Las otwiera usta
Las otwiera usta,
czarne gardło, w którym ginie księżyc.
Idę, a ziemia pod stopami pulsuje —
to nie korzenie, to żyły,
nabrzmiałe krwią złożonych ofiar.
Słyszę, jak dęby kruszą czas
w zębach spróchniałych,
jak wierzby wieszają się własnymi włosami
nad jeziorem, gdzie rusałki
kąpią się w szkielecie światła.
Ich ramiona są zimne, białe jak rybie brzuchy,
ich śmiech przecina mi powieki.
Z mgły wyłania się Perun,
nie jako wojownik, lecz burza rozszarpująca niebo.
Jego błyskawica dotyka mojego serca,
a serce pęka jak jajo,
z którego wypełza wąż.
Wąż oplata mi żebra,
szepcze: nie wrócisz.
Świętowit patrzy na mnie czterema oczami,
które są czterema ranami.
Jedno płonie, drugie płacze,
trzecie dławi się dymem,
czwarte nie ma dna.
Kiedy zbliżam się,
czuję jak moje ciało rozdziera się na cztery strony,
jakby każdy z jego głosów
chciał wyrwać sobie moją duszę.
Wrona siada na ramieniu,
jej pazury przebijają skórę.
Mówi: „twoja krew będzie atramentem,
twoje kości — runami,
twoje oczy — zwierciadłami rzeki”.
Jej skrzydła zasłaniają niebo,
a ciemność wsiąka we mnie
jak mleko w ziemię głodną dziecka.
Idę głębiej,
aż napotykam Borutę,
który rośnie spod ziemi
jak czarny pień zwieńczony jelenimi rogami.
Jego twarz jest z gliny i krwi,
jego oddech pachnie gniciem.
Dotyka mojego czoła —
czuję, jak moje imię się rozsypuje
na sylaby, których nie pamiętam.
Jestem naga wobec nocy.
Moje ciało tonie w mchu,
a moje włosy zakorzeniają się w wilgoci.
Słyszę, jak bóstwa rozdzierają mnie
i składają na nowo,
jakby rzeźbiły nowy posąg ze starego ciała.
Już nie jestem córką ludzi.
Jestem cieniem,
który las zatrzymał dla siebie,
głosem, który będzie wiecznie powtarzał modlitwę.
Moje usta są ziemią,
moje serce jest dębem,
a moje oczy są czarne jak święty popiół.
Kiedy wrócę —
a może nigdy nie wrócę —
kto spojrzy w moje spojrzenie,
zobaczy nie dziewczynę, lecz bogów,
którzy śnią przeze mnie
i nie pozwalają się obudzić.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania