"Księga Tkaczy" Rozdział II część 1/2
Świece dogorywały na komodach, rzucając drżące, bursztynowe refleksy na zimny marmur posadzek. Za oknem słońce zdychało krwawo na horyzoncie, a jego ostatnie promienie przeciskały się przez witraże, plamiąc komnatę purpurą i złotem. Halion obserwował ten spektakl. Kochał zachody, chwile, gdy niebo płonęło niczym rozgrzane żelazo. Wtedy, i tylko wtedy, czuł że ogień szepcze wyłącznie do niego. Jakby był jedynym sędzią i panem dogasającego świata.
Tkaczem.
Jestem nim, jestem…
Zacisnął palce na spoconym ciele Sayi, czując pod dłońmi gorącą skórę i napięte mięśnie jej szyi. Dziwka odrzuciła głowę w tył, zasłaniając migdałowe oczy kaskadą ciemnych włosów. Gdy w nią uderzył, z piersi wyrwał się jęk, który szybko przeszedł w gardłowy szept; modlitwę do bogów, których imiona brzmiały w tej komnacie obco i groźnie. Nie wzywała Kruków, lecz kolosy zrodzone z morskiej piany. Mówiła w języku Lyiri i Ysni, krain zagubionych pośród słonych mgieł. Na ramionach nosiła atramentowe piętna: puste kręgi i ostre fale, którymi Palące Wyspy znaczyły swoje dzieci.
Jest córą morza – pomyślał cynicznie, wbijając paznokcie w jej ciało, aż na oliwkowej skórze wykwitły ślady. Uszczypnął też pierś, karmiąc się bólem i rozkoszą. Sutek, ku jego rozbawieniu, smakował miodem, lecz to srebrny kolczyk na drugiej piersi przykuł jego wzrok. Wiedział, co oznacza; Saya kosztowała więcej niż Laffette i Junme razem wzięte. Należysz teraz do mnie. Jesteś moja. Srebro w ustach szybko stało się gorące. Jej dłonie zdobiły pierścienie z zielonymi kamieniami, które miały przyciągać szczęście i złoto, przynajmniej tak mówiła, chichocząc przy tym cicho. Halion wpatrywał się w nie, czując na karku dziwny ciężar, jakby te drobne kryształy rzeczywiście posiadały magiczną siłę.
- Mój pan jest głodny? – zapytała już w powszechnym języku, przeciągając się z drapieżnym wdziękiem zwierzęcia, które wie, że jest obserwowane. Smuga światła spłynęła po jej plecach, osiadając złotem w zagłębieniu lędźwi. – Mam zawołać siostry? Na deser? – W jej śmiechu nie było już wesołości, tylko zmęczenie i pot.
- Wystarczysz mi ty – nie skłamał.
Poruszała się w rytmie, który dyktowała jej krew, uderzając w pierś Haliona z siłą przypływu. Smakowała dojrzałym latem i słodkimi owocami. Należała do Palącego Morza, gdzie, jak niosły legendy, niewiasty rodziły demony, a mężczyźni nie znali litości.
- Tak… mój pan mówi prawdę. Jestem warta więcej niż one – powtarzała bez tchu, dopóki nie uciszył jej, zaciskając dłoń na gardle.
Laffette ostatnio śmierdziała czymś kwaśnym, jakby najadła się gnijących owoców, a Junme… Junme stała się nudna.
Saya jeszcze taka nie była, za co podziękował bogini. Zamknęła oczy, wydając z siebie niski, dziki pomruk. W blasku dogasających świec jej skóra lśniła od potu niczym naoliwiona zbroja, a każdy ruch był dla Haliona jak cios. Książę, czuł jak pod wpływem jej ciała napina się w szale. Jego męskość nabrzmiała boleśnie. Ona natomiast, wymuszała na nim coraz brutalniejsze tempo. Książę zaczął odpowiadać tym samym, wbił palce w jej biodra, by jeszcze mocniej przyciągnąć ją do siebie.
- Mój panie… - wyjęczała, wyrzucając z siebie słowo, którego nie zrozumiał. Brzmiało jak imię boga zrodzonego w ciemności albo przekleństwo, którego żaden człowiek nie chciałby nigdy usłyszeć. – Jesteś twardy… Jak kamienie Ur!
Halion wyprostował się gwałtownie, czując na piersiach jej ciężar. Wbił się w nią raz jeszcze, mokry od potu i żaru, dopóki z gardła dziwki nie wyrwał się krótki, piskliwy dźwięk: ni to ból, ni to ekstaza. Saya zatopiła zęby w jego dolnej wardze, jakby chciała wyssać z niego resztę życia, aż w końcu runęli na siebie, splątani i wyzuci z sił.
Cienie na marmurowej posadzce wydłużyły się, tworząc nowe, powykręcane kształty. Światło kończyło swą wędrówkę po sypialni, liżąc najdalsze kąty. Kilka świec zgasło z sykiem, gdy horyzont za oknem rozkwitł jaskrawą czerwienią.
Halion wpatrywał się w ciemne, nieprzeniknione oczy dziwki.
- Wystarczy.
Głos miał szorstki, pozbawiony niedawnej namiętności. Było późno. Królowa nie słynęła z cierpliwości, a jej gniew bywał kosztowniejszy niż wszystkie córy karmazynowych domów w mieście. Choć całe ciało błagało, by pozostał nagi, rozsądek uderzył w niego niczym lodowaty dreszcz. Odsunął od siebie spocone ciało Sayi, które nagle wydało mu się obce i lepkie. Czy już zaczynasz śmierdzieć jak Laffette? Nie. Dziwka pachniała słodko.
Włożył białą koszulę. Jedwab był cienki z haftowanym złotymi nićmi herbem Magatirah – pustym polem z kręgiem siedmiu pereł.
- Mój pan jest wielki – wyszeptała i przewróciła się na bok, oferując wszystko to, co mógł znów posiąść. – Czy…
- Dziś nie będziesz mi już potrzebna – uciął, nie patrząc więcej. Szukał butów.
- Rozumiem. I dlatego serce mi pęka – rzuciła, a w jej głosie pobrzmiewała fałszywa nuta, którą opanowała do perfekcji.
Wcale nie pęka – pomyślał.
Odprowadziła wzrokiem jego dłoń, po czym wstała z ociąganiem, które miało być zmysłowe, a dla księcia było już tylko stratą czasu. Rzucił jej sakiewkę. Srebro brzęknęło o dłoń dziewczyny, wywołując na twarzy uśmiech szerszy niż jakikolwiek pocałunek. Wcisnęła się w zieloną suknię i pas tak lichy, że mógłby go rozpiąć mocniejszy podmuch wiatru. To słaba ochrona przed światem, który czeka na ciebie za drzwiami.
- To wielki zaszczyt służyć… wielkiemu Tkaczowi – powiedziała, naciągając pończochę. W jej głosie czaiło się coś, co sprawiło, że Halion znieruchomiał.
- Wyjdź już. I lepiej trzymaj język za zębami, bo…
- Pan sprzeda mnie pasterzowi – dokończyła spokojnie, poprawiając włosy. – A ja nie mam ochoty wdychać zapachu capów i gnoju. Będę milczeć. Córki karmazynowego domu znają tysiąc i jedną tajemnicę tego miasta. Czymże jest jeszcze jedna?
- Kiedyś wyjawisz mi je wszystkie – mruknął, a obietnica ta zawisła ciężko w powietrzu.
- A mój pan mnie wtedy ochroni? – Jej usta wykrzywiły się w cieniu uśmiechu, w którym nie było krzty wiary.
- Jeśli okażesz się tego warta.
Saya skłoniła się nisko, z ironiczną niemal pokorą. Wsunęła mieszek do ukrytej kieszeni sukni, srebro zniknęło w fałdach zielonego materiału, a ona sama, bezszelestnie niczym cień, ruszyła ku drzwiom.
Halion wyszedł na balkon, pozwalając, by nocny wiatr smagnął jego twarz. Nad miastem przetaczały się obłoki, ciężkie, poszarpane monstra spowite metalicznym blaskiem. Mury Ur traciły barwy, rozpływały się w gęstniejącym półmroku, a monumentalne budowle zapadały się w ulice niczym tonące okręty. Ponad nimi dogorywał ostatni odłamek purpurowego słońca. Tu i ówdzie zapalały się latarnie; pochodnie sunęły w dole niczym świetliste robactwo, wokół którego ludzie zaczynali gnieździć się jak mrówki.
Cienie wydłużały się, anektując kolejne dzielnice.
Halion patrzył na to migotanie. Ulice i place rozciągały się aż po horyzont, przypominając pomyje wylane z wiadra na bruk, bezkształtne, pozbawione ładu, cuchnące desperacją i stęchłym życiem. Wstrętne! Pośród tego chaosu wyrastały czarne rzeźby i martwe drzewa, a fontanny z tej odległości wyglądały nijako. Niektóre być może zdążyły już wyschnąć. Nad wszystkim górowały jedynie świątynie i dzwonnice, wznosząc swe szare łuki ku obojętnym gwiazdom.
Dalej, na zboczu największego z trzech wzgórz, wznosiły się ogrody Westry. Kapliczki wystawały z burzy zieleni niczym drobne kamyczki, tak małe, że Halion mógłby przykryć je kciukiem. Tak jak sutki Sayi, które jeszcze przed chwilą twardniały pod jego dotykiem.
Dlaczego kazałem jej odejść? – pomyślał, aż ukłuł go żal. Mogła zostać. Całą noc. Jej ciepło byłoby lepszą osłoną niż te zimne mury.
Miasto, którego był księciem, pełzało pod nim. Z wysokości wieży wydawało się być na wyciągnięcie ręki. Każda uliczka, każdy korytarz wykuty w skale… Wszystko to było to tylko kłamstwem, którym karmili się słabi władcy. Ur było bestią oplatającą trzy wzgórza, łakomą i nienasyconą, chowającą swe najgorsze sekrety głęboko w trzewiach. Istniały dzielnice, do których światło bogini nigdy nie docierało. Miejsca, gdzie imiona traciły znaczenia, a gardła podrzynano dla samej zabawy…
Kto teraz jest królem? – zdawał się szeptać wiatr między blankami.
Halion oderwał dłonie od zimnego kamienia balustrady. Narzucił na ramiona aksamitny kaftan w barwie głębokiego granatu i wsunął na palec złoty sygnet, czując jego znajomy ciężar. Przez chwilę widział przed oczami dłonie Sayi, i te dwa zielone kamienie, które lśniły niczym oczy drapieżnego kota. Czy mogłem zażyczyć sobie czegokolwiek? Był panem Ur, jednym z trójki Magatirah, którego nazywano Tkaczem Ognia. Czego jeszcze mógłby pragnąć ten, który posiada klucze do Wiecznego Miasta?
Przeczesał palcami włosy, lepkie od potu i czarne jak zakrzepła krew. Od kilku dni brzytwy nie tknęły jego twarzy; w lustrze z polerowanego brązu dostrzegł kogoś nieznajomego. Parsknął krótkim, suchym śmiechem. Wyobraził sobie Sayę przemykającą przez spiralne schody i wewnętrzne dziedzińce.
Myśl o matce wróciła niechciana. Nie chciał jej widzieć, nie teraz, gdy jego skóra wciąż parowała zapachem dziwki. A jednak w Ur istniała tylko jedna prawda, starsza niż mury miasta: królowa nigdy nie czeka.
Ruszył korytarzem, który tonął w półmroku. Pustka tego miejsca była niemal namacalna. Przez ułamek sekundy nawiedziła go szalona wizja, by zabrać Sayę ze sobą. Mógłbym wprowadzić ją na salony, ubrać w jedwabie, pokazać dworowi jako przyszłą żonę. Obraz zmienił się jednak równie szybko, jak gniło mięso w słońcu. Zobaczył głowę dziewczyny nabitą na żelazny kolec nad bramą zamkową. Królowa nie potrzebowałaby nocy, by wydać wyrok. Jeden gest dłoni, jedno słowo, a wielkie kruki już wydziobywałyby migdałowe oczy, które tak uwielbiał. Znajdę inną, która nada się na żonę. Miał już dwadzieścia-trzy lata, tyle ile jego ojciec, kiedy trzymał na kolanie pierwszego syna.
Odepchnął widziadło, zaciskając pięści.

Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania