Poprzednie częściKsięga mroku Opis
Pokaż listęUkryj listę

Księga Mroku rozdział 1. Dziewczyna z Zakazanego Lasu.

- Wierzysz, że smoki nadal istnieją? - zapytała Ena cicho, układając świeżo wyprane ubrania.

 

Przez otwarte okno wpadało ciężkie, letnie powietrze pachnące mokrą ziemią i ziołami rosnącymi wokół domu. Promienie słońca przecinały półmrok kuchni, oświetlając zmęczoną twarz kobiety.

 

Jej dłonie drżały lekko od wysiłku.

 

Odłożyłam kosz z praniem i podałam jej kubek zimnej wody.

 

- Powinnaś odpocząć.

 

Ena uśmiechnęła się słabo.

 

Dopiero teraz zauważyłam, jak bardzo schudła w ostatnich miesiącach.

 

- Nie wiem, czy smoki jeszcze istnieją - odpowiedziałam, zabierając od niej część ubrań. - Może dawno wyginęły. Od lat nikt ich przecież nie widział.

 

Kobieta spojrzała w stronę małego okna.

 

- Możliwe, że zapomniały o tej Krainie. O miejscu, które kiedyś nazywały domem.

 

Przez chwilę milczała.

 

- Słyszałam kiedyś, że gdy umarł ostatni Smoczy Władca, smoki również zniknęły. Niektórzy wierzą jednak, że czekają na narodziny kolejnego Dziedzica.

 

- A wtedy wrócą? - zapytałam z lekkim rozbawieniem.

 

- Tak mówią legendy.

 

Jej głos stał się cichszy.

 

- Powrócą i spalą wszystko, co zniszczyło ich świat.

 

Przeszedł mnie dziwny dreszcz.

 

Spojrzałam na Enę uważniej.

 

Miała około czterdziestu lat, choć zmęczenie dodawało jej kolejnych. Na bladej twarzy pojawiły się pierwsze zmarszczki, szczególnie wokół oczu. Kiedyś jej spojrzenie przypominało bezchmurne niebo.

 

Teraz wyblakło.

 

Mimo to nadal było w nim coś ciepłego.

 

Coś, co sprawiało, że nawet w najgorsze dni człowiek czuł się przy niej bezpiecznie.

 

Lekko posiwiałe włosy ukrywała pod granatową chustą. Pamiętałam jednak, że dawniej miały kolor jasnego bursztynu i w słońcu lśniły niczym złoto.

 

- Naprawdę wierzysz w te historie? - zapytałam.

 

Ena uśmiechnęła się smutno.

 

- Nie ma znaczenia, w co wierzę. Jestem tylko starą kobietą, która niedługo odejdzie.

 

- Nie mów tak.

 

- Ważniejsze jest to, w co ty wierzysz.

 

Opuściłam wzrok.

 

- Ludzie mają teraz ważniejsze problemy niż legendy o smokach. Król znowu podniósł podatki. Na ulicach coraz więcej osób umiera z głodu.

 

Przerwałam.

 

Przed oczami stanęły mi wychudzone dzieci przeszukujące śmieci za murami pałacu.

 

- I tak mamy więcej szczęścia niż większość mieszkańców Adamantii.

 

Na twarzy Eny pojawił się cień bólu.

 

Podeszłam do niej i mocno ją objęłam.

 

Pachniała jaśminem i suszonymi ziołami.

 

Przez moment miałam ochotę zatrzymać czas.

 

Bałam się dnia, w którym mogłabym zostać zupełnie sama.

 

---

 

Następnego dnia obudziłam się jeszcze przed świtem.

 

W domu panowała cisza.

 

Przygotowałam skromne śniadanie - ciemny ryż, gotowane bulwy i wodę ze świetlinką, rośliną rosnącą na skałach w pobliżu Solnych Bagnisk.

 

Nasz dom był niewielki.

 

Stał na uboczu, niedaleko Zakazanego Lasu.

 

Zbudowany z drewnianych bali, stary i miejscami spróchniały, ledwo opierał się silniejszym wichurom. Dach przeciekał podczas ulew, a nierówne deski skrzypiały przy każdym kroku.

 

Ale był naszym domem.

 

Wokół rosły zioła i kwiaty posadzone wspólnie z Eną.

 

To miejsce było jedyną rzeczą, którą mogłam naprawdę nazwać swoim.

 

- Widzę, że znowu wstałaś przede mną.

 

Odwróciłam się.

 

Ena weszła do kuchni owinięta cienkim szalem.

 

Wyglądała dziś trochę lepiej.

 

Na policzkach miała delikatny rumieniec.

 

- Mogłaś mnie obudzić - mruknęła.

 

- I pozwolić ci pracować? Nigdy.

 

Uśmiechnęła się pod nosem.

 

- Mmm... pachnie naprawdę dobrze.

 

- Uczyłam się od najlepszych.

 

Usiadłyśmy razem do śniadania.

 

Przez chwilę było spokojnie.

 

Prawie normalnie.

 

Tylko gdzieś głęboko w środku czułam dziwny niepokój.

 

Może dlatego, że dzisiaj zaczynały się przygotowania do siedemnastych urodzin księcia Zena.

 

---

 

- Cholera...

 

Biegłam co sił w nogach w stronę pałacu.

 

Jeśli spóźnię się na odprawę, nadzorca urządzi mi piekło.

 

Przed główną bramą zebrał się ogromny tłum.

 

Strażnicy kontrolowali każdego wchodzącego.

 

Ludzie przepychali się, kłócili i krzyczeli.

 

- Z drogi! - rzuciłam, próbując przecisnąć się między nimi.

 

Nagle ktoś szarpnął mnie mocno za ramię.

 

- A ty dokąd?!

 

Syknęłam z bólu.

 

Strażnik ściskał mnie tak mocno, że aż zdrętwiała mi ręka.

 

- Pracuję tutaj - powiedziałam szybko. - Jestem spóźniona.

 

Mężczyzna prychnął pogardliwie.

 

- Kto zatrudniłby taką jak ty?

 

Zsunęłam kaptur.

 

Jego twarz natychmiast pobladła.

 

Ludzie zawsze reagowali tak samo.

 

Moje szmaragdowe oczy wzbudzały strach.

 

Niektórzy szeptali nawet, że są przeklęte.

 

- Może lepiej jej nie wpuszczać - odezwał się drugi strażnik.

 

Serce zaczęło bić mi szybciej.

 

Nie mogłam stracić tej pracy.

 

Bez niej razem z Eną nie przetrwałybyśmy zimy.

 

- Tu jesteś.

 

Zamarłam.

 

Znałam ten głos.

 

Książę Zen szedł prosto w moją stronę.

 

Strażnicy natychmiast się pokłonili.

 

- Wasza książęca mość.

 

Zen nawet na nich nie spojrzał.

 

- Nie wiecie, że to moja osobista służka?

 

Chwycił mnie za rękę.

 

Jego dłoń była ciepła.

 

- Następnym razem przepuszczacie ją bez zatrzymywania.

 

- Tak jest.

 

Poprowadził mnie przez dziedziniec.

 

Dopiero kiedy znaleźliśmy się w ogrodach za pałacem, zwolnił.

 

Było tam cicho.

 

Jedynie fontanna szumiała gdzieś w oddali.

 

Zen skierował się do labiryntu z wysokiego żywopłotu.

 

Zatrzymał się dopiero głęboko między zielonymi ścianami.

 

- Boże... - zaśmiał się cicho.

 

Spojrzałam na niego zdezorientowana.

 

- Wasza książęca mość, ja...

 

- Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mówiła do mnie po imieniu?

 

Poczułam, jak policzki zaczynają mnie piec.

 

- Przepraszam...

 

Nagle przyciągnął mnie bliżej.

 

Serce niemal stanęło mi w piersi.

 

Jego dłoń spoczęła na mojej talii.

 

- Zen - poprawił mnie cicho.

 

Podniosłam wzrok.

 

Był niebezpiecznie przystojny.

 

Kasztanowe włosy miał zaczesane do tyłu, a ciemnofioletowa marynarka idealnie podkreślała jego sylwetkę. Na piersi błyszczał herb królewskiej rodziny - smok otoczony płomieniami.

 

Miał też niewielką bliznę pod prawym okiem.

 

Nigdy nie powiedział mi, skąd się wzięła.

 

- Jutro przyjeżdża mój kuzyn - odezwał się nagle.

 

Jego głos spoważniał.

 

- Nie chcę, żeby znowu ci dokuczali.

 

- Poradzę sobie.

 

- Wiem. - Zacisnął szczękę. - Ale i tak mnie to wkurza.

 

Pierwszy raz widziałam w jego oczach tyle gniewu.

 

I troski.

 

- Dziękuję - powiedziałam cicho.

 

Spojrzał na mnie zaskoczony.

 

- Za co?

 

- Za to, że nigdy nie patrzyłeś na mnie jak na potwora.

 

Przez chwilę milczał.

 

Potem uśmiechnął się lekko.

 

I właśnie wtedy zrozumiałam, że jestem w ogromnych tarapatach.

 

Bo zaczynałam zakochiwać się w kimś, kogo nigdy nie powinnam pokochać.

 

- Powinniśmy wracać - mruknął nagle chłodniej.

 

Odsunął się ode mnie i ruszył przed siebie.

 

Patrzyłam za nim w milczeniu.

 

Nie rozumiałam, dlaczego nagle się zmienił.

 

Ale gdzieś w środku czułam, że skrywa przede mną znacznie więcej, niż pokazuje.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania