Kundla kundel i życia kres

Kiedy przyjdzie po mnie śmierć,

i nastanie życia mego kres,

stanę jak szprotka w bagnie,

i zapluje krwią jej brudny pysk,

pragnę wiecznie żyć,

tańczyć, śpiewać, wódkę pić,

lecz już przyszedł koniec mój,

i odlecę stąd w pizdu,

śmiercio nie masz prawa zabrać mnie,

ciało ginie nie ma nic,

chce być wiecznie żywy,

nawet jako zombie,

wole jeść ludzkie mięso niż ginąć,

wiem co znaczy umrzeć,

bo codzień ginę,

tutaj czuć tylko pastelowy smród,

nawet szopen mówi że to cud,

gwiazdy pierdzą na niebie,

słońce wkrótce wybuchnie,

ja z nożem rozpruje każdy brzuch,

i owinę flakiem się,

bo nie lubię tych kurew czyli was,

jebać policje, jebał ich pies,

w dupy brudne, każdy z was to cwel

Mudurowi to bandyci są,

a dilerzy są jak pomocnicy,

ratują mi dupę prochem,

bo inaczej śpię jak suseł,

w dupie mam magiczny pył,

w dupie księżyc i twój styl.

chce pierdolić dziwkę w ryj,

by być kim? by być kim?

Ranek tu wstaje w nocy,

świt zwiastuje nowy ból,

zrobię tu gnój,

wszystko strzeli chuj,

na piwnicy sufit jest,

i opada swobodnie w górę,

nie wiem czy to dal czy bliż,

jestem kimś, jestem kimś,

Czuje twój smród,

jesteś jak Gnuxt,

śni się wiolinowy klucz,

chimery, cerbery, syreny,

zwykłe hieny,

pierdolonej rozkoszy łaknę,

najważniejszy jest odbyt i krtań,

może jeszcze oczy,

zdrada boli jak mróz,

deszcz pada mi z nóg,

czy to hańba czy nie,

czym jest honor, kim buc,

ze mnie jest trochę gbur,

na szalce ni grama tu,

wpierdalam mięso jak zwierz,

z kolan cieknie mi żółć,

wierze że sanah dupy mi da,

lecz póki co mnie nie zna,

z pleców sypie się śnieg,

a z brzuchu wypada grad,

jestem człowiekiem pogodą,

krążę wokół domu jak planeta,

jestem sferą, ciałem niebieskim,

wzniosłem ogromny mur,

znam wszystkich jak bóg,

możecie mówić mi tato,

jestem głównym polakiem z ukrainy,

szprecham też w dojcz i inglisz litel,

pokus pełno lecz mało hajsu mam znów,

czy jesteś nikim czy kimś,

to mi nie ważne,

jak ty,

tak ja śpiewam co chce,

nie musze rymu mieć tu,

i tam też,

wogóle już nie cierpie,

radości nie czuje też,

znów strzela mnie chuj,

powieśił bym ciebie lub się,

utopił w wrzątku, bo ból,

jest silniejszy niż imadło,

gwiazdki z nieba ci nie dam,

bo nie jestem superbohaterem,

dam ci kamień z napisem love,

bo kwiaty kosztują jak dla mnie krocie,

wije się ksztusząc się krwią,

w spazmach przeklinam swój los,

ślozy są cenniejsze niż łzy,

a to poemat for mi,

do ciebie nie mówie już,

bo olałaś mnie jak ja ptaków klucz,

nie cieszy mnie życie,

ale ścianą nie chciał bym być też,

Jestem jak posąg,

mam klasę i szyk,

mimo biedy finezyjny każdy mój ruch,

nie lubią mnie z zazdrości,

bo jestem fantastyczny,

to mój stumilowy las,

jest ze mną prosiaczek i kubuś,

poza tym kiedyś robiłem balony z pęcheży,

i to było cool,

niestety znowu coś zjem,

już mnie to wkurwia,

tak jak i ten tekst,

gdybym mógł karmiłbym się gównem,

bo to fajne, powinno tak być,

stworzyłem ten świat,

jeszcze zanim powstała liczba mnoga i płeć,

mam więcej niż kwadryliony lat,

dla mnie wogle nie liczy się czas,

mam klucz, znam kod do nieśmiertelności,

wpisałem go od razu,

chociaż nigdy nie było pierwszego zdarzenia,

a tak naprawde zrobiłem to na koniec,

mógłbym w mig zniszczyć cały świat,

sprowokować słowem inną nacje do wojny,

lub wywołać pucz

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania