Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
Lato
Lato było wilgotne, dżdżyste i ociekające rosą. Co chwilę szumiało zza okna i zaczynał padać deszcz. Strumieniem lał się na ulicach, które dodatkowo skąpane były w pełnym słońcu. Wszystko jawiło się jako jedno wielkie przeciwieństwo, bo słońce wyglądające zza chmur pozwalało też ciemnieć niebu i trudno było jednoznacznie określić czy jest słonecznie czy pochmurnie, czy jest jasno czy ciemno. Otwierane niebo dobywało światła i rozchodziło się w przestrzeni ukazując doskonale zaróżowione wnętrze atmosfery. Wszystko to było niecodziennym i egzotycznym widokiem. Wiatr nie przestawał wiać, był przenikliwy i świeży. Kwiaty stały w kałużach, z drzew spadały wielkie krople. Kory zmokłe i trawy kładące się ku ziemi. Pod ciężarem deszczu uginały się też mniejsze gałęzie i skapywały wodą w dół. Deszcz dosłownie tworzył ścianę i padał jak wodospad. Ona przyjmowała jedynie smagnięcia wiatru na twarzy, ramionach i bosych stopach. Dotykał on jej ciała i wprawiał ją w niemałe poruszenie. Podkulała nogi i kuliła ramiona jakby wiatr sprawiał jej ból. Jakby sam jego dotyk był dla niej nie do przyjęcia i smakował jak bicz. Uderzenia nie ustawały, wilgotność wewnątrz sceny wzrastała. Mokra ziemia była pulchna i żyzna i wyglądała jak unosząca trawy w powietrzu. Gdzieś w oddali było słychać śpiew ptaków. Niesamowity tworzyły koncert. W zderzeniu z deszczową aurą były niemalże unikatowe. Ich piski i śpiewy nie miały sobie końca. Chronione przed deszczem w objęciu liści i nieustraszone sprawiały że rzeczywistość była jak wyjęta z wielkiej sceny.
Słońce było spokojne, powoli zachodziło za drzewami. Dzień chylił się ku upadkowi i następował późny wieczór. Deszcz w końcu przestał padać. Liście jednak wciąż oddawały wodę, a na trawach i ulicach nikły kałuże. Powietrze było bardzo rześkie. Wiatr też ustał choć wcześniej wiał z wielką siłą i penetrował scenę. Poza byciem jak rzemień nic z niego nie zostało. A ciało przeciwnie, zostało z wrażeniami i odczuciem jaki mu dał. Zapamiętało uderzenia i świsty. Czerwone pręgi, nasączone i żywe oddawały prawdziwość i rzetelność tych uderzeń. Miała je na szyi, na rękach, nogach. Pozostała z tymi stygmatami, jednocześnie naznaczona i przeklęta. Głaskała ręce i spoglądała jak z dnia na dzień czerwień znika, blednie i po kilku dniach zostaje niemal nie do sprawdzenia.
Minęło te kilka dni. Pamięć deszczowego i wietrznego dnia zupełnie wyparowała, tak jak wyparowały znaki na skórze. Zrozumiała, że lubi deszcz i zrozumiała też że polubiła wiatr. To było wręcz niespotykane, że kat okazał się przyjacielem, a grzech uświęcony. Chciała tych uderzeń, z mocą i siłą, prowokowała powietrze szybką jazdą na rowerze czy biegiem. O ile czerwień na skórze lubiła średnio, o tyle samo uczucie bicia jej ciała sprawiało że stawała się wilgotna jak cała scena inicjująca to zdarzenie. Krucha i delikatna jak porcelana przystawiała się do sceny dzień po dniu. Budząc się z wiatrem w myślach, potrzaskana już mentalnie i wyobrażeniowo co by dojść przyjemności za wczasu. Była niecierpliwa i była wrażliwa. Wychodziła na zewnątrz choć przeczuwała ból. Lekki wiatr był jej ulubieńcem i ten też pozostawiał najmniej śladów. Z wiatrem kroczyła, a wiatr ten był jak oddech.
Komentarze (1)
Bardzo nastrojowa proza. Daję 5
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania