Labirynt Bohra – Rozdział 7 – Las

"Nieznane mimowolnie w zbudza w nas lęk. a co zrobić, jeżeli wszystko jest obce, nawet nasze myśli"

 

Martwy – te słowa najbardziej pasowałyby do tego lasu, tylko że on żył pełnią życia. Wydawało się, że jest to pościg za doskonałością, idealne, proste konary, brązowa, zdrowa kora oraz zielona korona drzew. Tak piękne, że aż nierealne. Może to przez to, że na ziemi nie leżał żaden liść, szyszka, czy sucha gałązka? Nie było też słychać śpiewu ptaków ani szumu drzew, jakby to nie było dla nich miejsce. Las przypominał nieco celebrytki, które korzystając z jednego wzoru piękna, zatracały własną osobowość, przebrane w sztuczną, tłumiącą ją szatę. Wcześniejsze piękno ulatniało się wraz ze wzrostem ust i piersi i nie miało już szansy wrócić, gdyż to nieznaczne skazy przynoszą piękno i te trudno uchwytne "to coś". Taki też był ten las, a to podświadomie wpływało na niepewność i nieokresowy strach osób tam przebywających.

 

– Gdzie idziemy? – odezwał się Tomasz i poczuł, że nie powinien odzywać się w tym miejscu, że nie jest tego godzien.

– Do waszego gniazdka kochani – odpowiedział przewodnik i atmosfera się nieco rozluźniła. Może dlatego, że w końcu pojawił się jakikolwiek dźwięk?

– Jakiego gniazdka? – spytała Marlena.

– Zielony parterowy dom, w całości oszklony od strony południowej, z użytkowym poddaszem, z basenem na zewnątrz, niewielkim ogrodem i ogródkiem warzywnym. Jednym słowem posiadającym wszystko, żeby się w nim zakochać.

– I w sobie – szepnęła, a może pomyślała Marlena, bo nikt nie skomentował jej słów.

– Powinien wam się spodobać, oczywiście jak wszystko dobrze pójdzie – dodał przewodnik.

– Dobrze pójdzie? – powtórzył za przewodnikiem Tomasz.

– Właśnie tak – zaśmiał się. – Dobrze pójdzie, dobrze pójdzie, dobrze pójdzie... – zaczął powtarzać w kółko jak zdarta płyta.

– Jak długo tam będziemy? – spytała Marlena, która za wszelką cenę chciała przerwać przewodnikowi.

– Ile trzeba – odpowiedział jak gdyby nic.

 

– A telefon, czy też będzie?

– Marleno, będzie taki stary, czerwony. W tym domu będzie wszystko. Jest tam także duża i przestronna piwnica oraz korytarze. Nie wiem tylko, gdzie one prowadzą – mówił to wszystko beztrosko, ale słychać było w tym niewypowiedzianą groźbę.

– Korytarze? – spytała i poczuła, że nie powinna o nich w ogóle mówić.

– Właśnie tak – wesoło odpowiedział przewodnik. – Nawet ja o nich niewiele wiem. Słyszałem co nieco, ale nie będę przecież roznosił plotek. To nie przystoi takiemu staruchowi jak ja. Prawda?

– To prawda – zgodziła się Marlena.

– Tomaszu, zgadzasz się z koleżanką. – Przewodnik przeszył wzrokiem Tomasza.

– Zgadzam się.

Wymuszona odpowiedź Tomasza wydawała się usatysfakcjonować przewodnika.

– Kto by tam słuchał bajdurzeń o bezokich potworach porozumiewających się ludzką mową? Przecież to absurd, a to, że polują na ludzi to w ogóle nieporozumienie. W korytarzach pod piękną posiadłością byłyby takie okropności? Przecież nie mógłbym sobie w oczy spojrzeć, gdybym was prowadził do takiego strasznego miejsca. Prawda, że tak?

– Prawda – zgodził się Tomasz, czując na sobie przeszywający wzrok starca.

– No właśnie. Co innego las. Tu jestem z wami, bo faktycznie jest niebezpiecznie. Słyszałem, a jak wiecie nie jestem plotkarzem, że tu nawet drzewa żywią się ludzką krwią, a więc trzeba iść tylko wyznaczoną ścieżką. Potworne, prawda?

– Tak – odpowiedział Tomasz.

– Ale co ja staruch mam wam przynudzać, szczególnie tobie Tomaszu. Jesteś w końcu wybrańcem, więc gdyby tobie miało coś zagrozić, to pomogę.

– A ja? – stłumionym głosem spytała Marlena.

– Ty pomożesz go uratować. – Spojrzał wymownie na nią, czym zamknął jej usta. – A teraz może bądźmy cicho, chyba coś wyczuwam.

 

Sugestia przewodnika wzmogła czujność Tomasza, który dyskretnie lustrował otoczenie. On także czuł się obserwowany i już wiedział, z czego to wynika. Szli otoczeni przez wahary i wydawało się, że każde zboczenie z obranego przez przewodnika kursu, mogło się dla nich skończyć tragicznie. Czy szli do kolejnego więzienia, by spełnił się obrany przez kogoś scenariusz?

 

– Tomaszu, proszę nie dopuszczać do siebie czarnych myśli. Moi przyjaciele nie są groźni. – Przewodnik zagwizdał i jedna z wahar powolnym krokiem przybliżyła się do przewodnika. Ten zaś pogłaskał ją, podrapał za uchem, a wahara w zamian go polizała. – Marleno, proszę go pogłaskać, to naprawdę łagodne zwierzęta.

Wahara wydawała się słuchać przewodnika, gdyż podeszła do Marleny, ta zaś uśmiechała się do zwierzęcia i głaskała je, udając że nie czuje przenikliwego zimna wypływającego z ciała zwierzęcia i nie widzi wielu blizn zdobiących ciało drapieżnika. W nagrodę za to wahara polizała ją po ręce, a Marlena momentalnie poczuła, jakby ktoś przyłożył rozżarzone węgle do jej ciała. Mimo wszystko z jej ust nie zniknął uśmiech.

– Prawda, że wspaniałe zwierzątko?

– Tak – odpowiedziała naturalnie, chociaż jej dusza krzyczała, by uciekać stąd jak najdalej.

– Tomaszu, ty też przywitaj się z moim przyjacielem. Niech poczuje twoje ciało.

 

Niemal każde wypowiedziane przez przewodnika słowo niosło dwuznaczność i grozę, a tego nie można było lekceważyć. Tomasz nie mając innego wyjścia, także głaskał odrażającego drapieżnika, a ten zaczął się do niego łasić, pozostawiając na jego nogach bolesne zadrapania.

– Piękne zwierzę – powiedział w końcu Tomasz, mając nadzieję, że te słowa przerwą wymuszoną zabawę z drapieżcą.

– W rzeczy samej Tomaszu, cudowne zwierzę. Najlepszy kompan w polowaniu, rzekłbym.

 

Wahara jakby rozumiała część słów wypowiedzianych przez przewodnika, a z pewnością słowo "polowanie". Odsunęła się nieco od Tomasza, zaczęła warczeć, a jej ogon miarowo walił o ziemię.

– Nie czas na to, możesz iść. – Przewodnik machnął na zwierzę, te zaś wyraźnie niezadowolone odeszło do swojej watahy. – Naprawdę mamy piękny dzień, jedyny w swoim rodzaju. Mógłby być ostatnim dniem w moim życiu i waszym pewnie też.

– Daleko jeszcze? – Tomasz postanowił zmienić temat.

– Nie, prawie już jesteśmy. Jestem najlepszym, by nie powiedzieć doskonałym przewodnikiem i zawsze prowadzę najkrótszą drogą... – staruch zawiesił głos i dodał – jeżeli tego ode mnie wymagają.

– A to jest najkrótsza droga? – upewnił się Tomasz.

– Ależ oczywiście, że tak. Pozwolicie, że o coś zapytam?

– Tak, oczywiście – odpowiedział Tomasz, a Marlena tylko przytaknęła.

– Zaraz będziemy na miejscu, a wszędzie czyha wiele niebezpieczeństw. Czy może chcielibyście strażników?

– Znaczy? – pojawiająca się suchość w gardle Tomasza, ledwo pozwoliła na wydobycie z siebie pytania.

– Wahary będą was dyskretnie bronić, tyle mogę dla was zrobić. To co zgadzacie się?

Oboje kiwnęli głowami.

– To jest naprawdę dobra decyzja.

 

Przewodnik wyraźnie się ucieszył, a zza drzew wyłonił się piękny zielony domek, otoczony przez niewielki drewniany płotek. Bajkowa sceneria ze wspaniałym wieloowocowym sadem obiecywała długie życie w szczęściu i miłości.

– Oto wasza posiadłość. Ja muszę już iść. Gdyby była jakaś potrzeba, to możecie zadzwonić.

– Ale jak? – wyjąkała Marlena.

– Moja wina, oto moja wizytówka – staruszek wyciągnął wymiętą kartkę z nabazgranymi czterema cyframi i wręczył ją Tomaszowi. – To ja już idę.

– Do widzenia – bąknął Tomasz.

– Z pewnością – odpowiedział przewodnik i poszedł, a wraz z nim odeszły wszelkie troski.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • MartynaM ponad tydzień temu
    Może po dwa wstawiaj, bo jakoś mi mało... 5
  • Józef Kemilk ponad tydzień temu
    Zgodnie z życzeniem. Tym razem troszkę romantyzmu:)
    Dzięki za czytanie
    pozdr.
  • Marek Adam Grabowski tydzień temu
    Piękny opis lasu. Pozdrawiam 5
  • Józef Kemilk tydzień temu
    dzięki
  • krajew34 6 godz. temu
    Prze wzmiankę o Gandalfie, wciąż mam go przed oczyma, choć nie powiem, tak specyficzny też nie jako pasuje.
  • Józef Kemilk 5 godz. temu
    Dałem go, bo charakterystyczny, ale inny charakterem

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania