Labirynt końca
Skaliste ściany wielokrotnie spękane
Kotłują duszny i wilgotny mrok.
Powietrze przepełnione wibracjami cieni,
lgnie do skóry niczym pajęczyna.
Głos zamarł w szczękach ciszy,
wzrok został spętany czarną chustą.
Jedynie dotyk wciąż niezmącony,
pomaga mi szukać drogi,
w labiryncie głazów i ciemności.
Lecz los - na swym eternalnym kole -
Wróży mi niechybny koniec.
Aczkolwiek ja - wciąż niewiedzą odziany -
Kieruję się niechybnie ku swej zgubie.
Krok za krokiem - jak słońce po burzy -
Kroczę wciąż przed siebie.
Wtem niespodziewanie - ziemia spod stóp zanika,
jak szron w słonecznych promieniach.
Wpadam do cieczy lodowatej.
Mróz kaleczy mnie tysiącem ostrzy.
Staram się wydostać - lecz próżna ma nadzieja,
wraz z mrozem zalewa mnie zmęczenie.
Wciąż energii pozbawiany,
zanurzam się - pod taflę wody.
Wdziera się ona do mego ciała,
z płuc czyniąc swą nową sadzawkę.
Tak więc tonę, a mrok mnie ściślej spowija.
Zimno odeszło tak szybko, jak młode lata.
Czucie zostało zamknięte w klatce,
jedynie umysł wciąż niezmącony.
Wciąż się głowi, nim zabraknie mu tchu.
Czymże więc było me życie, skoro tak ma się kończyć?
Co miałem wnieść, a co miałem zakończyć?
To już koniec - tak - to on nadchodzi.
Lecz nim odpływam ku wiecznej otchłani,
Wyrażam swą myśl ostatnią,
Niczym końcowe zdanie testamentu:
Życie to taniec z losem, a śmierć zaś jest jego finałem.
Tylko tyle .
To już wszystko.
A teraz już nie będzie nic.
Komentarze (14)
Całość czyta się jakby Mickiewicz miał bad tripa
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania