Latająca Ławka
Nie mogłem spać całą noc. Przekręcałem się z boku na bok, wstałem by wyjrzeć przez okno co jaki czas, i tak w kółko. Zawsze miałem problemy by zmrużyć oczy leżąc na lewym boku. Bałem się wtedy o swoje serce. Natomiast na prawym przeszkadzało mi coś zupełnie innego, czego nie mogę do dziś rozgryźć. W związku z tym gapiłem się w sufit i myślałem o czymś przyjemnym. Głównie były to kobiety, których jeszcze nie zdążyłem przelecieć, a które bardzo mi się podobały. Tak. Było parę takich. Myślałem sobie, że fajnie by było być niewidzialnym i móc przejść się do jednej czy drugiej i podejrzeć je pod prysznicem. Czy, weźmy na to umiejętność teleportacji. W sumie boję się latać, a taki stan rzeczy byłby interesujący. Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Może coś się jeszcze zmieni w tej materii i uda mi się za życia raz w miesiącu odwiedzać Big Sur.
Abstrakcyjne wizje były czymś wyjątkowym. Moje szaleństwo dopuszczało je do swojej wyobraźni. Szczególnie po dużej ilości wypalonej konopi w piątkowy wieczór.
Pewnego dnia wracałem z miasta na wioskę pieszo, bo uciekł mi ostatni bimbaj. Dwanaście kilometrów zaśnieżonym asfaltem przez okoliczne zadupia, gdzie niejednokrotnie przeprawa okazywała się wykańczająca. Czułem się jak Himalaista z tym całym sprzętem na plecach, niezbędnym do przeżycia w najtrudniejszych warunkach. Szedłem jednak dziarsko i bez lamentu. Nie mogłem sobie pozwolić na chwilę słabości. Liczyłem po cichu, że ktoś mnie zgarnie w trakcie marszu, ale pech chciał, że wszyscy mieli mnie w dupie.
Śnieżyca rozkręcała się z minuty na minutę, a wraz z nią widoczność, która spadła do niemal dziesięciu metrów. Do tego przeszywający mróz. Tragedia. Gdzieś na siódmym kilometrze dopadł mnie konkretny kryzys. Padałem z sił. Zauważyłem stary, drewniany przystanek autobusowy przypominający bardziej sfajczoną chatę wuja Toma. Ale był to przystanek. Przegniła, rozpadająca się deska nie zachęcała do spoczynku, jednak nie miałem wyjścia i przysiadłem na tym spróchniałym kawałku drewna po czym poczułem ból w lewej stopie. Domyślałem się, że dopadły mnie pierwsze odmrożenia. Wyjąłem telefon, spojrzałem na wyświetlacz. Okazało się, że bateria nie wytrzymała warunków pogodowych. Byłem załatwiony.
Starałem się nie tracić nadziei. Moje przymykające się oczy ratował głos wyjących wilków z oddali. Zresztą nie potrafiłem już odróżnić omamów i halucynacji od rzeczywistości. Miałem wrażenie, że moją głowę wypełniła wielka bryła lodu. Czułem, że to koniec. Nagle, zerkając spode łba, moją uwagę zwrócił niezidentyfikowany bliżej cień. Podniosłem wolną głowę i zobaczyłem przed sobą trzy tańczące pingwiny. Były tak prawdziwe jak ja. Nie mogłem się ruszyć. Patrzyłem na nie i patrzyłem. Jeden z nich w końcu stanął i puścił wielkiego pawia na zaśnieżoną ulicę. Nie byłem w stanie pokapować się o co tu chodzi.
- Macie może coś na rozgrzanie? – Spytałem.
Po co ja gadam do ptaków pomyślałem. Kolejny raz próbowałem podnieść tyłek, ale czułem jakbym przymarzł do starej sztachety. - Yyyy…Siliłem się ale nadaremno. Wszystko na nic. - I po co mi to było. Zachciało się spaceru kurwa mać. W końcu zażyganiec dołączył do kumpli i dalej tańczyły. Co kilka sekund podskakiwały na sporą wysokość jak na swoje możliwości i wydawały niestworzone dźwięki. Nie byłem w stanie racjonalnie myśleć. Totalnie ogłupiałem.
W czasie tego całego rytuału, nagle ziemia jakby zatrzęsła się w posadach, a towarzysze niedoli zapadli się w czeluść wraz ze wszystkim w promieniu mojego wzroku. O dziwo ja cały czas siedziałem na tej pieprzonej desce i ciągle nic z tego nie rozumiałem. Zgodnie z prawem grawitacji zamiast spaść w otchłań, uniosłem się w powietrze razem z ławką. Z góry widać było o wiele więcej lecz lewitowałem tak bez konkretnego powodu. - I co teraz? Zacząłem machać łapami w jedną i drugą stronę by ta boska maszyneria bujnęła się w którymkolwiek kierunku, ale ani to be ani me. Miałem już ochotę zsunąć się z niej i skoczyć z całym stworzeniem w odwiert szatana. Nic z tego. Byłem skazany na dryf w obłokach jak skończony popapraniec.
- Ratujcie mnie anioły niebieskie!!
W pewnej chwili coś nami szarpnęło. To znaczy mną i moim siedzeniem. Odwróciłem wzrok za siebie i zobaczyłem ogromne, ohydne paskudztwo machające skrzydłami rozpiętymi na kilka metrów, przypominające z ryja pelikana. Wystraszyłem się jak nigdy w życiu. Znowu zacząłem krzyczeć na swój powóz.
- Ruchy ty rozsypujący się kawałku kory dębowej, drzazgo z pod palca! Ty ściółko opadła Ty!
Ku mojemu zaskoczeniu zaklęcia zaczęły działać. W moment wystartowałem jak psy w zaprzęgu. Nie wiedziałem dokąd szybuje, ale cieszyłem się, że coś drgnęło. Pelikan leciał za nami. Rozdziawiał ten swój wielki pół misek gębowy łapiąc hausty powietrza a wraz z nim wszystko co napotkał po drodze. Po kilku minutach opanowałem lot swoim bolidem. Działał na zasadzie myśli. Że też wcześniej na to nie wpadłem. Mieliśmy przewagę. Monstrum za nami był wolniejszy z racji swoich gabarytów i zdecydował się odpuścić. Znalazłem ląd i wylądowałem na pierwszej widocznej polanie. Nie czułem się pewnie. Za to rozgrzałem trochę mięśnie po ostatniej hipotermii. Kompletnie nie widziałem gdzie jestem. Odkleiłem się nareszcie od ławki i postawiłem stopę na ziemi. Zaspy miały po jakieś trzy, albo i nawet cztery metry wysokości. Istny labirynt w środku lasu wielkości dżungli amazońskiej. Postanowiłem zrobić kurs przed siebie w poszukiwaniu szlaku, który naprowadził by mnie na właściwy kurs. Zaledwie po przejściu kilkudziesięciu metrów stanęła przede mną dryfująca ławka z przystanku. Próbowałem jej dowalić, ale odskakiwała na boki. Pieprzona rupieć. Ewidentnie domagała się bym wskoczył na nią z powrotem. Tyle, że nie czułem się tam wysoko zbyt komfortowo. Wolałem czuć grunt pod stopami. Ta nie ustępowała i nie mogłem nawet posuwać się do przodu. Nie było wyjścia. – A zrzuć mnie stara kopuło a popamiętasz z kim zadarłaś. Gadałem do niej jak wariat.
Unieśliśmy się znowu w górę. Rozejrzałem się w koło, wszędzie przykryte białym puchem korony drzew, białe mleko na horyzoncie. Nic więcej. Dałem znak i wio przed siebie. Szybowałem na starej ławce. Starej, sypiącej się ławce z rozebranego przystanku o którym zapomniał świat. Pomyślałem, że nie może być gorzej.
Minęliśmy las. Pod sobą ujrzałem znów cywilizację. Była nie co inna od standardowej panoramy miasta. Zamiast rodzinnych stron czy zabudowań powiatowych były tam domki jednorodzinne. Mnóstwo jednorodzinnych domków, jeden przy drugim, całe setki takich domków. Głównie błękitne, ale zdarzały się też białe, szare…Każdy miał swoją werandę i niewielki ogródek. Po wąskich alejkach biegały dzieci. Afroamerykańskie dzieciaki. Tak. Ani jednej białej twarzy. Przypominało to trochę Nowojorskie getto. Podleciałem niżej, potem jeszcze trochę, w końcu osiadłem na powierzchni.
Stałem na środku ulicy. Dzieci biegały dalej nie zwracając nawet na mnie uwagi. Jakby nieobecne.
- Halo! Wiecie może jak dotrzeć do Warszawy?
Zostałem totalnie zlekceważony. Za grosz nic z tego nie kumałem. To wszystko wydawało mi się totalnie popierdolone. Ławka stała obok i milczała. Miałem nadzieje, że ona mi może coś na ten temat powie skoro jest taka mądra. Ale nie ma mowy. Potrafiła tylko skakać i latać jak oszalała. Byłem zdany na siebie i swoje dywagację. Zrobiłem rundę w poszukiwaniu jakiegoś baru. Na boga nic poza tymi pieprzonymi domkami nie było w obrębie kilometra.
- Czas kończyć tą zabawę. Gdzie ten cholerny wrak? Już do mnie bo cię wrzucę pod topór!
Zjawiła się. Do siodła marsz i polecieliśmy dalej. Następne kilometry to nic innego jak te same, biało niebieskie domki rozciągające się na całym horyzoncie. Zdałem sobie sprawę, że to koniec. Powrót do domu okazał się ponad moje siły. Nie zobaczę więcej psa, znajomych, kolorowych bloków z wielkiej płyty. Nie strzelę więcej piwa za winklem. Zamknąłem oczy.
JEBBB!!!
- Wrrrr…Co u licha?
Głupia wióra pieprznęła w potężną sekwoję, która pojawiła się nagle i bez ostrzeżenia. Spadłem na zielone runo kilkanaście metrów w dół. Zaczęło mi się kręcić we łbie. Podniosłem się z miejsca i otrzepałem gacie. W koło leżały roztrzaskane części ławki i mojego telefonu. Nie mogłem uwierzyć, że udało mi się wyjść z tego bez szwanku. Mimo to, nie dałem za wygraną i postanowiłem dokończyć dzieła. Zdjąłem pasek i rozglądałem się w poszukiwaniu dogodnej gałęzi, ale każda z nich była poza moim zasięgiem. Skąd tu kurwa sekwoje pomyślałem. Niestety ten wariant wypadł z gry. Z kolejnym patentem także miałem problem, ponieważ nie posiadałem niczego ostrego by się pochlastać. Nie mogłem się nawet porządnie zamordować. Wszystko to o kant dupy roztłuc.
W ten czas solidnie zawiał wiatr, strącając ze szczytów amerykańskich wieżowców biały pył, który obsypał mi twarz. Nie był to zwykły wiatr. Przeszyło mnie mocne ciepło od stóp po czubek nosa. Poczułem się dziwnie. Jak nigdy dotąd.
Po chwili ujrzałem kilka krasnali idących w moją stronę. Zacząłem przecierać gały ze zdumienia, będąc pewnym, że to skutek upadku. One jednak szły cały czas. Miały długie uszy, spiczaste nosy i łuki przewieszone przez plecy. Zbliżały się coraz szybciej. I szybciej…
- O co tu chodzi? Jesteście jacyś tacy…Kurwa nie ziemscy.
- O czym on mówi? To jakiś świrus…
- Słuchajcie liliputy, nie wiem skąd się tu wziąłem, nie wiem też skąd wzięliście się wy, nie wiem chyba nic. Chciałem tylko wrócić do domu. Póki co nie wiem nawet czy ja to ja.
- Lepiej spróbuj naszego szitu. Może ci się rozjaśni.
W końcu dostałem coś mocniejszego. Jeśli to dzień ostateczny, nie potrzebuje do szczęścia nic innego pomyślałem. Pociągnąłem kilka solidnych grzdylów z gwintu. Była tak samo dziwna jak świat, który mnie otaczał. Smak przypominał rum wymieszany z tanim napojem z biedronki.
- I jak człowieku? – Spytał jeden z krasnali.
- Nie wiem. Ciągle was widzę.
- My ciebie też, to chyba dobrze świadczy nie?
- Właśnie to mnie zastanawia.
Leśni ludzie nie potrafili mi pomóc. Nigdy nie słyszeli o syrenim gtodzie i tym podobnych historiach. Na pocieszenie zostawili mi flaszkę specyfiku i udali się dalej. Znów zostałem sam. Nie mogłem nic zrobić. Nawet puścić soczystego bąka. Biegałem. W to i z powrotem, slalomem i w kółko. Krzyczałem, wykonałem kilka przewrotów do przodu. Maksymalnie mi odjebało. Pędząc do przodu po jednej z prostych, poczułem jak nogi oderwały mi się od ziemi. Zanim się obejrzałem, a moje dupsko już siedziało na znajomej kłodzie. Po raz pierwszy ucieszyłem się na jej widok. Już nawet nieistotne jakim cudem zmartwychwstała. Chciałem tylko wydostać się z puszczy. I udało się.
Wznieśliśmy się ponad chmury. Wyżej chyba się nie dało. Latające stworzenia nie przypominały w ogóle tych, znanych mi z rzeczywistości. Przestałem się bać, że któreś chwyci mnie w swoje szpony. Nawet do nich mówiłem, a właściwie krzyczałem, ale jak na złość nie reagowały wtedy, kiedy ich akurat potrzebowałem. Nalewka zaczęła uderzać do głowy. Konkretny strzał. Położyłem się w z dłuż, wyprostowałem nogi i kolejny raz wyłączyłem myśli.
JEBBBB!!!
Kolizja. Dziwnym trafem przeżyłem. Co więcej nic mnie nie bolało. Rozejrzałem się w koło i nic. Spodziewałem się jakiś dziwadeł, białych tygrysów, mamutów, diabła? Wielkiej stopy, czegokolwiek. Tymczasem cisza. Ale czy na pewno? Jeden z rzędów drzew, wyróżniał się z pośród pozostałych. Uważnie się im przyglądałem, po czym grunt zatelepał się jak zły i wszystkie jak jeden mąż rozsunęły się na boki. Nic mnie już nie było w stanie zadziwić. Stałem na baczność. Ktoś jednak się zbliżał. Powolnym krokiem, ociężale, ale szedł. Czekałem. W pewnej chwili naprzeciw mnie ujrzałem boga. Czarnoskórego, wytatuowanego, palącego blanta boga. Przetarłem oczy. Jeszcze raz rzuciłem okiem a on tam był. Tak. Tupac Shakur. ‘’Wielki’’ pieprzony Tupac Amaru Shakur.
- Yup Pac! – Rzuciłem – What’s up?
- W porządku. A u ciebie?
- Tak się składa, że nie bardzo. Potrzebuje śmierci, w najgorszym wypadku powrotu do domu.
- Boy. Wszystkie oczy od dawna skierowane są na mnie. Musisz z tym żyć.
- Jak żyć? Pac…Ja kurwa błądzę w czasoprzestrzeni, między niebem a piekłem, wyimaginowaną bajką a światem realnym. Jestem, a jakby mnie nie było.
- Boy. Chcieć to to samo co nie chcieć. Bo nie chcieć, też trzeba chcieć.
Podał mi gibona, pociągnąłem kilka machów, po czym ulotnił się jak fantom. Wszystko przepadło. Zagwizdałem dyliżans.
Sunęliśmy ku nieznanym. Lałem w siebie paliwo od liliputów podziwiając krajobraz, który nie wnosił nic nowego. Lasy i chaszcze. Jeśli tak ma wyglądać wieczność czy ‘’życie po życiu’’ to ziemska wegetacja przy tym to rajski ogród. A może trafiłem do piekła? Nagle, w oddali, zauważyłem czarną, ogromną wirującą dziurę. Przyśpieszyliśmy. Powietrze wpadało mi do otworu gębowego rozsadzając mi lico niczym dmuchawa. Ponownie zamknąłem oczy, które wpadały mi do prawie do środka.
- AAAAaaaa! AAAAAAAaaa!!
Ocknąłem się w parku na ławce. Wszędzie unosiły się opary marihuany. Na boomboxie przygrywał Pac ze Snoopem, a obok w rytm bujało się dwóch karłów. Nie mogłem dojść do siebie. Tym razem Szczęśliwicki Jam miał swój rozmach. Chłopaki z miasta zacierali ręce ku następnej aplikacji kiedy trafił mnie wyraźny promień słońca prosto w źrenice.
- Chłopcy, gdzieś jeszcze był tu taki wielki pelikan…
Komentarze (4)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania