Krzyk liści

Liście paliły się dymnym kolorem.

Słońce chowało się w chmurach nad borem,

Czasem rzucając promienie skwapliwe,

Ciche i zimne. Zwabiało cierpliwie

Muchy i gady w złociste swe blaski,

By już po minucie pozbawić je łaski,

Rzucając je w płytkim cieniu i chłodzie.

Rzadkie śnieżynki topniały na lodzie

Cienkim dywanem kryjącym kałuże.

Kasztan się chylił ku ziemi, ponurze

Zwiesiwszy gałęzie, nagie i czarne,

Wijące się niczym żmije koszmarne

W porywach wiatru, dmącego z północy

I zwiastującego nadejście złej nocy.

Ogniste zarzewie płonęło nad lasem,

Jak gdyby przyroda tęskniła za czasem,

Gdy ogień pożerał smukłe topole,

A dym wnet przykrywał zasiane pstre pole,

Bruzdami okopów się krzywo szczerzące,

Gdy w szarym niebie pociski gorące

Ze świstem ścinały krawędzie obłoków,

Gdy silne głosy fałszywych proroków

Wlewały się w uszy, pchały i gnały

Na śmierć. Gdy z życiem człowieka igrały

Czcze obietnice: dawały nadzieję,

Lecz krwawą łuną barwiły te dzieje,

Co w oczach potomków budzą jedynie

Gorycz. W zwycięstwa słodkiej malinie

I tak jest za dużo zgniłego robactwa,

By jakiekolwiek zdobyte bogactwa

Zdołały ukoić serca i dusze

Tych, których bracia, zabici przez kusze,

Leżą pod wątłym krzyżem cmentarnym,

Z ciałem, zmrożonym chłodem polarnym,

Co nie ustąpi. Lecz lat bieg utarty,

Prawami przyrody i ludzi poparty,

Nie zmieni się nigdy, mimo to wszystko,

Co dobre: za lasem nadejdzie urwisko,

Z którego się stoczym, podniesiem i znowu,

Nie dając się przestrzec mądremu słowu,

Spadniem. Lecz gdzie my trafimy

Ciągle spadając? Bezmyślnie palimy

Zwoje historii, których opary

Nas trują, spuszczając ponownie kotary

Na scenę wojny, dopiero zagraną,

A już po chwili wnet zapomnianą.

Różowe niebo zmieniło się w czarne.

Mrok łatwo zwyciężał wysiłki wsze marne

Martwego słońca, by z dzikiej otchłani

Się podnieść. Brzozy, jak gdyby kapłani,

W ukłonach niskich ku ziemi dążyły,

A nad ich wierzchami kruki krążyły.

Wiatr, niczym chory w malignie, jęczący,

Powiew po ziemi toczył kłujący,

Chmury ganiając, jak stada baranków,

Nie czekających na przyjście poranków,

Gdy słońce zaświeci, lecz i przez burzę

Pasących się cicho w zieleni chmurze.

Lecz gdy czyste niebo w prześwitach widniało

Bezduszną pustką wszak nie jaśniało,

Bo gdzie gwiazd gromady, tam nigdy pustki

Nie widać. Świetlistych promieni wypustki

Zszywały niebiosa, swym blaskiem po trochu

Dodając otuchy, wskrzeszając coś z prochu,

I świat tajemnicy otworząc dla ludzi,

Lecz świat ginący, gdy dzień ich obudzi.

Czerń przecinały komety ogniste,

Jak gdyby dzieło zawiodło artystę,

I ten, oszukany, w porywie złości,

Je kreśli, lecz próżno prawo swe rości

Do jego zniszczenia, bo ono niebacznie,

Po trochu, kryjomo, lecz niedwuznacznie

Od stwórcy swojego się oddaliło,

I w coś odległego się przemieniło,

Zwątpiwszy nawet w stwórcy istnienie,

I w miłość jego, i w jego natchnienie.

Jesieni, ty jesteś ze wszystkich por roku,

Jak gdybyś zrodzona w epoce baroku,

Najmroczniejsza, lecz jakaż prawdziwa zarazem!

Ty jesteś człowieka życia obrazem,

Ty jesteś źródłem natchnienia poety,

Ty jesteś ogonem ognistej komety,

Lecz jednocześnie węgielkiem zgaszonym,

Popiołem, przez burzę w powietrze wznoszonym.

Nie odchodź, jesieni, pozostań przez chwilę,

Nim zima swe skrzydła roztoczy na mile

I skuje swym mrozem serca i dusze.

Ja liści krzyki zapisać te muszę,

By móc nawet w środku wiosny zielonej

Pamiętać o rzece marzeń spalonej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania