Poprzednie częściKsiądz Z Zaświatów cz.1

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Ksiądz z Zaświatów _NIEDZIELNA MSZA

Niedzielny poranek w Zaświatach nie różnił się niczym od innych. Szare, ciężkie chmury wisiały nisko nad wsią, a smród z Rawy zdawał się wdzierać nawet do najszczelniej zamkniętych domów. W zniszczonym, nadgryzionym zębem czasu kościele, którego tynk odpadał płatami, odsłaniając nagie cegły, a witraże były popękane i brudne, zbierali się parafianie. Ich twarze, naznaczone życiem w cieniu grzechu i nędzy, były równie posępne jak wnętrze świątyni. Byli tam: stara Jadwiga, której dłonie drżały od nieprzepitych wódek, były zbrodniarz wojenny, pan Zygmunt, z wiecznie zaciśniętymi ustami, prostytutka Anka, która ukrywała twarz za welonem, i kilku innych, których imiona i grzechy znał tylko ksiądz Marek.

Ksiądz Marek, ubrany w wyświechtaną albę, stał przy ołtarzu. Jego głos, choć zmęczony, niósł w sobie dziwną moc, gdy odmawiał słowa Liturgii. Promienie słońca, które z rzadka przebijały się przez brudne okna, tańczyły w kurzu, tworząc złudzenie jakiejś ulotnej świętości. Marek czuł ciężar spojrzeń swoich parafian, ich ciche osądy, ich nieznośne oczekiwania. Sam zmagał się z drżeniem rąk, które ledwo utrzymywały kielich, i szepczącym w głowie głosem, który kusił go do ucieczki.

Msza trwała. Ksiądz Marek podniósł hostię, wypowiadając słowa konsekracji. W tym momencie, z głębi kościoła, rozległ się cichy, ledwo słyszalny szmer. Początkowo nikt nie zwrócił na to uwagi, myśląc, że to wiatr hula w starych murach. Ale szmer narastał, stając się niskim, gardłowym pomrukiem, który zdawał się pochodzić z samej ziemi.

Wtedy to się stało.

Światło w kościele nagle przygasło, pogrążając wnętrze w nienaturalnym półmroku. Zaczęły drżeć ławki, a kurz sypał się z sufitu. Z pomruku wyłonił się szept – tysiące szeptów naraz, jakby wszystkie grzechy Zaświatów, wszystkie niewypowiedziane żale i zbrodnie, nagle ożyły i zaczęły szeptać w uszach zebranych. Słowa były niezrozumiałe, ale ich ton – pełen bólu, rozpaczy i oskarżenia – wdzierał się w umysły.

Nagle, z pęknięć w ścianach, zaczęła sączyć się ciemna, lepka maź, przypominająca gęstą krew. Spływała powoli, znacząc stare kamienie kościoła, tworząc makabryczne wzory. Z każdym szeptem maź zdawała się pulsować, a jej zapach – słodkawy i mdlący, jak gnijące mięso – wypełniał powietrze.

Parafianie zamarli. Ich twarze, które przed chwilą były obojętne, teraz wykrzywiły się w maskach czystego przerażenia. Stara Jadwiga upuściła różaniec, a jej oczy rozszerzyły się w panice. Pan Zygmunt, który nigdy nie okazywał emocji, drżał jak osika, a jego wzrok utkwiony był w ciemnej mazi, jakby widział w niej odbicie własnych koszmarów. Anka, która zawsze potrafiła zachować zimną krew, zaczęła cicho szlochać.

Szepty nasilały się, stając się krzykami, a maź spływała coraz szybciej, tworząc kałuże na posadzce. Wtedy, z najciemniejszych zakamarków kościoła, z cienia za ołtarzem, zaczęły wyłaniać się niewyraźne kształty. Były to zjawy – eteryczne, zniekształcone postacie, które zdawały się być utkane z bólu i cierpienia. Niektóre miały poszarpane szaty, inne były nagie i pokaleczone. Ich oczy, puste i bezdenne, patrzyły prosto w dusze parafian.

Ksiądz Marek, choć sam przerażony, próbował zachować spokój. Podniósł krzyż, jego ręce drżały, ale głos, choć ledwo słyszalny, rozniósł się po kościele: "Idźcie precz, duchy nieczyste! W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego!"

Ale zjawy nie zniknęły. Wręcz przeciwnie, zaczęły się zbliżać, ich szepty stały się jeszcze głośniejsze, a ich puste oczy utkwione były w każdym z obecnych. Każda zjawa zdawała się być ucieleśnieniem jakiegoś grzechu, jakiegoś niewyznanego sekretu. Parafianie zaczęli widzieć w nich twarze tych, których skrzywdzili, tych, których zdradzili, tych, których zabili.

W powietrzu unosił się zapach siarki i zgniłych liści. Kościół, który miał być azylem, stał się pułapką. Zjawy otoczyły zebranych, a maź na posadzce zaczęła bulgotać, wydając z siebie ciche, syczące dźwięki. Ksiądz Marek, patrząc na przerażone twarze swoich parafian, zrozumiał. To nie były tylko duchy. To były ich własne grzechy, które ożyły, by ich osądzić. To było piekło, które sami stworzyli, a teraz musiało ich pochłonąć.

Wtedy z sufitu, z miejsca, gdzie kiedyś wisiał żyrandol, oderwał się potężny fragment tynku i z hukiem runął na posadzkę, tuż obok ołtarza, wzbijając tumany kurzu. Kościół zadrżał w posadach, a zewsząd zaczęły pojawiać się nowe pęknięcia. Wydawało się, że świątynia, podobnie jak dusze jej mieszkańców, nie wytrzyma już dłużej ciężaru grzechu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania