęło wiele czasu zanim ze skromnego i nieśmiałego chłopaka stał się pewnym siebie mężczyzną. Później został kapitanem, najmłodszym w historii swego klanu. Czuł, że osiągnął już wszystko i może dlatego przestał się starać. Teraz postanowił sobie, że wszystko się zmieni. Pozostała jeszcze tylko jedna przeszkoda – wojownik stojący przed nim. Włóczęga za którego, wyłącznie martwego, przewidziano nagrodę tak wysoką, że można by za nią kupić niewielką... armię – uśmiechnął się sam do siebie, jako że trzech z jego wiernych żołnierzy skończyło z mieczami towarzyszy w trzewiach. Tylko jeden zdołał zbiec. Trudno go było winić w takiej sytuacji. Był młody... pomimo tego, iż miał więcej lat niż jego dowódca kiedy otrzymał nominację na kapitana. Jednak nie każdy był gotów ginąć za marny żołnierski żołd, zwłaszcza jeśli miał na utrzymaniu rodzinę. Dowódca nie miał nikogo, bo nikogo nie potrzebował. Ta jedna walka miała przesądzić o wszystkim, dać lub na zawsze odebrać mu szansę na zmiany. Uchwycił pewniej miecz, zlustrował przeciwnika niezbyt pospiesznym spojrzeniem. Ten stał nieruchomo i wciąż nie wyciągał miecza zawieszonego w pochwie na plecach, ale najwidoczniej był wstanie zrobić to na tyle szybko, że nie robiło mu to żadnej różnicy. Kapitan widział już jak szybki potrafi być jego przeciwnik, z kimś takim musiał się liczyć. Nie poznał jednak jak dotąd jego stylu walki mieczem, jako że ten powalił jego ludzi gołymi rękami. W zasadzie to sami nawzajem się pozarzynali. Jakkolwiek szybko zostali pokonani, nie byli to zwykli wojownicy. Byli jego oddziałem do zadań specjalnych, sam ich szkolił, bywały dni że niemal dawali mu rade walcząc we dwu na jednego.

- To nie oni byli słabi - pomyślał kapitan, co było jego ostatnią myślą przed walką.

Ostrze miecza ze świstem przecięło powietrze. Cięcie było tak szybkie jak i niespodziewane, wymierzone w samą tętnicę przeciwnika. Biegło z góry po ukosie, od karku przez biodro, jak gdyby dowódca chciał przeciąć nie tylko tętnicę przeciwnika, ale także jego samego na pół. Ciemnowłosy nie drgnął nawet. Do czasu gdy miecz niemal dotknął jego pulsującej tętnicy. W tym momencie zniknął napastnikowi z oczu. Siła i pewność jaką kapitan włożył w ten cios pozbawiły go równowagi gdy jego miecz nie natrafił na żaden opór. Na ułamek sekundy zapadła ciemność. Po niej przyszedł ostry ból w plecach, na koniec powróciła świadomość. Leżał na plecach zdezorientowany tym co zaszło. Szybko podźwignął się na czworaki i na tym poprzestał, gdyż nie był wstanie podnieść się pod twardym spojrzeniem przeciwnika. Drżał ze złości czując, że powraca jego towarzysz z czasów zanim jeszcze poznał siłę drzemiącą w stali - strach. Ciemnowłosy utkwił w nim wzrok, a po pewnym czasie odwrócił się i odszedł z jego mieczem zwróconym ostrzem ku ziemi. Gdy wędrowiec odchodził, pokonany wojownik wyjął sztylet ukryty w cholewie buta po czym rzucił się do ataku. Jego własny miecz w rękach przybysza dosięgnął go znacznie wcześniej niż nóż w jego dłoniach byłby wstanie sięgnąć ciemnowłosego. Siła z jaką nadział się na ostrze miecza była jednak wystarczająca by sztylet doszedł celu pozbawiając życia także przeciwnika. Ten jednak z dziecinną łatwością wytrącił ostrze z ręki kapitana. Puginał kilkakrotnie koziołkując wbił się w końcu w ziemie. Wędrowiec bez większego wysiłku wyszarpnął miecz z powoli stygnącego ciała pokonanego.

- Człowiek... armia... – były jego ostatnimi słowami, po czym umarł z lekkim uśmiechem na twarzy.

Ciemnowłosy ułożył swoją ofiarę plecami na ziemi i włożył jej miecz w dłonie. Następnie wyciągnął własne ostrze, oddał przeciwnikowi honory po czym schował broń i odszedł.

 

***

 

- Kocie... Dlaczego on go zabił? – Tom zasmucony całym zajściem wskazał na odchodzącego czarnowłosego wojownika. Chłopak dobrze zdawał sobie sprawę, że ten przypadkiem uratował mu skórę pozbywając się jego pościgu, jednak nie potrafił cieszyć się z cudzej tragedii, nawet jeśli sam na niej korzystał.

– przecież przybysz był silniejszy, mógł bez trudu oszczędzić swego przeciwnika...

- Bronił się – odparł chłodno kot.

Starszy człowiek najwidoczniej też miał własne zdanie na ten temat, gdyż nie powstrzymywał się zbytnio od jego wygłoszenia.

- Okazanie litości komuś innemu czasem wiążę się z nie okazaniem jej samemu sobie – kot wiernie przetłumaczył słowa staruszka.

- Muszę przyznać, że nasz wiekowy towarzysz podróży wie co mówi. Nie żałuj jego śmierci, gdyż jego życie zagrażało Twemu własnemu. Jeśli chcesz żyć na tyle długo by zdążyć odzyskać pamięć musisz nauczyć się postępować według zasad tego świata. A oto jedna z nich: litość okazywać mogą wyłącznie silni ludzie. Pamiętaj także, że litości pragną tylko słabi. Kapitan taki nie był. Sam wybrał swój los i zginął na własnych warunkach.

Tom nie rozumiał kociego punktu widzenia. Najwidoczniej staruszek ani nikt z pojawiających się coraz częściej przechodniów także nie przejmował się losem poległego dowódcy. Jak gdyby dla każdego z nich śmierć była czymś zwyczajnym. Chłopak chciał wiedzieć co o tym wszystkim sądzi jego krajanka, była ona jednak obecnie kompletnie nieosiągalna. Niesiona na grzbiecie osiołka bełkotała przez sen coś o smokach i obciachu. Starszy człowiek założył jej na szyję dziwny talizman z fioletowym kryształem i powiedział w swej dziwnej gardłowej mowie przetłumaczonej przez kota, że to kamień trzeźwości i pomaże jej wrócić do zdrowia. Do czego kamień potrzebny był staruszkowi, młodzieniec nie musiał zgadywać, wskazywał na to okazały, czerwony nos jego właściciela.

Tom, kot Feliz i starszy mężczyzna powędrowali dalej w stronę miejskich murów. Po drodze przechodząc obok miejsca zbrodni Tom schylił się i podniósł plik kartek upuszczony przez kapitana, do którego po rozmowie z kotem zaczął odczuwać pewien szacunek. Na każdej z nich widniała czyjaś twarz, żadna z nich nie wydała mu się jednak znajoma z wyjątkiem tej, na której widniał czarnowłosy. W pewnym momencie podczas przeglądania podobizn wielu twarzy, których trudno byłoby by nie nazwać szpetnymi, Feliz wskoczył Tomowi na ramię.

- Nawet podobny wyszedłeś – stwierdził kot podziwiając dość wierne odwzorowanie wyglądu chłopaka.

- To ja? – zdziwił się chłopak po raz pierwszy ujrzawszy zarys własnej twarzy. Podświadomie ulżyło mu na myśl, że jednak nie przypomina wyglądem Toma, któremu zawdzięczał swe nowo nadane przez kota imię. Chłopak przyglądał się swej podobiźnie jeszcze przez jakiś czas starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Po jakimś czasie poprosił kota o przetłumaczenie opisu znajdującego się pod szkicem.

- Zdrada stanu, szczególnie niebezpieczny, wyłącznie żywy, nagroda 25 000 złotych blach – przeczytał kot wyłapując wyłącznie najważniejsze informacje.

- Muszę przyznać, że zyskujesz na wartości przy bliższym poznaniu młodzieńcze – wyznał z podziwem kot – pokaż resztę.

Tom przerzucił po kolei wszystkie listy gończe, a kot podobnie jak za pierwszym razem tłumaczył wybiórczo co ważniejsze słowa, do czasu aż stanęło na podobiźnie Galvanira Berr’a.

- Już rozumiem co miał na myśli ten cały kapitan chłopcze. Faktycznie, ten długowłosy to człowiek armia. Tyle właśnie jest wart. I to wyłącznie martwy, boją się go tak bardzo, że nawet nie śmią spojrzeć mu prosto w oczy. Ciekawe czym sobie zasłużył na taki zaszczyt. A teraz najśmieszniejsza część. Ty jesteś o połowę droższy od Pana Armii. Czasem poważnie zastanawiam się, czy nie bardziej opłacalna byłaby zmiana stron. Hehe, spokojnie chłopcze, nie patrz tak na mnie. Nie robie tego dla pieniędzy... Z resztą na co one kotu – uśmiechnął się uspokajająco do Toma, któremu jakoś nie bardzo wyszło odwzajemnienie uśmiechu.

 

Gdy przekroczyli bramę miejską Tom i Feliz rozstali się ze staruszkiem zabierając ze sobą powoli powracającą do siebie dziewczynę. Staruszek wyraźnie posmutniał z powodu rozstania, spieszył się jednak bardzo, jako że do miasta przybył robić interesy, które jego zdaniem nie mogły czekać. Obiecał, że znajdzie dla nich czas wieczorem i jeśli zatęsknią za jego towarzystwem będą mogli odnaleźć go w miejscowej tawernie. Już niemal przy samej bramie kot zwrócił uwagę chłopaka na fakt, iż niemal z każdej strony spogląda on na niego martwym spojrzeniem oczu swej naszkicowanej na listach gończych podobizny. O dziwo dotychczas nikt nie zwrócił na chłopaka większej uwagi, nawet staruszek który im towarzyszył. W jego przypadku zawiódł zapewne wzrok. W przypadku wszystkich innych podróżnych i mało zainteresowanych czymkolwiek poza odliczaniem godzin pozostałych do końca warty strażników bramnych zawiódł rozsądek. Pomysł, że najbardziej poszukiwany człowiek w całej krainie mógłby, ot tak sobie, wejść główną bramą do miasta był tak niedorzeczny, że aż nie mieszczący się w głowie. Toma nieco złościło, że kot miał rację po raz kolejny, a on niepotrzebnie zamartwiał się problematyką forsowania miejskich murów. Pamiętał jednak, iż w rzeczywistości swój obecnie wciąż stabilny stan zawdzięczał czystemu przypadkowi. Gdyby nie tajemniczy wojownik, który wyciął w pień niemal cały ścigający go oddział nie wyjmując nawet miecza z pochwy wszystko mogłoby się potoczyć inaczej. Pościg na pewno poinformowałby władze miejskie o ucieczce skazanego, a te zawarły by wrota. On w najlepszym wypadku dowiedziałby się dlaczego nikt nie mógł przeżyć nocy poza miastem, a w najgorszym wypadku zginałby z rąk nieugiętego nawet w obliczu porażki dowódcy pościgu. Czy kot znał, czy może przeczuwał taki zwrot akcji, pozostawało bez odpowiedzi. Może po prostu kotu nie zależało aż tak bardzo na życiu chłopaka by przejmować się na zapas szczegółowym planowaniem jego zachowania. Pomimo takich fatalistycznych myśli, chłopak musiał przyznać Felizowi, że ratowanie jego skóry jak dotąd szło mu nienajgorzej.

Zaraz po rozstaniu ze starcem kot poprowadził Toma ciemnymi uliczkami, szerokimi tylko na tyle by jedna osoba naraz była wstanie się nimi przecisnąć, tym samym chłopak musiał ciągnąć dziewczynę za sobą. Ona nie narzekała jednak zbytnio z tego powodu, jako że na drodze napotkała bardzo licznych zaułkowych przedstawicieli gatunku Feliza, którzy w przeciwieństwie do niego nie zabraniali jej głaskania. Koty te prawdopodobnie nigdy jeszcze nie spotkały się z takim traktowaniem, ale wyraźnie im się to podobało. Chłopak zastanawiał się czy był jakiś higieniczny powód, dla którego koty te nigdy nie zapoznały się z pieszczotami ludzkich rąk, postanowił jednak nie myśleć o tym zbyt intensywnie widząc kątem oka, jak coś małego i bardzo ruchliwego przeskakuje z jednego stworzenia na drugie. Końcem nieprzyjemnej wędrówki wśród orientalnych zapachów, zdających się przyjmować niemal materialną formę były drewniane drzwi, którymi kot wprowadził pozostałą dwójkę w głąb kamiennej izdebki. W pomieszczeniu przybysze napotkali na wznoszącą kłęby kurzu długimi pociągnięcia miotły tęgą kobietę w średnim wieku. Nieco zdziwioną widokiem niespodziewanych gości gospodynię uspokoił najwyraźniej znajomy głos kota. Właścicielka lokalu początkowo zaskoczona widokiem Feliza szybko odzyskała spokój powracając do swojego wcześniejszego zajęcia. Kot nie dał się jednak długo ignorować, wskoczył na komodę stojącą naprzeciwko kobiety i przemówił do niej w swojej ojczystej twardej mowie. Mina kobiety kontynuującej sprzątanie była całkowicie pozbawiona wyrazu i nieprzenikniona. Gospodyni wyglądała jak gdyby zdążyła już zapomnieć o obecności intruzów, znajdując ukojenie w monotonnych ruchach swojej wysłużonej miotły. Feliz jednak nie przestawał mówić. Tom sądził, że kot w końcu da za wygraną i poprowadzi ich w inne miejsce gdzie być może odnajdą więcej szczęścia. Nieprzejednana kobieta w końcu odłożyła jednak swe narzędzie pracy, głęboko westchnęła i rzuciła w stronę feliza drobnym przedmiotem o wyraźnie metalicznym połysku. Następnie gospodyni podeszła w stronę dziewczyny, uśmiechnęła się do niej i solidnymi, wyrobionymi od ciężkiej pracy rękoma złapała ją za ramiona poczym niezwykle delikatnie poprowadziła w stronę schodów. Kot wysunął pyszczek w stronę Toma, a gdy ten zrozumiawszy gest z pewnym wahaniem wysunął w jego stronę rękę upuścił klucz na dłoń chłopaka. Feliz poprowadził młodzieńca w stronę tych samych schodów za którymi zniknęły przed chwilą obie kobiety. Kręte stopnie prowadziły na korytarz po którego obu stronach ciągnęły się liczne pojedyncze drzwi. Chłopak podążał za zwierzakiem, aż ten zatrzymał się przed jednymi z nich.

- Otwórz – polecił chłopakowi kot, widząc że ten nie bardzo wie co począć w obliczu takiej przeszkody. Chłopak obrócił kilkakrotnie kluczem w palcach próbując zlokalizować właściwy jego koniec. Nie był to zwykły klucz, przypominał on kształtem miniaturowy dwustronny krzyż. Po chwili namysłu Tom wsadził klucz do zamka i przekręcił go zdecydowanym ruchem. Gdzieś w głębi drzwi dało się słyszeć stukot mechanizmu, który najwidoczniej ustąpił. Drzwi te nie posiadały typowej, znanej Tomowi klamki. Tuż nad zamkiem znajdowało się metalowe kółko podzielone na pół. Jego dolna połowa zasłonięta była metalową osłoną, górna była pusta. Chłopak wsadził palce za metalową połowę koła i przekręcił dłoń w jedyną możliwą stronę – przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Ponieważ ruch ten był poparty pewnym naciskiem na drzwi, te ustąpiły lekko, po czym otworzyły się na oścież, gdy chłopak przyłożył więcej siły. W pomieszczeniu było zupełnie ciemno w porównaniu z jasnością korytarza oświetlanego jedynym okrągłym oknem. Nagle w ciemności zapłonęły dwie czerwone lampki. Oba punkciki światła zaczęły zwiększać się błyskawicznie, aż w oczach chłopaka znów zawitała ciemność. Zdezorientowany całym zajściem Tom zauważył, że leży na podłodze nie zdążywszy nawet przekroczyć progu pokoju. Poczuł też straszliwy ciężar na swojej piersi, jakby rzucono na niego spory wór pełen ziemniaków. Chłopak usłyszał rozkazujący głos kota, który brzmiał nieco jak komenda wojskowa, tyle że we wciąż obco brzmiącym dla niego języku. Ucisk na piersi Toma stopniowo zelżał, a potem zgramolił się z niego całkowicie ukazując swe oblicze. Źródłem wszystkich obecnych po otwarciu drzwi zdarzeń był pies, olbrzymie psisko rasy nieznanej. Stworzenie to zauważając z kim ma do czynienia wbrew wszelkim prawom logiki zdawało się niezmiernie cieszyć z obecności kota, rozciągnęło się na podłodze całą długością swego cielska i wyciągnęło wielkie łapska ku górze. Język psa zwisał mu bezwładnie z wywróconego do góry nogami pyska, a ogon zamiatał podłogę niezgorzej niż napotkana wcześniej gospodyni. Kot zaczął lekko drapać łapkami po wielkim psim brzuszysku, na co samemu zainteresowanemu wykwitł na pysku grymas niewyobrażalnej ekstazy. Całą tą sielankę zakończył sam Feliz krótką komendą znaczącą najpewniej coś na kształt – siad. Pies usiadł naprzeciw kota, a jego postać nabrała naraz groźnego wyrazu.

- To jest Szatan – kot przedstawił chłopakowi psa.

- To jest Tom, nasz przyjaciel – teraz spojrzał na psa, który zrozumiawszy aluzję właściciela wyciągnął olbrzymią łapę w stronę młodzieńca. Ten nie chcąc urazić uczuć wielkiego stworzenia uścisnął mu prawicę, do czego nie musiał nawet specjalnie się schylać.

Kot wydał zwierzęciu kolejną komendę, którą musiało być spocznij, gdyż Szatan powrócił do swojego zajęcia. Było nim wylegiwanie się na wielkim posłaniu ulokowanym w rogu pokoju i spokojne degustowanie kości, która wnioskując po rozmiarze mogła należeć na przykład do konia.

- Zamknij drzwi i rozgość się – zaproponował Tomowi kot, który wykonał jednocześnie dziwny gest łapką po czym w ciemnym pomieszczeniu rozbłysły zawieszone w powietrzu zielone płomyki, rozświetlając całe pomieszczenie migotliwym, szmaragdowym światłem.

- Co to za pokój, czyj to pies? – zapytał chłopak z pewną dozą szacunku w głosie, na widok cudów których właśnie doświadczył.

- Wynajmuje to pomieszczenie od Alli, kobiety którą spotkaliśmy na dole. Pies należy do mnie. Nie miej mu za złe niezbyt miłego powitania, ale nastały niebezpieczne czasy i wszyscy musimy być ostrożni. To bardzo poczciwe psisko, po prostu trochę boi się obcych.

- Jesteś... – Tom szukał właściwego słowa, nie znajdując jednak delikatniejszego określenia dodał - kotem. Jak możesz wynajmować mieszkanie? I dlaczego ten pies się Ciebie w ogóle słucha?

- No cóż – przybrał niewinną minę kot – nie zawsze byłem kotem. To dlatego tak długo musiałem się tłumaczyć właścicielce. Kiedy wynajmowała mi pokój za pierwszym razem byłem jeszcze człowiekiem. Problem polega na tym, że ona strasznie nie lubi kotów. Powiedziała, że nie wyrzuci mnie tylko z powodu Szatana, bo nie ma serca pozbawiać go dachu nad głową.

Pies uporawszy się w kością, której drzazgi walały się teraz po podłodze postanowił przyłączyć się do towarzystwa. Podszedł do łóżka na którym siedzieli Feliz i Tom poczym zaległ pod nim kładąc wielki łeb tuż obok kolana chłopaka. Ten niepewnie sięgnął ręką jego pyska i delikatnie go pogładził. Pies nie protestował.

- Czy myślisz że możemy się tu zatrzymać? – spytał Tom.

Kot zmrużył oczy jakby się zastanawiał nad pytaniem.

- Nie przejmuj się, gospodyni nas nie wyda, znam ją od lat. To bardzo mądra kobieta, a do tego w pełni popiera naszą sprawę.

- Czym jest ta NASZA sprawa?

- Jest powodem Twego uwięzienia, a także zniewolenia wielu innych Tobie podobnych.

- Mnie podobnych? Co to znaczy?

- To znaczy niewinnych – odparł z uśmiechem kot – widzisz jest wiele spraw o których mógłbym Ci opowiadać godzinami, a których ty i tak teraz nie zrozumiesz. Myślę, że powinieneś najpierw zobaczyć TO na własne oczy zanim wdamy się w dyskusję. W tym celu właśnie wybierzemy się dziś wieczorem do tawerny, o której wspominał staruszek.

- Nie sądzisz, że on może na nas donieść? To może być pułapka.

- Owszem, ale wiedząc o tym, będziemy na to przygotowani. Po pierwsze musimy zrobić coś z Twoją twarzą, nikt nie może Cię rozpoznać. Po drugie, potrzebujemy na to pieniędzy. Dużo tego nie mam, ale znajdziesz trochę drobnych w skrzyni. Mam tam kilka srebrnych blaszek i parę miedzianych blach. Tom sięgnął do skrzyni, w której poza ubraniami odnalazł kilka zaokrąglonych i wydłużonych metalowych płytek nawleczonych na konopny sznurek. Zabrał cały plik przypominający nieco pokaźną kolekcję nieśmiertelników po czym uwiązał całość u pasa. Kot wskoczył do skrzyni i wygrzebał z niej jakąś koszulę, którą podał chłopakowi. Było to skromne, lniane odzienie, niemal identyczne z tym noszonym przez większość podróżnych napotkanych przy bramie. Charakterystycznym elementem ubioru był głęboki kaptur gwarantujący anonimowość użytkownikowi, który akurat by sobie tego zażyczył. Widać skrywanie twarzy nie było niczym niezwykłym w tej okolicy, gdyż często praktykowali je mijani na ulicach miasta przechodnie. Feliz kazał chłopakowi nałożyć koszulę i założyć kaptur, zanim razem będą mogli wyjść do ludzi.

- A co z dziewczyną? – przypomniał sobie młodzieniec.

- Alla się nią zajęła, jeśli chcesz możemy do niej zajrzeć przed wyjściem.

- A dokąd idziemy? Nie jest jeszcze za wcześnie na tawernę, staruszek wspominał, że będzie tam dopiero wieczorem?

- Ten kaptur to tylko półśrodek, potrzebujemy czegoś skuteczniejszego. Poza tym, musimy nadrobić twoje lingwistyczne braki. Nie zawsze będę mógł Ci służył za tłumacza, czasem będziemy się musieli rozdzielić.

Perspektywa pozostania samemu sobie w tym nieznanym świecie, w dodatku z zaledwie strzępami informacji o swoim własnym napełniła Toma strachem. Jak dotąd nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógłby zostać sam, jak wtedy w studni służącej mu za więzienie. Jak poradził by sobie bez pomocy kociego przewodnika? Gdyby nie on, teraz Tom mógłby już... nie żyć. Chłopak odgonił od siebie złe myśli. Był oczywiście wdzięczny kotu za pomoc, ale postanowił, że jak najszybciej musi się usamodzielnić. Nawet ten cwany kot, nie zawsze będzie wstanie mu pomóc, a kto wie, może kiedyś to futrzak będzie potrzebował wsparcia z jego strony. Chłopak czuł, że przez cały czas zaciąga pewnego rodzaju dług wobec Feliza, który kiedyś przyjdzie mu spłacić.

- Chodźmy już – zdecydował Tom, przerywając prowadzony w myślach monolog – prowadź do dziewczyny.

- Masz coś przeciwko towarzystwu Szatana? – spytał kot.

- Nie – odrzekł szczerze Tom. Zdążył już polubić psiaka, a poza tym czuł się o wiele pewniej w jego towarzystwie, teraz gdy ten już go znał.

Chłopak sprawdził swój ekwipunek, poprawił nieco gryzącą go koszulę po czym zamknął drzwi na klucz za całym towarzystwem. Kot poprowadził ich na koniec korytarza, gdzie natknęli się na Allę po cichu wymykającą się z jednego z pokoi. Kobieta zamknęła drzwi na klucz i spojrzała prosto w oczy Feliza, który wskakując na grzbiet Szatana niemal dorównywał jej wzrostem. Właścicielka lokalu nie była wysoką kobietą, a rozmiary psa pozwalały kotu znaleźć się z nią twarzą w twarz.

- Oczy Ci się nie zmieniły – stwierdziła Alla patrząc w błękitne oczy kota – czego chcecie?

- Chłopak chciał się zobaczyć z dziewczyną – odpowiedział kot w swojej ojczystej mowie.

- Śpi... apsik – kichnęła gospodyni – nie ważcie mi się jej teraz budzić, bo głowy poukręcam. Biedne stworzenie potrzebuje spokoju. A teraz zejdź mi z oczu kocie, bo najwyraźniej mam na ciebie alergie.

Kobieta pogłaskała psa po łbie po czym szybko zniknęła za drzwiami kolejnego z pomieszczeń. Kot w skrócie przetłumaczył chłopakowi słowa gospodyni stwierdzając, że lepiej jej nie złościć i zajrzeć do dziewczyny później, po czym cała trójka opuściła budynek.

 

Chłopak martwił się, że jego niecodzienna kompania będzie zwracać na siebie uwagę, obawy okazały się jednak najzupełniej nieuzasadnione. Nawet zamaskowana postać w środku dnia nie budziła tu, w środku miasta, najmniejszego zainteresowania, ze względu na powszechność występowania owego zjawiska. Z resztą miasto tłumnie odwiedzane było przez liczne podejrzane indywidua, z pośród których od wielu wręcz oczekiwałoby się nie wystawiania swego oblicza na widok publiczny. Ci jednak jak na złość nie mieli akurat żadnych skrupułów by przyprawiać przechodniów w najlepszym wypadku o brak apetytu. Kot prowadził towarzyszy głównymi ulicami, przez rynek, często także pod samym nosem służb porządkowych, których prowizoryczne, zbite z desek posterunki poobklejane były licznymi podobiznami poszukiwanych. W tłumie każdy mógł czuć się najzupełniej anonimowy, co bardzo odpowiadało Tomowi, który po raz pierwszy od spotkania z kotem poczuł się nie jak ścigany, ale jak turysta. Tak też nieświadomie zaczął się zachowywać, rozglądając się na wszystkie strony i wypytując swego przewodnika o wypatrzone przez siebie co po ciekawsze architektoniczne cuda. Jednym z nich był położony przy głównej drodze budynek przed którym rzucały cienie cztery olbrzymie posągi. Z odległości z jakiej zaobserwował je młodzieniec zdawały się one poruszać. Kot wytłumaczył mu, że budynek stanowi tutejszy uniwersytet, a cztery kamienne postacie reprezentują kolejno dziedziny jakimi zajmują się tutejsi mistrzowie. Ostatecznym celem wyprawy okazał się mały sklepik ukryty w podejrzanie wąskiej uliczce z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Sklepik wewnątrz wydawał się jeszcze mniejszy niż na zewnątrz ze względu na zbyt dużą ilość zgromadzonych w nim dóbr. Każdy nie tylko wolny fragment sklepiku zapełniony był dziesiątkami książek o dziwnie zdobionych okładkach. Bezpośrednio pod sufitem porozwieszane były różne towary, z których sporą część stanowiły dziwaczne wiatrowe dzwoneczki. Wykonane one były z każdej możliwej materii: od metalu przez drewno a na kości kończąc. Choć w sklepiku w ogóle nie dawało się odczuć przepływu powietrza dzwoneczki cały czas delikatnie obijały się o siebie rozbrzmiewając melodią tak złożoną, że aż, poddającą w wątpliwość jej samoistne źródło. Sklepik wypełniony był także szeroką gamą rozmaitych zapachów kadzidła i ziół. Całe pomieszczenie rozświetlały na zielone zawieszone w powietrzu płomyki, te same które zdobiły pokój Feliza.

 

Gdy zarówno Tom jak i Feliz znaleźli się w środku pomieszczenia, pozostawiając Szatana przed sklepem, nieliczni klienci sklepu powitali ich wyjątkowo podejrzliwymi spojrzeniami. Wszyscy stali bywalcy mieli mocno przekrwione oczy od nadmiaru czytania i niedostatku światła podczas wykonywania owej czynności. Kot nakazał chłopakowi zdjąć kaptur z głowy. Widać taki panował tu zwyczaj, pomyślał Tom, widząc że nagle nieliczni klienci stracili nim jakiekolwiek zainteresowanie. Feliz jak zwykle gdzieś zniknął, a Tom postanowił wykorzystać wolną chwilę by się nieco rozejrzeć. Całe pomieszczenie miało kształt sześcianu w którego centrum znajdował się drugi mniejszy utworzony przez stół wyłożony towarem. Chłopak już chciał wyciągnąć dłoń w stronę dziwnych medalionów pokrytych literami przypominającymi pismo runiczne gdy nagle zerwał się gwałtownie na dźwięk znajomego języka wypowiadanego nieznanym głosem.

- Czy mogę w czymś pomóc? – zagrzmiał bas postawnego mężczyzny w średnim wieku. Był on wyższy od Toma niemal o głowę, miał gęstą czarną brodę i szczery uśmiech składający się z niemal kompletnego garnituru żółtawych zębów. Ubrany był w upodabniający go do karczmarza przybrudzony fartuch.

- Nie strasz chłopaka Monty, pokaż mu towar – kot przybył we właściwym momencie by oddzielić Toma od naruszającego jego strefę intymną sprzedawcy po czym wspiął się na stolik.

- Bardzo proszę młodzieńcze to jest gada... – tu głos nieznajomego przestał być zrozumiały w tym samym momencie, gdy ten zdjął z szyi złotą obrożę w kształcie podkowy. Brodacz kontynuował monolog, ale już we własnym języku po czym wyciągnął w stronę Toma błyszczący przedmiot, ani na moment nie przestając mówić.

- Załóż go, sprawdzimy czy pasuje – zachęcił zdezorientowanego chłopaka kot.

Tom wziął metalową obręcz i założył ją na szyję. Brodaty sprzedawca poprawił mu dziwny przedmiot na szyi jak gdyby dopasowywał mu krawat, a ten zacisnął się nieco na karku młodzieńca. Metal nie uciskał, ale przylegał idealnie do szyi Toma niczym wykonany z gumy i naraz basowa mowa sprzedawcy znów nabrała sensu.

- No... Felizie, pasuje idealnie – Monty spojrzał na kota zagadkowo, po czym skierował wzrok na Toma - rozumiesz mnie chłopcze?

- T-tak... – chłopak bardzo się zdziwił, gdyż zaczął powoli wyłapywać z otoczenia znajome wyrazy. To co wcześniej było dla niego tylko niezrozumiałym szumem nagle stało się szeptem rozmów pozostałych klientów sklepiku Monty’ego. Za sprawą dziwnego urządzenia chłopak rozumiał tutejszy język.

– Co to jest, jak to działa? – spytał zafascynowany.

- Gadacz wyłapuje intencje, tak jakby sens wypowiedzi. Przekaz jaki zawarty jest w słowach nadawcy przetwarza na adekwatny impuls w głowie odbiorcy i odwrotnie. To trochę jak czytanie w myślach – sprzedawca powiedział to w taki sposób, że aż dało się poczuć nienamacalną wartość jego towaru. Tom miał wrażenie, że rośnie ona z każdym wypowiadanym przez niego słowem, co zaczęło go nieco martwić, więc postanowił przestać zadawać pytania.

- Tylko, jeśli te myśli zostaną najpierw wypowiedziane – dodał kot studząc zapał Monty’ego.

- Niestety, potwierdził brodacz, inaczej bym wam go nie sprzedał. Oczywiście musicie zrozumieć, że tak rzadki przedmiot nie jest tani, nie łatwo było wejść w jego posiadanie i ciężko będzie się z nim rozstać. Twój koci przyjaciel pewnie jeszcze pamięta jak go razem zdobyliśmy – sprzedawca zwrócił się do Toma, po czym spojrzał na Feliza z uśmiechem.

- Widzisz, miałem rację, mówiąc, że warto zbierać pamiątki, wraz z odległością od miejsca ich zebrania zyskują sporo na wartości. Ostatnio wypytywał o niego jakiś dziwny typ. Widać, że obcy bo strasznie kaleczył język. Jego oferta mocno mnie zaintrygowała, ale wolałem nie sprzedawać nie wiedząc komu i do czego ma posłużyć. Tamten mocno się wykłócał, ale wiesz jak jest. Pamiętasz młoteczek? Ciągle trzymam go pod ladą, gasi zapał największego zapaleńca. Tym razem mam jednak wrażenie że to coś innego, wolę się go pozbyć zanim narobi mi kłopotów. Przynajmniej zostanie po naszej stronie, co nie przyjacielu. – sprzedawca poklepał Toma po plecach z mocą wydzierającą mu dech z piersi.

- Jeśli chodzi o cenę, mamy tylko tyle. Pokaż mu – kot zwrócił się do chłopaka, a ten pokazał brodaczowi plik srebrnych i miedzianych blach.

- Niewiele, bardzo bym rzekł niewiele. Ale niech tam. Nie będę wydzierał ostatnich groszy przyjaciołom – stwierdził z bólem serca sprzedawca, tonem takim jakby rozważał taką możliwość. Należał on do tego typu skąpców, którzy nigdy nie darowali klientom choćby jednego grosika, nawet jeśli zapewniano ich, że doniesie im się „przy okazji”. A jednak czasem Monty okazywał hojność. Działo się to jednak na tyle rzadko, że w niczym nie umniejszało jego opinii sknery.

- Dostaniecie go... gratis. Nie wiem czy ta wasza książka wam w czymkolwiek pomoże. Postępu nie zatrzymacie, porządku świata nie zmienicie... Gdyby się wam jednak udało... pamiętajcie, że się do tego nieco przysłużyłem – dodał sprzedawca obdarzając tęsknym spojrzeniem gadacza, który jeszcze do niedawna był jego własnością.

- No widzisz, wychodząc naprzeciw twym słowom przyjacielu, możemy przyznać Ci jeszcze więcej zasług w imię naszej sprawy – tu kot wymownie spojrzał na młodzieńca.

- A tak – odrzekł po namyśle Tom. Gadacz, który ściśle przylegał mu do karku umożliwiał mu nie tylko pojąć obcą mowę, ale także pozwalał dać zrozumieć swoją własną słuchaczom którzy jej nie znali. Efekt przypominał nieco oglądanie obcojęzycznego filmu z lektorem.

- Pościg... nie rozpoznać... listy gończe – zawahał się Tom, samemu nie wiedząc, czy został zrozumiany. Reakcja sprzedawcy rozwiała jednak jego wątpliwości.

- Spokojnie młody, nie tak szybko, to cacko musi się do Ciebie najpierw dostroić. Wiem czego jeszcze wam trzeba, ale to nie jest na sprzedaż.

- A kto mówi o kupnie – wtrącił szybko kot – chcemy ją tylko wypożyczyć.

- Hmm... A co proponujecie poddać w zastaw? – Monty chciwie spojrzał na kark Feliza.

- Zakładam, że w grę wchodzi tylko jedna rzecz – kot niechętnie schylił głowę przed brodaczem i czekał cierpliwie aż ten drżącymi rękoma zdejmie mu wisior z szyi.

- Bierz i uważaj na niego, może dostarczyć Ci więcej problemów niż gadacz.

Do sprzedawcy nie dotarło ani jedno słowo po tym, gdy ten otrzymał już swój upragniony zastaw w postaci wisiora z kryształem mieniącym się wieloma odcieniami błękitu. Z ogólnego błogostanu wyrwał go kot upominając się o swoją część transakcji.

- Zaraz wam ją przyniosę – i z trudem oderwawszy wzrok od kryształu Monty poczłapał na zaplecze roztrącając klnących pod nosami klientów, nie śmiejących wyrazić swojego sprzeciwu wprost wobec postawnego sprzedawcy.

- A co z kluczem, nie będziemy go potrzebować? – zmartwił się Tom.

- Spokojnie, może i Monty sprzedał by sam siebie gdyby tylko zaoferowano mu właściwą cenę, ale na pewno nigdy by nas nie oszukał. Klucz do pętli będzie u niego bezpieczny. Nie znam drugiego tak chciwego człowieka, ale nie znam także nikogo tak honorowego. Jego słowo znaczy więcej niż tysiąc umów spisanych przy świadkach. Poza tym, na razie nie mamy z klucza żadnego pożytku, a TO bardzo się nam przyda dziś wieczorem w tawernie.

Rozmowę przerwał niosący niewielki pakunek sprzedawca.

- Pewnie jeszcze nigdy takiej nie widziałeś, co chłopcze? To prawdziwa Maska.

Monty rozwinął pakunek ukazując oczom Toma jego zawartość. Była to połyskująca metalicznie, wypolerowana jak lustro srebrna maska. Brodacz złożył ją delikatnie na ręce młodzieńca, a ten z namaszczeniem uniósł ją odruchowo na wysokość oczu. Maska była wyjątkowo lekka i wytrzymalsza niż można by wnioskować z jej niewielkiej grubości. Gdy Tom spróbował ją przymierzyć powietrze wokół niej zaczęło wibrować jakby zaczęło się nagrzewać. Przedmiot cały czas pozostawał jednak chłodny. Im bliżej skóry znajdowała się maska tym bardziej stawała się przezroczysta przyjmując postać otaczającego ją falującego powietrza, które stopniowo zaczęło rozmywać rysy chłopaka. Maska przylgnęła do jego twarzy stapiając się z nią. Chłopak spoglądał to na sprzedawcę to na kota w poszukiwaniu wyjaśnienia co ma teraz uczynić. Monty i Feliz wymienili porozumiewawcze spojrzenia po czym pierwszy z nich podał Tomowi lustro. Ten uchwycił je niepewnie zastanawiając się czego ma się spodziewać i jakich zmian wypatrywać w swym wyglądzie. Początkowo młodzieniec myślał, że sprzedawca zrobił mu kawał, gdyż przyglądając się wizerunkowi postaci okolonej ramką lustra spostrzegł jedynie brodatą twarz wielkiego sprzedawcy. Po chwili zauważył, że ten przygląda mu się z dziwnym zainteresowaniem.

- I jak się podoba?

Chłopak wzdrygnął się na te słowa rozpoznając, iż wypowiadane są głosem brodacza którego postać w ramce w ogóle nie poruszyła ustami. W tym momencie Tom zrozumiał, że lustro działa właściwie ukazując twarz która się w nim odbija. Tyle tylko, że odbijała się w nim inna twarz niż ta którą chłopak zapamiętał z portretów na wysłanych zanim listach gończych. Teraz miał twarz sprzedawcy! Chłopak zaczął nagle testować możliwości swej nowej powierzchowności przybierając coraz to dziwniejsze miny.

- Podoba mu się – zapewnił sprzedawcę kot – ale tej twarzy raczej nie możemy użyć w tawernie, nie jest zbyt wyjściowa – Feliz wyszczerzył się do obu Monty’ch.

- Skoro nie możesz nam zaproponować własnej, to nie narzekaj ty kocia mordo – sprzedawca udał oburzenie - Użyczam wam tylko maski, swojego wizerunku nie zamierzam, bo i nie stać was na to – rozpromienił się Monty zdzierając maskę z twarzy chłopaka i wręczając mu ją ponownie.

- No a teraz spadać mi stąd, bo klienci czekają.

Tym nazbyt oczywistym kłamstwem sprzedawca przegnał obu kontrahentów ze swojego sklepiku i z szybkością huraganu pognał na zaplecze. Żaden z klientów nie oderwał ani na moment nosa znad wertowanego dzieła z wyjątkiem tych którzy akurat drapali się po tej części twarzy. Ale cel uświęcał środki, a tam czekał na niego jego zastaw – klucz do pętli umożliwiającej podróż niemal w dowolne miejsce nie tylko na tym świecie, ale także jak głosiła legenda do odległych zakątków całkiem nowych, nienazwanych jeszcze światów.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania