"Księga Tkaczy" Rodział II część 2/2

Droga do komnat matki przypominała marsz pokutny. Wysokie korytarze strzegły kandelabry, setki mosiężnych ramion, z których wiele było pogiętych i martwych, pokrytych grubą warstwą kurzu. Na zewnątrz, na małym dziedzińcu, fontanna wyrzucała wodę z dłoni bezpłciowej postaci. Krople rozbijały się o stopnie z marmuru, a niebo nad nimi przybrało barwę gnijącej śliwki, spychając resztki słońca w niebyt.

W Czerwonym Holu portrety przodków zdawały się lśnić martwym wzrokiem. Halion znał ich zapach, starej potęgi, która dawno przeminęła. Koła czasu obracają się, mieląc kości królów na pył – pomyślał. Wszyscy zmierzali ku ostatniej Mgle. Bieli, przed którą nie chroniły ani mury, ani modlitwy.

Gdy stanął pod dębowymi drzwiami, woń własnego ciała wydała mu się obelżywa. Cuchnął seksem, piżmem i tanim winem. Wszystkim, co ukradł od Sayi. Orzechowy aromat skóry dziwki wplątał się w jego włosy, a zapach wosku wżarł się w materiał koszuli.

Eryhn, który od dekady był cieniem królowej, wyprostował się na jego widok. Granatowy płaszcz szeleścił o polerowaną zbroję, na której pyszniło się siedem pereł Magatirah ułożonych w krąg, wiecznie żywy symbol rodu.

- Mój książę – rzekł strażnik, głos miał równie beznamiętny jak stal u swego boku. – Czy pora naprawdę jest odpowiednia?

Bezczelność tego człowieka wciąż budziła w Halionie iskrę podziwu. Uniósł kącik ust w uśmiechu i powoli pokręcił głową.

- Dlaczego nie, Eryhnie? – mruknął. – Wybiła godzina strzyg i wampirów. Może jeden z tych koszmarów właśnie zabłąkał się za tamte drzwi? – Wskazał podbródkiem na dębowe skrzydła. – Królowa od miesięcy nie zna smaku snu. Po co wciąż strzeżesz jej spokoju? Powinieneś stać przy bramach miasta, może przed Niedźwiedzią Bramą, a nie u progu komnat, do których nikt już nie ma odwagi pukać.

Strażnik nie drgnął, jego twarz pozostała maską wykutą z zimnej stali. Bez słowa odsunął się, pozwalając księciu przejść.

Wewnątrz komnaty cisza była inna niż na korytarzu, gęsta od zapachu palonych ziół i starego potu, którego nie potrafił zabić nawet ogień w kominku. Światło sączące się przez barwione lampy rzucało na posadzkę krwawe i złote pręgi. Te płynęły po kamieniach, wspinały się po grzbietach ksiąg i ginęły na stole, gdzie – ku irytacji Haliona – czekały już dwa nakrycia.

Nie śpisz, matko – pomyślał, czując, jak zapach komnaty oblepia go niczym brudny płaszcz. Właśnie brałem Sayę. Później wezmę inną, jeszcze piękniejszą. I połowę córek karmazynowych domów. Chcesz poczuć je wszystkie na moich dłoniach?

Prawie parsknął śmiechem na samą myśl, ale zdusił ten odruch w zarodku. Odkaszlnął sucho, rzucając wyzwanie ciszy.

- Jesteś – głos dobiegł zza cienia kolumny. Był szorstki.

- Wasza Wysokość.

Cień oddzielił się od ściany, nabierając kształtów, których Halion wolałby nie widzieć.

- Przyniosłeś ze sobą chorobę? – zapytała bez ogródek.

- Nie.

- Spóźniłeś się.

- Wybacz – rzucił od niechcenia.

- Jak zawsze – odcięła się. – Puste słowa.

Królowa Adelaide podeszła bliżej, w pełne światło lamp, wystawiając się na surowy osąd. Jej skóra miała barwę zsiadłego mleka, niemal przezroczystą, pod którą pulsowała siatka błękitnych żył. Czarne włosy, niegdyś jej duma, teraz wisiały matowymi pasmami, rzadkie i martwe. Oczy miała zapadnięte, otoczone ciemnymi obwódkami, jakby śmierć już zaczęła moszczyć się w jej czaszce.

Rozpadasz się na moich oczach…

- Czekasz na znak? – wyrwała go z zadumy.

- Przepraszam.

Jej twarzy wykrzywił grymas, który miał być może udawać uśmiech.

- Usiądź. – Wskazała krzesło z wysokim oparciem. – Jadłeś cokolwiek?

Nie. Tylko sutki Sayi, które smakują miodem i dzikimi orzechami – pomyślał, lecz jego twarz pozostała nieruchoma. Oblizał wargę, czując nagły głód chleba i mięsa. Wystarczyłoby jedno skinienie, a Saya znów wiłaby się pod nim.

- Jesteśmy sami – zauważył, siadając naprzeciw okna, przez które zaglądało niebo w kolorze sińca.

- Niektóre sprawy nie lubią świadków – odparła Adelaide, a jej głos stał się nagle zimny.

Gdy usiadła, każdy jej ruch był jak tarcie zardzewiałych zawiasów. Twarz napięła się z bólu a oczy zaszkliły. Wyprostowała się, walcząc o godność.

Co cię zżera od środka, matko? – pomyślał Halion, czując jak w piersi ściska go coś na kształt strachu.

- Wezwać Armina? – zapytał, choć wiedział, co odpowie.

- Nie. Czuję się dobrze. – Kłamstwo brzmiało w jej ustach niemal jak modlitwa. – Przyzwyczaiła się do bólu. Stał się moim jedynym wiernym kompanem.

Nie wierzę ci.

- Wiem, że zegar jeszcze nie wybił ostatniej godziny – podjęła po chwili, nie patrząc na niego. – Księga Matki uczy, by nie lękać się końca, i dlatego nie chcę tego robić. Nie chcę stać się przerażonym zwierzęciem.

- Czy po to mnie wezwałaś? By rozważać słowa Matki? Jeśli nie ufasz Arminowi, sprowadzę kapłankę. Zmuszę ją, by wyśpiewała uzdrowienie z samych gwiazd.

- A potem wyjdziesz – przerwała mu. Jej oczy, choć zamglone chorobą, wciąż potrafiły ciąć jak ostrza. – Zostawisz mnie z tymi pieśniami, bo nie potrafisz znieść mojego widoku. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz zamknęłam oczy w spokoju. Gdy człowiek słyszy grzechot własnych kości przy każdym oddechu, sen nie przychodzi łatwo.

Spróbowała się uśmiechnąć, ale jej usta wygięły się w bolesny, niemal przerażający grymas.

- Armin próbuje wszystkiego. Jego mikstury i zioła smakują ziemią z grobu, a senniczki przynoszą tylko gorączkę, w której widzę okropne rzeczy. W tym przeklętym mieście nie ma dla mnie ratunku.

- W takim razie szukajmy poza jego murami! – Halion niemal wstał. – Przeszukam piaski Wielkiej Pustyni, znajdę alchemików w najdalszych krainach, a jeśli trzeba, kupię ich wiedzę krwią.

- Nie – ucięła krótko. – Bogini wydała wyrok, a ja pogodziłam się z losem.

Uniosła kielich, drżącą ręką upijając kroplę wina.

- To też jest gorzkie – mruknęła z odrazą.

- Pachnie ziołami.

- Jak wszystko tutaj. Jak ja.

Halion nie potrafił zaprzeczyć. Powietrze w komnacie było ciężkie od oparów palonych roślin i słodkawego odoru ciała królowej, który nieudolnie próbowano maskować kadzidłem.

- Czasem myślę, że nasz ród jest naznaczony klątwą – wychrypiała.

- Zaczynasz wierzyć w bajki dla dzieci? – prychnął, choć w głębi duszy poczuł chłód.

- A jednak te bajki mają w sobie ziarno prawdy. Pierwszy Magatirah? Rybak znad Szarej Wody. Nikt nie oddaje korony temu, kto pachnie łuskami i mułem. Ktoś musiał go przekląć, by sam po nią sięgnął. – Uśmiechnęła się słabo, wskazując na talerz. – Poczęstuj się. Życie nie kończy się na dyskusjach o upadku.

Halion przełknął kawałek serca, choć ten nie smakował dobrze. Patrzył na dłonie matki, wykrzywione, niemal szponiaste po miesiącach tortur zwanych „leczeniem”. Oddałby wszystko, by znów zobaczyć w niej lwicę, która kiedyś władała Ur z gracją. Gdzie jesteś? – myślał. Kiedyś bał się ciebie cały dwór. Lord Marow i Parlis drżeli na twój widok, a teraz szydzą z twojej choroby.

Adelaide położyła dłoń na blacie, jej palce, z trudem utrzymywały łyżkę.

- Jestem wdzięczna bogini, że wciąż oddycham – powiedziała, wyczuwając jego żal. – Nie patrz na mnie tak, jakbyś już szykował mój grób. Ten dzień jeszcze nie nadszedł. Czuję w sobie jeszcze dużo siły. Wystarczającą, by nie raz kogoś ukarać.

Kłamiesz.

- Korona jest twoim ciężarem, matko. I szaleństwem.

Adelaide wbiła w niego wzrok.

- Mówisz to jak ktoś, kto nigdy nie musiał dźwigać odpowiedzialności za tysiące nildyjskich gardeł.

Halion wstał. Podszedł do okna. Miasto pod nim wiło się jak ranne zwierzę.

- Torren jest gotowy – zaczął cicho, niemal do siebie. – Całe Ur szepcze, że jesteś papierową królową. Że to on i jego rada rządzą Ur. Korona cię dławi, zdejmij ją zanim śmierć sama ją z ciebie zerwie.

- Niektóre słowa przychodzą ci zbyt łatwo, Halionie – przerwała mu, a jej głos stał się nagle twardy jak miecz. – Ale jeszcze nie czas.

Przez chwilę w jej oczach dostrzegł cień prawdziwego strachu, nie tego związanego z chorobą, lecz z czymś znacznie mroczniejszym.

- Po co mnie wezwałaś? – zapytał.

- Przysięgnij… Przysięgnij, że to, co usłyszysz, nie opuści tych murów. Nigdy. Nawet w samotności.

Halion zawahał się, ale spełnił prośbę:

- Przysięgam.

- Nie – ucięła ostro. – Nie w ten sposób. Przysięgnij na życie. Na mnie.

Przez ułamek sekundy walczył z impulsem, by odejść.

- Matko…

- Teraz, Halionie.

- Przysięgam. Na życie królowej Ur.

Adelaide zamknęła oczy, jakby zbierała siły przed egzekucją.

- Sądziłam, że gdybyś nie przyszedł, byłby to znak od Matki, a ja zawróciłabym z tej drogi.

Twoim znakiem byłoby to, że pieprzyłem się z Sayą i zapomniałem o tobie. Co takiego chcesz mi powiedzieć?

- Torren… On nie może mieć dzieci.

Słowa zawisły w powietrzu. Królowa mówiła o dziedzicach, o synach Torrena i Veroniki, gdy Halion patrzył, jak płomień wspina się po barwionym szkle.

- Tak? – ocknął się. – Nie sądziłem, że ufasz wróżbiarzom.

- Nie ich słuchałam. Torren nie może spełnić swojego obowiązku.

Halion wybuchnął krótkim, dławiącym śmiechem.

- Kopnął go koń? – zażartował sobie. – Veronika codziennie modli się o następcę, a on…

- Przestań, Halionie! Czas płynie już długo. To oznacza tylko jedno.

Kazałem Sayi wrócić do karmazynowego domu, żeby teraz słuchać o czymś takim? Halion czekał. Adelaide milczała jednakże równie długo jak on.

- Istnieją sposoby – rzucił w końcu. – Zioła…

- Próbowali wszystkiego – przerwała mu z goryczą, wpatrując się we własne, wykrzywione dłonie. Wiedziała, że sama nigdy więcej nie zostanie matką, lecz w przeciwieństwie do lady Veroniki już nią była. Miała trzech synów. – Zioła, modlitwy, najdroższe mikstury. „Ani teraz, ani nigdy” – to była odpowiedź. Torren jest jałowy jak Wielka Pustynia. Gdyby istniał sposób, Veronika chodziłaby po korytarzach z rękami na rosnącym brzuchu.

Cisza, która zapadła, była gęstsza niż zapadający za oknem mrok.

- Bez dziedzica…

- Nie chcę tego słuchać – syknęła, a w jej głosie drżał strach, którego nie umiała ukryć nawet przed własnym synem. – Jeśli Torren nie wypełni swojego obowiązku, korona przypadnie Sammaenowi.

- Sammaen? – Halion poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę. – Sammaen byłby gwoździem do trumny tego miasta.

- Dlatego do tego nie dojdzie – przerwała mu twardo. – Nie założy korony. Historia Magatirah trwa od wieków, wykuwana w ogniu i krwi, i nie pozwolę, by zakończyła się w ten sposób. Póki żyję, on nie zbliży się do tronu.

Sammaen już nosi koronę ze złotych loków – pomyślał z goryczą. Czyż bogini nie tak właśnie znaczy swoich wybrańców? Milczał. Wiedział, że każde słowo w tej komnacie niesie ze sobą wiele konsekwencji.

Adelaide wstała, wspierając się na meblach, i podeszła do witraża. Światło dnia dogasało, zostawiając jedynie krwawą smugę na posadzce, która wyglądała jak stara rana. Jej twarz straciła wszelkie ludzkie rysy; w cieniu wydawała się wykuta z onyksu, chłodna.

- Bogini nie oszczędziła mnie bez powodu – szepnęła, odwracając się ku Halionowi. Wyglądała jak upiór w fioletowej sukni. – Każdy z nas ma swoją powinność. Nie mogę prosić o to wprost, bez narażania twojej duszy na męki, ale… proszę cię o jedno… byś spełnił obowiązek swojego brata.

Halion zrozumiał a wówczas krew odpłynęła mu z twarzy. W głowie stanął mu obraz Torrena, śmiejącego się, silnego, z miodowym piwem ściekającym po brodzie.

- Nie! – krzyknął, cofając się o krok. – To szaleństwo. To zdrada.

- Szaleństwo? – Adelaide podeszła bliżej, a jej oczy, dotąd martwe, zapłonęły nienaturalnym blaskiem.

- Halionie… Nigdy nie chciałeś być królem. Zawsze byłeś tym, który szukał ucieczki w ramionach kobiet. Ale ja nie pozwolę ci uciec przed tym, co masz w żyłach.

Książę poczuł, jak zaciska się na nim pętla.

- Torren wie?

- Nie.

- A moje prawo? – zapytał głosem zduszonym przez wściekłość.

- Ile kobiet mogłoby nosić twoje dziecko? – zapytała Adelaide, uderzając w niego jak obuchem.

Halion mimowolnie wciągnął powietrze w płuca, dalej czując zapach Sayi. Czy ona by tego chciała? Czy dziwka z karmazynowego domu marzyła o tym, by nosić moje nasienie, czy tylko o tym, by przeżyć kolejną noc? Niemal zapytał o to matkę. A mężczyźni? Czuł ja słowa zaraz wyrwą mu się z gardła. W karmazynowych domach są też mężczyźni… Niech Veronika pieprzy się z jednym z nich.

- Magatirah ma zasiąść na tronie – dodała Adelaide, a jej schorowane ciało zatrzęsło się. – Moja krew. Twoja, Halionie. Jesteś ostatnim, który może jeszcze odwrócić ten wyrok. Zgódź się, a to będzie koniec wszystkie – rzuciła z desperacją w głosie.

- Nie – odpowiedział, czując na języku potworny smak. – To będzie pieprzony początek. Co zrobi Torren? Sammaen wpadnie w szał, jeśli się dowie… A ty? Na boginię! Choroba odebrała ci już tak wiele.

Ruszył ku drzwiom, nie oglądając się za siebie. Był już przy klamce, gdy usłyszał cichy szloch. Odwrócił się.

Królowa, lwica, której niegdyś bał się każdy uryjczyk, płakała. Łzy wolno spływały po jej policzkach.

- Halionie… - wyjąkała, a w tym jednym słowie było więcej błagania niż w jakiejkolwiek modlitwie, którą kiedykolwiek słyszał.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Vespera wczoraj o 10:58

    No i zastanawiam się teraz, jaka w tym uniwersum jest różnica w smaku między dzikimi a udomowionymi orzechami...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania