"Księga Tkaczy" Rozdział I część 2/2
Uliczką przemykały pojedyncze cienie. Ludzie poruszali się skuleni, rzucając szybkie, chłodne spojrzenia spod ciężkich nakryć głowy. Ich oczy mówiły to, co wiedzieli wszyscy: Przyszła zima. Dzwon na wieży wreszcie zamilkł, zostawiając w uszach nieprzyjemną ciszę.
- Ach!
Czyjaś dłoń, koścista i mocna, zacisnęła się na ramieniu adeptki. Viride syknęła z bólu, gdy postać przyciągnęła ją do siebie.
- Chodźże tutaj, mała adeptko. Szybko.
Cecylia. Wysoka, tyczkowata kobieta o włosach jasnych i splątanych jak wyschnięta słoma, wyłoniła się z mroku, przyciągając Viride ku dwojgu innym mieszkańcom.
- Wiadomo coś? – Niemal dławiła się słowami, poprawiając kaptur drżącymi palcami. – Zamknęli wrota świątyni!
- Dajże dziewczynie odetchnąć – warknął mężczyzna obok. Viride rozpoznała go tylko z twarzy; był mężem grubej Lysy, która co miesiąc prosiła o ziele arynicy.
- Zielarka jest tam, w środku, ale nas nie chcą wpuścić! – ciągnęła Cecylia, ignorując go. – Metir wydał rozkaz. Ten parszywy szczur, niech go czarty porwą.
- Nie bluźnij tak blisko domu bogini – upomniała ją szeptem druga, kuląc się w kożuchu. – To ja chciałam prosić o łaskę…
- Viride, prawda? Pamiętasz mnie? – Cecylia ścisnęła ramię adeptki tak mocno, że jej paznokcie wbiły się w kurtę. – Leczyłaś mojego Sama, gdy gorączka chciała go zabrać. Musisz coś wiedzieć. Dla kogo bił dzwon? Dla Dure? Czy coś się stało?
Viride poczuła, jak ziemia znów staje się niepewna. Wizja purpurowych twarzy zapiekła ją pod powiekami.
- Metir uciekł, jakby go ktoś gonił. Nigdy nie widziałam, żeby ten karzeł tak przebierał nogami. Pobiegł do Domu Rady.
- Jedzie król – wyszeptała Viride, a słowa te wypadły jej z ust, zanim zdążyła je zatrzymać.
Cecylia znieruchomiała.
- Coś ty powiedziała? Król? – Jej głos załamał się, przechodząc w piskliwy szept. – Nie żartuj sobie z nas, mała adeptko. Nie powinnaś sobie pozwalać. Za takie żarty bogini wyrywa języki.
Magatirah. Król, który stał się wieprzem, jest prowadzony pod nóż. Ta myśl, lepka i obrzydliwa, przywarła do niej niczym brud. Viride niemal czuła zapach jego potu, widziała w myślach tłustą twarz o barwie surowej szynki, zwisające podbródki i palce umazane tłuszczem, sięgające po krwistą kiełbasę. Głosy, które kiedyś usłyszała w karczmie, powróciły do niej echem: „Ma ręce jak pniaki, prawie się nie rusza, tylko leży i jęczy w jedwabiach. Czy tak wygląda namiestnik bogini? Jak góra gnijącego mięsa?”
Cecylia mówiła dalej – o synu, o Orianie napotkanej o świcie.
Mąż Lysy i druga kobieta, skuleni pod biczem wiatru, nie wytrwali długo. Mruknęli coś pod nosami o zamarzającej krwi i odeszli, zostawiając za sobą jedynie ślady butów na śniegu. Chcieli tylko modlitwy, a dostali zamknięte przed nosem wrota.
Cecylia zaciągnęła adeptkę w cień wieży świątyni.
Budowla przed nimi była stara i zmęczona. Wschodni wiatr uderzał w mury z siłą wygłodniałego zwierza, próbując zedrzeć wapienną skórę i dobrać się do kamiennych kości. Spróchniałe deski dachu skrzypiały pod każdym podmuchem, gdy cztery piętra górowały nad Zakątkiem niczym surowy strażnik. Po lewej stronie piął się bluszcz – czarny, poskręcany i pozornie martwy. Oplatał zapomnianą rzeźbę Matki, a tam gdzie jego korzenie wchodziły w fundamenty, ziemia wybrzuszała się niezdrowo.
Przy wejściu wyrósł Umber. Mężczyzna był szeroki w barach, z siwą, niechlujną brodą i oczami martwymi jak dno studni.
- Musimy wejść – rzuciła Cecylia, nawet nie zwalniając kroku.
- Nikt nie przejdzie. Metir zakazał. Bez wyjątków – uciął.
- Karzeł? Myślisz, że osłoni cię przed gniewem zielarki, gdy dowie się, że trzymasz jej uczennicę na mrozie? Przesuń się, póki jeszcze masz ku temu okazję, Umber.
W oczach strażnika błysnęło wahanie.
- Ona wejdzie, ale ty zostaniesz tutaj – odburknął, wskazując palcem na Viride. – Metir mógłby się rozgniewać.
- Boisz się go? – Cecylia posłała mu kpiący uśmiech.
- Nie. Możesz mielić jęzorem, póki ci nie zamarznie, ale to nic nie zmieni. – Odsunął się od przejścia i uchylił wrota prowadzące do świątyni. – Adeptko? Wchodzisz, czy wolisz zostać?
Viride nie czekała. Prześlizgnęła się przez ciężkie, dębowe wrota, zostawiając za sobą pierwsze przekleństwo, którym Cecylia obrzuciła strażnika. Nie pod domem bogini – już miała powiedzieć, lecz Umber zamknął za nią przejście, ucinając resztę słów. Mogłabym wrócić i zaprosić Cecylię z sobą. Zostałaby adeptką adeptki, uczennicą uczennicy. Czy Dolina by na to przystała? Nie – odpowiedziała niemal natychmiast. Cecylia niestety jest zbyt głupia i porywcza, zdecydowanie za stara, by pojąć nauki Zielonych Sióstr.
Wewnątrz uderzył chłód – inny niż ten na zewnątrz. Pachniał wilgotnym kamieniem, starym drewnem i kadzidłem, które dawno wywietrzało. Gdy wzrok przywykł do mroku, Viride dostrzegła gobelin strzegący nawy. Jego kolory lśniły złowrogo; splecione symbole Nieba i Ziemi wiły pod wpływem przeciągu. Odsunęła ciężką tkaninę.
Światło wylało się na posadzkę, tnąc mrok jak brzytwa.
W nawie panowała cisza tak gęsta, że usłyszała bicie własnego serca. Osiem wysokich witraży rozbijało blade promienie słońca na setki krwawych i szafirowych refleksów. Każde okno opowiadało historię sprzed Rozdarcia – z czasów, gdy świat był młody, a Trzy Kruki zstąpiły już z nieba. Tak wyglądał świat, gdy ziemia trzęsła się każdego dnia.
Viride zatrzymała się przed jednym z nich. Zawsze tam stawała. Ów obraz miał w sobie magię, która rozrywała mury świątyni, zastępując je chłodem morskiej bryzy i zapachem soli. Szum fal rozbijał się o brzeg, a białe bałwany piany wygasały między skałami, żegnane skrzekiem mew. To były „Narodziny Matki”. Cienie wirowały na tle chmur jak duchy poległych wojowników…
Viride słyszała jeden głos – szept utkany ze snu i kurzu osiadającego na witrażach.
- Dziewczynko!
Był bliski, niemal namacalny. W barwnym szkle widziała rybaka trzymającego rybę o łuskach mieniących się jak zaklęte klejnoty – blade złoto, błękit i fioletowe błyski lśniły w słońcu. Chłop uśmiechał się do niej ciepło. Jak zwykle, wyciągnęła dłoń, chcąc poczuć chłód łusek pod palcami, lecz gdy tylko mrugnęła, wizja pękała jak mydlana bańka.
Wspomnienie twarzy rybaka, jego oczu, zniknęło za ostatnią Mgłą.
Postawiła krok. Echo jej buta odbiło się od sklepienia z siłą młota. Witraże przestały mieć znaczenie, gdy wzrok padł na postać u stóp ołtarza. Phelia. Siedziała przed obliczem Matki, skulona, i zapewne pogrążona w modlitwie.
- Wiara to samotna droga, należy do każdego z nas – mawiała, ilekroć mijały mury świątyni. – Pamiętaj o tym… zwłaszcza, gdy popełnisz błąd, za który zapłacisz czyjąś krwią.
Włosy zielarki, niegdyś przypominające płynne złoto, teraz były zszarzałe i matowe; opadały na jej plecy w brudnych kosmykach. Twarz, choć wciąż gładka, nosiła piętno głębokiego zmęczenia.
Razem wbiły wzrok z rzeźbę Matki. Oczy Phelii były zimne, lecz gdy uniosła powieki, Viride dostrzegła w nich cień maleńkich ogników.
Płakałaś. Otworzyła usta, by zadać pytanie, lecz nauczycielka ubiegła ją głosem, który brzmiał jak trzask lodu.
- Słyszałaś dzwon? – Jej szept przeciął ciszę. – Każdy musiał usłyszeć.
- Tak.
Matka, wyrzeźbiona w ciemnym drewnie wiśni, wyciągała ramiona w wiecznym, niemym geście przyjęcia. U jej stóp dogasała samotna świeca; obok spoczywały zasuszone kwiaty, oplecione pajęczyną, dawno już pozbawione barwy i woni. Smuga czarnego dymu kreśliła brudną linię na rzeźbionej sukni bogini. Viride wpatrywała się w płomień ze zgrozą, wiedząc, że gdy tylko wgryzie się w wyrzeźbione ciało, z posągu nie zostanie nic poza stosem czarnego węgla. Dure powinien odsunąć świece albo pilnować ognia dniem i nocą.
- Wiara bywa lepszym pancerzem niż niewiara – podjęła Phelia. – Gdy wszyscy się od ciebie odwrócą, zostanie ci tylko Matka. Ona wybacza każdy grzech. Każda zbrodnię, nawet tę najczarniejszą. Bezgraniczna miłość… to jarzmo, które niewielu potrafi udźwignąć.
Zamilkła, a jej wzrok uciekł ku mrocznemu przejściu, które prowadziło do kwater kapłana.
- Już poczuli krew – dodała, wskazując tam brodą. Jej głos był cichy, lecz każde słowo uderzało o kamienie posadzki jak moneta rzucona na stół.
To nie król przyjechał – pomyślała Viride. W umyśle drzwi ustąpiły z przeciągłym skrzypieniem, ukazując obraz, od którego wnętrzności wykręciły się w supeł. Dure?
- Cecylia czeka przed wrotami – wyszeptała.
- Wścibska baba. Niech czeka. Niech wszyscy czekają, aż mróz zamieni ich w kamień.
Viride stała bez ruchu. Czy sama stała się kamieniem? Słowa zielarki docierały do niej powoli. Ściany świątyni zbliżyły się, a chłód, przed którym Dure tak gorliwie bronił tego miejsca, zaczął wlewać się przez nieszczelne okna. Gobelin strzegący przejścia zadrżał, jakby za nim czaiło się coś jeszcze gorszego.
W mroku zamajaczyła dłoń, a zaraz potem do uszu adeptki dotarło krótkie, stłumione stęknięcie. Serce Viride uderzyło o żebra.
Metir. To krasnal.
Phelia odwróciła się z gwałtownością ranionej kotki.
Karzeł szedł środkiem nawy, powoli, kołysząc się na krótkich, krzywych nogach. Wyglądał, jakby dźwigał na barkach niewidzialny worek pełen cudzych grzechów i brudnych sekretów. Jego łysina lśniła w kolorowym świetle witraży, upstrzona plamami, których od miesięcy nie próbował już maskować. Broda, gęsta i splątana, sięgała mu do połowy piersi, lecz zamiast majestatu, przydawała mu jedynie wyglądu starego, złośliwego gryzonia.
Gdy przemówił, jego piskliwy głos obił się echem od sklepienia: - Okropna nowina. I to nim słońce zdążyło nas ogrzać. Zielarko, ludzie na placu skowyczą o prawdę.
- Niech skowyczą.
- Przewodnicząca Lockret pyta – poprawił się, a w jego oczach błysnęła przebiegłość. – Czy wiemy cokolwiek?
Phelia wbiła w niego spojrzenia, w którym nie było ani krzty litości.
- Dure nie żyje.
Metir przełknął ślinę.
- Tak… - wykrztusił. – Przewodnicząca będzie nalegać na szczegóły. Śmierć pasterza niepokoi stado.
- Jeśli Lockret łaknie szczegółów, niech sama tu przyjdzie.
Metir zerknął na Viride, a w jego spojrzeniu było coś oślizgłego.
- Czy obecność adeptki jest tu konieczna? – zapytał. – To nie jest rozmowa dla dziecięcych uszu. Ile ty masz lat, dziecko?
- Szesnaście – odparła Viride, prostując plecy, choć w środku wciąż dygotała.
Metir skrzywił usta w czymś, co miało być uśmiechem współczucia, a przypominało raczej grymas bólu.
- Dla kogoś tak młodego to zapewne widok obcy i niepokojący. Może powinnaś już wrócić do domu?
Phelia odkaszlnęła szorstko.
- Czy to wszystko? Nasze obowiązki nie kończą się tutaj.
- Niezupełnie. Rada rozważa wysłanie posłańca do Berren. Chcemy, by pogrzebem zajął się ojciec Sellve.
- Nie – przerwała twardo.
- Słucham? – Metir uniósł rzadkie brwi.
- Powiedziałam: nie. Studzienka ma własnego kapłana.
- Rada jest innego zdania. – Karzeł złożył niski, co w jego przypadku nie było trudem, niemal kpiący pokłon przed posągiem Matki. – Dure był naszym filarem. Nie pozwolimy, by żegnał go jakiś gołowąs ze Studzienki, który ledwo potrafi wydukać błogosławieństwo. Poprzedni kapłan, ojciec Part Pridri, przeszedł przez Ostatnią Bramę kilka miesięcy temu, a ten młodzieniaszek, który zajął jego miejsce, ponoć więcej czasu spędza przy kuflu niż przy ołtarzu. Ojciec Sellve to przyjaciel Rady. Poważany człowiek. Być może już go znasz?
- Nie. I nie możemy czekać, aż ruszy z Berren.
Berren leży osiem dni drogi stąd, a teraz, gdy zima zabrała szlaki, na pewno więcej – przemknęło przez myśl Viride.
Metir wzruszył ramionami, a jego palce zaczęły bawić się rzemieniem u pasa.
- Wybacz moją tępotę, zielarko, ale jakie to ma teraz znaczenie? Dure się nie spieszy. On już nigdzie nie odejdzie.
W oczach Phelii pojawił się lód.
- Ciało to mięso, Metirze. Na mrozie sztywnieje, ale w cieple zaczyna gnić. Zacznie puchnąć. Będzie cuchnąć tak, że żadne kadzidło tego nie przykryje. Pojawią się robaki, które nie dbają o to, czy jedzą kapłana, czy żebraka. Czy Rada wzięła pod uwagę fetor rozkładu, czy wasze dyskusje ograniczają się do wyboru koloru całunu?
Karzeł zawahał się, a jego pewność siebie na moment wyparowała.
- Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznych decyzji. Spraw jest legion, wierz mi. A co do… ciała – machnął ręką w stronę przejścia. – Użyj perfum, ziół, czegokolwiek, co trzymasz w swoich słojach. My w tym czasie dopełnimy formalności. Ludzie w Zakątku potrzebują czasu, by oswoić się z tą stratą. To tragiczny dzień, stoimy przed wielkim wyzwaniem. Musimy sprowadzić nowego kapłana, kogoś z twardą ręką. Wyobrażasz sobie, jaka to odpowiedzialność?
Phelia nie zaszczyciła go odpowiedzią. Jej milczenie było ciężkie, wypełniało nawę niczym dym. Metir mierzył zielarkę wzrokiem, w którym czaiło się rozczarowanie zmieszane z pogardą.
- Znasz godzinę, o której wydał ostatnie tchnienie? – zapytał, siląc się na obojętność.
- Rada pozna szczegóły.
- Mówi się, że gdy ktoś odchodzi siódmego dnia, nie idzie w samotności. Sięga wtedy swoim okiem po kolejną duszę, by nie wkraczać w pustkę w pojedynkę. Dure odszedł w nocy, prawda?
- Na twoim miejscu nie pokładałabym wiary w zabobony – rzuciła Phelia.
- Takie rzeczy nie biorą się znikąd, zielarko – odparł spokojnie, odwracając się na pięcie. Już miał odejść, gdy zatrzymał się, nagle przypominając sobie o czymś. – Ach. Byłbym zapomniał. Rada omawiała jeszcze jedną, drobną kwestię. Bardzo cenimy twoją pomoc… jednak jeśli twoja adeptka nie przejdzie prób Doliny, twoje metody i nauki zostaną poddane, cóż, osądowi. Nikt przecież nie chciałby, aby na Zakątek spadł żaden wstyd.
Viride poczuła, jak jej żołądek zamienia się w bryłę lodu. Słowa karła uderzyły w nią mocniej niż mroźny wiatr na zewnątrz. Patrzyła, jak Metir odchodzi, a jego cień ciągnie się za nim.
- Parszywiec – syknęła Phelia, gdy tylko wrota się zamknęły. – Chodźmy. Oriana skończyła już zmawiać modlitwy.
Ruszyły korytarzem skąpanym w półmroku, ku schodom, nad którymi górował potężny witraż przedstawiający złote łany zbóż. Światło wpadające przez szkło zmieniało barwę z każdym ich krokiem – od oślepiającego złota, przez soczystą pomarańcz, aż po krwawe róże i purpurę zachodu. Gdyby nie wycie wichury szarpiącej ołowianymi ramami okien, Viride mogłaby uwierzyć, że lato zostało tu uwięzione na wieki. Powietrze w tym miejscu wydawało się przesycone słodkawym, dusznym zapachem pyłków i rozgrzanej ziemi.
Phelia nie zwróciła uwagi na witraż. To sprawiło, że całe złudzenie wydało się jeszcze bardziej fałszywe – jak sen rozmyty o brzasku.
Zatrzymała się w progu sypialni.
- Oriano?
Z wnętrz dobiegł krótki jęk.
- Chciałabym jeszcze zostać – padła odpowiedź. – Nie będę przeszkadzać.
Oriana miała niewiele ponad czterdzieści lat, tyle co Phelia, lecz czas obszedł się z nią okrutniej. Samotność, która towarzyszyła jej od kołyski, wyryła na twarzy bruzdy głębokie jak wąwozy. Nigdy nie została wybrana – ani przez mężczyznę, ani przez los. Była cieniem, który błąkał się po korytarzach świątyni, niknąc w tłumie i we własnym milczeniu.
Siedziała na skraju łóżka, przygarbiona, w szatach tak nijakich, że niemal zlewała się z szarością ścian. Jej tłuste włosy opadały ciężkimi strąkami na twarz, na której czas nie szczędził pierwszych bruzd, lecz to oczy przykuwały uwagę. Zwykle mętne i nieobecne, teraz były przerażająco nieruchome – jak tafla jeziora przed burzą. Wyglądała jak upiór wywleczony z najgorszego koszmaru.
- Naprawdę nie wiedziałam – wyszeptała, a jej dłonie splotły się w nerwowym uścisku.
- Wiem.
- Wczoraj zrobiłam kolację… - ciągnęła zahipnotyzowana. – Ojciec Dure ją zjadł. Buraczki z chlebem. Jeszcze prosił o wodę.
- Powinnaś odpocząć – powiedziała Phelia, podchodząc do łóżka. Jej dłoń zawisła nad jasnym materiałem, pod którym leżało ciało. – Trzymał się postu?
- Jadł mniej… tak. Ale to nie był post. – Głos Oriany był cichy, dziecinny. – Co teraz z nami będzie?
W umyśle Viride zapłonęły obrazy, których natychmiast się zawstydziła. Widziała, jak Dure pęcznieje pod prześcieradłem niczym purchawka, jak jego brzuch unosi się, wypełniony gazami. Wyobraźnia podsuwała jej zapach zgniłych ust i widok robaków – tłustych larw, białych i lepkich jak miód, wijących się w kącikach jego oczu.
Gdy Phelia odsunęła materiał, wizje rozsypały się w proch.
Kapłan wyglądał, jakby jedynie uciął sobie drzemkę przed wieczorną modlitwą. Jego twarz była spokojna, wolna od cierpienia. Przez uderzenie serca iluzja była tak doskonała, że umysł Viride zawył: On żyje! Lecz klatka piersiowa Janosa Noaha Dure pozostawała nieruchoma, a jego płuca nie zaczerpnęły już powietrza.
- Mogę jeszcze zostać?
- Świątynia jest teraz lepszym miejscem, Oriano. Niedługo rozpoczniemy pożegnanie, a martwi nie lubią, gdy patrzy się na nich zbyt długo.
Viride przeszedł nagły dreszcz. Zimno wniknęło w nią do samego szpiku. Myśli, dotąd rozproszone, zbiegły się w jednym punkcie.
Phelia odezwała się cicho, proszą kobietę o jeszcze jedną rzecz: - Wezwij Naemora. I jeszcze kogoś o mocnych plecach.
Oriana wpatrywała się w martwe oblicze Dure, aż w końcu, cal po calu, odsunęła się od łoża Jej kroki były nienaturalnie wolne, jakby to właśnie jej odejście miało przypieczętować los.
- Obyś znalazł tam lepszy świat, stary głupcze, skoro tutaj nie potrafiłeś już wytrzymać – syknęła Phelia z nieskrywaną goryczą. Spojrzała na uczennicę spod zmrużonych powiek. – Zagotuj wodę. Dużo wody.
Spojrzała na uczennicę.
- Dobrze.
Viride poczuła w ustach metaliczny smak strachu. Zrozumiała, że tym razem weźmie udział w ceremonii. Miała nadzieję, że to Oriana, z jej chorobliwą miłością do kapłana, otrzyma tę ostatnią posługę. Ale Phelia wybrała inaczej.
Jestem adeptką – pouczyła się.
Wkrótce przenieśli ciało do niewielkiej, surowej sali, w której Dure niegdyś nauczał pisma.
Pomieszczenie było odarte w wygód, zimne i puste. W kącie gniły stare, zwinięte dywany, a ich kurz osiadał w gardle, dławiąc każdego, kto odważył się przekroczyć próg. Zapach stęchlizny mieszał się z odorem śmierci.
Dwa wysokie okna pozbawione były barwnych szkieł; zastąpiono je mlecznymi taflami, przez które sączyło się nieprzyjemne światło.
Naemor i Dorian skulili się pod ścianą, tuż przy wyjściu, wyglądając jak skazańcy czekający na znak zielarki, by móc czmychnąć w mrok i już nigdy nie wrócić. Obaj mieli na sobie niechlujne, skórzane kurty, upstrzone zaschniętą żywicą i brudem lasu. Starszy, Naemor, trzymał się z godnością właściwą rębaczom, którzy widzieli niejedną śmierć; jego twarz, poorana bruzdami, pozostawała kamienna. Dorian za to wiercił się niespokojnie, a jego oczy biegały po sali, szukając drogi ucieczki.
- Przeklęta noc – mruknął Naemor. – Wiedziałam, że lada świt coś nas najdzie.
Ścisnął w garści amulet wiszący na rzemieniu, jakby szukał w nim ochrony.
Oriana zdławiła łkanie, ale jej zaczerwienione oczy zdradzały walkę z samą sobą. Każdy oddech wydawał się ją ranić.
- Dure chorował. Śmierć po prostu dopięła swego – ucięła Phelia.
- Każdy choruje, zielarko. – Rębacza wskazał palcem na sztywne ciało. – Ale to… to dzieło Pustki. Zimno weszło w niego za wcześnie.
- Dość tego!
Twarz Phelii oblała się purpurą.
- Nie mam czasu na wasze zabobony. Pomóż mi.
Naemor, choć na jego obliczu odmalowała się wyraźna niechęć, chwycił trupa pod pachy i szarpnął nim do góry. Kapłan… usiadł. Przez moment wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, jakby obudził się z ciężkiego snu. Oriana wydała z siebie zduszony jęk, a łzy spłynęły po jej policzkach.
Phelia jednym ruchem podwinęła koszulę, obnażając nagie ciało. Zapadła cisza. Viride wstrzymała oddech. Czuła, jak rzeczywistość pęka na niewidzialnych szwach, odsłaniając surową, okrutną prawdę o ludzkim losie.
Naemor uniósł martwego kapłana wyżej. Na skórze uwidoczniły się fioletowe żyłki, a pierś Dure była blada i sucha. Głowa przechyliła się bezwładnie i opadła na ramię, pozostając w tej nienaturalnej pozie, dopóki Phelia nie ujęła jej w dłonie, by zsunąć materiał przez czaszkę.
Nagły, histeryczny płacz rozdarł ciszę.
- Już? – Naemor wyrzucił z siebie pytanie, gdy tylko koszula została zwinięta.
- Tak.
Rębacz natychmiast odskoczył od stołu, dotyk trupa najwyraźniej parzył mu dłonie. Wytarł palce w brudne portki, rzucając Dorianowi krótkie, ostre spojrzenie.
- Idziemy. – Chwycił młodszego za ramię i pociągnął ku wyjściu. Oriana, nie mogąc znieść widoku obnażonego ciała, wybiegła za nimi.
- Niech śmierć będzie początkiem twojej prawdziwej drogi – zaintonowała Phelia, rozpoczynając obrzęd. Wlała olejek do glinianej miseczki. W sali uniósł się znajomy aromat – mieszanka ziół i kadzidła, która miała przekonać Matkę.
- Podaj mi gąbkę. I weź drugą. Zacznij od stóp. Pamiętasz, co mówiłam?
Viride skinęła głową. Pamięć o jej pierwszym wciąż była żywa. Lir. Zmarł rok temu. Był chudszy i dziwnie czerwieńszy, nawet gdy krew przestała w nim krążyć. Pamiętała, jak jeszcze rano pił w Soli i Wieprzu, śmiejąc się tak głośno, że drżały ściany… aż nagle światło w jego oczach zgasło.
Teraz Viride pochyliła się nad Dure. Drugim, którego przyszło jej dotykać. Wiatr za oknami zawył z nową siłą, niosąc nowinę po całym Zakątku. Dure nie żyje. Nie żyje wasz kapłan. Najpierw było słowo, potem uderzenie dzwonu, a teraz przyszedł czas na zapach i dotyk.
Skóra pod gąbką była zimna i szorstka, naznaczona bruzdami choroby. Viride obmyła ciało zgodnie ze zwyczajem: stopy, nogi, lędźwia i brzuch. Obcięła paznokcie, wtarła wosk w reszki siwych włosów, upudrowała twarz i zawiązała rzemyk na dłoni – znak, że oddaje duszę Matce.
Wszystko trwało wieczność, aż w końcu wichura za oknem ucichła, ustępując miejsca złowrogiej ciszy. Phelia pokruszyła zioła w trzech naczyniach. Smugi dymu wiły się nad nieboszczykiem niczym duchy.
- Oczy.
Viride roztopiła wosk. To był ostatni krok. Zaklejenie powiek miało sprawić, by kapłan mógł przejść przez Ostatnią Bramę.
- Jak pierwsi ludzie tej ziemi, dzieci Matki, pokazujemy ci ścieżkę – wyrecytowała Phelia, a jej głos zadrżał. – Taki koniec… jest godny.
Czuć było, że sama próbuje w to uwierzyć. Viride spuściła wzrok. Jeśli Dure rzeczywiście trafił w objęcia Westry, to powinna go teraz tulić do piersi. Myśl ta nie przyniosła ukojenia, a obezwładniający strach przed tym, co kryje koniec.
Viride chciała o coś zapytać, gdy nagle drzwi do sali otworzyły się pod naporem uderzenia.
Iris Lockret, wpadła do środka jak czarny, zimowy wicher. Jej błękitne oczy, zazwyczaj chłodne i opanowane, teraz płonęły szaleńczo. Twarz przewodniczącej była blada.
- Phelio! Lód! – krzyknęła, ignorując ciało Dure. – Pękł… lód na rzece pękł!
Skóra Iris przybrała niezdrowy odcień, a pasmo blond włosów wymknęło się spod żałobnego woalu.
- ON WPADŁ POD LÓD!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania