Lalka Pana Charlesa

Na pewnym etapie mojej edukacji (bardzo wczesnym etapie, bowiem miałem wówczas nie więcej niż dziesięć lat) na mojej drodze stanęła przeszkoda pozornie niemożliwa do pokonania – biologia. Mój ojciec, będąc szanowanym w okolicy lekarzem, był święcie przekonany, że pójdę w przyszłości w jego ślady (co, nawiasem mówiąc, ku jego zawodowi nie miało miejsca). Wobec tego chodziłem do prywatnej szkoły o rozszerzonym programie edukacji, a mój rodzic przykładał dużą uwagę do tego, bym uczył się pilnie istotnych w moim przyszłym zawodzie dziedzin, jak właśnie biologia. Problem w tym, że o ile doskonale radziłem sobie w naukach humanistycznych oraz nieco gorzej, ale nadal przyzwoicie w rachunkach, tak nauki ścisłe były dla mnie udręką.

Gdy ojciec zobaczył, jak mierne wyniki osiągam, postanowił działać. Szczęśliwie działanie to nie polegało na wymierzaniu stosownych kar, tylko na znalezieniu mi korepetytora. Sam niestety nie mógł się tym zająć z nakładu pracy, ale zaproponował pracę swojemu dawnemu znajomemu – panu Charlesowi.

Pan Charles pracował niegdyś jako lekarz współpracujący z policją, a przynajmniej tak mi tłumaczył ojciec. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że w istocie był wybitnym anatomem i patologiem, ale przeszedł na wcześniejszą emeryturę po tym, jak stracił syna w wypadku, a żona go zostawiła. Gdy zacząłem uczęszczać na jego korepetycje, zajmował się pisaniem artykułów do różnych czasopism naukowych, co pozwalało mu prowadzić w miarę godziwe życie.

Mój korepetytor był niewysokim, niezwykle sympatycznym panem w średnim wieku o przyjaznej twarzy. Miał szpakowate włosy zawsze starannie przyczesane oraz sumiaste wąsy, które pielęgnował z nabożną wręcz dbałością. Nosił okulary o okrągłych szkłach w cienkiej złotej oprawce, zwykle przesunięte na sam czubek nosa. Pamiętam doskonale, że za każdym razem, gdy powtarzał ze mną jakiś materiał, spoglądał na mnie sponad nich, unosił jedną brew i pytał na przykład: „No, chłopcze, to jak to było z tymi drzewami?”.

Muszę przyznać, że miał wyjątkowy talent do przekazywania wiedzy i zainteresowania nią. Moje stopnie znacznie się poprawiły, od kiedy zacząłem odwiedzać jego małe mieszkanko w kamienicy kilka ulic od naszej. Była to kawalerka na pierwszym piętrze, skromnie umeblowana, ale zadbana. Aż do mojej ostatniej wizyty w niej, panował w niej nienaganny porządek. Gdy przychodziłem prosto ze szkoły, zawsze pukałem do drzwi i zawsze odpowiadał mi głos pana Charlesa „Proszę, proszę”, jak gdyby był czymś zajęty, ale po wejściu zazwyczaj siedział już przy stole z dwoma kubkami gorącej herbaty i uśmiechał się do mnie uprzejmie. Zawsze też mówił, że nie muszę pukać, bo spodziewa się mnie i drzwi zostawia otwarte. Wpojone mi przez rodziców maniery jednak brały we mnie górę.

Jak wspomniałem, mieszkanie było skromnie urządzone i prawie żaden jego element nie rzucał się w oczy. Prawie, bo czujnemu dziecięcemu oku nie mogła ujść uwadze wyjątkowa zabawka. Pan Charles miał w swoim mieszkaniu lalkę – drewniano-ceramiczną kukiełkę rozmiarów małego dziecka. Ubrana była w szmaciany mundurek i przypominała kilkuletniego chłopca. Jej twarz wyglądała tak realnie, że gdy spoglądałem na nią w półmroku zbliżającego się wieczoru, moja dziecięca wyobraźnia wręcz ją ożywiała. Zdawało mi się, że dostrzegam nieznaczne zmarszczki grymasów lub mrugnięcia.

Zazwyczaj przychodziłem do pana Charlesa na godzinę lub dwie, nie więcej i zależnie od tego, ile trwały moje szkolne zajęcia. W tym czasie przy herbacie i herbatnikach mój korepetytor tłumaczył mi zawiłości biologii oraz opowiadał historie ze swojej lekarskiej praktyki, a przynajmniej te, które uznał za stosowne dla uszu – bądź, co bądź – dziecka. Opowiadał też o czasach własnej edukacji, zarówno szkolnej, jak i uniwersyteckiej, ale nigdy nie wspominał o życiu prywatnym czy rodzinie. Ani o swojej lalce.

Jako małego chłopca, który powoli wyrastał ze świata zabawek i fantazji za sprawą nacisków ojca – realisty, ale nadal często zerkającego z pewnym utęsknieniem w kierunku figurek czy innych przedmiotów dziecinnej zabawy, lalka pana Charlesa w oczywisty sposób mnie fascynowała. Za każdą wizytą przyciągała mój wzrok. Nietypowo duża, nietypowo naturalna i realna. Czasami bardziej przypominała rzeźbę wybitnego artysty, niż faktyczną kukiełkę. Była jednak ruchoma, bo w różne dni znajdowała się w różnych miejscach mieszkanka i przyjmowała różne pozycje. Jednego dnia spoczywała na sofie, odprężająco się wylegując z rękoma za głową. Innego siedziała na ladzie kuchennego aneksu, będącego częścią głównego pomieszczenia mieszkania, podpierając się ramionami, jakby zastygła w trakcie machania nogami zwieszonymi nad podłogą. Najczęściej jednak widywałem ją siedzącą grzecznie na wytartym wiklinowym fotelu pomalowanym niegdyś na biały kolor, wówczas bardziej już zszarzałym. Teraz zastanawiam się nad sformułowaniem „siedziała grzecznie”. Czy wtedy też bym go użył, czy może dopiero późniejsze wydarzenia sprawiły, że tak to opisuję. Bo czy kukła może siedzieć grzecznie?

Oczywiście próbowałem podpytywać pana Charlesa o jego lalkę, ale nigdy nie chciał mi zdradzić za dużo na jej temat, ponad to, że nabył ją po śmierci syna, by mu o nim przypominała. Następnie czym prędzej starał się wrócić do omawianego podówczas zagadnienia i przez parę chwil nie był już przyjaznym panem Charlesem, ale surowym belfrem.

Na jego lekcje chodziłem regularnie przez cały jeden rok szkolny i początek kolejnego. Chodziłbym zapewne dłużej, gdyby nie jedna nieodpowiednia wizyty w nieodpowiedni dzień roku, która zakończyła moje korepetycje biologii, moje spokojne dzieciństwo i wiele innych rzeczy.

Był to pierwszy, lub drugi dzień grudnia, jeżeli dobrze pamiętam. Mógłbym sprawdzić tę datę w starych gazetach lub innych źródłach, jednak nie chcę rozdrapywać tej sprawy i niszczyć spokoju ducha bardziej, niż robię to już pisząc to wyznanie. Prawdopodobnie nigdy bym nie otwierał tych starych ran, gdyby nie męczące mnie do tej pory sny. Chcę wierzyć słowom mojej terapeutki, która przekonuje, że takie zapiski w końcu uwolnią mnie od koszmarów.

Wracając, był grudzień, początek zimy. Prószył delikatnie pierwszy śnieg, który roztapiał się zaraz po zetknięciu z ziemią. Po lekcjach poszedłem prosto do mieszkania pana Charlesa, jako że nie odwołał spotkania – moje korepetycje odbywały się planowo bez zmian, o ile właśnie pan Charles nie uprzedził wcześniej mnie lub moich rodziców, że nie będzie miał danego dnia czasu, co zresztą zdarzało się nadzwyczaj rzadko.

Dotarłszy pod drzwi jego mieszkanka, zapukałem krótko, ale głośno. Tym razem jednak nie odpowiedział mi żaden głos z wewnątrz. Bardzo się zdziwiłem tą ciszą, ale zapukałem ponownie, trochę więcej razy i trochę głośniej. I znów spotkałem się z brakiem odzewu. Niepewnie przestąpiłem z nogi na nogę i zastanawiałem się, co począć dalej. Wtedy przypomniałem sobie, że mój korepetytor zawsze nakazywał mi wejść bez pukania, bo oczekiwał mnie i zostawiał drzwi otwarte. Pomyślałem, że może był czymś zajęty i nie słyszał mojego pukania, więc nacisnąłem klamkę. Drzwi ustąpiły z ledwie słyszalnym skrzypieniem.

Pokój znacznie różnił się od widoku, do którego się przyzwyczaiłem przez te wszystkie miesiące. Okna były szczelnie zasłonięte kotarami, meble porozrzucane, a tu i tam na podłodze walały się puste butelki. Panował tam nieprzyjemny zaduch, śmierdziało tytoniem i alkoholem i czymś jeszcze, czego wówczas nie potrafiłem zidentyfikować. Wszystkie instynkty kazały mi natychmiast wyjść, opuścić mieszkanie i powiadomić rodziców, że coś złego stało się w domu pana Charlesa, ale jednak coś innego zwyciężyło we mnie zdrowy rozsądek. Coś co pchało mnie potem całe życie ku niewiadomemu, niebezpiecznemu, czasem nawet niewiarygodnemu. Ciekawość. Ona kazała mi zostać i zawołać: „Panie Charles?! Jest pan tutaj?”. Przez dobrą chwilę nie słyszałem nic, oprócz jakiegoś cichego skrobania, które przypisałem myszom żyjącym w ścianach chyba każdej kamienicy w tym mieście. Potem jednak usłyszałem: „To ty chłopcze? Usiądź, zaraz przyjdę”. Głos pana Charlesa był zachrypnięty i pobrzmiewała w nim dziwna nuta, której nigdy wcześniej u niego nie słyszałem. Czy był to żal, złość czy niepokój, nigdy nie byłem w stanie stwierdzić.

Postanowiłem posłuchać emerytowanego lekarza i usiąść. Wszystkie krzesła były poprzewracane, a najbliżej mnie stał tylko ten wytarty wiklinowy fotel, w którym często posadzona była lalka. Usiadłem więc na nim ostrożnie, złożyłem torbę z przyborami szkolnymi na kolanach i czekałem, niecierpliwie miętosząc w palcach jej skórzany pasek i wsłuchując się w brzęczenie much.

Po minucie lub dwóch (choć czas ten zdawał mi się znacznie dłuższy, ale realnie rzecz biorąc nie mógł taki być) drzwi od pokoju – który, jak przypuszczam, stanowił sypialnię – otworzyły się i wyszedł z nich, czy raczej powinienem napisać, wytoczył się pan Charles. W krzywo zapiętej koszuli, której poły były niedbale wciśnięte w spodnie, nieuczesany, nieogolony i bez dwóch zdań pijany w sztok. Wzrok jego przez chwilę błądził po pokoju, aż w końcu padł na mnie. Ale zamiast standardowego dobrotliwego uśmiechu, na jego twarzy pojawił się nieopisany gniew. Mężczyzna rzucił się w moją stronę, jak szarżujący byk. Oparł dłonie o podłokietniki wiklinowego fotela i pochylił nade mną. Jego oczy były przekrwione, oddech ohydny, a twarz bordowa. Uwydatnione na czole żyły zdawały się wręcz pulsować.

„Cholerny gówniarzu, jak śmiesz siadać na jego fotelu?!” ryknął na mnie, darząc kolejną dawką zgniłych, alkoholowych oparów. Nie byłem już chłopcem, czy kolegą, tylko gówniarzem. I na czyim siedziałem fotelu?

Przerażony wyskoczyłem z niego, jak tylko pan Charles się ode mnie odsunął. Gdy to zrobiłem, on padł na kolana przy meblu i zaczął gładzić pojedyncze włókna wikliny, mamrocząc coś przy tym. Wyłapywałem tylko niektóre słowa, jak „ukochany”, „zbezcześcił”, czy „kara”. Po tym ostatnim mężczyzna podniósł się i z ukosa spojrzał na mnie. Jego wściekłość przeszła w chłodną determinację. Podniósł z ziemi jedną z butelek i z całej siły rzucił w moją stronę. W ostatniej chwili odskoczyłem, unikając być może nawet śmiertelnego uderzenia i lądując na sofie. Butelka z hukiem rozprysnęła się na setki szklanych odłamków, drapiąc kwiecistą tapetę na ścianie. Fakt ten jednak został przeze mnie zarejestrowany nie jako w tle.

Gdy padłem na kanapę, ten niezidentyfikowany wcześniej zapach nasilił się do tego stopnia, że przyćmił pozostałe. Poczułem, że mdli mnie od niego, a gdy zobaczyłem i zrozumiałem, co znajduje się obok mnie, zwymiotowałem. Kaszląc i plując zerwałem się na równe nogi i wymijając próbującego niezgrabnie mnie złapać pana Charlesa, uciekłem z mieszkania, a potem z kamienicy. Biegłem co sił w nogach, dopóki nie dotarłem do własnego domu. Po drodze nie mogłem się jednak odpędzić od obrazu tego, co zobaczyłem na tej sofie.

Obok mnie siedziała lalka pana Charlesa. Jak zwykle ubrana w swój szmaciany mundurek, z uczesanymi sztucznymi włosami i drewnianymi rękoma złożonymi na kolanach. Ale jej twarz, o której myślałem, że wyszła spod ręki mistrza rzeźbiarstwa, nie była już dziełem sztuki. Było to oblicze wychudzone, o napiętej skórze, pozrywanej na co bardziej odstających kościach czaszki i odchodzącej od czegoś, co kiedyś było mięśniami. Żerowały na niej dziesiątki much i larw. Znaczna część z nich musiała znajdować się w ustach. Ich ruch powodował wrażenie, jakby lalka coś do mnie mówiła. Mimo swej dziecięcej niewinności, nie miałem wątpliwości, że patrzę na twarz trupa.

Miałem rację, że lalka pana Charlesa wyszła spod ręki wirtuoza sztuki. Jednak nie był to geniusz lalkarstwa, czy rzeźbiarstwa, tylko geniusz chirurgii i balsamowania zwłok, który tak doskonale zmumifikował swego syna, że jego ciało przypominało nadzwyczajnie realną lalkę.

Na koniec jestem jeszcze zmuszony dodać opis koszmaru, który po tylu dekadach powraca do mnie w grudniowe wieczory. Znów jestem w mieszkaniu pana Charlesa w ten koszmarny dzień. Wszystko dzieje się identycznie, aż do momentu, gdy odkrywam prawdziwą tożsamość lalki. Ponownie widzę, jak robactwo porusza jej wargami, ale tym razem słyszę wypowiadane słowa: „Teraz ty.” Zszokowany, nie zdążam uciec i pan Charles dopada mnie i zaciska ręce na mojej szyi. Następnie sen się zmienia, ale nadal jestem w tym samym mieszkaniu. Jest pogodny, jasny dzień, a ja siedzę na sofie tej sofie. Nie mogę się ruszyć, a jedynie nieznacznie wodzić wzrokiem i lustrować pomieszczenie. Zostało dokładnie posprzątane i wygląda jak przed tymi wydarzeniami, z tym wyjątkiem, że nie widzę nigdzie lalki. Pan Charles, znów nienagannie wyglądający, krząta się po pokoju. W pewnym momencie podchodzi do sofy i siada obok mnie. Obraca moją głowę w swoją stronę i wkłada moje ręce zeszyt. Następnie pochyla głowę, unosi brew i spoglądając sponad okularów pyta mnie „No synku, to jak to było z tymi drzewami?”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • LBnDrabble 2 miesiące temu
    Zapraszamy do wzięcia udziału w Bitwie na Drabble
    Tematy to: Zapach uczuć i Stary Mistrz
    Można napisać na jeden temat lub na drugi, albo połączyć dwa... piszemy tylko jedno drabble
    Czas do 3 marca - północ
    Liczymy na Ciebie!!!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania