Krzew Jałowca
Było sobie kiedyś małżeństwo, które nie zaznało wielkiego bogactwa, choć nigdy niczego im nie brakowało – przynajmniej niczego, za co da się zapłacić. Najbardziej na świecie pragnęli dziecka, lecz wyglądało na to, że nie było im ono pisane.
Przed domem, na podwórzu, rósł piękny krzak jałowca. Z jakiegoś powodu stał się on dla nich szczególnym miejscem. Czy dręczyło ich zmartwienie, czy nawiedzała zaduma, czy serce przepełniała radość – wszystko znosili właśnie tam. Nie inaczej było pewnej zimy.
Kobieta stała z jabłkiem w dłoni tuż przy krzewie, pogrążona w myślach. Obierając je, skaleczyła się w palec. Kropla krwi błysnęła szkarłatem na białym, świeżym śniegu. W tym momencie z jej ust wyrwało się westchnienie:
– Ach, gdybyż to dziecko było moje… rumiane jak krew i białe jak śnieg!
Gdy tylko wypowiedziała te słowa, zapachniało jałowcem, a jej zrobiło się lżej na duszy, jakby cała troska spłynęła wraz z tą jedną kroplą krwi. Wróciła do domu.
Miesiąc później stopniał śnieg. Potem budziła się przyroda. I tak miesiąc za miesiącem kobieta kwitła niczym ten krzak jałowca.
Niestety w ósmym miesiącu ciężko zachorowała. Z łzami w oczach, czując, że nadchodzi jej czas, powiedziała mężowi:
– Mój luby, jeśli umrę, pochowaj mnie pod naszym krzakiem jałowca.
Kilka tygodni później urodziła syna. Patrząc na niego, czuła, że radość rozsadza jej serce. Jeszcze tylko uroniła łzę, pocałowała maleństwo i ostatkiem sił wyszeptała:
– Jesteś… rumiany jak krew… jesteś biały jak śnieg… jesteś mój synku… zawsze będę przy tobie…
Łzy przestały napływać. Oczy się zamknęły. Serce pękło, oddech ustał. W izbie rozeszła się słodka woń jałowca.
Mąż pamiętał obietnicę. Gdy kopał grób, robił to wściekle, z pretensją do całego świata, do Boga – rozrzucał ziemię na wszystkie strony, jakby liczył, że żona przyjdzie i go powstrzyma. A za chwilę usypywał kopiec delikatnie, jak najmiększą pierzynę. Gorzkie łzy spływały mu po policzkach i padały na korzenie krzewu. W końcu wziął ciało żony i oddał je pod opiekę jałowca.
Czas mijał. Łzy wyschły, żałoba zbladła. Mężczyzna zaczął się nawet uśmiechać, pokazując synkowi krzak jałowca. Wydał on jeszcze dwukrotnie plony, a serce mężczyzny mocniej ponownie zabiło.
Ożenił się powtórnie.
Nie minęło wiele czasu, gdy na świat przyszła piękna dziewczynka o złotych włosach. Chłopiec, rumiany jak krew i biały jak śnieg, pokochał siostrzyczkę całym sercem, a ona jego.
Ojciec traktował oboje równo, lecz nie zawsze sprawiedliwie. Kacper był wszak jego dziedzicem i pierworodnym – co często powtarzał – dlatego wymagał od niego znacznie więcej. Dziewczynce zaś pobłażał i darzył ją łaskawszym okiem.
Nowa żona Marlenkę – bo tak córka miała na imię – kochała głęboko i hołubiła. Lecz gdy tylko spojrzała na chłopca, na jej serce spadał nieprzenikniony mrok. Wydawało jej się, że chłopiec stale wchodzi jej w drogę, jest za głośny, za ruchliwy, że psuje wszystko, czego się tknie.
Szeptał jej to chyba sam Boruta, bo chłopiec nie dawał ku nienawiści żadnego powodu. A jednak ganiała go z kąta w kąt, popychała, beształa i karciła. Za najmniejsze przewinienie potrafiła uderzyć go tak dotkliwie, że na skórze zostawały siniaki.
Chłopiec żył w ciągłym strachu. Nie potrafił zrobić niczego, co mogłoby odmienić jego los. Jego szlochy i płacz nieraz docierały do uszu ojca, lecz żona powtarzała zawsze to samo:
– To huncwot, mój drogi. Roztrwoni kiedyś cały majątek, źle wybierze sobie żonę. Zbyt lekka ręka… dziedzica w przyszłości do naga rozbierze.
Serce ojca ściskało się z bólu, lecz w słowach żony widział ponury sens. W końcu ona go kochała, nigdy przecież źle by mu nie doradziła… prawda?
Pewnego dnia Marlenka wbiegła do izby matki na górze.
– Mamo, dasz mi jabłuszko?
Matka z trudem uniosła ciężkie wieko wielkiego kufra okutego żelazem. W środku panował chłód, taki sam, jaki niegdyś utrzymywała nieboszczka pierwsza żona. Marlenka wzięła w obie rączki soczysty, rumiany owoc i spojrzała na niego z apetytem. Jednak zaraz spytała:
– Matko… a braciszek też dostanie jabłuszko? Nie chcę, żeby był smutny.
W matkę jakby wstąpił zły duch. Twarz jej pociemniała, a usta wykrzywił grymas.
– Moja kochana… – powiedziała dziwnie słodkim głosem – myślisz, że Kacper tak samo się tobą przejmuje?
Stojąc przy oknie, kątem oka dostrzegła chłopca wracającego do domu. Uśmiechnęła się zimno, wyjęła jabłko z rąk córki i wrzuciła je z powrotem do kufra.
Masz rację, córeczko. Niech będzie sprawiedliwie. Nie dostaniesz jabłka, dopóki nie dostanie go brat. Idź się bawić. Zobaczymy, czy on tak samo się za tobą ujmie.
Chwilę później chłopiec zajrzał przez uchylone drzwi izby. Macocha, widząc go, zawołała łagodnie:
– Podejdź, synu. Widzę, że miałbyś ochotę na soczyste jabłuszko.
Wszedł niepewnie.
– Tak… wielką ochotę mam, matko. Ale czemu jesteś dziś taka rozpalona? Czy jesteś chora?
– Nic mi nie jest. Przed chwilą dawałam jabłko Marlence, ale wieko jest bardzo ciężkie. Nachyl się do środka i weź sobie sam, ja je przytrzymam.
Gdy tylko pasierb wsadził głowę do kufra, w kobietę wstąpiła jakaś ciemna siła. Jakby zamroczenie. Gdy się ocknęła, miała puste dłonie, a ciężkie wieko zacisnęło się na szyi chłopca. Krew odpłynęła jej z twarzy. Stała blada jak trup, chwiejąc się na nogach. Chłopiec jeszcze dychał – palce jego dłoni drgały spazmatycznie.
Wtedy usłyszała szept tuż przy uchu, zimny i osądzający:
– Ty głupia kobieto… teraz stracisz wszystko. Chłopiec powie ojcu, co zrobiłaś. Ten zabierze ci córkę, wypędzi na cztery wiatry. Nikt cię już nie zechce. Nie jesteś już młoda… Córkę wyda za mąż, a ty zgnijesz w nędzy. Zamtuz będzie twoim domem…
– DOŚĆ! – wysyczała przez zęby.
Krew wróciła do jej twarzy. Odzyskała siły. Uniosła wieko, spojrzała na wijącego się jeszcze chłopca i wycedziła z pogardą:
– To jabłko... było robaczywe.
Z całej siły zatrzasnęła kufer. Ciało pasierba osunęło się bezwładnie, a jego głowa gruchnęła głucho o dno kufra. Zapach jałowca jakby wzbił się ze skrzyni i wypełnił całe pomieszczenie.
- Ty gęsia głupia – hihotał głos jakby zza ucha. – Córka ci nie wybaczy. Powie ojcu, żeś ją odesłała. Że to ty na niego czekałaś. Poślą cię do wszystkich diabłów. Nic nie dostaniesz. W nędzy dokonasz żywota…
Patrz i się ucz! – syknęła, jakby piekło miało zamarznąć.
Wzięła ciało nieboraka i posadziła je na krześle. Wyjęła głowę z kufra i postawiła na szyi, lecz ta wciąż spadała. Tylko Westchnęła i wyciągnęła z szafy białą apaszkę ciasno obwiązując nią szyję chłopca, składając głowę z tułowiem. W martwą dłoń włożyła piękne, rumiane jabłko. Pułapka była gotowa.
Chwilę później matka w kuchni gotowała wodę w wielkim garnku. Zawołała Marlenkę z podwórza i powiedziała spokojnie:
– Idź, dziecko, do brata na górę. Dałam mu jabłko dla ciebie.
Dziewczynka pobiegła, lecz zaraz wróciła.
– Matko, Kacper siedzi na krześle i nie reaguje. Jest taki blady… Od niego bije chłodem. Poprosiłam go o owoc, ale on tylko patrzy w dal i nic nie mówi. Przestraszyłam się.
– Nieładnie się zachowuje – odparła matka. – Idź jeszcze raz na górę i poproś o jabłko. Jak nie da, daj mu w ucho. Dla nauczki. Bo nieładnie jest, gdy ktoś dobre serce wykorzystuje.
Marlenka poszła z lekkim żalem. Stanęła przed bratem i poprosiła o jabłko. Chłopiec nadal jej nie zauważał. Zirytowana podeszła bliżej i małą rączką strzeliła go w ucho.
Kacper się nie odezwał. Nie krzyknął. Tylko głowa zakołysała się dziwnie…
Przeraźliwy chłód przebiegł przez ciało dziewczynki. Chciała jabłko, a bratu głowę urwała? Ta zsunęła się z karku, uderzyła w rękę, wybijając z niej owoc, i potoczyła się po podłodze razem z jabłkiem.
Marlenka pobiegła do matki z płaczem tak wielkim, że ledwo łapała oddech.
– Matko! Straszna rzecz się stała! Brat nie chciał mi dać jabłka, więc… tak jak powiedziałaś… dałam mu w ucho. Chyba za mocno, bo urwałam mu głowę! – zanosiła się szlochem.
– Dziecko! Coś ty zrobiła! – Matka złapała się za głowę. – Miałaś dać w ucho, a tyś go zabiła! Ojciec ci nie wybaczy, ukaże cię srodze…
– Mamo, ja nie chciałam… – wybuchnęła jeszcze większym płaczem.
– Wiem, kochanie. Wiem… Ale co się stało, już się nie odstanie. Ja ci pomogę. Tylko musisz być cicho i nie pisnąć ani słowa. Zrobię tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
Przerażone dziecko skinęło głową a Matka rozpoczęła swoje ostateczne dzieło.
Z kąta kuchni widział to wszystko Boruta. Splunął siarką przez ramię i wycharczał złośliwie pod nosem:
– Nie wiem, skąd mi to babsko nadali… Przy niej nawet siarka słodyczą wali
Nadszedł czas kolacji. Ojciec wrócił do domu zmęczony. Kobieta nakryła stół i postawiła na nim sowity posiłek. Gdy tylko usiedli, ojciec rozejrzał się zdziwiony.
– Gdzie jest mój syn? Czemu nie je z nami?
– Poszedł do ciotki – oznajmiła spokojnie żona.
– I tak bez słowa? Nawet na mnie nie poczekał? O pozwolenie nie zapytał?
– Powiedział, że musi odpocząć. Jedz, kochany, póki aromat się unosi.
Marlenka siedziała blada jak ściana i patrzyła, jak rodzice zajadają się mięsem. Sama nie wzięła do ust ani kęsa – potwornie mdliło ją od samego zapachu.
– Och, żono, cóż to za przepyszna kolacja – westchnął pan domu, przełykając sowity kęs mięsa oderwany od kości. – Cóż to za cudowne mięso?
– Kochany, to najlepsze, co miałeś. Jedz śmiało, by nic się nie zmarnowało – odparła kobieta z nieukrywanym zadowoleniem, oblizując małą kosteczkę.
– Ach, te żeberka… delikatne i soczyste – zachwycał się mąż, obgryzając dokładnie każdą kość. – Przeszłaś dziś samą siebie, ma żono.
Marlenka poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Próbowała je powstrzymać.
– Mężu, wiem… wszystko, co najlepsze, tylko dla ciebie – powiedziała matka, wysiorbując szpik z kolejnej kosteczki. – Ten przepis był długo w mym sercu chowany.
– Zjedz coś, dziecko, bo jesteś blada – parsknął śmiechem ojciec. Tłuszcz spływał mu po brodzie. – Brat by nie wzgardził, sam by się zajadał.
To było za wiele. Łzy popłynęły strumieniem. Ojciec śmiał się głośno, biorąc do ust kolejny kęs, matka patrzyła na niego z cichym zadowoleniem i obgryzała kostki. A Marlenka doskonale pamiętała, jak przygotowywano tę „pyszną kolację”.
Widziała, jak matka poćwiartowała ciało jej brata. Odrąbała rączki, odcięła nóżki, połamała żebra. Wszystko wrzuciła do wielkiego garnka i gotowała w czarnym rosole. Dziewczynka musiała podrzucać drewno do ognia, bo matka powtarzała: „żeby z tej zbrodni nic nie zostało”. Teraz patrzyła, jak matka obgryza palce własnego syna, a ojciec z lubością zatapia zęby w nodze pierworodnego, myśląc, że to golonka.
Marlenka zemdlała.
Gdy się ocknęła, leżała we własnym łóżku. Narzuciła na ramiona jedwabny szal i na paluszkach pobiegła do jadalni. Pod stołem leżały porozrzucane kości. Zebrała je wszystkie drżącymi rączkami, cicho płacząc, jakby tym gestem przepraszała brata za swoje winy. Zawinęła je starannie w szal i wyniosła na podwórze.
Boruta został w środku. Był wyraźnie zdezorientowany. Usiadł na balu, gdzie jeszcze niedawno kruszono kości chłopca, i jak aktor na scenie, z goryczą i obrzydzeniem, odezwał się sam do siebie:
Widziałem, jak krew miesza się z rosołem… jak mała siostra zbiera kości w jedwab. To już nie moja gra. Tu diabeł nie jest potrzebny. Tu diabeł… przeszkadza – zniknął.
Marlenka padła na kolana przy krzewie jałowca. Delikatnie położyła zawiniątko na ziemię. Swoimi małymi rączkami drapała, robiąc wgłębienie. Przy tym wszystkim cicho, żałośnie kwiliła – nie dlatego, że palce o korzenie raniła. Płakała, bo swego brata bardzo kochała, a teraz jego kości do małego grobu pod jałowcem składała.
Gdy jedwabne zawiniątko glebą pokryła i łzami żalu całą zalała, zapach jałowca uniósł się w noc.
Nagle, znikąd, spadła nieprzenikniona mgła. Otuliła wszystko tak, że dziewczynka niczego nie widziała. Lecz czuła ciepło – przyjemne i błogie – bijące z wnętrza rośliny.
To duch matki tulił zawiniątko do piersi. Nucił niezrozumiałą piosenkę. W końcu duch położył zawiniątko na ziemi. Palcami rozwinął jedwab. Spojrzała na szczątki swego syna – rumianego jak krew i białego jak śnieg. Położyła się przy nim i zachwyciła, jakby co dopiero go urodziła. Ona już go kiedyś całowała, gdy własne życie chłopcu darowała.
I pewnie zostaliby tak razem w tym grobie, gdyby nie ta potworna niesprawiedliwość, która rodzeństwo spotkała.
Matka złożyła na nich pocałunek:
– Leć, mój synu, do ludzi. To jeszcze nie twój czas. Leć, głoś im prawdę, śpiewaj cudną piosenkę.
Zerwał się wiatr i rozgonił mgłę. Z krzewu bił blask, oświetlający płaczące dziecko. Wyleciało z niego przecudne stworzenie – bajeczny ptak. Usiadł na ziemi u stóp Marlenki i pięknie zakwilił. Dziewczynce na sercu zrobiło się dziwnie błogo i roześmiała się. Ptak szczypnął ją w rąbek koszuli nocnej i odleciał w dal…
Cóż to za piękny ptak! – zachwyciła się siostrzyczka i z lżejszym sercem do domu. wróciła
Ptaszyna poleciała w świat i śpiewała ludziom przedziwną piosenkę:
„Moja matka mnie zarżnęła,
Mój ojciec mnie zjadł
Moja siostrzyczka Marlenka
Zebrała wszystkie moje kosteczki
Związała je w jedwabny szal
Położyła pod jałowcem.
Ćwir, ćwir! Ach, jakiż piękny ptak ze mnie!”
Ludzie różnie reagowali. Jedni sypali mu ziarno, inni przeganiali, lecz byli i tacy, których śpiew poruszył do głębi.
Tkaczka siedziała przy krosnach. Gdy usłyszała słowa o matce, która zabiła, i o ojcu, który zjadł, tylko westchnęła ciężko. Ale kiedy doszły do niej słowa o dziewczynce, która zbierała kosteczki, ręce jej zadrżały, a czółenko wypadło z dłoni. Wstała powoli, jakby nagle postarzała się o całe lata, wyszła przed próg i długo patrzyła na ptaka. Oczy miała pełne łez.
– Ach, biedna, biedna dziewczynka… – szepnęła. – Tyle bólu w tak małym sercu. Gdybym mogła choć odrobinę zabrać jej tego ciężaru…
Ptak spoglądał na nią uważnie. Po chwili znów otworzył dziób, lecz tym razem zaśpiewał tylko te słowa:
„Moja siostrzyczka Marlenka
Zebrała wszystkie moje kosteczki
Związała je w jedwabny szal”
Tkaczka zrozumiała. Bez słowa wróciła do izby, zdjęła z krosna szal, który właśnie tkała – delikatniejszy i piękniejszy niż wszystkie, jakie kiedykolwiek wyszły spod jej rąk – i wyciągnęła go ku ptakowi drżącymi dłońmi.
– Weź… – powiedziała cicho, prawie szeptem. – Niech jej będzie choć trochę lżej.
Ptak chwycił szal w pazury i odleciał, zostawiając na ziemi jedno piękne, złote pióro.
Ptak leciał dalej. Ujrzał człowieka siedzącego wysoko na dachu. Był to zdun, który naprawiał stary komin. Ptak usiadł na kalenicy, tuż obok niego, i zaśpiewał całą pieśń od początku do końca. Gdy tylko słowa o matce, która zabiła, i o ojcu, który zjadł, rozległy się w powietrzu, ręce zduna zadrżały. Kielnia wypadła mu z dłoni i ześlizgnęła się po dachówkach. Zaprawa spłynęła mu po palcach.
Przypomniał sobie własną żonę. Kochała ich synka nad życie. Gdy chłopiec zachorował, nie odstępowała go ani na krok. Czuwała dniem i nocą, aż sama się zaraziła. Odeszli prawie jednocześnie. Najpierw syn, kilka dni później ona. Został sam, z pustym domem i ciężkimi rękami.
"Czy gdybym wtedy bardziej pilnował… – przemknęło mu przez myśl. – Czy gdybym nie poszedł tego dnia do pracy…
Zdun pochylił głowę. Z oczu trysnęły mu grube, słone łzy i wpadały prosto w świeżą zaprawę. Płakał bezgłośnie, a łzy mieszały się z gliną i wapnem, wsiąkając głęboko w to, czym właśnie naprawiał komin. Ptak zamilkł. Przysiadł mu na ramieniu na tą ciężką chwilę, po czym poderwał skrzydła i odleciał, zostawiając na dachu jedno złote pióro. Zdun siedział jeszcze długo. Wiatr poruszał jego siwe włosy, a słone łzy wsiąkały w zaprawę.
Następnego ranka w domu, przy którym rósł krzew jałowca, wszyscy zasiedli do śniadania. Ojciec był smutny – od kilku dni nie widział syna. Macocha siedziała niespokojnie, jakby lada chwila miała usłyszeć wyrok. Marlenka miała podkrążone oczy od płaczu, a jednak czuła, że może wydarzyć się coś dobrego.
Przez otwarte okno dobiegł śpiew:
„Moja matka mnie zarżnęła…”
Sztućce wypadły macosze z rąk. Zamarła. Ojciec i córka spojrzeli na nią.
„Mój ojciec mnie zjadł…”
Mężczyznę przeszył ostry ból w trzewiach. Schwycił się obiema dłońmi za brzuch. Macocha, blada jak trup, odwróciła ku niemu pusty wzrok i zaczęła nienaturalnie, cicho hihotać. Ojciec poderwał się z krzesła, słaniając się na nogach. Marlenka zapłakała – nie wiedziała, czy z radości, czy ze strachu.
„Moja siostrzyczka Marlenka…”
Dziewczynka zerwała się jak struna.
– Kacper!!! – krzyknęła i podbiegła do okna.
– Nareszcie… – wycedził przez zęby ojciec, podpierając się o stół.
– To niemożliwe… – wyrwało się macosze.
„Zebrała wszystkie moje kosteczki…”
Ojciec z trudem otworzył drzwi.
– Chodź tu, nicponiu… Niech cię przytulę. Już nie jestem na ciebie zły…
Ból stawał się nieznośny.
„Związała je w jedwabny szal…”
Marlenka przecisnęła się pod ramieniem ojca.
– Kacper! Kacper! Ja nie chciałam… Ja przepraszam… – zbiegła za jałowiec. Jej płacz nagle ucichł.
„Położyła pod jałowcem.”
Ojciec zszedł po schodach, trzymając się poręczy.
– Żono… pomóż mi. Coś mnie strasznie w żołądku miele. Syn wrócił. Trzeba go przywitać.
– Po moim trupie… – wystękała macocha, kiwając się przy stole. – To jakieś czarcie sprawki…
Mężczyzna machnął ręką i poszedł za krzew. Gdy zajrzał za jałowiec, stanął jak wryty. Marlenka klęczała na ziemi, a na jej kolanach siedział przepiękny ptak. Wpatrywali się w siebie. Gdy ptak spostrzegł ojca, odwrócił się ku niemu i zaśpiewał:
„Ćwir, ćwir! Ach, jakiż piękny ptak ze mnie!”
Ojciec opadł na kolana. Ptak przeskoczył mu na uda i upuścił złoty przedmiot. Gdy mężczyzna podniósł go, oczy zaszły mu łzami. Poznał. To była obrączka z wygrawerowanym imieniem Fleur – ta sama, którą przed laty nieświadomie zakopał razem z pierwszą żoną.
Marlenka klasnęła w dłonie i zaczęła biegać wokół jałowca, jakby to był najszczęśliwszy dzień jej życia.
Z domu dobiegały ciężkie kroki, sapanie i dyszenie.
Ojciec klęczał. Myśli wirowały mu w głowie: radosne okrzyki córki, odgłosy z izby, śpiew ptaka, powinność wobec nieboszczki. Obrączka paliła w dłoni. Marlenka rzuciła mu się na szyję, ale on nie rozumiał już jej słów. Zerwał się wiatr. Rozszedł się intensywny zapach jałowca.
Nagle wszystko stanęło. Myśl stała się czysta i przerażająca:
Czy moja żona… czy ja… Marlenka… ja… Chryste…
W drzwiach stanęła macocha. Twarz miała purpurową, włosy poszarpane, w oczach odchłań, a na ustach drwiący uśmiech. Dyszała ciężko. Marlenka schowała się za ojcem. Ten wciąż powtarzał bezgłośnie: „To nie ja… to niemożliwe…”
Macocha zeszła ze schodów. Coś skrywała za plecami.
– Gdzie to wstrętne ptaszysko? – syknęła.
Ojciec jakby się ocknął. Wstał i zasłonił córkę.
– Ty… to nie możesz być ty…
– Mężu… – dyszała, zbliżając się powoli. – Nigdy nie jadłeś lepszej kolacji. Sam tak powiedziałeś. Napełniłeś brzuch własnym dziedzictwem. Nasyciłeś się sercem swojego syna.
Słowa uderzyły go jak noże i wyrwały z odrętwienia. Macocha wyciągnęła zza pleców nóż.
– A ty, niewdzięczna smarkulo! Myślisz, że coś cię uratuje? Ja to wszystko dla ciebie zrobiłam! Gdyby nie ja, zostałabyś z niczym. Twój kochany braciszek dostałby wszystko i zostawiłby nas na lodzie. Tak jak nie dał ci nawet jabłka!
Marlenka szlochała, tuląc się do ojca. Wtedy z jałowca wzbił się ptak i stanął między nimi.
Macocha zatrzymała się.
– Ptaszydło wstrętne… Nauczę cię nie wtykać dzioba w nie swoje sprawy…
Wtem rozbłysnął oślepiający blask – ten sam, który pojawił się, gdy Marlenka składała kości brata w płytkim grobie. W miejscu ptaka stanął Kacper. Zapadł mrok. Patrzył na macochę bez nienawiści, niemal z litością. Kobieta upadłą
– Jak to możliwe?! – krzyknęła. – Przecież cię nie ma! Sama wyjmowałam twoją głowę ze skrzyni… łamałam kości… gotowałam…
Kacper spojrzał na nią łagodnie.
– Wszystko jest, jak być powinno. Wybaczam ci, matko.
Zerwał się gwałtowny wiatr. Przed stopami macochy upadł odłamek czerwonej cegły. Podniosła go, obejrzała, spojrzała na męża, na Marlenkę, na Kacpra. Zapadła grobowa cisza. Było tak cicho, że słychać było, jak z jałowca spada pojedyncza jagoda.
Nagle nad jej głową rozległ się huk. Macocha uniosła wzrok. Zdążyła tylko krzyknąć i bezskutecznie zasłonić się ramieniem.
Komin runął.
Cegły i gruz zasypały ją całkowicie, łamiąc kości tak, jak ona połamała kości pasierba. Słone łzy zduna, które wsiąkły w zaprawę, dokonały tego, czego nie mógł uczynić sam ptak.
Ojciec opadł na kolana przed synem.
– Wybacz… nie wiedziałem… nie chciałem…
Kacper jednak spojrzał najpierw na siostrę. Zdjął z szyi szal – ten, który otrzymał od tkaczki.
– To ty mi pomogłaś. Zebrałaś moje kości i owinęłaś je swoim szalem. Za twoje czyste niewinne serce daję ci ten. Niech cię ogrzewa tak, jak twój ogrzewa moje szczątki.
Marlenka wzięła szal. Gdy owinęła się nim, poczuła, jak coś ciężkiego i bolesnego w jej piersi powoli puszcza.
Ojciec wciąż szlochał, błagając, by syn został. Kacper przyklęknął i wyszeptał mu do ucha:
– Zła nie odwrócimy. Czasu nie cofniemy. Zaniedbań nie naprawimy. Dorosłeś, ojcze.
I wtedy ojciec naprawdę zrozumiał.
Z jałowca rozlał się ponownie miękki blask. W jego świetle ojciec ujrzał Fleur – taką, jaką była za życia. Uśmiechała się. Kacper podszedł do niej. Matka wzięła syna za rękę.
Fleur spojrzała jeszcze na męża.
– Już nikt z nas nie będzie sam, kochany.
Potem oboje zniknęli w blasku – tam, gdzie nie ma już cierpienia.
Jeszcze raz uniosła się woń jałowca. Potem jagody zaczęły opadać, igły żółknąć i szarzeć. Gałęzie trzeszczały i łamały się. Krzew uschł. Jego rola dobiegła końca.
I chciałbym powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie. Ale po co kłamać?
Żyli lepiej. Godząc się z własnymi demonami i próbując odkupić winy względem tych, których skrzywdzili.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania