KU WOLNOŚCI Rozdział 1 "Morze za oknem"
Rozdział 1
Morze za oknem
Są ludzie, którzy całe życie patrzą na morze z brzegu. Są i tacy, którzy nie potrafią żyć, dopóki nie postawią stopy na pokładzie.
Plymouth, Królestwo Anglii, rok 1672
Miasto budziło się do życia niechętnie, jeszcze zanim słońce zdołało przeciąć ołowianą linię horyzontu. Najpierw, niczym zwiastuny poranka, odezwały się mewy. Ich przenikliwe, drapieżne krzyki niosły się nad zatoką, odbijając echem od kamiennych murów i spadzistych dachów krytych ciemnym łupkiem. Chwilę później z głębi portu dobiegł głuchy, monotonny stukot drewnianych młotów. To cieśle okrętowi rozpoczynali swoją morderczą szychtę w stoczniach, na długo przed tym, jak większość mieszkańców Plymouth otworzyła oczy.
Nad wodą unosiła się cienka, leniwa mgła. Przesuwała się pomiędzy kadłubami zacumowanych jednostek, oplatając maszty i olinowanie niczym mlecznobiały całun. Tylko najwyższe reje wystawały ponad jej gęstą powłokę, przypominając nagie gałęzie martwych drzew wyrastających wprost z morskiej otchłani. Zapach portu był jedyny w swoim rodzaju, niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym. Sól, gęsta smoła, nasiąknięte wilgocią drewno dębowe, konopie, z których skręcano grube liny, dym z węglowych pieców i świeżo wypatroszone ryby. I coś jeszcze. nie nazwany zapach dalekich podróży. Każdy statek, który rzucał tu kotwicę, przywoził w swoich ładowniach inną, egzotyczną woń. Jeden pachniał ostrym pieprzem i słodkim cynamonem, drugi tytoniem z wirginijskich plantacji, jeszcze inny cukrem trzcinowym lub ciężkim drewnem mahoniowym, którego nazwy większość mieszkańców nigdy nie słyszała.
Port był prawdziwym, tętniącym sercem miasta. Już o świcie rybacy wracali z nocnych połowów na kanale. Ich mokre sieci lśniły w pierwszych, bladych promieniach słońca, a zmęczone, ogorzałe od wiatru twarze rozjaśniał widok rodzin czekających na kamiennym nabrzeżu. Kupcy z głośnym zgrzytem otwierali ciężkie magazyny. Wozy wyładowane beczkami piwa i workami mąki turkotały po nierównym, śliskim bruku. Dwóch chłopców biegło przed siebie, śmiejąc się wniebogłosy i wymachując patykami tocząc niby-korsarski pojedynek, dopóki zza rogu nie przegonił ich strażnik portowy.
Kilkaset kroków dalej, wysoko ponad tym całym portowym gwarem i brudem, wznosił się pałac gubernatora. Jego masywne mury z jasnego, ciosanego kamienia dumnie łapały pierwsze poranne słońce. Wokół rozciągały się starannie utrzymane ogrody, w których nie było miejsca na przypadek czy chaos. Każdy żywopłot przycięto pod sznur z geometryczną dokładnością, każda ścieżka wysypana była równą warstwą drobnego żwiru, a róże wspinały się po drewnianych pergolach dokładnie tak, jak zaplanował to królewski ogrodnik. Panował tu absolutny, surowy porządek. Taki sam, jakiego od całego świata oczekiwał gospodarz tego domu — Edward Ashcroft, gubernator Plymouth. Był to człowiek, który święcie wierzył, że ludzkie życie powinno opierać się wyłącznie na trzech filarach: bezwzględnym obowiązku, żołnierskiej dyscyplinie i niezłomnym honorze. Były to wartości, które dekady temu krwawym trudem wyniósł z armii floty. I których z żelazną konsekwencją uczył swoją jedyną, dziewięcioletnią córkę Mary.
Na najwyższym piętrze rezydencji, za szerokim, łukowatym oknem wychodzącym wprost na zatokę, siedziała dziewczynka. Na kolanach trzymała grubą, oprawioną w skórę księgę, lecz od dobrej godziny nie przewróciła ani jednej strony. Nie potrafiła się skupić. Za każdym razem, gdy próbowała czytać, jej wzrok rwał się ku portowi.
Na drewnianym parapecie leżała niewielka, lśniąca mosiężna luneta. Prezent od ojca. Edward sądził naiwnie, że zainteresowanie córki statkami to tylko przelotna, dziecięca fanaberia, która szybko minie pod wpływem surowego wychowania. Stało się dokładnie odwrotnie. Z każdym kolejnym dniem Mary poznawała ten morski świat coraz głębiej. Uczyła się odróżniać pękate brygi od smukłych, wojennych fregat. Liczyła rzędy dział, sprawdzała liczbę masztów i z pamięci rozpoznawała powiewające na wietrze bandery. Próbowała zgadywać, skąd przypłynęli ci zuchwali marynarze i w jakie nieznane sztormy popłyną dalej. Czasami, gdy mgła stawała się zbyt gęsta, zamykała oczy i chłonęła morze samymi zmysłami. Wystarczał jej sam dźwięk: odległe skrzypienie olinowania, ciężki łopot rozwijanych żagli i miarowy, hipnotyzujący plusk fal o dębową burtę. W swojej wyobraźni już tam była. Stała na spardeku, czując wiatr we włosach.
"Zasady dobrego wychowania dla młodych dam." Mary spojrzała na otwartą stronicę z nieskrywaną niechęcią. Od kilku dni z potwornym trudem próbowała przebrnąć przez rozdział poświęcony etykiecie przy stole. Przeczytała może dwie strony, a każda linijka tekstu nużyła ją bardziej niż poprzednia. Znacznie ciekawsze były dla niej mapy, które ojciec trzymał w swoim gabinecie. Kilka razy udało jej się tam zakraść pod jego nieobecność. Rozkładała wtedy wielkie, pachnące pergaminem arkusze bezpośrednio na podłodze i godzinami śledziła palcem poszarpane linie dalekich wybrzeży. Nowa Anglia. Barbados. Jamajka. Wyspy, których nazw większość mieszkańców Plymouth nigdy nie wypowie. Dla niej te słowa brzmiały jak najwspanialsza obietnica.
Nagle ciszę pokoju przerwało ciche, rytmiczne pukanie.
— Panienko Mary?
Do środka zajrzała Eleonor, jej pokojówka. Kobieta uchyliła ciężkie drzwi i uśmiechnęła się ciepło na ten znajomy widok.
— Wiedziałam.
Mary uniosła głowę, przybierając najbardziej niewinną minę, na jaką było ją stać.
— Znowu siedzisz przy oknie.
Dziewczynka zachichotała cicho, od razu zapominając o udawanej powadze.
— Obiecałam sobie, że tylko na małą chwilkę!
— Dokładnie to samo obiecywałaś wczoraj, panienko.
— I przedwczoraj.
— I tydzień temu. — dokończyła kobieta.
Obie wybuchnęły cichym, serdecznym śmiechem. Eleonor opiekowała się Mary od niemowlęcia i to jej ramiona asekurowały dziewczynkę, gdy ta stawiała swoje pierwsze, niepewne kroki. Kiedy lady Ashcroft zmarła, Mary miała zaledwie roczek. Od tamtej pory pokojówka stała się dla niej kimś znacznie ważniejszym niż tylko częścią dworskiej służby. Była jej jedyną powierniczką i najbliższą przyjaciółką, choć z szacunku nigdy nie próbowała wejść w rolę matki.
Opiekunka podeszła bliżej i oparła się o rzeźbioną ramę okna.
— Znowu wypatrujesz statków?
Mary skinęła energicznie głową, a jej oczy rozbłysły ukrywaną pasją.
— Dzisiaj do portu wpłynęły aż trzy. — Przyglądała się im z wielką uwagą. — Ten po lewej to kuter, wraca z rybami. Tamten obok, ten pękaty bryg, przywiózł pełno rzeczy z tych ciepłych krajów na południu. A ten największy...
Dziewczynka zawahała się, mocniej dociskając lunetę do oka.
— Tego jeszcze nie rozgryzłam.
Eleonor spojrzała przez okno, mrużąc oczy w słońcu. Dla niej wszystkie te kadłuby wyglądały niemal identycznie. Były tylko stertą drewna i płótna na wodzie. Dla Mary każdy z nich posiadał osobną duszę.
— Gdybyś tylko urodziła się chłopcem... — bąknęła Eleonor, niemal natychmiast gryząc się w język.
Mary gwałtownie odwróciła głowę, a w jej oczach pojawiła się nagła, bardzo poważna ciekawość.
— To co wtedy?
Opiekunka westchnęła ciężko, poprawiając fartuch.
— Gdybyś była chłopcem, twój tata pewnie już dawno wysłałby cię do prawdziwej szkoły dla kapitanów, zamiast nudzić cię tymi wszystkimi książkami w domu.
Przez dłuższą chwilę w pokoju panowała cisza, w której słychać było tylko odległe krzyki mew. Mary ponownie spojrzała na pełen statków port.
— A dlaczego nie może mnie wysłać? — zapytała smutno.
Kobieta położyła dłoń na jej ramieniu i delikatnie je pogładziła.
— Bo to szkoła tylko dla chłopców, moje dziecko. Świat już tak jest urządzony i nic na to nie poradzimy.
Dziewczynka pokręciła głową z uporem, który tak często niepokoił gubernatora.
— A jeśli kiedyś te czasy się zmienią?
Eleonor uśmiechnęła się smutno, a w jej oczach mignęło jakieś dawne wspomnienie.
— Świat sam się nie zmieni, moje dziecko. Zmieniają go tylko tacy ludzie, którzy są bardzo, bardzo odważni. Tacy, którzy nie boją się marzyć, nawet jeśli wszyscy mówią im, że to głupie.
Mary długo patrzyła na odległą linię, gdzie woda łączyła się z niebem. Nie odpowiedziała ani słowem, ale te słowa zapadły jej głęboko w pamięć.
Eleonor sprawnym ruchem poprawiła sztywny kołnierzyk sukienki dziewczynki i spróbowała przygładzić niesforny kosmyk ciemnokasztanowych włosów, który ciągle uciekał spod jedwabnej wstążki.
— Gdybyś choć odrobinę bardziej polubiła szczotkę i grzebień, Mary...
— To świat byłby o wiele nudniejszy! — odparła dziewczynka z łobuzerskim uśmiechem.
Opiekunka pokręciła głową, ale w jej oczach pojawiły się łzy wzruszenia.
— Cała matka. Jesteś zupełnie jak lady Elizabeth.
Na te słowa uśmiech Mary momentalnie zgasł. Spojrzała na kobietę z wielką uwagą.
— Naprawdę? Jestem do niej podobna?
Eleonor skinęła głową.
— Twoja mama też kochała morze, Mary. Najbardziej na świecie. Nie znosiła siedzieć bezczynnie w salonie i haftować. Godzinami potrafiła opowiadać o dalekich podróżach i nieznanych krajach, a gdy tylko nadarzała się okazja, biegła do okna, żeby patrzeć na odpływające statki. Miała w sobie tę samą tęsknotę za wielkim światem, którą dzisiaj widzę w twoich oczach.
Mary odwróciła wzrok z powrotem ku zatoce.
— Ja... ja nawet nie pamiętam, jaki miała głos…
Eleonor nagle zamilkła. Od odejścia lady Ashcroft minęło kilka lat, ale w tym domu nikt o niej nie rozmawiał. Nawet jeśli jej wielki portret wisiał w salonie nad kominkiem, a pod nim zawsze stały świeże kwiaty. Edward tak bardzo cierpiał po jej stracie, że po prostu nie potrafił i nie chciał wracać do żadnych wspomnień.
— Miała bardzo miły, ciepły głos. — odezwała się w końcu opiekunka, a jej szept był miękki i łagodny. — Kiedy wieczorami śpiewała ci kołysanki do snu, w całym domu robiło się tak cicho, jakby nawet ściany chciały jej słuchać.
Mary uśmiechnęła się pod nosem, ale w sercu poczuła smutek.
— Ojciec nigdy o niej nie opowiada. Zupełnie jakby... jakby już o niej zapomniał.
— Nie, Mary. To wcale nie dlatego, że zapomniał.
— To dlaczego tak robi?
Kobieta długo szukała odpowiednich słów, patrząc na małe dłonie dziewczynki. W końcu wzięła je w swoje dłonie.
— Widzisz, kochanie... niektórzy ludzie, kiedy jest im bardzo smutno, potrafią głośno płakać i prosić o przytulenie. Ale twój tata jest inny. On chowa cały ten wielki żal głęboko w środku. Udaje przed wszystkimi, że jest silny i rzuca się w wir pracy, żeby po prostu nie myśleć o tym, jak bardzo tęskni.
Mary nie odpowiedziała. Coraz częściej, gdy patrzyła na swojego wiecznie poważnego i groźnego tatę, zastanawiała się, czy ten potężny człowiek będzie jeszcze kiedykolwiek tak naprawdę wesoły.
Nagle na kamiennym dziedzińcu rozległ się głośny, ranny stukot końskich kopyt. Do rezydencji z impetem wjechał posłaniec, ubrany w granatowy płaszcz ze lśniącym herbem Korony. Służący natychmiast otworzyli ciężką bramę. Edward Ashcroft wyszedł na kamienne schody przed wejściem. Odebrał z rąk jeźdźca skórzaną, zapieczętowaną woskiem tubę i wymienił z nim zaledwie kilka krótkich zdań.
Mary obserwowała całą tę scenę z góry, niemal wciskając twarz w szybę okna. Uwielbiała te momenty. Wtedy jej ojciec przestawał być tylko surowym rodzicem karcącym ją za brak manier. Był gubernatorem. Wojennym namiestnikiem. Człowiekiem, od którego jednego słowa zależały losy całego Plymouth.
Edward otworzył tubę, rozwinął tkwiący w niej pergamin jeszcze na stopniach. Przebiegł wzrokiem kilka pierwszych linijek. Jego twarz pozostała idealną, żołnierską maską, lecz Mary zauważyła mikroskopijny detal, którego postronny świadek nigdy by nie dostrzegł. Ojciec lekko, niemal niedostrzegalnie zmarszczył brwi. To oznaczało jedno. Wiadomość była ważna. Bardzo ważna. Zwinął dokument gwałtownym ruchem i podał go stojącemu obok adiutantowi.
— Przygotować salę narad. — rozkazał Edward, a jego donośny, żołnierski głos dotarł aż na wyższe piętro. — Za godzinę zbiera się rada portowa w pełnym składzie. Wezwać dowódców garnizonu.
— Tak jest, panie gubernatorze!
Edward odwrócił się na pięcie i wszedł do środka. Po chwili z głębi korytarza dobiegł głuchy, ostateczny trzask zamykanych drzwi jego gabinetu. Mary westchnęła z zawodem. Tak bardzo chciałaby wiedzieć, co kryło się w tym liście. Czy chodziło o ruchy wrogiej floty? O kolejny atak piratów? A może o nową, tajną wyprawę na Karaiby? W jej dziecięcej głowie natychmiast narodziły się dziesiątki historii, z których każda była bardziej ekscytująca od poprzedniej.
— Panienko Mary, Panienko Mary! — Z zamyślenia wyrwał ją stanowczy głos Eleonor.
— Pani Whitmore już czeka w bibliotece. Nie daruje nam ani minuty spóźnienia.
Mary westchnęła potępieńczo. Pani Abigail Whitmore. Nauczycielka francuskiego, historii naturalnej, geometrii, rachunków i tych nieszczęsnych dobrych manier. Kobieta punktualna do przesady, surowa, nienagannie ubrana w ciemne sukno, głęboko przekonana, że cała przyszłość młodej damy zależy wyłącznie od solidnego wykształcenia i salonowego obycia.
Dziewczynka spojrzała raz jeszcze przez ramię, rzucając ostatnie spojrzenie na morską zatokę. Daleko na wodzie, na pokładzie handlowego trójmasztowca, właśnie rozwinęły się pierwsze żagle. Poranny wiatr przybrał na sile, a wielkie, białe płótna napięły się z cichym, dumnym trzaskiem. Statek powoli, majestatycznie odchodził od kamiennego nabrzeża, kierując się ku wolności. Mary patrzyła za nim tak długo, aż jego maszty całkowicie zniknęły za kamiennymi główkami portu.
— Kiedyś... — wyszeptała cicho.
— Co tam mówisz pod nosem, panienko? — zapytała Eleonor, otwierając drzwi na korytarz. Mary uśmiechnęła się tajemniczo, a w jej spojrzeniu nie było już dziecka.
— Nic takiego, Eleonor. Zupełnie nic.
Ale wtedy, głęboko w piersi, ta mała dziewczynka złożyła sobie ostateczną obietnicę. Pewnego dnia nie będzie już tylko patrzeć na morze przez okno swojego pokoju. Pewnego dnia sama na nie wypłynie.
Biblioteka znajdowała się po przeciwnej stronie rezydencji. Nie miała tego wspaniałego widoku na port. Jej wysokie, wąskie okna wychodziły wprost na ogród, co Mary od zawsze uważała za największą wadę całego pomieszczenia.
Przy długim, mahoniowym stole siedziała już pani Abigail Whitmore. Była to kobieta około pięćdziesiątego roku życia, szczupła i wyprostowana niczym maszt wojennej fregaty. Jej siwiejące włosy pozostawały zawsze starannie upięte w ciasny kok, a ciemna, skrojona z surowego sukna suknia nie znała ani jednej fałdy. Przed nią leżały ciężkie, otwarte księgi: francuski, łacina, historia powszechna i zasady etykiety.
— Dzień dobry, panno Ashcroft. — odezwała się nauczycielka, nie unosząc wzroku znad woluminu.
— Dzień dobry, pani Whitmore.
Mary zajęła swoje stałe miejsce na twardym krześle. Nauczycielka spojrzała na nią uważnie.
— Zaczniemy od najnowszej historii Anglii.
Mary otworzyła księgę na wskazanej stronie. Przez kilka minut czytała posłusznie, starając się nadążyć za skomplikowanymi opisami bitew. Lecz nagle jej wzrok zatrzymał się w miejscu. Na jednej z czarno-białych ilustracji przedstawiono potężny okręt wojenny pierwszej rangi. Konstruktor z niezwykłą dokładnością wyrysował i opisał tam spiżowe działa, poziomy pokładów bateryjnych, reje i cały splątany takielunek. Dziewczynka po prostu nie mogła oderwać od niego wzroku. Chłonęła rysunek każdą komórką swojego ciała.
— Panno Ashcroft... — Głos nauczycielki dobiegł jakby zza ściany. Mary nie zareagowała. — Panno Ashcroft!
— Tak? — Dziewczynka drgnęła, gwałtownie unosząc głowę.
— Czy łaskawie możesz mi powiedzieć, o czym właśnie czytałaś?
Mary zamrugała nerwowo, próbując rozgonić morskie obrazy. Spojrzała szybko na margines tekstu.
— O królu Karolu pani Whitmore?
Nauczycielka powolnym, ostatecznym ruchem zamknęła książkę. Huk uderzających o siebie stron przeciął sterylną ciszę pokoju.
— Nie. Czytałyśmy właśnie o strategicznych błędach w wojnie z Holendrami.
Mary spuściła głowę, wpatrując się we własne dłonie. Pani Whitmore przez dłuższą chwilę przyglądała się dziewczynce z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. W końcu, zamiast zganić ją szorstkim tonem, jak miała to w zwyczaju, zadała pytanie zupełnie spokojnym, zaskakująco niskim głosem:
— Co takiego fascynuje cię w tych statkach, że nie możesz się skupić na lekcji, Mary?
Dziewczynka milczała, zaskoczona tą nagłą zmianą tonu.
— Możesz mi powiedzieć. Nie będę krzyczeć.
Mary wzięła głęboki, odważny oddech.
— Bo tam jest wolność, pani Whitmore.
Whitmore uniosła lekko brwi, splatając szczupłe palce.
— Jak to rozumiesz?
— Bo dzięki statkom można zwiedzić cały, wielki świat! — wyjaśniła Mary, a jej oczy mocno rozbłysły. — One wszystkie płyną w niesamowite, dalekie podróże. A ja chciałabym umieć czytać te ogromne mapy i odkrywać nowe lądy. Chciałabym nauczyć się czytać słońce w dzień i gwiazdy w nocy, żeby same pokazywały mi, w którą stronę mam płynąć. A może Pani mnie nauczy, Pani Whitmore?
W pokoju zapadła głęboka, wręcz uroczysta cisza. Nauczycielka nie otwierała już książki. Przez dłuższą chwilę patrzyła na swoją młodą uczennicę z wyrazem, którego Mary nigdy wcześniej u niej nie dostrzegła. W surowych oczach guwernantki błysnął autentyczny, skrywany podziw.
— Gdybyś tylko urodziła się chłopcem... — wyszeptała cicho starsza kobieta. — Wtedy twój ojciec na pewno już dawno wysłałby cię do specjalnej szkoły dla przyszłych kapitanów w Londynie, żebyś mogła bez problemu nauczyć się tego wszystkiego. Zresztą... twoja niezwykła głowa do matematyki na pewno bardzo by ci w tym pomogła. Widzisz, Mary, kierowanie statkiem to nie tylko patrzenie na niebo. Tam, na morzu, nawigator musi każdego dnia prowadzić bardzo zawiłe i trudne obliczenia. Trzeba bez przerwy liczyć skomplikowane rzędy cyfr, żeby sprawdzić, jak wysoko świecą gwiazdy i jak szybko płynie statek. Jedna mała pomyłka w tych rachunkach może rzucić okręt na groźne skały. A ty przecież radzisz sobie z liczbami lepiej niż niejeden dorosły. Masz wielki dar.
Mary uśmiechnęła się lekko i dumnie:
— Gdybym była chłopcem, to na pewno zostałabym najlepszym kapitanem na świecie!
________________
Książka pisana ze wsparciem AI. Pomysł na fabułę, bohaterów i dialogi jest pomysłem autorki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania