"Księga Tkaczy" rozdział III część 2/2
Słońce osuwało się ku horyzontowi, gasnąc w przyprószonym śniegiem powietrzu. Wiatr ciskał drobinami lodu w twarze zgromadzonych, zmuszając ich do mocniejszego otulania się płaszczami i zaciskania kurt pod brodami. Ludzie kołysali się rytmicznie, tworząc fale szarości i czerni, które zdawały się oddychać w takt pogrzebowych pieśni.
Viride miała już dołączyć do tego dziwnego tańca, gdy poczuła na ramieniu mocny uścisk. Znajomy policzek otarł się o jej twarz.
- Zimno, co? Jeszcze nos ci odpadnie – Eleanor ucałowała wnuczkę, poprawiła jej włosy i strzepnęła niewidzialny paproch z rękawa kurty. – W Berren jak widać kochają długie pogrzeby. Widziałam cię przy bramie, ale tłum cię porwał. Mnóstw ludzi, prawda? – Skinęła komuś głową, po czym przywitała się z matką wnuczki. – Miałyście na mnie czekać.
- Rano nie sposób było o tym pamiętać – odrzekła cicho Lidia.
- A ty, dziecko, widzisz coś? Taka cisza… - Eleanor zmrużyła oczy.
- Chyba coś się dzieje.
- Podejdziemy bliżej?
- My zostaniemy – ucięła Lidia.
Viride znalazła niewielkie wzniesienie, kopczyk ziemi, z którego mogła wyjrzeć ponad głowami. W dole dostrzegła masywną trumnę kapłana. Na ciemnych deskach, w dziwnym, niemal magicznym blasku, pojawiały się i znikały wypalone litery: Janos Noah Dure. Imiona zawibrowały w jej umyśle. Zimne. Obce?
- Niech Matka przyjmie cię w swoje ramiona – powiedział ojciec Sellve.
Zapadła cisza. Czworo mężczyzn stanęło przy żerdziach wbitych w zmarzniętą ziemię. Gdy wybrzmiała ostatnia modlitwa, ci zaparli się, a ich dłonie zacisnęły się na linach. Coś zgrzytnęło, aż wreszcie – trumna drgnęła.
Twarze zgromadzonych wykrzywiło niedowierzanie. To był koniec – mówiły ich oczy, gdy wypalone ogniem słowa uniosły się na moment w półmroku, by po chwili utonąć w czerni ziemi. Płacz powrócił, najpierw cichy, ostrożny, niczym szybkie, ukradkowe pocałunki, by po chwili wezbrać i wypełnić cały cmentarz.
Ojciec Sellve obserwował wszystko z ponurym spokojem, zaciskając dłonie na księdze.
Dure pamiętał każde słowo Matki.
Viride posmakowała łez. Gorzkich. Czy chciałeś przywitać się ze śmiercią, tak jak mówiła Phelia? Teraz jesteś w domu Westry. Ta myśl miała być pocieszeniem, a jednak ciążyła jak kamień.
Grudy ziemi odłupywanej ze ścian jamy uderzały w trumnę głuchym łoskotem. Dźwięk drżał w żołądku. Ludzie poruszali się niespokojnie, to zamierali, jakby nie potrafili zadecydować, czy to, co widzą, jest prawdziwe. Spoglądali w niebo, na drzewa, na własne dłonie. Zmawiali modlitwy, lecz głosy ginęły w chłodnym powietrzu. Wszystko rozciągało się jak sen, pozbawiony sensu, a jednak prawdziwy.
W pewnej chwili ojciec Sellve podniósł wzrok i spojrzał na stojącą obok Cecylię. Jej ciało przeszył spazm. Wszyscy zwrócili się w tę sama stronę. Ktoś szybko objął kobietę i przytrzymał ją zaskakująco mocno, tak że nie mogła się poruszyć. A potem ceremonia potoczyła się dalej, odbijając się niespokojnym echem w umysłach zgromadzonych, jak kolejny rozdział okrutnej historii.
Czworo mężczyzn sięgnęło lin. Imię, tym razem jedno, wyraźnie wyrzeźbione dłutem i ogniem, powoli znikało w głębokim cieniu. Jakby nigdy nie istniało.
- To już koniec – szepnęła Eleanor, ściskając dłoń wnuczki. Jej głos zadrżał.
Viride chciała odpowiedzieć. Czuła, że powinna. Ale słowa nie przychodziły.
- Zaraz wszyscy będą wychodzić. Możemy iść.
- Ostatnia modlitwa jeszcze trwa – sprzeciwiła się Lidia.
- Dla Dure zostaną do północy – odparła Eleanor z wyraźnym zmęczeniem. – Zmarzłam już wystarczająco, a nogi bolą mnie strasznie.
Ujęła Viride pod ramię.
- My pójdziemy, ale tobie nie zabraniam zostać. W moim wieku ciężko tak długo stać. Napijemy się czegoś ciepłego. Zaraz ruszy tłum i nie da się przecisnąć.
Lidia milczała.
- Później zapraszam na obiad – dodała i pociągnęła Viride ze sobą. Gdy były już dostatecznie daleko, szepnęła do ucha wnuczki:
- Twoja matka czasem powinna ugryźć się w język.
Przeszły pod kamiennym łukiem, z którego zwisały dzikie trawy. Co roku odpadały stamtąd kolejne fragmenty wapiennego spoiwa. Pajęczyny lśniły zamarzniętymi kropelkami, a poduszki jaskrawego mchu błyszczały w zimnym świetle. Viride niejednokrotnie zastanawiała się, ile żałobnych pochodów przeszło już przez tę bramę, ile historii zakopano głęboko pod ziemią.
Jedna myśl wbiła się w nią boleśnie: Śmierć jest wszędzie.
- Odwiedzimy innych? – zapytała.
- Cmentarz pęka w szwach – odparła Eleanor. – Przyjdziemy jutro i pojutrze, żeby im to wynagrodzić.
- Dobrze.
Viride nie znosiła tłumu, który zdawał się podążać za każdym jej krokiem. Nawet wśród ludzi, których znała od lat, czuła się obco. Mijające ją twarze posyłały krótkie przywitania i niepewne uśmiechy, lecz nic nie koiło lęku. Rytuały wspólnoty miały swoją cenę.
- Dure nigdy nie trzymałby ludzi w takiej zimnicy – mówiła Eleanor. – Pochorują się, a ty będziesz miała mnóstwo pracy. Wszystko było piękne, ale trwało za długo. Ten Sellve… mnie nie przekonuje. I nie tylko mnie. Oby z nami nie został. Jutro wyjeżdża?
- Nie wiem.
- Dure może miał swoje mroki, jak każdy – westchnęła. – Ale nie zmieniłabym go na nikogo innego. Szkoda go. I przykro mi, że umarł. Niech znajdzie spokój.
Po chwili dodała ciszej:
- A tamten… mógłby mniej jeść. Obżarstwo to grzech. I mówił strasznie wolno, że zdążyłabym upiec chleb.
Viride milczała. W jej myślach kłębiły się obrazy: twarze, imiona, ciała składane w ziemi. Eleanor dostrzegła to szybko i wskazała na trawy w pobliskim ogrodzie.
- Spójrz. Wiosna się budzi.
- To wilcze ziele. Zawsze wyrasta najwcześniej.
Szły dalej, tam gdzie nagie gałęzie wierzb pochylały się nisko nad ścieżką.
- Zakątek nie zatrzyma cię długo – powiedziała Eleanor.
- Zostało jeszcze kilka miesięcy.
Viride spojrzała na rzekę.
- Zanim się obejrzysz, przyjdzie jesień – odparła babka. – Na rzece już lód pęka… - Urwała, uświadomiwszy sobie, dokąd zmierzała ta myśl.
Viride skinęła głową, lecz pytanie powracało uparcie: Dlaczego zabrałaś też jego? Syn Cecylii leży teraz głęboko w ziemi.
Rzeka odpowiedziała głuchym trzaskiem. Przemawiała do żywych: Dziękuję za ofiarę. Dziękuję, moje dzieci.
- Skończysz w Dolinie siedemnaście lat i będzie w pełni dorosła – odezwała się Eleanor łagodniej. – Wszyscy jesteśmy z ciebie dumni.
- Phelia nie wybrała jeszcze daty.
- Phelia zawsze czeka do ostatniej chwili. Ale uwierz mi, czas przecieka przez palce. Ja już to wiem. Z wiekiem jest tylko gorzej; miesiąc staje się tygodniem, a tydzień jednym popołudniem.
Viride nie słuchała. Widziała tylko ciało wyłowione z rzeki, które później obmywała ciepłym olejkiem. Imiona krążyły w jej głowie od godzin. Metir miał rację. Metir miał rację!
Gdy dotarły pod dom Eleanor, ta wskazała na donice ustawione na ganku.
- Zasadzę w nich nasturcje – stwierdziła.
- A róże?
- Też o nich myślałam, ale nie mam już cierpliwości. W zeszłym roku wszystkie pomarzły.
- Mogłabym pomóc.
- Nie, moja kochana. Masz dość pracy, ludzie cię nie oszczędzają. Jeszcze tego by brakowało, żebym zabierała ci czas na żałowanie róż.
Ruszyła do drzwi.
- No już, do środka. Mróz ciągnie pod nogach. Nie chce, żebyś i ty się rozchorowała.
Dom, choć z zewnątrz niepozorny, w środku wyglądał na nadzwyczaj schludny, spokojny i ciepły. Kilka ścian nosiło ślady upływu czasu, miejscami nadgryzione przez korniki, lecz większość wciąć zdobiły misterne rzeźbienia. Skromny ganek otulał front budynku, dając schronienie przed deszczem i wiatrem.
Wiosną na zewnątrz rozrastały się pachnące zioła, a latem bluszcz piął się po masywnych belkach. Zimą niestety ginął zupełnie, co zawsze smuciło Viride.
W środku intensywnie pachniało drewnem. Wąskie okna wpuszczały jedynie skąpe światło, nadając wnętrzu nieco tajemniczy, przytłumiony charakter. Kominek, serce domu, zapraszał do siebie ciepłem. Masywny, obramowany kamieniem, sprawiał wrażenie niemal żywego. W jego pobliżu stał fotel z grubą, wyblakłą poduszką, ulubione miejsce Eleanor. Nad paleniskiem wisiał kociołek, a w kącie pysznił się ciężki kredens, wypełniony dzbankami, łyżkami oraz słoikami pełnymi konfitur i suszonych owoców.
Podłoga, wyłożona trzeszczącymi klepkami, przypominała cudowną układankę, w której delikatne brązy przeplatały się z ciemniejszymi odcieniami szarości i żółci. Odkąd tylko pamiętała, Viride śledziła wzrokiem biegnące w różnych kierunkach rysy i załamania, próbując odnaleźć w nich zrozumiałe kształty. Czasem widziała twarze, innym razem wilcze ślepia albo węże sunące w stronę sypialni i spiżarni.
- Cały dzień na nogach – westchnęła Eleanor, siadając w fotelu i masując obolałe kolana. – To nie na moje lata. Może weźmiesz go do Doliny? – zwróciła się do wnuczki, która zatrzymała się w progu. Viride patrzyła na obraz. Przedstawiał gliniany dzban po brzegi wypełniony ciężkimi słonecznikami. – Zawsze ci się podobał.
- Nie – odparła spokojnie. – Każda adeptka może zabrać tylko jeden kuferek.
Eleanor nic nie odpowiedziała. Wstała i sięgnęła po coś z kredensu. W tym czasie Viride wyczyściła popielnik i dorzuciła drzazg do na wpół wygasłego kominka. Wpatrywała się w zarzewie ognia, a gdy była pewna, że czerwone języki nabiorą siły, dołożyła kilka szczap suchej brzozy.
- Chyba zupełnie przestałaś jeść. Wyglądasz jak cień. Skóra i kości. W Dolinie powinnaś się prezentować. Zjedz trochę ciasta.
Viride przewróciła oczami i poruszyła ciężkim grzebakiem. Ogień syknął.
- Później. Nie jestem głodna – mówiła prawdę. Pogrzeb wypełnił ją czymś lepkim i twardym, czego nie potrafiła nazwać.
- Kawałek. Wyszło mi. Musisz jeść, bo…
Bo? Podniosła wzrok, wiedząc, że Eleanor, nawet w taki dzień, nie przepuści okazji do przytyku.
- Dalia, która się z tobą kręci, ma apetyt, biodra i wygląda jak dorodna kobieta. A ty, jak dalej będziesz unikać jedzenia, zaczniesz przypominać strach na wróble. Nikt się za tobą nie obejrzy.
- Nie chcę, żeby ktoś się oglądał.
- Nie pleć głupstw.
- Zielarki nie biorą mężów.
- Okropne prawo – fuknęła Eleanor. – Kto mógł coś takiego wymyślić? Nawet jeśli, to powinnaś wyglądać lepiej. Phelia biega między chatami jak wiewiórka. Przy niej ty wyglądasz jak…
- Cień.
- Właśnie. Dlatego spróbuj ciasta. W Dolinie na pewno zatęsknisz, i za nim, i za moim pasztetem, i kiełbaskami.
- Nigdy nie lubiłam pasztetu.
- Nawet nie chcę tego słyszeć!
Eleanor sięgnęła po niewielki dzbaneczek. Przez chwilę ważyła go w dłoni.
- Ani słowa Lidii. Ona nie pochwala takich rzeczy. Ja zresztą też, ale to był długi dzień. – Pokazała naczynie. – Jabłecznik od Jorena. Bardzo go chwalił.
Nalała alkoholu do dwóch kieliszków.
- Nie wszystko na raz. Smakuje jak kompot, ale nie chcę, żeby twoja matka siedziała mi na głowie przez tygodnie. Pewnie już uczy się od tego berreńczyka.
- Jabłecznik był kwaśny, świeży, i ku zaskoczeniu Viride, naprawdę dobry.
- Zrobiłaś, co mogłaś – powiedziała Eleanor. – Nie noś już tego ciężaru.
Nie zrobiłam nic.
- Nikt niczego od ciebie nie oczekiwał. Wiedz, że Matka wybiera moment dla każdego z nas.
To powiedziałabyś Cecylii? – pomyślała Viride, przygryzając wargę. Jej mały Sam nie skończył nawet ośmiu lat. Chciała napić się jeszcze. Nie odważyła się jednak o to poprosić. Eleanor odczytała wszystko z jej oczu i dolała odrobinę.
Chciała tylko zapomnieć. O zalepianiu oczu woskiem, o zimnie ciała, o trzasku ognia, który wcale nie grzał.
- Co będzie potem? – zapytała.
- Potem? – Eleanor uniosła brew. – Modlimy się o koniec w ramionach Matki. Tak to ma wyglądać.
- Oni do niej trafili?
- Mam taką nadzieję.
Reszta z nas trafi do Pustki – zachowała tę myśl dla siebie.
Brzozowa gałązka trzasnęła, gdy płomienie zatańczyły po kamieniu. Ciepło powoli wypełniało pomieszczenie.
- Boisz się śmierci, babciu?
Eleanor westchnęła, długo zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Kiedyś tak. Teraz… to jak czekanie na gościa, który zapowiedział wizytę, ale nie podał dnia ani godziny. Chciałabym odejść bez bólu. Tylko tyle. – Uśmiechnęła się słabo. – Kiedy byłam w twoim wieku, śmierć istniała tylko w opowieściach. Teraz wiem, że jest z nami zawsze. Po prostu nauczyliśmy się odwracać wzrok.
Serce Viride przyśpieszyło. Zadrżała, nie wiedząc, w jaki sposób zadać pytanie, które tłukło się w jej głowie od momentu, kiedy przekroczyła próg domu.
- A jaki on był? – wyszeptała. – Mój ojciec.
Tym razem Eleanor milczała jeszcze dłużej. Wydawało się, że już nigdy, żadne słowo nie wypadnie z jej ust.
- Czasem myślę, jak bardzo jesteś do niego podobna. Chudy jak strach, z potarganymi włosami… Pamiętam, jak biegał po polu starego Feringa po maki i chabry. Miał może dziewięć lat.
Uśmiech zgasł.
- Kazali mi go zbić. Fering się uparł. Nigdy tego nie zrobiłam. Sam też się nie odważył.
- Naprawdę?
Eleanor parsknęła śmiechem.
- Ludzie mówili, że z niego nic dobrego nie wyrośnie. Głupcy. Dostałam dwa bukiety, to za co miałam bić? Był dobry. Cichy. Potrafił godzinami patrzeć w niebo. Marzył… bardzo i mocno. – Głos jej się załamał. – Za każdego ze zmarłych.
Uniesione kieliszki stuknęły o siebie.
Ogień syknął.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania