Krzyżackie tajemnice

Siedziałem w bibliotece. Dłonie moje spoczywały na starym, pokrzyżackim Mszale. Miał bogate ilustracje przedstawiające świętych wspominanych w różnorodne dni roku. To one mnie zaciekawiły. Chciałem je opisać, zinterpretować. Myślałem, aby z najciekawszymi wydać kalendarz. Mając ręce złożone na okładce, wyszeptałem do siebie:

- Jakże chciałbym poznać twoje tajemnice. Pokaż mi je!

Prąd przeszedł przez moje dłonie, kamienie ozdabiające okucia zabłysły. Pociemniało mi w oczach.

***

Stałem w jakiejś bibliotece. Przez witrażowe okno wpadało niewiele światła. Surowe mury ze starej cegły stanowiły tło dla pięciu szaf bibliotecznych, zapełnionych starodawnymi tomami. Pośrodku na ceglanej posadzce leżały dwa perskie dywany. Na jednym z nich stał stary stół w stylu gdańskim, otoczony pięcioma krzesłami. Na drugim – ustawione naprzeciw siebie dwa fotele. Właśnie z jednego z nich podniósł się jakiś mężczyzna. Ksiądz, poznałem po sutannie. Na piersi krzyż. Z twarzy znajomy. Ale kim on jest?

- Jednak to ty. Świat stoi przed obliczem większego zagrożenia, niż myślałem.

- Nie wiem, o czym mówisz – odparłem nieśmiało. – Gdzie ja w ogóle jestem? Nie pamiętam, jak tu wszedłem… Przepraszam, ale chyba nie czuję się dobrze…

- To normalne. Siadaj – wskazał fotel. Ze stojącej obok szafki wyjął dwa kieliszki, butelkę koniaku. Podniosłem oczy ze zdumienia! To nie był polski winiak, ani radziecki koniak. To jakiś wyrób z Zachodu! Riserva Privata Barricata – przeczytałem złote litery na czarnej etykiecie. Italia. A więc z Włoch, biskup – jak wskazywał ubiór nieznajomego – mógł dostać od kogoś w prezencie.

- Pij, nie oglądaj – podał mi kieliszek, delikatnie wyjmując mi butelkę z rąk. – Może to ostatni raz, gdy pijesz coś takiego. Świat zmierza do zagładzie. A skoro tu jesteś… to będzie to szybciej, niż się spodziewałem.

- Nie rozumiem. Nie wiem, kim jesteś, choć twarz twoja wydaje mi się znajoma. Nie wiem, skąd się tu wziąłem! I mam spokojnie pić koniak?

- To grappa, nie koniak. Ale owszem, teraz masz spokojnie wypić. Alkohol ciut przełamie muzułmańską magię i wróci ci większość pamięci. Choć wydarzeń z ostatnich trzech dni nigdy nie przypomnisz sobie. Mam nadzieję, że nie chowałeś gdzieś ostatnio skarbu – zaśmiał się.

Łyknąłem. Kurcze, to było o niebo lepsze od radzieckich koniaków. Nagle jakby mnie prąd przeszedł. Pamięć wróciła. Wiedziałem, kim jest siedzący przede mną mężczyzna. Arcybiskup Damian, mój przełożony.

- Wasza Ekscelencjo! – padłem na kolano i pocałowałem pierścień. – Proszę o wybaczenie! Nie wiem, co się ze mną działo!

- Siadaj, synu, i słuchaj. Dobrze rozumiem, że nie wiesz. Ja też nie rozumiałem, gdy jako młody ksiądz, krótko po wojnie, czytałem notatki pozostawione przez oficerów SS w naszej bibliotece. Po tym, jak wywieźli i wymordowali wszystkich profesorów Seminarium, obiekt przejęło SS.

- Jako placówkę do szkolenia Hitlerjugend… - dopowiedziałem, pamiętając z wykładów w najnowszej historii Kościoła.

- Oficjalnie tak – potwierdził arcybiskup. – I faktycznie, w pokojach po klerykach zostali zakwaterowani młodzi chłopcy. Ale biblioteka, katedra, skarbiec były zamknięte i pilnie strzeżone przez SS. Moim zadaniem było dowiedzieć się, czego szukali naziści.

- Nigdzie o tym nie było w podręczniku – zdumiałem się. – A przecież to Wasza Ekscelencja go napisał.

- Nigdzie nie było i nigdy nie będzie. Nie rozpowszechniamy okultyzmu.

- Okultyzm? U nas?

- Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, gdy przyjechał na nasze ziemie, z Ziemi Świętej przywiózł nie tylko umiejętności budowy twierdz i innych obiektów, przekraczających ówczesny poziom cywilizacyjny Słowian. Przywozili i inne ciekawe rzeczy, zdobyte gdzieś w Jerozolimie. Od umierających pielgrzymów można było wysłuchać niejedną ciekawą opowieść, poznać niejedną wschodnią tajemnicę. Według źródeł, jeden z Wielkich Mistrzów przywiózł tutaj, na tereny gdzie planowali zbudować swoje państwo, Siedem Wielkich Artefaktów, dzieło jednego z muzułmańskich mistyków. Kalif uznał to za dzieło obrażające Allaha, mistyk został ścięty, a Wielkie Artefakty zaginęły. Według jednej z legend zostały przewiezione tutaj. Z polecenia samego Hitlera, który w okultyzmie szukał szans na zwycięstwo, SS-Sonderführer Hans Fridrich von Schwarzerstein szukał ich tutaj.

- Przecież to bajki i mrzonki… - zaoponowałem nieśmiało…

- Twoja obecność tutaj temu zaprzecza. Odnalazł spis artefaktów i niektóre z nich zidentyfikował. Na szczęście nadejście linii frontu powstrzymało jego prace. Sam zdołał użyć jednego z nich i uciec do Argentyny. Był pierwszym po wiekach Mistrzem Artefaktów. Kolejnym zostałem ja, badając jego notatki.

- A ja niby jestem trzecim? – uśmiechnąłem się z niedowierzaniem. Przy całym szacunku do arcybiskupa, staruszek chyba winien udać się na emeryturę…

- Nie… To bym się ucieszył… Ty jesteś czwarty!

- A trzeci to kto?

- Nie wiem! – krzyknął. – W tym problem! Od miesiąca nie mogę spać spokojnie! Ktoś cos planuje, i to złego!

Miesiąc temu było włamanie do skarbca katedry. Nie nagłaśniano tego, w obawie, że komunistyczna władza wykorzysta to jako pretekst do zagarnięcia dzieł sztuki do muzeów, ale plotki głosiły, że zginęły cenne naczynia liturgiczne.

- Co zginęło? – ośmieliłem się zapytać.

- Kielich mszalny Wielkiego Mistrza Heinricha Walpota von Bassenheima – odparł arcybiskup zrezygnowanym tonem.

- To najcenniejszy skarb przechowywany w katedrze – przytaknąłem.

- Mało kto znał jego prawdziwą wartość. Tak naprawdę, to z Heinrichem Walpotem von Bassenheimen nie miał nic wspólnego. To jeden z Wielkich Artefaktów, stworzonych przez owego mistyka. Kości Potęgi – moc ukryta jest w tych kościach, którymi jest ozdobiony. W opisach to kość słoniowa. Tak naprawdę… wydobyto ją z grobu Adama. Tego Adama! Można nim nakłonić człowieka do zrobienia czegokolwiek! Choć tylko na kilka minut…

- To dlatego był wyjmowany…

- Nie kończ! Ale tak, to dlatego, z mojego polecenia. Siedem Wielkich Artefaktów! Krzyżacy przywieźli ich tutaj pięć, jak wskazują źródła. Każdy z nich z niewyobrażalną mocą, ale i obowiązkiem zapłaty za nią. Kości Potęgi. Księga Myśli. Igła Życia. Pierścień Bogów. Talizman Światła. Tego ostatniego nie zidentyfikował Heinrich Walpot von Bassenheim, ani ja. Pierścień Bogów, według notatek esesmana miał chronić użytkownika przed czarami, ale nosiciel przypłaca to chorobą. Chyba zabrał go ze sobą uciekając do Argentyny – w zamyśleniu przekręcił pierścień biskupi na swoim palcu. Księga Myśli – stworzona jako czysta księga, Krzyżacy w niej przepisali Mszał. Potrafi teleportować w dowolne miejsce na kuli ziemskiej. W zamian za to tracisz pamięć. Trzy dni ze swojego życia… Niska zapłata za życie SS-Sonderführera, który tak uciekł Armii Czerwonej. I wreszcie Igła Życia. Najmniej udane dzieło – podał mi ozdobną, złoconą igłę. – Leczy ranę. Ale zapłata jest sroga – musisz w zamian poświęcić coś ze swego życia! Coś najcenniejszego!

Wziąłem ją do ręki. Zapamiętałem ją z katalogu muzeum, bo to było faktycznie dziwactwo, sklasyfikowano to jako ceremonialną igłę Cechu Krawców. A tu taka niespodzianka!

- Zachowaj ją na razie – polecił mi. Wbiłem ją sobie w pas przy sutannie, bo nie miałem za bardzo gdzie jej schować.

- Ale o co chodzi z tym wielkim zagrożeniem świata?

- Każdy z Władców Artefaktów używa po raz pierwszy jednego z nich. Heinrich użył Księgi Myśli. Ja – Kości Potęgi. Co będzie twoim dziełem? Igła Życia? Czy może odnajdziesz Talizman Światła? I jak złodziej zechce użyć Kości Potęgi? I którego Wielkiego Talizmanu jest on Mistrzem? Bo tylko Mistrz może użyć Talizmanu… - spojrzał na zegarek – Chodźmy na kolację.

Wyszliśmy przez małe drzwi na końcu pokoju. Znaleźliśmy się w gabinecie arcybiskupa. Widywałem wcześniej te drzwi, bywając goszczony przez mojego przełożonego, czy będąc wzywany na dywanik, ale sądziłem, że prowadzą raczej do toalety. Co za niespodzianka!

W środę na kolację arcybiskupowi podano kluski z twarogiem i skwarkami. Malo kto o tym wiedział, że arcybiskup jadał skromnie, dla pozoru tylko wyprawiając eleganckie obiady, gdy przybywali ważni goście. Uważny obserwator widział, że metropolita jadał zawsze na nich niewiele. Nie byłem uznany za ważnego gościa. Dostałem michę klusków z twarogiem, śmietaną i skwarkami. Jak u mamy!

Gdy jedliśmy, podbiegł do nas ksiądz Kalikst. Staruszek, który utracił władze umysłowe w katowni UB, całymi dniami nasłuchiwał radia Wolna Europa.

- Słyszał ksiądz dobrodziej? – ksiądz Kalikst tytułował tak wszystkich, od kardynała po kleryka – zamach na Jana Pawła II! Jakiś bandyta strzelił do niego na Placu świętego Piotra! Umierający Ojciec Święty został przewieziony do polikliniki Gemelli.

Zbladłem. Wypiłem kompot truskawkowy. Zerwałem się od stołu. Nie było czasu na pożegnania, na savoir-vivre. Pobiegłem do biblioteki.

- Co się stało księdzu dobrodziejowi? – wyszeptał za moimi plecami ksiądz Kalikst.

- Patrz się. To ostatni raz, gdy widzisz księdza Leona Olszewskiego – odparł arcybiskup. – Jeśli miał powołanie, to więcej go księdzem nie zobaczymy…

Wbiegłem do biblioteki. Zatrzymałem się. Gdzieś ten Mszał krzyżacki musi być. Dojrzałem go na stole. Jakby ktoś go niedawno przeglądał. Obok były notatki. Mój charakter pisma, ale nie przypominałem sobie, abym to pisał. Nieważne.

Wyjąłem igłę z pasa. Wyciągnąłem rękę do przodu, z igłą niby włócznią.

- Księgo Myśli, przenieś mnie do kliniki Gemelli, tak, abym igłą dźgnął Ojca Świętego – powiedziałem na głos, dotykając Mszału. Pociemniało mi w oczach.

***

Oślepiło mnie światło. Leżałem na jakimś człowieku, w sali szpitalnej. Dwóch pielęgniarzy chwyciło mnie i odciągnęło, krzycząc coś w niezrozumiałym języku. Momentalnie wbiegło dwóch jakiś wojskowych, w obcych mi mundurach. Krzycząc coś niezrozumiale wywlekli mnie na zewnątrz. Odwieźli do celi.

Momentalnie zaczęły się przesłuchania. Wrzeszczeli coś w obcym języku, ale tylko wzruszałem ramionami.

- Nie rozumiem – odpowiadałem.

Coś poszeptali miedzy sobą. Zadzwonili po kogoś. Zjawił się jakiś ksiądz.

- Szczęść Boże!

- Szczęść Boże – odpowiedziałem.

- Co ksiądz tutaj robi? – zapytał.

- Nie wiem – rozłożyłem ręce. – Nic nie pamiętam.

- Zaatakował ksiądz jakąś igłą Ojca Świętego w klinice, gdzie został przewieziony po próbie zamachu. Jak się ksiądz tam dostał, pomimo strażników? Skąd ksiądz wiedział w którym pokoju jest Ojciec Święty?

- Nie wiem. Nic nie wiem – rozłożyłem ręce. – Nic nie pamiętam, nawet własnego imienia.

Spojrzał na mnie z powątpiewaniem.

- Non voglio dire niente. Finge di non ricordare. Fallo ubriacare, forse l'ubriaco dirà qualcosa – rzucił do strażników.

Nie wiem, co im powiedział, ale po chwili przynieśli szklankę i butelkę wina.

- Vino? È un polacco. Serviranno due o tre bottiglie di grappa – rzucił im.

Strażnik na te słowa wybiegł ponownie i po chwili wrócił z innymi butelkami. Nalał mi solidnie płynu do szklanki i podał.

Wypiłem. Ostry napój podrażnił moje gardło, aż jakby prąd przeszedł mi po plecach. Rozejrzałem się zdziwiony.

- Gdzie ja jestem? – zapytałem.

- W celi Gwardii Szwajcarskiej na Watykanie – odparł stojący przede mną ksiądz. – Kim jesteś? Kto cię przysłał? Co chciałeś zrobić Ojcu Świętemu?

- Jestem ksiądz Leon Olszewski, z Polski. Ale w Watykanie? Ja? To pomyłka! Nawet nie starałem się o paszport! W sumie… - próbowałem sobie przypomnieć ostanie wydarzenia – szykowałem się do niedzielnych nieszporów, zawsze je śpiewamy z ludem o osiemnastej.

- Niedzielnych? – przerwał mi ów ksiądz. – Jak data dzisiaj?

- Dziesiątego maja – odparłem.

- Dziś jest środa, trzynastego maja – zakomunikował mi zimno.

Przesłuchanie jeszcze trwało długie godziny. Zupełnie nie umiałem sobie przypomnieć ostatnich trzech dni. Najciekawsze przyszło rano.

- Nigdzie w Polsce nie ma księdza Leona Olszewskiego - zakomunikował mi przy pobudce ten kapłan, który mnie przesłuchiwał. – I nigdy nie było. Kim jesteś?

Przesłuchania trwały przez ponad miesiąc. Tłumacze tłumaczyli mi pytania z włoskiego, hiszpańskiego, angielskiego, niemieckiego. Pojawiali się rozmaici kapłani. Pod koniec maja przyszedł mój kolega z seminarium, Mirek.

- Mirek! Jak dobrze Ciebie widzieć! Wyjaśnij im, kim jestem! – zawołałem na jego widok.

- Nie znam cię – odparł mi sucho.

Pięć godzin rozmawialiśmy o życiu w seminarium. Wspominałem wszelkie wybryki kleryków, rzeczy znane tylko seminarzystom, które starannie ukrywaliśmy przed wykładowcami. Śmiał się razem ze mną, ale cały czas się upierał, że mnie nie znam.

- To jakaś sprawa szatańska – zawyrokował, gdy przyszedł przełożony. – Nie znam go, nikt z seminarium go nie zna, a wie o wszystkim, jakby był klerykiem. Chyba, że SB miało takie wtyki…

Przyszli i egzorcyści, ale nie stwierdzili niczego niepokojącego. Nie bałem się wody święconej, nie uciekałem od krzyża, chętnie odmawiałem brewiarz, przyjąłem Komunię świętą…

Następnego dnia wszedł do mojej celi arcybiskup Damian. Przypadłem mu do nóg.

- Wasza Ekscelencjo! – ucałowałem pierścień. – W Ekscelencji cała moja nadzieja! Ci ludzie usiłują wmówić mi, że nie istnieję! Nawet Mirek, z którym mieszkałem rok w jednym pokoju w seminarium, udaje, że mnie nie zna!

- Nie znam cię – na te słowa straciłem nadzieję. Zrezygnowany słuchałem dalej – Odzyskałeś pamięć po wypiciu alkoholu, tak czy nie?

- Tak – potwierdziłem z radością. Wreszcie zaczyna się coś zgadzać!

- I nie pamiętasz nic z trzech dni, pomiędzy dziesiątym a trzynastym maja?

- Zupełnie nic – potwierdziłem.

- Ty mnie znasz, ja ciebie nie znam – zakomunikował mi smutnym głosem. – I nie wiem, jak to się stało, choć mogę się pewnych rzeczy domyślać. Leon Olszewski, świeżo upieczony maturzysta, zaginął w pociągu, gdy jechał złożyć świadectwo do Seminarium Duchownego. To był rok 1970. Ciała nigdy nie znaleziono. Uznany za zmarłego został w 1980 roku. Na symbolicznym pogrzebie zgromadziła się cała wieś, uznając go za ofiarę SB. A teraz słuchaj mnie uważnie, bo mówię to tylko raz i nigdy tego nie powtórzę. Prawdopodobnie przyjechałeś do seminarium i zostałeś księdzem, tak jak masz to w swojej pamięci. Prawdopodobnie nawet ja udzieliłem ci święceń kapłańskich – pokiwałem głową. Tak przecież było! Arcybiskup kontynuował – Ojciec Święty umierał po zamachu. Prawdopodobnie użyłeś pewnego narzędzia, aby go ocalić. I poświęciłeś to, co miałeś najdroższego – swoje kapłaństwo. Zmieniłeś linię czasu. W tym świecie – zatoczył koło rękami – nigdy nie byłeś księdzem. W Polsce jesteś uznany za martwego. Rodzina cię opłakała, nie masz do kogo wracać. Wyjedź gdzieś do Ameryki Południowej, zacznij nowe życie… Stolica Apostolska załatwi ci nowe dokumenty, przez pierwszy rok dostaniesz pieniądze na życie, takie alimenty. Tyle mogę dla ciebie zrobić.

Wyszedł z celi.

***

Leżałem na leżaku nad brzegiem morza. Przez pandemię koronowirusa prawie nie było turystów. Restaurację prowadził obecnie mój najstarszy syn, on się tym zamartwiał. Ja wygrzewałem się na słońcu. Wnuki z wrzaskiem biegały po plaży. Czasem zmęczone siadały koło mnie i prosiły o jakąś opowieść. Opowiadałem im różne historie, prawdziwe i zmyślone. Tylko nigdy, przenigdy nie odpowiedziałem im na pytanie, skąd mam zdjęcie świętego Jana Pawła II, z jego własnoręcznym podpisem i dedykacją. Po tylu latach sam już nie wiedziałem, co jest prawdą.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Patriota 9 miesięcy temu
    Krzyżacy przybyli do Polski po wygnaniu przez króla węgierskiego Andrzeja II z Siedmiogrodu, po nieudanej próbie budowy tam własnego państwa. W Polsce im się to niestety udało. Jak zwykle obudziliśmy się za późno.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania