Kösem - Przewodniczka Osmanów

,,Droga sułtanatu prowadzi przez ogień trawiący nawet najpotężniejszych władców”.

 

STAMBUŁ

 

Styczeń, 1595

Niech żyje sułtan Mehmed Chan!

 

Piętnasty dzień stycznia 1595 roku był niewątpliwie pamiętną datą dla wszystkich mieszkańców stolicy, gdyż wtedy mój ojciec Mehmed Chan, zasiadł na tronie jako trzynasty sułtan Imperium Osmańskiego. W całym Konstantynopolu heroldzi ogłaszali radosną nowinę. Ubogim rozdano ogromne ilości jedzenia, w tym mięsa, a w meczetach odprawiano nabożeństwa za pomyślność i długie panowanie nowego władcy. Za każdym razem, gdy rządy w państwie obejmował kolejny padyszach, okolicznościom tym towarzyszyły różne, często sprzeczne ze sobą nastroje. Z jednej strony, biedny lud, który podświadomie liczył na poprawę swojego bytu, ogarniało szczęście. Z drugiej strony natomiast, osoby z najbliższego otoczenia sułtana oraz jego rodzinę zadręczał strach i niepokój o dalszą przyszłość. Kiedy wezyrowie jak i bejlerbejowie osmańskich sandżaków rozmyślali nad tym, czy zachowają dawne stanowiska, żony mojego dziada sułtana Murada, nieustannie modliły się do Allaha, prosząc go, aby Mehmed Chan darował życie swym braciom. Od dnia koronacji mego ojca żadna z nich nie zmrużyła oka, nie odstępując na krok swoich synów. Nigdy bowiem nie było do końca wiadomo, czy chwila w której matka patrzy na twarz swojego dziecka, nie będzie jednocześnie ich ostatnim spotkaniem. Zawsze, gdy jako mały książę przechodziłem przez harem, wyraźnie widziałem trwogę kryjącą się w oczach matek moich wujów. Żyjąc w pałacu, dosyć często czułem się samotny. Mimo to, że miałem na wyłączność wiele sług gotowych spełnić każdą zachciankę, brakowało mi kontaktu z dziećmi w moim wieku. Chociaż byłem jedynym synem mojej matki - sułtanki Handan, wcale nie byłem jedynakiem. Miałem dwóch braci: starszego Mahmuda i młodszego Mustafę, a także siostrę Dilrubę. Ich matką była Halime, czarnowłosa niewolnica z Abchazji - ukochana konkubina ojca. Z racji tego, iż stanowili oni moje przyrodnie rodzeństwo, matka niechętnie pochwalała to, że chcę spędzać czas ze swoim bratem, ponieważ po pierwsze nienawidziła ona sułtanki Halime, a po drugie widziała w Mahmudzie zagrożenie dla mojej osoby. Jako dzieci w ogóle nie myśleliśmy o tych sprawach: tronie, władzy, Imperium. Żyliśmy beztrosko trzymani z dala od spraw państwowych, ciesząc się spędzanym wspólnie czasem i pielęgnując naszą czystą, braterską miłość. Bez wątpienia najsilniejszą więź czułem właśnie z Mahmudem. To prawda, pochodziliśmy od innych matek, ale zarówno w moich jak i w jego żyłach, płynęła krew naszego ojca – władcy świata. Obaj kochaliśmy się jak bracia zrodzeni z jednej matki.

Dzień po intronizacji ojca do mojej komnaty, w której znajdował się również Mahmud, na polecenie sułtana, przybył jeden z jego strażników. Powiedział on, że władca chce jak najszybciej nas widzieć i nakazał udać się ze sobą. Od razu zaczęliśmy iść w stronę komnaty ojca. Jednak zanim strażnik zdążył oznajmić, że już jesteśmy, zobaczyłem jak moja babka sułtanka Safiye - najważniejsza kobieta w haremie, pospiesznym krokiem w towarzystwie kilku służących podąża złotą drogą, zatrzymując się tuż przed nami pod drzwiami komnaty. Gestem dłoni kazała strażnikowi się przesunąć, a ten wziął mnie za rękę i poprosił, abym się cofnął, by sułtanka matka mogła wejść do środka.

- Przekażcie mojemu synowi, że chcę się z nim widzieć. – powiedziała stanowczym tonem sułtanka Safiye.

- Tak jest, pani. – odpowiedział jeden z agów, pochylając lekko głowę na znak szacunku.

Po chwili wielkie masywne drzwi otworzyły się na całą szerokość i moja babka udała się do wnętrza komnaty. Drzwi niemal natychmiast zamknęły się za sobą, a nam pozostało jedynie czekać, aż sułtanka ją opuści. Czekaliśmy tak wiele minut, lecz sułtanka Safiye nie zamierzała prędko wyjść. Przestaliśmy liczyć płynący czas. Wreszcie drzwi ponownie zostały otwarte. Sułtanka matka dała znak służącym, aby razem z nią udały się w stronę jej apartamentów. Jednak zanim poszła do swojej komnaty, zatrzymała się na chwilę przed nami. Mahmud i ja pozdrowiliśmy naszą babkę ukłonem, a sułtanka odpowiedziała nam lekkim skinieniem głowy. Niestety, nie odezwała się do nas nawet jednym słowem. Gdy przechodziła pomiędzy mną a bratem, w jej bursztynowych oczach dostrzegłem łzy, lecz oprócz nich ujrzałem też gniew i żal. Pomyślałem, że temat, na który rozmawiała z padyszachem musiał sprawić jej wielką przykrość. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby potężna sułtanka Safiye kiedykolwiek uroniła łzę. Widząc, że spoglądamy na jej bladą twarz, od razu uniosła wysoko głowę i dostojnym krokiem podążyła w kierunku komnaty sułtanki matki. Po tym jak odeszła, jeden z agów podszedł do strażnika z którym przyszliśmy i oznajmił mu, że sułtan nas prosi. Po raz trzeci ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi szeroko się rozwarły, a my razem ze strażnikiem weszliśmy do środka. Znajdując się już we wnętrzu komnaty, zobaczyłem ojca zwróconego plecami w naszą stronę, opierającego się rękoma o marmurową balustradę tarasu, z którego widok rozciągał się na zatokę nazywaną Złotym Rogiem. Po jej wodach zaś, pływały ogromne żaglowce. Ojciec miał na sobie aksamitny, granatowy, wyszywany złotą nicią, długi kaftan. Na biodrach przepasany był szeroką klamrą ze złota wysadzaną mieniącymi się w słońcu perłami. Jego głowę zdobił wielki, biały turban, do którego przyczepiono dwa pawie pióra, a na środku nakrycia umieszczony był duży, okrągły, zielony szmaragd. W tym stroju nasz ojciec wyglądał jak prawdziwy władca świata. Nagle strażnik cały czas stojąc zgięty w pasie z pochyloną do przodu głową i wzrokiem skierowanym w podłogę zaczął mówić:

- Panie, zgodnie z twoim rozkazem książęta już są. - powiedział cicho.

Po tych słowach ojciec się odwrócił. Gdy nas zobaczył, uśmiechnął się i czym prędzej zrobił kilka kroków naprzód.

Dobrze. Dziękuję, że przyprowadziłeś moich synów, a teraz zostaw mnie z nimi samego. Jednak, nie oddalaj się, możesz być mi jeszcze potrzebny. - stanowczo odpowiedział sułtan.

Strażnik w mgnieniu oka wyszedł z komnaty, natomiast ojciec uniósł głowę do góry, po czym wziął obydwie ręce za plecy, przybierając w ten sposób majestatyczną pozę. Zawsze tak robił, kiedy miał nam coś ważnego do powiedzenia.

- Moje lwy. – zaczął. - Nawet nie wiecie, jak się cieszę, widząc was takich zadowolonych, beztroskich i pełnych życia.

- To my się cieszymy ojcze, że wezwałeś nas do siebie, abyśmy mogli zobaczyć cię w tym radosnym dla wszystkich dniu. – odpowiedział Mahmud.

- To prawda mój kochany synu. Niewątpliwie, ten dzień jest naszym wspólnym świętem, dlatego chciałbym, byście i wy mieli w nim swój udział. Dzięki Allahowi zasiadłem na tronie Imperium i z jego pomocą będę przykładnie służył naszemu państwu. – poważnym głosem odpowiedział sułtan.

- Jestem przekonany drogi ojcze, że przejdziesz do historii jako wspaniały władca, tak jak twój wielki przodek Mehmed Zdobywca. - z dumą powiedział książę Mahmud.

- Dziękuję ci synu za tak szczere i pełne uznania słowa. Mam nadzieję, że będzie właśnie tak jak mówisz. - z uśmiechem na ustach przytaknął władca. - Jednak... - kontynuował – Nie wszystkim udziela się entuzjazm z tego powodu, iż to właśnie ja z woli Boga zostałem kolejnym padyszachem Imperium Osmanów. Z nowym władcą, wszyscy snują własne plany i mają ukryte nadzieje. Dlatego też dzisiaj, ogłoszę bardzo ważną decyzję, która pozwoli mi cieszyć się pełnią władzy, nie odczuwając strachu przed wszelkimi buntami, które w niedługim czasie mogłyby wybuchnąć.

- Jakie bunty masz konkretnie na myśli, ojcze? - z ciekawością zapytał Mahmud.

- Jesteś jeszcze młody synu i z pewnością nie łatwo dopuścić ci myśl o potencjalnym rozlewie krwi. Nasze tradycje od wieków przypominają o tym, że wraz z nowym sułtanem obejmującym tron, przelana musi zostać świeża krew. Krew, która zapobiegnie w przyszłości buntom prostego ludu i janczarów. Nawet sam padyszach nie jest w stanie oszacować, jak długo będzie mógł cieszyć się swym panowaniem, bowiem nigdy nie wiadomo, kiedy i w jaki sposób się ono zakończy. - kontynuował sułtan, wyraźnie akcentując każde słowo.

- Czy to kwestia krwi, która ma wkrótce zostać przelana, będzie głównym tematem dzisiejszych obrad dywanu? - z niepokojem zapytał starszy książę.

- Owszem, mój bystry lwie. To właśnie z nią związana będzie ważna decyzja jaką podjąłem i którą ogłoszę dziś w obecności wezyrów. - odpowiedział ojciec, będąc pod wrażeniem inteligencji mojego brata. - W związku z tym chciałbym, abyście jutro obaj wcześnie się obudzili i o świcie udali się na Wieżę Sprawiedliwości, ponieważ widok jaki ukaże się waszym oczom z pewnością będzie dla was istotną lekcją na przyszłość. To, co jutro zobaczycie, do końca życia pozostanie w waszej pamięci jako nauka postępowania dla was samych i waszych potomków. - poważnym głosem przemawiał władca, nie spuszczając wzroku z twarzy swoich synów.

- Dobrze ojcze, uczynimy jak każesz. Jutro o świcie pójdziemy z bratem na Wieżę. - odpowiedział posłusznie Mahmud.

- Cieszę się, że mnie rozumiecie. A zatem możecie odejść. Udajcie się dziś wcześnie na spoczynek i jutro punktualnie zjawcie się na Wieży. - z lekkim uśmiechem, lecz poważnym wyrazem twarzy powiedział ojciec.

Następnie po tych słowach, padyszach wyciągnął w naszą stronę swą prawą dłoń, którą najpierw Mahmud, a potem ja ucałowaliśmy.

- Straże! - donośnie zawołał. – Odprowadźcie książęta do ich komnat.

Strażnicy pokłoniwszy się przed nim, wzięli książęta za ręce i opuścili komnatę władcy.

Na drugi dzień o świcie zgodnie z poleceniem ojca, Mahmud i ja poszliśmy na Wieżę Sprawiedliwości. Była to jedna z najwyższych budowli pałacu Topkapi z okna której, widok rozciągał się na główny dziedziniec. Obaj szliśmy w górę po krętych schodach, po czym stanęliśmy pod dużym oknem, opierając się rękoma o jego parapet. Po chwili zobaczyliśmy dwóch haremowych eunuchów, którzy gestem dłoni wskazali na szeroko otwartą bramę. W tym momencie ujrzałem ubranych w czarne kaftany strażników, idących w zwartym szeregu jeden za drugim. Każdy z nich rękoma podtrzymywał długie, drewniane bele. Na nich zaś, oparte były podłużne trumny o różnej wielkości. Sarkofagi te pokryte aksamitnym materiałem w czarnym jak śmierć kolorze, nie zwiastowały niczego dobrego. Na ich wiekach znajdował się wyszywany złotą nicią gruby pas. Taki sposób zdobienia sarkofagów mógł oznaczać tylko jedno. W tych trumnach złożono ciała członków dynastii Osmanów, a dokładnie ciała przyrodnich braci naszego ojca – sułtana. Przechodziły one przez bramę tak płynnie, jak żaglowce dryfujące po Złotym Rogu. Gdy już wszystkie zostały wniesione przez agów na dziedziniec, ustawiono je obok siebie. Dokładnie spojrzałem na każdą z nich. Łącznie na dziedzińcu ułożono dziewiętnaście trumien. Ojciec miał rację. Tego widoku z pewnością nie zapomnę do końca swoich dni. Miałem wówczas jedynie pięć lat. Mahmud był niewiele starszy. Obraz, który ukazał się moim oczom, wstrząsnął mną tak bardzo, że chciałem czym prędzej uciec z tej przeklętej Wieży i wrócić do swojej komnaty. Jednak ojciec życzył sobie, abyśmy z niej nie schodzili, dopóki ta demonstracja nie dobiegnie końca. Wzrok mnie nie mylił. Mój własny ojciec – padyszach świata, bez chwili namysłu rozkazał zabić wszystkich swoich braci. Podczas wizyty na Wieży poznałem okrutną prawdę wynikającą z prastarych obyczajów dynastii. Sułtan Mehmed Zdobywca jako pierwszy władca Imperium Osmańskiego, ustanowił dekret na mocy którego, książę obejmujący tron dla zachowania porządku, mógł bez zgody ulemów pozbawić życia rodzeństwo płci męskiej. Głównym celem tego zwyczaju było zapobieganie powstaniom i bratobójczym walkom o władzę, z czym wiązałoby się osłabienie państwa, a także podział jego terytorium. Łzy niczym strumienie napłynęły do moich oczu, cieknąc po policzkach, a usta i broda mimowolnie zaczęły drgać. Wtedy Mahmud klęknął, wyciągnął ręce w moim kierunku i mocno przytulił mnie do siebie. Spojrzał mi głęboko w oczy, po czym rzekł:

- Mój kochany bracie, masz moje słowo, że jeśli pewnego dnia zasiądę na tronie, nie wydam rozkazu o twojej egzekucji.

Nigdy nie postąpię tak jak nasz ojciec i nie dopuszczę, aby twoja niewinna krew została przelana.

- Obiecujesz? - spytałem go, cały czas patrząc mu w oczy.

- Przysięgam ci, że nawet jeśli zostanę sułtanem, włos ci z głowy nie spadnie. Pewnego dnia razem będziemy rządzić Imperium, a ty zasiądziesz po mojej prawicy i zawsze będziesz przy mnie. Bez ciebie sam sobie nie poradzę. Wspólnie połączymy swoje siły. Będziemy dla siebie wzajemnym oparciem. - ze łzami w oczach odpowiedział Mahmud.

Po słowach wypowiedzianych przez Mahmuda, poczułem ogromną ulgę, a w moim sercu zapanował błogi spokój. Kochałem go i on też mnie kochał. Wszystkie uczucia dzieliliśmy razem niezależnie od tego, czy był to strach, czy miłość. Niewątpliwie, w tym trudnym momencie mogliśmy liczyć tylko na siebie, bo prawda jest taka, że mieliśmy tylko siebie.

Zarówno on jak i ja byliśmy elementami pałacowych gier - pionkami na szachownicy władzy.

 

Listopad, 1603

Od tamtych pamiętnych wydarzeń minęło już osiem lat. Mahmud i ja staliśmy się mężnymi książętami. Nasze matki były dumne z tego, że powoli zdobywamy wiedzę z zakresu historii, geografii, matematyki czy fechtunku, przydatnych dla nas w przyszłości na wypadek nagłego objęcia tronu. Wielkimi krokami zbliżał się czas, kiedy to ojciec miał podjąć decyzję, do której z osmańskich prowincji trafimy jako jego namiestnicy. Gdy książęta z dynastii osiągali stosowny wiek, oczywistym było dla wszystkich, że tak właśnie się stanie. Nawet jeśli myślałem, iż jestem zbyt młody i nieprzygotowany, nie zamartwiałem się. Do sandżaku nie pojechałbym przecież sam, tylko jak nakazywał zwyczaj razem z moją matką sułtanką Handan. To dodawało mi otuchy. Matka od dnia moich narodzin była przy mnie, wspierała i kochała nad życie. To dzięki jej obecności udało mi się przeżyć najtrudniejsze chwile w pałacu. Cokolwiek by się nie działo, ona stanowiła moją tarczę. Dziękowałem Bogu, że mam taką wierną i oddaną matkę. Jednak, kiedy patrzyłem jej w oczy, widziałem w nich zarazem szczęście jak i niepewność. Wynikała ona z tego, że Mahmud jako pierworodny syn ojca nosił tytuł księcia następcy, natomiast ja byłem jedynie drugim synem, na którego być może nie zwracano szczególnej uwagi, jeśli chodzi o moją potencjalną kandydaturę do osmańskiego tronu. Dobrze znając nasze odwieczne tradycje, matka rzecz jasna w pełni zdawała sobie sprawę, co stanie się ze mną, gdy Mahmud po śmierci ojca zostanie kolejnym sułtanem. Jednak stale w pamięci brzmiały mi słowa mojego brata, które wypowiedział przed ośmioma laty na Wieży Sprawiedliwości. One sprawiały, że byłem spokojniejszy. Nie widziałem powodu, dla którego miałbym mu nie wierzyć. Z kolej sułtanka Halime drżała z niepokoju jeszcze bardziej niż moja matka. Wydając ojcu na świat męskiego potomka, wraz z jego pierwszym oddechem, aż do chwili obecnej, żyła w obawie przed stratą swojego dziecka. Im Mahmud stawał się coraz starszy, ojciec zaczął go bacznie obserwować. Co prawda czuł dumę, że mój brat jest bardzo mądrym, odważnym i inteligentnym księciem, ale z upływem lat coraz bardziej patrząc na jego twarz, przestawał dostrzegać w nim swojego kochanego syna, lecz stopniowo rosnącego w siłę rywala. To także mnie nie dawało spokoju. Bałem się, że pewnego dnia ojciec poczuje się zagrożony i zdecyduje się zabić Mahmuda. Bez wątpienia było to możliwe, bo kto jest gotów wydać rozkaz o egzekucji swoich braci, może również pozbawić życia rodzonego syna. Myśli te starałem się oddalać od siebie jak tylko potrafiłem. Do samego końca nie chciałem wierzyć, że ojciec zdoła podnieść rękę na mojego starszego brata. W całym Konstantynopolu mroźna zima zapanowała na dobre. Biały puch pokrył dachy domostw i ulice miasta. Kopułę pałacu Topkapi całkowicie spowiła gruba warstwa śniegu, a jego kryształowe płatki, które podziwiałem z okna mojej komnaty, przybrały kształty różnych figur geometrycznych. Dni stawały się coraz krótsze, co powodowało, iż słońce zachodziło równocześnie z końcem wieczornej modlitwy. Przebywając w swym pokoju, nagle ogarnął mnie błogi sen. Zasnąłem od razu, gdy tylko zamknąłem oczy. Nie wiem, ile dokładnie trwała moja drzemka, lecz niespodziewanie usłyszałem donośny odgłos ludzkich kroków. Najpierw były one regularne, potem stopniowo nabrały tempa. W tamtej chwili poczułem, że w pobliżu nieuchronnie czai się śmierć. Tak podpowiadał mi mój rozum. Natychmiast poderwałem się z łóżka. Następnie założyłem seledynową, jedwabną narzutę, po czym boso wyszedłem z komnaty. Jak tylko zamknąłem jej drzwi, na przeciwko zobaczyłem czterech ubranych od stóp do głów na czarno mężczyzn. Wszyscy szli równo jeden za drugim. Wówczas w dłoni trzeciego mężczyzny znajdującego się w tym szeregu, spostrzegłem gruby, biały sznur. Teraz nie miałem już żadnych wątpliwości. To byli kaci, wysłannicy śmierci, mający zadać ją księciu Mahmudowi, zapewne na rozkaz ojca. Zimny pot oblał całe moje ciało. Ręce i nogi zaczęły się trząść, a usta coraz szybciej drgać. Poczułem się tak, jakbym był sparaliżowany. Nie mogłem oderwać stóp od podłogi i zrobić choćby jednego kroku do przodu. Umysł jednak nakazał mi, abym się opanował. Podszedłem bliżej, by rozeznać się w sytuacji. Prędko pobiegłem w kierunku, w którym szli kaci, a następnie ujrzałem jak dwóch z nich wywarza drzwi komnaty mojego brata. Po chwili wszyscy wtargnęli do środka, siłą wyciągając Mahmuda z łóżka. Nim ten zdołał wydusić z siebie jakiekolwiek słowo, biała, jedwabna lina zacisnęła już swą pętlę na jego szyi. Mój dzielny brat bronił się jak tylko potrafił, lecz jego wysiłki na nic się zdały. Dwóch katów trzymało mocno swoje ręce na jego ramionach, a pozostałych dwóch razem zaciskali sznur na szyi klęczącego na ziemi Mahmuda. Będąc świadkiem tego barbarzyństwa i niesprawiedliwości jaka spotkała mojego ukochanego brata, również klęknąłem na podłodze. Wtem zacząłem krzyczeć na całe gardło: ,,Zdrajcy, zostawcie księcia! Jakim prawem podnosicie na niego rękę! Puśćcie go! Idźcie precz! Niech was Bóg ukarze za przelanie krwi niewinnego człowieka!”. Nie pamiętam, ile razy dokładnie wypowiedziałem te słowa. Jednej rzeczy jestem całkowicie pewien. Tej nocy słyszał je cały harem. Ze łzami w oczach spojrzałem na eunucha, który błagał, żebym wstał z podłogi i wrócił do siebie. Zapytałem go wtedy:

- Jak mam wrócić z powrotem do swojej komnaty? Jak mam spać dalej, tak jakby nic się nie stało?

- Książę, taka była wola naszego sułtana. Jego słowo, to słowo Allaha. Nikt nie może mieć wpływu na jego decyzje, a tym bardziej ich podważać. Nalegam książę, wróć do swojej komnaty. Wystarczająco dużo jak na tę noc już widziałeś. - drżącym głosem odpowiedział eunuch.

Następnie wziął mnie pod ramię i zaczął odprowadzać w stronę moich pokojów. Nogi posuwały się naprzód, lecz głowa zwrócona była w stronę katów oraz leżącego bezwładnie na ziemi ciała Mahmuda, z liną zaciśniętą wokół szyi. Trzeciego listopada w wieku zaledwie siedemnastu lat, mój najdroższy brat zakończył życie. Dzień wcześniej odwiedziłem go jeszcze w komnacie, gdzie do późna rozmawialiśmy. Mahmud powiedział mi wtedy, że poprosił ojca, aby ten wysłał go do prowincji, by jako jej zarządca mógł stanąć na czele janczarów i pomóc sułtanowi w rozgromieniu armii buntowników dżelali, od lat rabujących ziemie Anatolii. Teraz już wiem, że tę prośbę ojciec potraktował jako oczywistą próbę zamachu na jego majestat. W tamtym momencie nie miał już syna, lecz niebezpiecznego rywala, który przy wsparciu janczarów chciał usunąć ojca z tronu. Przynajmniej władcy tak mogło się wydawać. Ja znam prawdę i wiem, że Mahmud nie miał złych zamiarów. Chciał tylko wesprzeć ojca, by razem z nim oczyścić państwo ze zdrajców, a przy tym dowieść swoją bezgraniczną wobec niego lojalność. Tamtego dnia, gdy go uduszono, przekląłem ten pałac. Nazwałem go piekielną otchłanią, ponieważ dobroć, uczciwość oraz czystość sumienia w tych murach nie miała zupełnie żadnego znaczenia. Niewinni ludzie cierpieli najbardziej i w mgnieniu oka tracili życie, a okrutni i bezwzględni byli wynagradzani, wszelkimi sposobami utrzymując się na powierzchni łodzi jaką była łaska padyszacha. Dopóki człowiek znajdował się w jej posiadaniu, mógł czuć się bezpiecznie, lecz gdy ją utracił, nikt już go z tego piekła nie zdołał wyciągnąć. Gdy kaci przechodzący przez harem, nieśli owinięte czarną płachtą ciało Mahmuda, wszystkie odaliski w te pędy podniosły się z poduszek, na których wcześniej siedziały i ustawiwszy się naprzeciw siebie w dwóch szeregach, z niedowierzaniem przyglądały się temu niecodziennemu obrazowi jaki ukazał się ich oczom. Porażające spojrzenia niewolnic po chwili zamieniły się w szepty, a te z kolej stawały się coraz bardziej doniosłe w całej sali konkubin. Wtem w pośpiechu ze swojego pokoju do sali nałożnic przyszła Nisan Hatun – główna służąca sułtanki matki Safiye. Kiedy zobaczyła jak kaci ostrożnie kładą na podłodze martwe ciało księcia następcy, serce zaczęło walić jej niczym młot. W tamtej chwili pomyślała ,,A jednak sułtan to zrobił. Rozkazał zabić swojego najstarszego syna. Jak teraz przekazać tę straszną wiadomość jego matce sułtance Halime? Ona tego nie przeżyje. Ale cóż, znając życie to na mnie niestety spoczywa ten obowiązek. Dlaczego to zawsze ja muszę przekazywać informacje o najgorszych tragediach?” - powtarzała sobie w myślach.

- Cisza! Zamilczcie! - ryknęła Nisan Hatun, starając się zaprowadzić porządek. - Już dość się napatrzyłyście, a teraz marsz każda na swoje posłanie. Nie macie tu czego szukać. Martwcie się o własną skórę, niech was nie widzę. I nie ważcie się nawet szeptem mówić, co widziałyście dzisiejszej nocy. - srogim tonem powiedziała Nisan.

Każda z dziewcząt natychmiast położyła się na swoje łóżko. Żadna z nich nie odezwała się ani jednym słowem. Pomimo, iż sytuacja w haremie została opanowana, nie trzeba było długo czekać, aż informacja o śmierci Mahmuda dotrze do uszu sułtanki Halime. Szepty, a później krzyki konkubin wyrwały ze snu matkę księcia, która w jedwabnej, fioletowej halce wybiegła ze swojej komnaty. Idąc do głównej sali, usłyszała wyrwane z kontekstu słowa: ,,książę, biedny, sznur, wyrok, kaci”. Starała się je zignorować i nie uwierzyła w żadne z nich, dopóki sama na własne oczy nie zobaczyła, co tak naprawdę się stało. Gdy miała przekroczyć próg sali, niespodziewanie naprzeciw niej wyszła Nisan Hatun.

- Pani. – wydusiła drżącym głosem. - Lepiej zaczekaj tutaj i nie wchodź do środka, błagam sułtanko. - ciągnęła dalej.

- Mów natychmiast, co się wydarzyło? - zapytała Halime ze strachem w oczach.

- Pani, niestety nie mamy dla ciebie dobrych wieśći. – z pochyloną głową odpowiedziała Nisan.

- Kobieto, zaczynam tracić cierpliwość! Mówże wreszcie, o co chodzi? Czy to dotyczy księcia? - podniesionym głosem rozkazała Halime.

- Tak pani. Wybacz mi, że to z moich ust usłyszysz te gorzkie słowa, ale nie dano mi wyboru. Sułtanko, nasz władca – sułtan Mehmed Chan dzisiaj w nocy wydał rozkaz o egzekucji księcia Mahmuda. Przyjmij wyrazy współczucia, pani. - ze spuszczoną głową powiedziała Nisan.

- Nie, nie, to niemożliwe! Sułtan kocha swoje dziecko, nie mógłby tego zrobić. Nie wierzę, to nieprawda! Kłamiesz! Przysięgam, każę skrócić cię o głowę! Mój książę śpi teraz w swojej komnacie, a jutro rano przyjdzie do mnie i razem zjemy śniadanie. - odpowiedziała Halime, cała się trzęsąc.

- Jakżebym śmiała kłamać ci prosto w oczy, sułtanko. Nigdy bym się na to nie odważyła.

Księcia nie ma w swojej komnacie. Twój syn jest w raju u Allaha. - powiedziała Nisan, usiłując przekonać Halime.

Wtem jedno ze skrzydeł wysokich drzwi, za którymi mieściła się główna sala konkubin otworzyło się, po czym Halime podchodząc coraz bliżej, zobaczyła dwa drewniane kije podtrzymujące nosze. Na nich zaś, ujrzała długą, czarną płachtę. Gdy nad nimi stanęła, jej ciało zastygło w bezruchu. Po tym jak Nisan Hatun zdjęła materiał z noszy, oddaliła się na bok, trzymając go w rękach i mocno ściskając. Sułtanka Halime cały czas stojąc nieruchomo, nagle padła na kolana. Następnie obydwie ręce położyła na klatce piersiowej swojego pierworodnego syna. Do jej dużych, piwnych oczu napłynęły łzy, które samowolnie zaczęły spływać po różowych policzkach. Sułtanka włożyła swoje dłonie w dłonie Mahmuda, po czym krzyknęła na całe gardło jednocześnie szlochając. Krzyk ten był tak głośny i przeszywający, że nie trzeba było żadnych innych słów, by wyrazić uczucie bólu jakiego doświadczyła Halime. Wszystkie dziewczęta z haremu stały prosto niczym kolumny znajdujące się przy wejściu do pałacu Topkapi.

- ,,Nieeeeee! - żałośnie wykrzyczała Halime. - To się nie dzieje naprawdę!. Mahmud mój lwie, błagam wstań! Otwórz oczy, to tylko zły sen. Za chwilę się z niego obudzisz i znów będziesz przy mnie. Synku spójrz na mnie! Zaklinam Boże, niech mój książę do mnie powróci! - błagała sułtanka, krztusząc się własnymi łzami.

Gdy służące próbowały ją podnieść, Halime tylko wrzasnęła: ,,Odejdźcie precz! Ci mordercy rozerwali moje serce na kawałki! Odebrali mi najcenniejszy skarb, moje dziecko. Tylko patrzeć, aż odbiorą mi mojego małego Mustafę!”. - na cały głos powiedziała zrozpaczona.

- Pani, proszę cię wróć do swojej komnaty i spróbuj zasnąć. - powiedziała cicho Nisan.

- Mówisz mi o śnie, kiedy mój syn wydał ostatni oddech?!- ze złością w oczach odparła Halime.

Po chwili z całej siły objęła ciało Mahmuda mocno je tuląc, a potem ucałowała księcia w czoło. Otarła mokrą od łez twarz, po czym ponownie wykrzyczała: ,,Ja już nigdy nie zaznam spokojnego snu, lecz powiadam wam, że zabójcy mojego dziecka nie zaznają go razem ze mną. Ci, którzy przyłożyli swą rękę do śmierci mojego syna, żadnej nocy do końca życia nie zmrużą oka. Oby dopadła ich rychła śmierć! Niech ten pałac będzie przeklęty! Niech cały utopi się we krwi! Niech niewinna krew mojego dziecka i nieżyjących już książąt całkowicie go pochłonie! Oby żaden z jego mieszkańców nigdy nie zaznał szczęścia, a matki książąt patrzyły na śmierć swoich synów, tak jak dzisiaj ja musiałam patrzeć. Niech śmierć i strach przed nią nie opuszczają was do ostatniego tchnienia! Oto moje przekleństwo. Klątwa dynastii Osmanów!”.

- Wyprawcie mojemu synowi pogrzeb godny księcia. - stanowczym tonem nakazała sułtanka.

Po tych słowach powolnym krokiem opuściła salę konkubin, lecz zamiast udać się do swoich pokoi, skręciła w ścieżkę prowadzącą do apartamentów sułtanki matki Safiye.

Sułtanka Halime pędząc przez długi korytarz niczym burza, w kilka minut znalazła się pod drzwiami komnaty matki padyszacha. Nie czekając, aż jej przybycie zostanie oznajmione, wtargnęła do środka pokoju, w którym na szerokiej kanapie, obłożonej miękkimi poduszkami siedziała sułtanka Safiye. Oprócz sułtanki matki, w komnacie był także jej najwierniejszy sługa, naczelnik eunuchów Basim Aga.

- Wiedziałaś o tym? - ryknęła Halime. - Wiedziałaś, że sułtan każe stracić mojego syna? Nawet, jeśli zaprzeczysz, za grosz ci nie uwierzę!

- Basim Aga, zostaw nas same. Zaczekaj na zewnątrz. - powiedziała łagodnie sułtanka Safiye.

Eunuch natychmiast wyszedł z komnaty, a Safiye i Halime zostały same. Sutłanka matka odstawiwszy na srebrną tacę porcelanową filiżankę z której wcześniej piła kawę, wyprostowała się, a następnie zaczęła rozmawiać z synową.

- Jakim prawem śmiesz wchodzić do mojej komnaty bez uprzedzenia? - zapytała oburzona Safiye. A po drugie, skąd ten pomysł, że jakoby miałabym wiedzieć o egzekucji mojego wnuka? Nikt nie może przewidzieć zamiarów władcy. Wszyscy jesteśmy podporządkowani jego woli i jaka by ona nie była, musimy się z nią pogodzić.

- Pogodzić się? Mój syn nie żyje! Kaci zacisnęli sznur na jego szyi, a ty mówisz mi, że mam to spokojnie zaakceptować? - podniesionym głosem odpowiedziała Halime.

- Opanuj się. Ja też ubolewam nad stratą mego najstarszego wnuka. - odparła Safiye.

- Doprawdy? - z niedowierzaniem zapytała matka zmarłego księcia. - A ja zdążyłam usłyszeć coś zupełnie innego. Czy to nie ty szepnęłaś słowo padyszachowi, że to Mahmud ma zamiar stanąć na czele wyprawy do Anatolii przeciwko buntownikom dżelali?

- Jak śmiesz oskarżać mnie, najpotężniejszą kobietę w Imperium o to, że jestem winna śmierci księcia?! - warknęła Safiye.

- Niech Bóg mnie ukarze, jeśli mówię nieprawdę, a ciebie za to, że kłamiesz zrozpaczonej matce w żywe oczy. Oby nastał rychły kres twojej potęgi, a to przeklęte Imperium niech buntownicy rozerwą na kawałki, tak jak ty i sułtan rozerwaliście moje serce! – ze łzami w oczach odpowiedziała Halime. - Wiem, dlaczego to zrobiłaś. – kontynuowała. - Dobrze wiedziałaś, że sułtan bardzo mnie kocha. Chciał nawet nadać mi tytuł haseki, ale ty oczywiście mu na to nie pozwoliłaś. Zawsze miałaś obsesję na punkcie władzy. Spiskując przeciwko mnie, za twoją namową władca pozbawił życia swojego syna. W ten sposób chciałaś poróżnić nas z padyszachem, abym go znienawidziła, lecz jeszcze większą nienawiść żywię do ciebie, bo ty jesteś winna memu nieszczęściu! Niech spotka cię wszystko, co najgorsze i oby w dniu śmierci nie pozostał ci nikt bliski. Tylko tego ci życzę!

- Na szczęście ty nigdy nie będziesz ani ulubioną żoną mojego syna, ani tym bardziej sułtanką matką, bo jeden z twoich synów jest już na tamtym świecie, a drugi umrze z rozkazu sułtana lub swojego przyrodniego brata. Ty nigdy nie zamieszkasz w tej komnacie Halime. Nikt nie nazwie cię Valide Sultan, tak jak mnie wszyscy nazywają w tym pałacu. Bez wątpienia mam ogromny wpływ na mojego syna, ale ostateczne decyzje podejmuje on sam. Jak widać śmierć księcia Mahmuda uznał za słuszną. - chłodnym głosem odpowiedziała Safiye.

- Jak możesz być taka nieczuła na krzywdę matki, która przed chwilą straciła dziecko? Ty nie masz serca, nigdy go nie miałaś. Dla władzy jesteś gotowa poświęcić dynastię i sprzedać własną rodzinę. - ze spuszczoną głową powiedziała Halime.

- Dynastia Osmanów właśnie dzięki mnie utrzymuje się na tronie przez tyle lat. To ja trzymam to państwo w ryzach, wspierając naszego władcę i doradzając mu w każdej sprawie. Niech jego panowanie będzie długie, a życie szczęśliwe. - powiedziała Safiye, wznosząc do góry swe dłonie.

- Nie. Panowanie sułtana Mehmeda nie będzie długie, ani tym bardziej szczęśliwe. Niech nie minie pięćdziesiąt dni od dziś, a władca powierzy duszę Bogu i stanie przed jego obliczem. Allah osądzi jego czyny. W godzinie śmierci natomiast, będzie wił się w cierpieniu. Tak mi dopomóż Boże. - z podniesioną głową rzekła Halime.

- Idź precz, ty podła czarownico! Wynoś się stąd! Niech twoja stopa nie waży się więcej przekraczać progu tej komnaty! Natychmiast zejdź mi z oczu i radzę ci, dobrze strzeż swojego młodszego syna, bo śmierć czyha na każdym kroku. Nim się obejrzysz, a stracisz drugiego księcia. - również z podniesioną do góry głową i ze wzrokiem wbitym w bladą twarz synowej powiedziała sułtanka matka.

Halime lekko dygnęła, po czym odwróciła się na pięcie, a następnie własnoręcznie otwierając skrzydła masywnych drzwi, opuściła pokój Safiye, udając się w kierunku swoich apartamentów.

 

Grudzień, 1603

 

Od śmierci mojego brata minęło już ponad półtora miesiąca. Czterdziestodniowy okres żałoby zakończył się. Jednak od pewnego czasu mój ojciec – sułtan, zaczął czuć się coraz gorzej. W ciągu tego okresu strasznie zmizerniał i opadł z sił. Przestał jawnie spotykać się z wezyrami na obradach dywanu. Ponadto nieustannie gorączkował. W haremie mówiono różne rzeczy. Powiadano, że klątwa sułtanki Halime, którą rzuciła w dniu śmierci księcia Mahmuda właśnie się wypełnia. Sułtanka Safiye sprowadziła do pałacu doświadczonych medyków i błagała ich, aby skutecznie wyleczyli padyszacha. Lekarze robili co mogli, ale bez rezultatu. Sułtan od kilku dni w ogóle nie wstawał z łóżka. Leżał nieruchomo, mając tylko szeroko otwarte oczy. W zaskakującym tempie pojawiły się u niego problemy z mówieniem, aż wreszcie całkowicie przestał się odzywać. Nie miał nawet siły podnieść ręki, żeby pokazać czego sobie życzy. Służące wraz z medykami oraz moją babką czuwały w komnacie władcy dniami i nocami. Po wielu próbach leczenia, główny lekarz przekazał sułtance Safiye, iż ojcu pozostało niewiele czasu. Lada dzień mógł zakończyć życie. Nie wiedziałem dokładnie w jakim stanie znajduje się władca. Nie przypuszczałem, że jest z nim aż tak źle. Nikt o niczym mnie nie informował. Zapewne uznano to za zbyteczne. Dwudziestego drugiego grudnia minęło równo pięćdziesiąt dni od śmierci mojego starszego brata. Tamtego dnia późną nocą, zostałem obudzony przez naczelnego eunucha Basima Agę, który przyszedł do mojej komnaty na wyraźne polecenie sułtanki Safiye. Na początku, gdy usłyszałem odgłos kroków zbliżających się w stronę mojego pokoju, byłem przerażony. Spodziewałem się katów wysłanych przez ojca, by teraz z kolej mnie pozbawić życia, lecz po tym jak zobaczyłem Basima, kamień spadł mi z serca. Kiedy oznajmił mi, że sułtanka matka chce mnie widzieć, natychmiast założyłem ciemnozielony kaftan wyszywany złotą nicią i wraz z głównym eunuchem wyszedłem z komnaty. Wtedy Basim Aga powiedział, iż sułtanka Safiye pragnie spotkać się ze mną nie w swoich apartamentach, ale w komnacie sułtana. Zdziwiłem się na tę wiadomość, ponieważ nigdy coś podobnego wcześniej nie miało miejsca. Uczyniłem tak, jak sobie tego życzyła. Następnie podążyłem złotą drogą w kierunku pokojów władcy. Zanim zdążyłem wejść do środka, dwaj strażnicy rozwarli przede mną drzwi komnaty ojca. Zrobiłem kilka kroków naprzód, rozejrzałem się dookoła, lecz padyszacha nigdzie nie było. Wówczas dostrzegłem moją babkę stojącą w towarzystwie swoich służących na tarasie, na którym często lubił przebywać władca. Sułtanka Safiye patrzyła na Złoty Róg. Cały Konstantynopol spowiła ciemna noc. Czarna suknia zdobiona perłami jaką sułtanka miała w tym dniu na sobie, lśniła niczym gwiazda na tle granatowego nieba. Po chwili Basim Aga wciągnąwszy do przodu rękę, wskazał na stojące w oddali łoże padyszacha. Ogromne łóżko pokryte było jedwabnymi zasłonami opadającymi z wysokiego baldachimu. Jedna z młodszych służących odsłoniła zasłony, po czym zobaczyłem leżące ezwładnie ciało mojego ojca. Wyglądał tak, jakby spał. Miał zamknięte oczy, a obydwie ręce złożone na klatce piersiowej. Jego głowa ułożona była na miękkiej, purpurowej poduszce. Sam władca zaś, przykryty został gładkim, sobolowym futrem. Na drewnianej szafce obok łóżka znajdował się otwarty koran. W tamtym momencie wszystko zrozumiałem. Odmówiłem wyznanie wiary jak nakazywała tradycja, a potem podszedłem do sułtanki Safiye. Odwróciwszy się w moją stronę z lekkim uśmiechem, lecz poważnym wyrazem twarzy rzekła:

- Mój kochany wnuku. Wezwałam cię tutaj nie bez przyczyny. Zapewne zdążyłeś już zauważyć ciało naszego pana i wszechobecną ciszę w całym pałacu. Żaden człowiek nie wie, co go w życiu czeka. Zawsze coś się zaczyna i zarazem kończy. Dzisiejszej nocy mój syn – władca świata, powierzył swą duszę Allahowi. Jego gwiazda zgasła, lecz słońce teraz wschodzi dla ciebie, książę. Z początkiem nowego dnia nastanie twój czas, bo od tej pory wszystkie dobra Imperium Osmańskiego są twoje. Niech Bóg da ci długie życie i uczyni cię wybitnym władcą, tak wspaniałym jak twój prapradziad sułtan Sulejman.

Niech żyje sułtan Ahmed Chan!

Po tych słowach sułtanka Safiye razem ze swoją świtą pokłoniła się przede mną.

Nie mogąc uwierzyć własnym oczom, wyszedłem na taras, wziąłem głęboki oddech i wyprostowałem się na znak, że jestem gotów podążyć drogą mego przeznaczenia. Sułtanka Safiye uśmiechała się do mnie, dodając mi otuchy.

Ja książę Ahmed, syn sułtana Mehmeda Chana i sułtanki Handan. Dwudziestego drugiego grudnia 1603 roku w wieku lat trzynastu, wstąpiłem na tron jako czternasty sułtan Imperium Osmańskiego. Zostałem władcą mórz i trzech kontynentów. Tego dnia rozpoczęło się moje panowanie. Niestety, uczucie ulgi szybko zniknęło. Strach, który odczuwałem do tamtej pory, wcale się nie zmniejszył. Wręcz przeciwnie, wzrósł jeszcze bardziej. Myślałem, że do końca swoich dni nie zdołam się od niego uwolnić. Jednak los okazał się dla mnie łaskawy. Zostałem uratowany. To miłość ocaliła moje serce. Miłość pięknej o różanych policzkach, czarnowłosej dziewczyny, Greczynki – Anastazji...

 

GRECJA, WYSPA TINOS

1603

 

Tinos - niewielka grecka wyspa położona na Morzu Egejskim od lat znajdowała się pod protektoratem Republiki Weneckiej. Z upływem czasu Grecy i Wenecjanie na niej mieszkający, tak bardzo zżyli się ze sobą, że nie tylko razem pracowali, lecz także zawierali między sobą związki małżeńskie. Prawo dawało na to zezwolenie, a na wyspie wiele dzieci posiadało rodziców pochodzących z obydwu tych narodów. Mieszkańcy Tinos zajmowali się szczególnie rybołówstwem oraz uprawą plantacji winogron. O butelkę wina z tego skrawka lądu, na którym słońce nigdy nie zachodziło, zabijali się kupcy z różnych państw, w tym osmańska Turcja. Ponadto prężnie rozwijał się również handel, a także rzemiosło. Powiadano, że na wyspie żyją najpiękniejsze kobiety. Nawet Wenecjanki zazdrościły Greczynkom ich niespotykanej urody. Jednak najbardziej pod tym względem wyróżniała się jedna z młodych wieśniaczek, córka rolnika utrzymującego z uprawy winogron. Na imię jej było Anastazja. Nie miała ona rodzeństwa. Od dziecka całe dnie spędzała na polu, pomagając rodzicom w pracy, lecz później ojciec dziewczyny uznał, że nadeszła już pora, aby Anastazja rozpoczęła naukę. Pomimo, iż jej rodzice nie należeli do bogatych, zadbali o możliwość pobierania lekcji u tutejszego prawosławnego księdza. Jedynie chodząc na zajęcia do kapłana, mogła nauczyć się podstawowych rzeczy takich jak pisanie, czytanie, matematyka, czy historia. Ksiądz Bernard z pochodzenia Włoch, był wielce uczonym mędrcem. Znał łacinę, włoski, niemiecki, filozofię, matematykę, jak również geografię. Staruszek cieszył się niezmiernie z postępów swojej uczennicy. Zdumiewała go jej mądrość i nieprzeciętna inteligencja, a także tempo, w jakim młoda dziewczyna przyswajała wiedzę. Ojciec Anastazji, Lorenzo pochodzący z Wenecji rolnik, darzył ogromną sympatią starszego duchownego. Jej matka Greta była bardzo pobożną kobietą. W każdą niedzielę brała udział w nabożeństwie, wiele czasu spędzając na modlitwie. Zawsze głęboko wierzyła w to, że opatrzność boża czuwa nad wszystkimi, którzy w niego wierzą i pokładają w nim swoje nadzieje. Anastazja również tak jak matka, każdego wieczoru po skończeniu pracy, spędzała czas na modlitwie. Greta razem z Lorenzo dobrze wychowali swoją córkę, a dodatkowo dzięki nim potrafiła biegle mówić i pisać po włosku i grecku. Anastazja była dobrą, wrażliwą dziewczyną. Nikt nie śmiał niczego jej zarzucić. Nastja, bo tak pieszczotliwie nazywali ją rodzice, miała długie, falowane do pasa, gęste włosy, wyraziste szare oczy, małe, czerwone niczym płatki róż usta oraz jasną, nieskazitelną cerę. Jak na swój wiek już prawie czternastu lat była wysoka, ale szczupła. Uwielbiała chodzić w swojej białej, zwiewnej, sukience, którą uszyła jej matka. Gdy udawała się na pole, zawsze zakładała na głowę wianek spleciony z drobnych, białych kwiatów jaśminu. Ich zapach przesiąkał w czarne włosy dziewczyny, a kiedy przychodziła do domu, wszędzie swą woń roztaczał jaśmin. Oprócz pracy przy uprawie winogron, Nastja lubiła tańczyć i śpiewać, natomiast w wolnym czasie, podążała w kierunku masywnego drzewa, rosnącego tuż przy pomoście, obok którego cumowano statki przypływające do Tinos. Z tego o zielonej koronie oliwnego drzewa, rozciągał się niesamowity widok na błękitne Morze Egejskie. Cała trójka mieszkała w niewielkim domu z drewnianych desek, postawionym własnymi rękami przez ojca Anastazji. W nim znajdowały się trzy izby. Pierwsze pomieszczenie zajmowała kuchnia, gdzie na środku stał duży stół z okrągłym blatem, podpartym czterema masywnymi nogami. Przy stole zaś, ustawione były trzy krzesła. Pod ścianą natomiast, ułożono wiklinowe kosze wypełnione owocami, warzywami, nabiałem oraz mięsem. Drugie pomieszczenie stanowiło pokój rodziców Nastji. Co prawda nie był on duży, ale przytulny. Pod oknem znajdowało się łóżko. Przy nim stała mała drewniana szafka, na której leżały złożone w kostkę ubrania. W ostatniej izbie natomiast, mieścił się pokój Anastazji. Przychodziła do niego wyłącznie, udając się na spoczynek, gdyż nie lubiła bezczynnie przesiadywać w domu. Czas wolała spędzać na dworze lub w kościele na lekcjach u ojca Bernarda. W jej pokoju umieszczone było podłużne łóżko, przykryte miękkim, ciepłym kocem w kolorze pomarańczy. Na przeciwko niego stał drewniany taboret, a na nim leżały sukienki dziewczyny. Z kolei nad jej łóżkiem, Lorenzo zamontował długą półkę, na której ustawione były książki Anastazji jakie zabierała na swoje lekcje, a nad półką z książkami wisiał obraz Matki Boskiej z dzieciątkiem. Każdego wieczoru przed zaśnięciem patrząc na niego, czyniła znak krzyża i prosiła Boga, by zawsze miał ją w swojej opiece. Tak właśnie wyglądało spokojne, beztroskie życie młodej Nastji. Lecz nikt wtedy nie przypuszczał, iż uczucie niczym nieskrępowanej wolności, tak nagle zostanie jej odebrane. Pewnego dnia, gdy Anastazja wracała z kościoła do domu postanowiła, że jeszcze pospaceruje. Kiedy znalazła się już przy swoim ulubionym drzewie, wspięła się na nie i usiadła na grubej gałęzi. Obserwowała stojących na pomoście rybaków, napełniających wielkie kosze srebrzystymi rybami. Widok czystej, błękitnej wody Morza Egejskiego zapierał dech w piersiach. Dzień był niezwykle piękny. Promienie złocistego słońca muskały jasną skórę Nastji, a lekki, rześki wiatr rozwiewał jej rozpuszczone, czarne włosy. Dziewczyna swym blaskiem, bez wątpienia przyćmiewała słońce. Nawet ono mogło pozazdrościć Anastazji wspaniałej urody. Nagle w oddali dostrzegła trzy, duże statki, których nigdy wcześniej nie widziała. Z pewnością nie były to weneckie okręty, ponieważ Wenecjanie nie pojawiali się na wyspie bez zapowiedzi. Statki jakie zobaczyła, różniły się nie tylko wielkością, ale też budową. Poruszały się w zaskakująco szybkim tempie w kierunku Tinos. Po chwili pierwszy z nich zacumował przy drewnianym pomoście. Rybacy bardzo się zdziwili. Nie wiedzieli, kim są nieznajomi przybysze i w jakim celu zjawiają się na tej niewielkiej wysepce.

- Kim jesteście? Skąd przybywacie? - zapytał jeden ze starszych rybaków.

- Nie zadawaj zbędnych pytań starcze! - ryknął odziany w podarte łachmany brodaty kapitan okrętu. - Lepiej gadaj, co cennego możecie nam dać, bo nie przyjechaliśmy tu na wczasy.

A jeśli chcesz wiedzieć, to przypływamy z Imperium Osmańskiego. - odpowiedział mężczyzna z wściekłością w oczach.

Na te słowa stary rybak wytrzeszczył oczy. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Osmanie na greckiej wyspie należącej do Wenecji? To nie wróżyło nic dobrego. Od razu było wiadomo, że okręty te przypłynęły tutaj na rozkaz Wysokiej Porty po to, by zagrabić wszystko, co się da.

- No dalej, mów psie, jakie cenne rzeczy tu macie, bo inaczej spalimy to ścierwo do ostatniego drzewa i kamień na kamieniu tu nie zostanie! - krzyknął osmański korsarz.

- Ludzie, uciekajcie, ratujcie się czym prędzej, Turcy są na Tinos, Turcy! - na cały głos powiedział starszy mężczyzna.

Wtem korsarz wyciągnął z szerokiego, skórzanego pasa zakrzywioną niczym sierp szablę i jednym machnięciem dłoni poderżnął rybakowi gardło. Krew tryskała na wszystkie strony, plamiąc zapełnione rybami kosze oraz kamizelkę brodatego pirata. Młodzi chłopcy, którzy znajdowali się na w pobliżu pomostu natychmiast ile sił w nogach, pobiegli w kierunku ostrzegawczej wieży, gdzie zawieszony był duży dzwon. Jego dźwięk rozbrzmiewał wyłącznie wtedy, kiedy mieszkańcom wyspy zagrażało poważne niebezpieczeństwo. Mały, rudowłosy chłopiec wszedł po schodach na wieżę i mocno zaczął uderzać w dzwon. Piraci nie zwrócili na to uwagi. Nie tracąc czasu, całą bandą wyskoczyli na pomost, dalej pospiesznym krokiem maszerując w głąb wioski. Każdy z nich uzbrojony był w miecz, nóż, a także drewniany łuk. Anastazja siedząc bez ruchu na drzewie, wszystko dokładnie widziała. Jej ciało dygotało z przerażenia, a twarz pokryła się bladością. Nie wiedziała, co ma zrobić. Nie mogła przecież zejść z drzewa, żeby nie zwrócić na siebie uwagi korsarzy. ,,Przeklęci Turcy” - powiedziała w duchu. ,,Dlaczego akurat napadli na moją, drogą wyspę?”. ,,Czemu nie mogli zostawić nas w spokoju i popłynąć dalej?”. Wtem ocknęła się. Dostrzegła jak piraci wywarzają drzwi domu sąsiadów. Nie czekając dłużej powoli zeszła z drzewa, po czym bez wytchnienia pobiegła w stronę domu rodziców, by powiedzieć im, żeby się ukryli. Korsarzom nie wystarczało jadło, wyroby rzemieślnicze, czy zwierzęta. Szybko pojęli, że większy zysk osiągną porywając młode dziewczęta. Nawet ci okrutnicy byli pod wrażeniem pięknych Greczynek.

- Zostawcie zwierzęta i klejnoty! - odezwał się inny z piratów. - Te kobiety są warte o wiele więcej. To je ze sobą zabierzemy, ha ha! - odparł z szyderczym uśmiechem.

,,Co? Chcą uprowadzić dziewczęta i wziąźć w niewolę? Muszę ostrzec moje przyjaciółki. Nie mogę do tego dopuścić, aby dostały się w ręce tych oprawców” - pomyślała Nastja.

W tej chwili Anastazja niepostrzeżenie weszła do domu. Chciała uspokoić zamartwiających się o nią rodziców.

- Nastja! Córeczko. Dzięki Bogu nic ci nie jest. - ze łzami w oczach powiedziała Greta.

- Nie mamo, nic mi się nie stało. Jeszcze tu nie przyszli. Muszę natychmiast dać znać Eleni i Marii, żeby nie ruszały się ze swoich domów. To tureccy piraci najechali na wyspę. Usłyszałam, że chcą zabrać stąd młode dziewczyny, a potem sprzedać na targu niewolników. - tłumaczyła drżącym głosem.

- Nigdzie nie pójdziesz! Musisz tu zostać. Jeśli cię zauważą, również porwą ze sobą. Nie możemy z ojcem cię stracić. Jesteś naszym jedynym dzieckiem. Kochamy cię nad życie, córeczko.

- Wiem mamo, ja też bardzo was kocham, ale Maria i Eleni nie mają o niczym pojęcia. Muszę im wszystko powiedzieć. Muszę je ochronić. Zostańcie z Bogiem.

Anastazja mocno przytuliła rodziców, a następnie w pośpiechu wybiegła z domu, udając się na plantację. Uczyniła tak, ponieważ spodziewała się, że może nie zastać dziewcząt w swych domach. W mgnieniu oka dotarła na miejsce. Zobaczyła uśmiechające się do niej przyjaciółki zbierające winogrona.

- Zostawcie pracę,! Rzućcie te kosze! Wracajcie do domu! Uciekajcie! Osmanie napadli na wyspę! Grabią, co tylko wpadnie im w ręce! Porywają młode dziewczyny! Ratujcie się! - krzyknęła na całe gardło.

- Nastja, co ty mówisz, Turcy? Tutaj? Uprowadzają kobiety? Musimy uciekać, prędko! - powiedziała przerażona Eleni.

- Chodźcie ze mną do kamiennej groty. Jest pod górą przy brzegu morza. Oni tam nie wejdą. Nikt nas nie znajdzie i ocalimy życie. - powiedziała zdyszana Nastja.

- Dobrze chodźmy. Maria pospiesz się! Czas ucieka. Lada chwila pojawią się na plantacji. - odparła Eleni, ponaglając przyjaciółkę.

Wszystkie trzy pobiegły w stronę ogromnej, wysokiej góry u podnóża której była głęboka jaskinia. Nie zostawiając po sobie śladów, udało im się dotrzeć na miejsce. Przesunęły duży głaz i pierwsza do groty weszła Eleni, a zaraz po niej Maria. Anastazja szarym, owalnym kamieniem zasłoniła wejście.

- Anastazja wchodź do środka! Na co czekasz? Czemu stoisz na zewnątrz? Zobaczą cię! No dalej, chodź, szybko! - drżącym głosem powiedziała Maria.

- Nie mogę. Wy tutaj zaczekajcie. Muszę iść po rodziców. Nie mogę ich zostawić samych. Nie wychodźcie, póki ci oprawcy nie odpłyną. Boże chroń moje przyjaciółki.

Po tych słowach Nastja pobiegła do domu, mając zamiar sprowadzić także swoich rodziców. Będąc już całkiem blisko, usłyszała donośne krzyki. Od razu rozpoznała głos ojca: ,,Zostawcie nas łotry! Jak śmiecie nas nachodzić i plądrować nasz dobytek!” - powtarzał nieustannie rozzłoszczony Lorenzo.

- Milcz, wenecka gnido! - warknął osmański korsarz, policzkując ojca Nastji.

Wtem Greta z całej siły uderzyła pirata w twarz. Rozwścieczony korsarz otwartą dłonią wymierzył matce Nastji cios w lewy policzek. Krew polała się z nosa Grety, po czym nieprzytomna upadła na ziemię. Jednak piratowi wciąż było mało. Kucnął obok leżącej kobiety i bił ją po twarzy raz jedną, raz drugą ręką. Jednocześnie pozostali rabusie powalili Lorenza na kolana, a następnie zaczęli uderzać drewnianymi kijami po całym ciele.

- Stójcie tureckie psy! Zostawcie moich rodziców! Idźcie precz! Więcej tu nie wracajcie! - krzyknęła zapłakana Nastja.

Widok zakrwawionych i posiniaczonych ciał jej rodziców był przerażający. Zarówno Greta, jak i Lorenzo zostali tak mocno skatowani, że nie mieli już siły, aby podnieść się z ziemi. Usłyszawszy głos dziewczyny, piraci odwrócili się za siebie, po czym ze zdumieniem spojrzeli na Anastazję. Młoda Greczynka z pewnością wywarła na tureckich przybyszach ogromne wrażenie. Nagle zbliżyli się do Nastji. Otoczyli ją tworząc wokół niej ciasny krąg. Uzbrojeni po zęby przez chwilę zaniemówili nie wiedząc, co mają zrobić.

- Powiedziałam wam, żebyście zostawili moich rodziców w spokoju. Czy nie wyraziłam się zbyt jasno? Jeśli tego nie zrobicie, to będziecie mieć ze mną do czynienia. Po tym jak brutalnie zrabowaliście Tinos, Wenecja wam tego nie daruje. Wasze Imperium jest słabe. Czy jesteście gotowi na wojnę z państwem, które dysponuje najlepszą flotą morską w Europie?

- Widzę, że panienka orientuje się w zawiłościach światowej polityki. - ze zdumnieniem powiedział jeden z korsarzy. - Lecz nie powinnaś sobie zaprzątać takimi rzeczami swojej ślicznej główki. Wojna z Wenecją to sprawa naszego pana. Jeśli on tak postanowi, będziemy na nią gotowi. Do prawdy jednak, twoja mądrość bardzo mnie zadziwia. Pierwszy raz widzę, aby kobieta była tak samo inteligentna, co piękna. - Panowie! Dajmy już spokój z rabowaniem tej małej wysepki. Myślę, że znaleźliśmy o wiele cenniejszy klejnot niż złoto.

Wówczas dwaj osmańscy piraci pochwycili Nastję za ręce, a następnie zaczęli ciągnąć w kierunku statku zacumowanego obok drewnianego pomostu.

- Puszczajcie mnie w tej chwili! Nigdzie z wami nie popłynę! Zostanę tutaj, gdzie mój dom i moja rodzina! - stanowczo warknęła Anastazja.

Czarnowłosy, wysoki korsarz odwrócił się do dziewczyny, po czym powiedział:

- Posłuchaj, jeśli nie chcesz, by twoi rodzicie ucierpieli jeszcze bardziej, lepiej dobrowolnie wejdź na statek. Nie sprzeciwiaj się, ale zrób to, o co proszę.

- Dokąd mnie zabieracie? Zrobicie ze mnie waszą służącą, czy ladacznicę? - zapytała oburzona Anastazja.

Płyniemy do Konstantynopola - stolicy świata. Do miejsca, gdzie mieszka sam padyszach. - spokojnie powiedział młody Turek.

- Z wolnej kobiety chcecie zrobić niewolnicę? To tak jak z drapieżnego lwa uczynić potulnego kota. - zuchwale odpowiedziała Nastja. - A tak w ogóle to jak ci na imię? Chyba rozmawiając z kobietą wypadałoby się najpierw przedstawić, nieprawdaż?

- Masz rację, wybacz. Nazywam się Yusuf. Jestem zastępcą kapitana okrętu, na którym tutaj przypłynęliśmy. Kapitan czeka już na statku. My też się pospieszmy. Nie każmy mu czekać. Radzę ci nie stawiać oporu, to w niczym ci się nie przysłuży, a nie chciałbym, aby tak piękna dziewczyna poczuła rzemień bata na swoich plecach. - troskliwie powiedział Yusuf.

Osmański pirat był niezwykle przystojny. Oprócz czarnych włosów miał także bursztynowe oczy oraz ciemny zarost. Wysoki i dobrze zbudowany, sprawiał wrażenie silnego, jak również odważnego mężczyzny. Jako jedyny z tych wszystkich łotrów okazał się kulturalny i tolerancyjny. Uszczypliwe uwagi Nastji ani na chwilę nie wyprowadziły go z równowagi. Wręcz przeciwnie, ucieszył się nawet, że znalazł wyjątkową partnerkę do rozmowy. Młodzieniec niewątpliwie był starszy od Anastazji. Przez kilka lat wraz z innymi morskimi wilkami opływał wody Morza Śródziemnego. W ten sposób cennymi zdobyczami z rabunków, zaopatrywano skarbiec państwa osmańskiego. Grabieżcze wyprawy stanowiły nie tylko rozrywkę dla piratów, lecz także jedno ze źródeł dochodów Wysokiej Porty.

- Nastja, dokąd oni cię zabierają? - zapytała Greta nieustannie szlochając.

- Mamo nie bój się, nic mi nie zrobią! Ja się ich nie boję! Módl się za mnie do Boga, żebym jak najszybciej do was wróciła. Tato, pamiętaj, że cię kocham. Nie martwcie się, zrobię wszystko, aby przeżyć w tym osmańskim piekle, do którego mnie zawożą.

- Córeczko, nieee....! Puśćcie ją! Zabierzcie od mojego dziecka swoje parszywe łapska! - na całe gardło krzyczał Lorenzo.

Lorenzo wraz z Gretą zobaczyli, jak ich córka wchodzi na turecki okręt, który coraz bardziej zaczął oddalać się od brzegu Tinos. Anastazja siłą zawleczona na osmański statek, przekroczyła ostatni stopień drewnianego schodka prowadzącego na główny pokład. Wiedziała, że nadmierny opór w niczym jej nie pomoże. Otarła łzy napływające do szarych, błyszczących oczu. Była sama jedna wśród otaczających ją mężczyzn tak ogromnych, jak platany rosnące w sułtańskich ogrodach. Zrozumiała, że jedyne, co może teraz zrobić, to modlić się za swoich bliskich. Ratując z rąk barbarzyńców ludzi których kochała, w pełni się dla nich poświęciła. Jej ofiara nie mogła pójść na marne. Musiała zrobić wszystko, by przeżyć i odzyskać wolność. Należało teraz chwycić wiatr w żagle, a dalej podążyć drogą przeznaczenia jaką wybrał dla niej los. Droga ta miała zaprowadzić ją do serca Imperium Osmanów – serca sułtana Ahmeda.

Ja Anastazja, prosta wieśniaczka z wyspy Tinos, w wieku lat trzynastu uprowadzona z rodzinnego domu, odebrana matce, ojcu i wszystkim, którzy mnie kochali, zostałam ograbiona ze swojego życia. Tamtego dnia, gdy turecki okręt zaczął oddalać się od brzegu wyspy, nie wiedziałam, co się ze mną stanie. Czy zostanę sprzedana na targu niewolników jako służąca? Czy los napisał dla mnie zupełnie inny scenariusz? Jaką rolę miała odegrać zwyczajna grecka dziewczyna w Imperium Osmanów? W głowie miałam wszelakie wizje mojego życia, od tych najczarniejszych po najbardziej jaskrawe. Powiedziano mi, że zawiozą mnie do pałacu sułtana, gdzie spędzę resztę moich dni. Zbliżając się do Stambułu poprzysięgłam sobie, że z powrotem odzyskam to, co zostało mi odebrane. Znów będę wolna. Z chwilą, kiedy postawię stopę na progu tego przeklętego seraju, zamienię w piekło życie tych barbarzyńców. To nie ja będę ich służącą, lecz oni wszyscy będą służyć mnie. Tak zaczyna się moja historia...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania