"Księga Tkaczy" Rozdział I część 1/2
Część Pierwsza
Koszmary przyszłości
Rozdział I
Zimno – pomyślała, rzuciwszy spojrzenie ku niebu. To miało barwę znoszonej, stalowej płyty, matowej i pozbawionej życia. Słowo szemrało w niej cicho, niemal złośliwie. Było jak klątwa rzucona na świat, niesiona przez wiatr, który gnał z największych pustkowi, by kąsać wszystko.
- Południe blisko, a Zakątek wymarł jak po zarazie – wycharczał Harris.
Viride uniosła podbródek. Tarcza słońca przypominała maleńką monetę wrzuconą do wody. Przez krótkie uderzenie serca poczuła słodkie ukłucie nadziei. Przywołała wspomnienie jesieni: syczenie wysokich ognisk i zapach dojrzałego ziarna. Światło jednakże szybko zgasło pod naporem ciężkich chmur, nie zdążyła poczuć choćby śladu jego ciepła.
- Schowali się do nor – dodał starzec, niezdarnie szukając jej wzroku.
Cisza była dla niego zbyt ciężka, a Viride wciąż nie raczyła go odpowiedzią. Patrzyła, jak przystaje przy drzewach uwięzionych w lodowym pancerzu, na których szron pokrywał gałęzie niczym szklane kolce. Harris uniósł krzaczaste brwi, a sieć zmarszczek na jego czole pogłębiła się, tworząc mapę urazów i nieudolnych przeprosin.
- Zimno. Jak u czartów w Pustce. – Wypuścił z płuc kłąb bladej pary i ruszył przodem, kalecząc butami zlodowaciałe trawy. – Jak początek roku tak kąsa, to latem spali nam skórę. Ale póki wieje od Stygii… - splunął pod siebie i zaczął drapać się po siwej, splątanej brodzie. – Przeklęte robactwo. Żrą mnie żywcem pod tą wełną!
Viride szła w milczeniu. Droga od chaty zielarki wydłużała się z każdym krokiem. Zakątek, niegdyś tętniący życiem, teraz przypominał cmentarzysko. Z kominów co prawda snuł się dym – białe, wątłe smugi pnące się ku obojętnemu niebu – ale na zewnątrz nie było nikogo.
Większość okiennic zatrzaśnięto. Te, które zostały otwarte, kołysały się na zardzewiałych zawiasach, wydając dźwięki przypominające rechot staruchy. Powietrze od wielu dni smakowało solą i dymem.
- Trzeba było skręcić przy świątyni – odezwała się wreszcie, a jej głos zabrzmiał obco w tej ciszy.
Minęli studnię na środku placu. Cembrowina ziała czernią a wiszący w niej łańcuch był gruby od lodu.
- Odmrożę palce, zanim dotrzemy do mostu – dodała.
Harris wyraźnie ożył, słysząc głos adeptki. Każda uwaga była dla niego lepsza niż bycie sam na sam z własnym sumieniem.
- Nie było jak inaczej! – odparł niemal wesoło. – Do mostu droga tylko tędy.
- Jest jeszcze kładka.
Starzec prychnął, a z jego nosa wyciekła kropla śluzu.
- Nie mam już nóg do skakania po belkach – rzucił. – Za stary jestem.
- Rębacze położyli nowe deski jesienią. Nie trzeba skakać, wystarczy nie być ślepym.
Harris poprawił zniszczony kołnierz i splunął. Żółtawa flegma wyrzeźbiła krater w białym śniegu.
- Fuj – syknęła Viride.
- Drapie mnie, to pluję.
- To obrzydliwe.
- A co, miałem to żreć? – burknął, gdy w jego oczach, szarych i małych jak u polnej myszy, czaił się osąd. – Zła jesteś? O to, że zielarka kazała ci iść ze mną?
- Nie.
- Jesteś. Widzę przecież. Wargi masz zaciśnięte, jakbyś octu się opiła.
- Obraziłeś ją… Bez powodu.
- Toć ona pierwsza szczekała! – obruszył się, machając rękami jak dziecko. – Słyszałaś przecież. Nazwała mnie kłamcą. Co miałem robić? Głaskać ją po rękach? Mówiłem, że zgubiłem to, co miałem, a ta i tak wpadła w furię. – Harris obejrzał się przez ramię, a na jego pooranej bruzdami twarzy wykwitł obleśny uśmiech. – Może po prostu krew jej dołem ucieka i dlatego taka jadowita? – zarechotał nieprzyjemnie.
A tobie gile z nosa.
Nad nimi przetaczały się chmury, ciężkie i sine jak brzuchy śniętych ryb wyrzuconych na brzeg jeziora. Viride wbiła w nie spojrzenie, szukając tam czegokolwiek, co nie byłoby Harrisem. Wschodni wiatr gnał śnieżne tumany, a w nich, niczym odpryski czarnego szkła, wirowały stada kruków i gawronów. Setki ptaków cięły mroźne powietrze, wyrzucając z gardeł dziką, chrapliwą pieśń.
KRAK. KRAK. KRAK.
Przymknęła powieki. W tym chórze, w tym krakaniu, które brzmiało jak rozdzierane płótno, próbowała dosłyszeć wróżbę i odpowiedź na pytania, których nie miała odwagi zadać na głos. Czy rzeczywiście zgubiłeś zioła? Czy okłamałeś Phelię? Harris nie dbał o ptaki ani o przyszłość. Brnął przed siebie, sapiąc i rozkopując butami zaspy brudnego, zesztywniałego śniegu.
Gdy dotarli do mostu – jedynej kamiennej kości łączącej brzegi Zakątka – starzec wyprostował się i wskazał go z taką dumą, jakby osobiście wykuł każdy głaz. Jego spojrzenie było jasne: Patrz na to, mała adeptko. Patrz i podziwiaj.
Most był stary, przysadzisty i ciężki. Liczył trzy sążnie szerokości, a jego łuki zdawały się opiekać samemu czasowi. We wsi szeptano, że wzniesiono go z uryjskiego kamienia: najtwardszego kamienia, jaki znał świat, w którym, jak wierzono, zaklęto najstarsze słowa i moce samych Tkających.
Viride często zastanawiała się, kto taki spiął dwa brzegi, gdzie teraz mróz wykręcał trzciny i królewskie ziele w fantazyjne, martwe kształty. Czuła, że kamień nie mógłby skrywać tak wielkiej tajemnicy, której nie poznałby ani Harris, ani przewodnicząca Lockret. To żadne dzieło czartów z Pustki. Uryjski kamień? Bzdura. To zwyczajny głaz, ciosany rękami budowniczych. Była pewna, że w moście nie ma krzty magii, a historie o zaklęciach to jedynie bajki dla dzieci…
Zwisające z przęseł sople odpowiedziały im trzaskiem. Niektóre z nich wrosły w rzekę, tworząc lodowe kolumny, niby wodospad uwięziony w czasie.
- Elena ma dziś pełną salę – mruknął Harris, wskazując brodą na budynek, z którego dachu rzygały kolumny tłustego dymu. – W Soli i Wieprzu zawsze znajdzie się kąt, żeby się dogrzać… - urwał gwałtownie.
Z cienia wyłoniła się grupka kobiet. Szły gęsiego, skulone pod biczem wiatru, opatulone w grube kożuchy. Poruszały się bezszelestnie, jak stado płochliwych saren przemykających przez mroźny zagajnik. Żadna nie podniosła głowy. Żadna nie splunęła, ani nie pozdrowiła ich słowem. Jedynie najniższa, z dłońmi utopionymi w za długich rękawach, zwolniła na ułamek sekundy. Spod kaptura obszytego tanim futrem Viride dostrzegła cień uśmiechu.
- No i co? – Harris ożywił się, gdy tylko zniknęły w bieli. – Może byśmy tak skręcili do Eleny? Lepiej gapić się w palenisko niż w ten cholerny lód. – Mrugnął do adeptki porozumiewawczo, obnażając resztki żółtych zębów. – Powiadają, że sypie goździki do piwa. Zapach taki, że aż w portkach ciasno.
- Jest zimno – ucięła Viride.
- Przecież mówię, że w karczmie nie! – zarechotał, ale zaraz spoważniał pod jej chłodnym spojrzeniem. – No, ale ta twoja zielarka pewnie by mi skórę z pleców zdarła, co? Źle mówię?
Zrezygnowawszy, ruszył dalej wąską ścieżką. Wzdłuż brzegu stały ogołocone wierzby, uginając się pod ciężarem śniegu, jakby w milczeniu oddawały im pokłon. Nożyk skręcał tutaj gwałtownie, tnąc polany i łąki, by ostatecznie zniknąć w czarnej gardzieli kniei.
Wkrótce z bieli wyłonił się znajomy kształt. Dom. Viride dostrzegła go, gdy tylko minęli potężny, sękaty grab, który rozpościerał nagie konary niczym palce topielca wyciągnięte ku niebu.
Strzelisty dach budynku był wąski i ostry, wbity w chmury. Portyk wsparty na dwóch toczonych przez korniki kolumnach wychodził wprost na dróżkę, którą zdążył już zapchać śnieg padający od rana.
- Pół dnia wczoraj machałem łopatą… a już znów po kolana – warknął starzec, tłukąc dłońmi w poły płaszcza. – Ruchy, dziewczyno, bo i mi nogi odmarzną.
Viride przytaknęła, ale jej wzrok uciekł w górę. Niebo zawrzało. Chmara czarnych skrzydeł rozdarła stalowe chmury, a powietrze zgęstniało do ogłuszającego, kruczego wrzasku. Bezlitosny dźwięk przebił się przez zimową ciszę.
Ituna mówi, że czarne skrzydła to czarne nowiny – przemknęło przez myśl adeptce. Choć uważała się za mądrzejszą od wiejskich bab rzucających uroki, poczuła, jak chłód, którego nie powstrzyma żadna wełna, pełznie jej wzdłuż kręgosłupa. Szybko zerknęła na Harris, a gdy upewniła się, że starzec nie patrzy, splunęła przez ramię na szczęście. Ślina wypaliła małą dziurkę w bieli.
Następnie spojrzała na Zakątek.
Chałupy stały blisko jak przestraszone zwierzęta szukające ciepła. Pomiędzy nimi wiła się rzeka, błyszcząc zimnym blaskiem Nożyk. Wieża świątyni, szara i surowa, dominowała nad lasem brzóz, z które z tej odległości przypominały zużyte miotły, porzucone przez boginię w kącie świata. Prawie z każdego komina bił dym, Pachniał żywicą, palonym torfem i trudem. Ścieżki, posypane grubo popiołem, wyglądały jak rany na bladym ciele. Wiatr niósł ich gorzki posmak prosto w usta Viride.
- Czuję, jak kości wchodzą mi w dupę – mruknął Harris, szarpiąc za drzwi.
Zanim jednak przekroczył próg, znieruchomiał. Jego wzrok spoczął na rzece. Lód płonął teraz serią barw: błękit skraplał się w róż i brudne złoto.
- Dobrze, że gorączka puściła – dodał ciszej, niemal do siebie.
Viride przestępowała z nogi na nogę, czując jak mróz wgryza się w policzki. Miała nadzieję, że starzec wreszcie wpuści ją do środka, do ciepłej chaty, lecz on wciąż tkwił na progu jak głaz.
- Widziałaś? – zapytał nagle, wyciągając kościsty palec w stronę trzcin.
Podążyła za jego gestem, gdzie między zlodowaciałymi kępami traw, mignęła czyjaś postać. Była zwinna i szybka jak polna mysz, przemykająca przez swoje zamarznięte królestwo. Pojawiła się tylko na mgnienie oka, niczym duch wywołany z mroku, by zaraz zniknąć.
- Przeklęta dziewucha. Łeb sobie ukręci na tym lodzie – wychrypiał.
- Laya? – zapytała Viride. – Ona się tylko bawi.
- Mówię ci: łeb sobie ukręci.
Viride zamknęła oczy. Zobaczyła siebie sprzed lat, pędzącą po rzece z wiatrem w uszach. Policzyła zimy, które minęły od tamtego czasu, i zadrżała. Harris nie rozumiał. Nie wiesz, jaka jest teraz szczęśliwa – pomyślała, gdy wspomnienia porwały ją i otuliły miękko. Zadźwięczały echa dawnych śmiechów Dalii, Verenny i Sary; poczuła zapach lodu i szorstkość rzemieni, którymi wiązała łyżwy do przemarzniętych butów.
- A ty? – odważyła się wyrzucić z siebie.
- Co ja? – Starzec łypnął na nią podejrzliwie.
- Nigdy nie jeździłeś po lodzie, Harrisie?
- Może. Dawno temu. – Zmarszczył czoło, a jego twarz stała się jeszcze bardziej poorana, jakby próba przypomnienie sobie radości sprzed lat sprawiła mu fizyczny ból. – Nie pamiętam. To było w innym życiu.
Spojrzał w górę, gdzie sople drżały na wietrze, wydając cichy, szklany dźwięk. Belki portyku były spękane, a szron osiadał na pajęczynach, zamieniając je w srebrne sieci na muchy.
- Chodźmy – uciął. – Chyba że chcesz tu gapić się na tę małą.
Viride nie czekała na drugie zaproszenie. Wślizgnęła się w mrok sieni, czując na plecach ciężar zamykanych drzwi, które odcięły ją od krzyku kruków i mroźnego oddechu świata.
- Zrzucaj to futro, nie chcę, żebyś mi naniosła śniegu. I otrzep buty, porządnie – burknął Harris, krążąc jak niespokojny duch, i zapraszając dalej.
Ruszył ku palenisku, gdzie dogasały ostatnie, poczerniałe szczapy. Chwycił żelazny pogrzebacz i uderzył w nie z furią. Coś trzasnęło, sypnęły się iskry, a płomień syknął i ożył, rzucając na ścianę długie, drżące cienie.
Viride ściągnęła kurtę, starannie uderzając butem o but. Nie chciała prowokować Harrisa do gniewu. Rozejrzała się wkoło. Chata, z zewnątrz dumna i strzelista, w środku śmierdziała zaniedbaniem. Była pusta w ten szczególny, duszny sposób, jakby wszystko wstrzymywało oddech, czekając na swój upadek.
A gdzie te wszystkie cuda? – przemknęło jej przez myśl. To babka Eleanor snuła opowieści o Harrisie, który niegdyś miał władać okoliczną ziemią. Mówiła o człowieku obytym, który widział porty i wieże południa, o bogaczu, którego piwnice pękały od szkatuł i trofeów. Wszystko przeżarłeś i przepiłeś w Soli i Wieprzu? Zamieniłeś złoto w jęczmienną polewkę i kwaśne wino?
- Muszę zobaczyć, jak się leczyłeś – powiedziała, siadając przy ciężkim, dębowym stole.
Przejechała palcem po blacie, zostawiając bruzdę w szarym kurzu. Od pięciu lat, od dnia, w którym Harris złożył swoją Eliskę do twardej ziemi, dom umierał wraz z nim. Belki osiadały pod ciężarem śniegu, a brud wrastał w szpary między deskami jak liszaj.
- Po to przecież gnałem do tej wiedźmy – mruknął. – Ale trafiłem na zły humor.
- Skończyłeś zioła zbyt szybko.
- I co z tego? – obruszył się, a jego oczy rozbłysły niezdrowym blaskiem. – Skąpi mi korzeni i liści? Oszczędza na tych, którzy zaraz i tak wyciągną kopyta?
- Nie jesteś taki stary, Harrisie. Plecy masz wciąż proste.
Sięgnęła do kieszeni i wyjęła małe, lniane zawiniątko. Przez chwilę trzymała je w dłoni, zastanawiając się, czy te zioła nie skończą u Eleny jako zapłata za dzban piwa.
- Ostatnia porcja – rzekła twardo.
Harris patrzył na zawiniątko z dziwną nieufnością, jak na jadowitą żmiję.
- A jak i to się skończy? Co wtedy?
- Mówiłeś, że gorączka cię opuściła.
- Ano, piłem każde okropieństwo i ogień w żyłach zgasł, ale wciąż boli. I swędzi, jakby mi kto mrówki pod skórę wpuścił.
Zostawił płaszcz, który zsunął z siebie jak skórę węża, i podwinął rękaw brudnej koszuli. Zmiany na skórze przypominały mapę nieznanych krain: czerwone, nabrzmiałe linie wiły się i plotły, kończąc swój bieg tuż przy łokciu. Viride nachyliła się, by przyjrzeć się wszystkiemu. Coś się zmieniło. Krwawe rzeki i góry, które jeszcze parę dni temu zdawały się puchnąć, teraz przygasły.
- Chyba zelżało – mruknął starzec, a w jego głosie, po raz pierwszy od rana, usłyszała nutę lęku zmieszanego z nadzieją. – Jak myślisz?
- Za wcześnie, żeby wiedzieć – odparła, mimowolnie naśladując surowy ton nauczycielki. – Ale jeśli ból odpuszcza…
- Byle się tego paskudztwa pozbyć. Nie wiadomo, z jakiego bagna wylazło?
- To nie parzyca. Raczej leśna czerwonka. Może złapałeś ją w lesie… Może…
- A mówią, że zielarki wiedzą wszystko, chociaż nasza widzi tylko czubek własnego nosa – prychnął.
Viride wyjęła drugie zawiniątko, mniejsze i tłuste od zawartości.
- Maść. Smaruj tylko tam, gdzie ogień jest najgorętszy.
- Kurwa, wszędzie pali! – zaczął, ale nagle zamarł.
W chacie, dotąd wypełnionej tylko trzaskiem drewna, rozległo się niskie, wibrujące bzyczenie.
Harris uniósł głowę, nasłuchując.
Uderzył dzwon?
Dźwięk był ciężki. Echo przetoczyło się przez Zakątek, drżąc w naczyniach na stole.
Viride też podniosła wzrok, czując dziwny uścisk w żołądku.
- To na modlitwę?
- Co? – Harris prychnął. – Jaką? Bogini, dziewczyno, nigdy nie słuchała. Może król nas nawiedził? – zaśmiał się chrapliwie. – Dawno nie widzieliśmy tu królewskich sztandarów. Ile to było pereł? Sześć czy siedem?
Król? Niemożliwe. Żaden Magatirah nie zapuszczałby się tak daleko na wschód. Rada wiedziałaby o tym już dawno.
- To Dure…
- Bystra z ciebie adeptka. – Harris skinął głową i jeszcze raz grzebnął w kominku, aż deszcz iskier sypnął z paleniska. – Racja, król na pewno nie. Ten tłusty wieprz ma dupę przyrośniętą do uryjskiego krzesła. Mówią w karczmie, że utył tak, że dziesięciu pachołków musi go z łoża zwlekać…
- Nie można tak mówić – odparła prędko.
- Co? Myślisz, że potrzeba jedenastu, żeby go dźwignąć?
Nie odpowiedziała. Powietrze nagle zgęstniało. Coś szarpnęło Viride od środka, głęboko w kościach, a ziemia pod chatą pękła? Obróciła się w nicość. Świat przechylił się gwałtownie.
Błysnęło światło.
Nie był to ogień z kominka, lecz oślepiająca biel rozdzierająca mrok pod powiekami. Viride zobaczyła twarze: dziesiątki zastygłych w niemym krzyku, ociekających szkarłatem i purpurą. Ledwie widocznych. Magatirah? Dzwon zaczął bić mocniej. To król zmierzał do Zakątka?
- …stąd wiem, że sra tak samo jak każdy chłop – głos Harrisa przebił się przez to, co widziała. – Tego cię nie nauczyła?
Świat wrócił na miejsce, choć żołądek Viride wciąż wykręcał się w pętlę.
- We wsi mogę krzyczeć, co mi się podoba – ciągnął starzec, niczego nieświadomy. – A król dalej będzie srał.
Viride wpatrywała się w niego, czując na języku posmak miedzi.
- Widziałeś? – wykrztusiła.
- Co?
Ten blask. Zastanowiła się, co takiego zobaczyła i nie odpowiedziała słowem. Zostawiła zioła na zakurzonym blacie, pożegnała się krótko i niemal wypadła z chaty. Wiatr smagnął ją po twarzy, niosąc wraz z sobą drobiny lodu. Nad Zakątkiem niebo przypominało gnijącą ranę. Poszarpane chmury wiły się jak robaki, przelewały się w kształty, których umysł Viride nie potrafił nazwać. Rodziły się i zdychały w mgnieniu oka.
Czy ja śniłam? – zapytała, chwytając się za kołnierz.
- Król sra – wyszeptała, a własne słowa wydały jej się obce, niemal bluźniercze. Pamiętała tylko moment, gdy podłoga przestała istnieć, a ona wpadła w objęcia nicości.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania