"Księga Tkaczy" Rozdział III część 1/2
Rozdział III
- Ani słowa więcej – ucięła Lidia. W jej głosie pobrzmiewała stal. – Nie chcę o tym słyszeć, zwłaszcza w taką godzinę.
Zacisnęła usta, jakby bała się, że każde złe słowo jest jak klątwa, która zwali się na ich dach.
- To okropne, wiem, ale… - zawahała się. – Bogini tak chciała.
Jak zawsze, sprowadzała wszystko do woli Westry. Viride nie odpowiedziała. Przesunęła tylko palcami po rękawie ciemnobrązowej kurty, uszytej specjalnie na tę „okazję”. Wełna była szorstka, drapiąca, lecz dawała ciepło, a ściegi świadczyły o mozolnej pracy matki. Przy szyi połyskiwał srebrny guziczek, maleńki niczym kropla porannej rosy.
- A jeśli to prawda? – zapytała cicho. – Metir miał rację. Dure nie odszedł sam. Pociągnął za sobą...
Lidia zmrużyła oczy, patrząc na córkę z surową wzgardą.
- To brednie z zachodu. Głupie gadanie – rzuciła. – Powinnaś być mądrzejsza niż wierzyć w takie… okropieństwa.
Viride podeszła do lustra. Odbicie zawsze wywoływało w niej niepokój. Kruczoczarne włosy opadały ciężką kaskadą na plecy, odcinając się od bladości twarzy. Zielone oczy patrzyły z chłodnym wyrzutem.
- Metir może pleść, co mu ślina na język przyniesie – ciągnęła Lidia, poprawiając swój ciasny kok spięty koronką. – Nieszczęście w tym, że jego wróżby bywają przerażająco celne.
- Śmierć w siódmy dzień… - szepnęła Viride.
- Dość! – ucięła Lidia. – Zjedz coś i napij się herbaty. To będzie długi dzień.
- Nie jestem głodna.
- W takim razie sprawdź rajtuzy. Nie chcę, żebyś wyglądała jak żebraczka z oczkiem w materiale.
Lidia obeszła córkę powoli, lustrując wzrokiem każdy szczegół stroju.
- Nie zmarzniesz? Pogrzeby są długie, a dziś…
- Są dwa. Ostatnim był Lir. To ja zakleiłam jego oczy woskiem – pomyślała Viride, czując jak po plecach przebiega jej dreszcz.
- Skoro nie chcesz jeść, chodźmy. Południe tuż tuż, a ludzie już się zbierają.
Wyszły w milczeniu. Lodowaty podmuch uderzył w nie od razu, przeszywając jak ostrza. Powietrze smakowało palonym węglem; każdy oddech był walką, w której zimno wgryzało się w płuca i łamało język. Viride prędko podziękowała za wełnianą kurtę.
Śnieg stracił dawno swoją biel. Zmienił się w szarawą breję, rozdeptaną przez setki stóp i przesiąkniętą żwirem oraz popiołem z wygasłych palenisk. Po obu stronach drogi piętrzyły się jego brudne hałdy. Zakątek w środku zimy stawał się miejscem tak ponurym, że aż dławiło w gardle.
Ludzie przemykali skuleni w grubych płaszczach, z twarzami ukrytymi głęboko w kołnierzach. Ich oddechy unosiły się w chłodzie niczym mleczna mgła. Jedni chowali dłonie w rękawy, inni przyciągali do siebie dzieci, otulając je ramionami.
- Zimno jak w grobowcu – mruknęła Lidia, wtulając się w szarawą pelisę. – Na pewno nie chcesz dodatkowych rajtuz? Nie chcę, żebyś się trzęsła.
- Wytrzymam – odparła krótko Viride. Miała na sobie już jedną parę, grube spodnie, wełnianą koszulę i kurtę.
Mówiono, że na cmentarzu zbierze się tysiąc dusz. Może rozpalą chociaż jedno ognisko. Dure je uwielbiał. Tańczył przy nich, gdy nadchodziła jesień. Viride nie potrafiła sobie tego wyobrazić, ani ognia płonącego przy cmentarzu ani masy ludzi, która teraz wydawała jej się armią najprawdziwszych cieni. Szarych i białych. Szepty w karczmie niosły, że ze Studzienki, Gresh i Mączki miały nadciągnąć kolejne setki.
Lidia poprawiła strój, ale zanim zdążyła ruszyć, drogę zagrodziła jej kobieta o twarzy wypranej z barw.
- Amio – rzuciła na przywitanie. – Dobrze cię widzieć.
- Ciebie również, choć w taki dzień…
- Wybacz, że nie przyszłam rano pomagać przy kożuchu. Czas mnie naglił.
- Jak widzisz – Amia wskazała na swoje odzienie – poradziłam sobie sama.
Jej twarz niemal znikała pod czarną koronką, a mysie włosy wyrywały się spod misternie upiętej fryzury niczym zwiędłe pędy.
- W nocy nie mogłam zmrużyć oka, więc szyłam – dodała.
- Wyszło przyzwoicie.
- Nie kłam. Wygląda jak robota ślepca – prychnęła, a jej wzrok zjechał na pelisę Lidii z mieszanką jadu i fascynacji. – Ale za to ty masz, widzę, piękne futerko. Interesy z Erelią były dla ciebie nadzwyczaj łaskawe?
Lidia zesztywniała, a jej dłoń mimowolnie zacisnęła się na materiale.
- Ciszej – syknęła przez zęby, rzucając szybkie spojrzenie innym. – Ludzie idą.
- Och, przepraszam – zażartowała kobieta, choć w jej oczach nie było cienia wesołości. – Myślałam, że każdy w Zakątku wie, skąd płynie twoja miedziana rzeczka.
Viride stała obok, czując tylko chłód. Wtedy rozległ się dzwon. Pierwszy, głęboki i przeciągły ton uderzył w ziemię jak młot, a po nim przyszły kolejne.
Ludzie znieruchomieli w półkroku, jakby sam dźwięk pozbawił ich woli ruchu.
Dure nie żyje – pomyślała, wpatrując się w szare niebo. Niech bije. Niech wyje. On już tego nie usłyszy.
Odsunęła się, nie mogąc dłużej słuchać rozpraw o głupiej pelisie. Głosy matki i Amii zlały się w jeden bezkształty gwar, ginąc w szumie tłumu.
Znalazła się pośród ludzi, obok gromady mężczyzn, którzy przekazywali sobie flaszkę ukrytą pod płótnem. Gdy jeden z nich napotkał wzrok adeptki, błyskawicznie wsunął butelkę pod pachę; być może przypominając sobie, że to ni miejsce, ni czas. Drugi – Jarros – mężczyzna znacznie starszy, uśmiechnął się krzywo, mrużąc oko.
- Jego zdrowie – wycharczał.
Viride przyglądała się im z chłodną uwagą. W ich spojrzeniach czaił się cień żalu i ta surowa rzeczywistość, którą każdy przeżywał na swój sposób. Amia postanowiła dziś żartować – pomyślała.
Ceremonia miała się wkrótce zacząć. Ludzie roili się niczym mrówki. Pochód toczył się powoli ku cmentarzowi, miejscu, gdzie garść nagrobków tonęła w morzu nagich klonów i wiecznie zielonych sosen, które czuwały nad tym, co zgniłe. To pole, odsunięte od Zakątka, zdawało się wyć w stronę żywych: Chodźcie, bracia i siostry. Chodźcie i płaczcie na mojej ziemi, aż sami się w niej położycie.
Viride czuła niepokój, widząc, jak tłum pęcznieje obcymi twarzami. Ludzie przybyli ze Studzienki, Gresh, Łuby i Mączki; szeptano nawet o gościach z dalekiego Berren. Pod karczmą zatarasowano drogę siedmioma wozami i tuzinem koni. Wśród nich wyróżniał się jeden ogier, wysoki i biały jak mleko.
- Dure miał wielu przyjaciół – stwierdziła Lidia, a w jej głosie zabrzmiała nuta, której Viride nie potrafiła nazwać: zazdrość czy lęk? – Wszyscy chcą go dziś pożegnać. Idź prędzej. W takim tłumie nie starczy dla nas miejsca.
Cmentarz był za ciasny dla tak wielu żałobników. Ci, dla których zabrakło miejsca między mogiłami, rozproszyli się wzdłuż niskiego, omszałego murku. Z konarów szybko poderwały się stada kruków i gawronów. Ptaki krążyły nad zgromadzonymi, czarne i złowieszcze, przeczuwając, że coś zakłóciło porządek całego świata.
Cisza, przerywana plątaniną szeptów i pomruków, gęstniała z każdą chwilą.
- Nic nie widzę – poskarżyła się Viride.
Zatrzymały się przy starym nagrobku z szarego łupka, który straszył ludzi swym pochyłym, ponurym obliczem.
- Jesteśmy wystarczająco blisko – odparła Lidia, a gdy otworzyła usta znowu, powietrze przeciął wybuch czyjegoś płaczu. Dźwięk uderzył w zgromadzonych, nie było w tym żalu, lecz czysty, zwierzęcy ból, którzy przeszywał samą duszę. Tłum zafalował niczym zboże na wietrze. Jedni wycierali łzy, inni wbijali wzrok w ziemię, unikając tego, co ukazało się ich oczom.
Dwie dębowe skrzynie spoczywały tuż nad otwartymi grobami.
I ona.
Cecylia.
Viride dostrzegła ją niemal natychmiast, jakby była jedynym żywym punktem w tym krajobrazie szarości i śmierci. Klęczała przy trumnie. Jej dłonie, blade i drżące, zdawały się drapać deski. Twarz miała ukrytą w głębokim cieniu, gdy złociste loki fruwały na wietrze.
- To… okropność – wyszeptała Lidia.
Viride już nie usłyszała matki. W jej umyśle rozpętała się burza wspomnień, rozdzierając zasłonę teraźniejszości: Iris Lockret, sala świątyni, krzyk, który rozerwał tłum na strzępy.
Pękł lód na rzece.
Szybko, szybko – echa słów przewodniczącej waliły w jej skroniach jak młoty kowalskie.
Pamiętała jaskrawe, nienaturalne słońce, które przebiło się przez ciężką zasłonę chmur. Najpierw wąską smugą, nieśmiałym pasmem spływającym po dachach, jakby badało zimowy świat. Tańczyło na ogołoconych gałęziach, kładło się na oszronionej korze i muskało twarze zebranych przy Nożyku, obnażając prawdę, której nikt nie chciał widzieć.
Wówczas w ciele Viride wezbrało dziwne, palące ciepło. Fala uderzyła w jej żyły, rozgrzewając krew do wrzenia i wypełniając wnętrzności okropnym ciężarem. Plamy olejku na skórze lśniły w tym przeklętym świetle, migocząc tłusto. Były lepkie, wstrętne, wsiąkały w jej palce znacząc skórę piętnem, którego później nie mogła zmyć.
- Obudź się! OBUDŹ!
Viride zamarła. Znała ten głos.
Cecylia klęczała nad ciałem, szarpiąc je z taką desperacją, licząc, że brutalnym ruchem wleje życie z powrotem w syna. Jej dłonie zaciskały się na koszuli chłopca, a palce wbijały się w materiał niczym szpony.
- Obudź się, proszę… nie rób mi tego… - Głos jej się rwał, dławił, tracąc ludzkie brzmienie.
Dokoła zgromadziła się już dziesiątka mieszkańców, tworząc szczelny, gęstniejący krąg. Stali tam jak zaklęci, przyciągnięci zapachem nieszczęścia. Jak wilki. Jedni zasłaniali usta, modląc się, inni wbijali wzrok w ziemię, wstydząc tego, że widzą.
Phelia nie zawahała się. Podbiegła, wbiła palce w ramię Cecylii i padła na kolana przy chłopcu.
- Puść – nakazała. – Puść go. Nie ma czasu.
Cecylia spojrzała na zielarkę, a w jej rozszerzonych źrenicach odbijała się tylko nicość.
- Musze go zatrzymać – wykrztusiła.
Phelia szarpnęła mocniej, odrywając dłonie kobiety od materiału, po czym złożyła własne na piersi chłopca.
Niech znowu bije dzwon – pomyślała wtedy Viride, czując w ustach cierpki smak żelaza.
I bił. Długo, niemal bez przerwy, aż słońce zaczęło krwawić na horyzoncie, malując świat barwami mięsa i krwi. Dzień zabrał dwie dusze, tak jak przepowiedział ten obrzydliwy karzeł.
- Gdzie leży kres naszego cierpienia? Czego możemy być pewni, my mali i prości? Matka pokazuje nam drogę… - Głos kapłana, niosący się echem po cmentarzu, wyrwał Viride z zamyślenia.
Ojciec Sellve stał przed nimi, niski i obrzmiały, z wydatnym brzuchem, który napinał kremową szatę. Wyglądał jak człowiek, który nigdy nie zaznał głodu.
- Ile on ma lat, ze trzydzieści? – szepnął ktoś za plecami.
- Za młody jest na sługę Westry – odparł inny głos. – Spójrz na niego. Dziwnie mu z oczu patrzy.
Viride odwróciła się gwałtownie, napotykając spojrzenie matki. Lidia stała z dłońmi splecionymi na brzuchu, nieruchoma niczym wykuty w skale posąd. Wiatr szarpał pasmami jej włosów, które wymknęły się z ciasnego splotu. Miała w sobie ten głęboki smutek… Viride uwielbiała patrzeć w oczy matki. Swoich nie znosiła; nienawidziła tego, jak wyróżniały ja z tłumu. Są zielone jak mech i do tego żabie – myślała często.
- Słyszałam, że wiedźmy zza morza mają takie oczy – droczyła się z nią kiedyś Dalia. – Chcesz być jedną z nich?
Viride zaśmiała się wtedy, wykonując w powietrzu magiczny gest. Rzucała zaklęcia?
- Nigdy. Zmieniłabym wszystkich w pasikoniki.
Gdybym tylko mogła…
- Ich odejście napełnia mnie żalem – mruknął ojciec Sellve.
- Ktoś z rady twierdził, że ma zostać – dodał nieznajomy z boku.
- Brednie. Takiego bym tu nie chciała. Wygląda jak napuchnięty balon.
- Albo pił. Elena w karczmie mu może polewała.
- …Matka słucha naszego głosu – rzucił kapłan, a jego słowa utonęły w żałobnym zawodzeniu tłumu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania