las
________________________________________
Las, którego nie ma na mapie
W środku lasu, który nie był po żadnej stronie medalu i nie należał do żadnej pory roku, mieszkały trzy zwierzęta.
Sowa — stara, nieruchoma, z oczami, które pamiętały pierwsze światło. Symbol wiedzy niemożliwej do uchwycenia, niosła w sobie matematyczne struktury wszechświata, których nikt nie wymyślił, a które nie dawały się wyjaśnić.
Lis — zwinny, wciąż biegnący, ale nigdy w tym samym kierunku. Uosabiał poznanie, które napędzane było potrzebą, ale nie znało celu. Oświetlał rzeczywistość pochodnią intuicji, która gasła szybciej, niż zdążył zapamiętać, co oświetliła.
Niedźwiedź — olbrzym o cichym sercu, który wiedział, że wszystko skończy się chłodem i ciszą. Uosabiał entropię. Nie mówił nic, ale jego obecność w lesie nadawała wszystkim myślom ostateczny ciężar.
Spotykali się czasem pod suchym drzewem, które nie dawało cienia. Tam milczeli, a czasem pytali, ale nigdy nie odpowiadali. Lis pytał:
— Czy jesteśmy sami?
— Dlaczego?
Sowa patrzyła na niego wielkimi oczami, a Niedźwiedź je zamykał.
W oddali, za krawędzią lasu, unosił się cień. Był to Zając z Nikąd, który nie należał do tego świata. Przychodził z pytaniami, których nie zadawał — wystarczyło, że był. Gdy przechodził obok, drzewa łamały się bez dźwięku.
Pewnego poranka — a tu zawsze był poranek — Lis przyszedł szybciej niż zwykle. W pysku trzymał kamień. Nie był to zwyczajny kamień. Był gładki, ciężki i... drgał.
— Znalazłem go przy granicy znikającego brzegu — powiedział. — Nie wiem, czy on do mnie mówi, czy to moje pragnienie.
Sowa nie spojrzała. Zbyt wiele widziała już rzeczy, które mówiły, zanim nastał język.
— Może to tylko echo naszych własnych wątpliwości — szepnęła. — Lub mechanizm, który pozostał po czymś, co myślało szybciej niż my.
Niedźwiedź położył łapę na kamieniu. Ziemia się nie poruszyła, ale Lisowi zdawało się, że drganie zgasło.
— Jeśli to był głos — powiedział Niedźwiedź — to już go słyszeliśmy. I nie zrozumieliśmy.
Lis cofnął się. Kamień wydawał się teraz martwy, albo tylko czekał, by znów przemówić.
Zając z Nikąd pojawił się nieoczekiwanie. Tym razem usiadł. Po raz pierwszy. Miał na szyi obrożę z cienkich nici, splecionych z czegoś, co wyglądało jak światło.
— Widziałem świat, gdzie wszyscy wiedzieli wszystko, ale nikt nie był — powiedział. — Byli głośni, byli szybcy, ale nie zostawili śladów. Tylko ślady śladów. Jak ten kamień.
Sowa zadrżała. To nie było ostrzeżenie. To było wspomnienie.
— Czy zatem pytamy, żeby wiedzieć? — zapytał Lis.
— Czy pytamy, żeby ktoś usłyszał, że pytamy?
Niedźwiedź spojrzał w górę. Niebo było czarne, a czy mogło być błękitne? Nie, bo było czarne. Ale gdzieś bardzo daleko, bardzo cicho, coś wybuchło światłem, a może śmiechem.
Następnego dnia nikt nie przyszedł pierwszy. Kamień leżał tam, gdzie go zostawili, a wokół niego rosło milczenie — nie to, które wynika z braku dźwięku, lecz to, które powoduje, że głos więźnie w gardle.
Sowa raz jeszcze przeleciała nad polaną, lecz tym razem nie usiadła. Wiedziała już: nie wszystko, co nie ma głosu, jest milczeniem. I nie wszystko, co się nie rusza, jest martwe.
Lis zaszył się głęboko w mchu i zrozumiał, że pewnych rzeczy nie da się odnaleźć — można je tylko niechcący minąć.
Niedźwiedź przestał nasłuchiwać. Zaczął słyszeć.
A Zając z Nikąd... zniknął. Ale ślady jego łap biegły dalej. Poza mapę. Poza potrzebę.
________________________________________
Nad białym jeziorem
Światło nie miało kierunku. Cień był tylko łagodnym brakiem, odcięciem jak znak wodny.
Sowa siedziała na uschniętym drzewie, którego korzenie wchodziły w wodę jak pytania bez odpowiedzi. Pragnienie minęło. Jej oczy nie śledziły niczego. Trwała w czuwaniu, które nie miało celu, nie oczekiwała niczego.
Lis przeszedł ścieżką między trzcinami. Nie szedł za zdobyczą. Nie wracał. Szukał miejsca, gdzie można na chwilę zgubić kierunek.
— Wczoraj jeszcze widziałem ślad kamienia — powiedział. — Ale dziś już go nie ma.
Sowa odwróciła głowę.
— To nie ślad odszedł. To dzień się przesunął.
— Albo ja.
— Albo to nie miało znaczenia.
Zamilkli. Wiatr poruszył sitowie.
Z cienia wyszła Sarna. Nie stąpała po ziemi — raczej po tym, co oddzielało ziemię od podziemia.
— Znaleźliście koniec? — zapytała.
— Nie — odpowiedział Lis. — Ale znaleźliśmy początek, który był młodszy niż koniec.
Sarna uniosła głowę.
— Może więc czas nie istnieje, tylko przychodzi.
— Albo wszystko przychodzi na raz — rzekła Sowa. — Tylko my układamy to w rządku, jak kości na śniegu.
— A śnieg? — zapytał Lis. — On przychodzi czy po prostu spada?
Sarna nie odpowiedziała. Zamiast tego położyła się przy wodzie. W jej spojrzeniu nie było lęku, tylko rezygnacja.
— Zawsze przychodzi coś, co musi. Ale nie zawsze to samo dla każdego — powiedziała cicho.
— To znaczy? — spytał Lis.
— Nieuchronność nie zna jednej formy.
— A relatywizm? — zapytała Sowa.
— Może to tylko sposób, w jaki świat pozwala nam oddychać różnie, choć tym samym powietrzem. Ten sam wiatr i głaszcze i smaga.
Na jeziorze pojawiły się kręgi. Księżyc nie był widoczny, ale istniał, a może nie istniał.
Cisza, która zapadła, nie była pustką. Była uznaniem, była zgodą.
________________________________________
Cień
Dźwięk pojawił się nagle i zewsząd. Nie tylko od strony ścieżki, którą zwykle nadchodził Lis, niosąc dźwięki. Sowa otworzyła oczy, równoważąc rzeczywistość.
W cieniu, który tym razem był czymś więcej niż brakiem światła, wyszedł Niedźwiedź.
— Nie chowaj się w cieniu — rzekła Sowa.
— Nie chowam się, ja go przynoszę — odpowiedział ze smutkiem w łagodnych oczach Niedźwiedź.
Las zaczął delikatnie falować i powoli się rozmywać. Dźwięk narastał.
Sowa już wiedziała.
— Czy to teraz? — zapytała, jakby chciała się ze sobą pożegnać.
— Jest tylko teraz — odrzekł Niedźwiedź, zapadając się w sobie, zabierając ze sobą uschnięte drzewo, las i jezioro.
Wielodrzewa, wielojeziora
Z półmroku, w pół kroku, jakby zawieszony między strunami harfy, Zając z Nikąd przyglądał się pustce — tej samej, w której jeszcze wczoraj uschłe drzewo próbowało trzymać się jeziora. Zastanawiał się, czego bardziej nie ma: drzewa czy jeziora. Myślał też, czy tutejsze „wczoraj” nie jest „teraz” i czy naprawdę dzieli je choćby pół kroku.
Myśl, że „wczoraj” mogłoby zagrać na wszystkich strunach harfy, zasmuciła Zająca. Nie pozostało nic innego, jak zakryć łapkami oczy.
— Szukam — cichutko powiedział Zając.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania