Laura w Krainie Rzeczywistości - Rozdział siedemnasty

Rozdział siedemnasty - Panna z chorą głową.

**

Hej.

Dzisiaj zacznę od tego, że się totalnie nie wyspałam. W sumie nie wiem czemu. Po prostu nie mogłam spać i już. Ogólnie cały tydzień byłam o wiele bardziej poddenerwowana, wpadłam już nawet w histerię co ostatnio coraz rzadziej mi się zdarzało. No i powiem wam, że nie wiem jak to wam wszystko opisać, ale spróbuję. Zacznijmy od majówki. Jednak nie, nie od majówki. Jestem dziś chyba strasznie niespokojna.

Nie wiem nawet jak zacząć. Po prostu. Chyba jestem zwyczajnym trollem internetowym. Myślałam, że moje pisanie tych notek pohamuje te moje dziwne skłonności i do pewnego czasu tak było. Od niedzieli czy nawet soboty pojawiły się u mnie zjazdy nastroju bez powodu. Potrafiłam patrzeć w sufit i płakać bez konkretnej przyczyny. Mam szczerą nadzieję, że to PMS bo na to by wychodziło.

Dobra, przechodzimy do tego trollowania w internetach.

Od paru lat lubię pisać posty na forach internetowych. Zaczęło się od forum literackiego na którym pisałam opowiadanie inspirowane moim życiem. Ogólnie forum jest o mojej ulubionej serii literackiej,ale i tak tam dodawałam moją„twórczość” i żal-posty z problemami. Chyba niepotrzebnie przyznałam się, że to bardziej opowiadanie. Wtedy wszyscy wzięli mnie na świecznik i oskarżali o kłamstwo. Starałam się grać chojraka, że to co nie ja i że przecież mi takie kłamstwo radość sprawia, bo inni się przejmują. Do dzisiaj tak mam gdy moja przeszłość wyjdzie na jaw. Dalej udaję jakie to fajne, jednocześnie trzęsąc się przed klawiaturą. Tak mnie znienawidzili, że nawet znaleźli mój profil na fejsie. To mnie przeraziło. Tak samo odnaleźli blog do którego wysłałam moje opowiadanie do oceny i poprosiły by nie został oceniony. Wtedy czułam się nienawidzona. Głupia ja myślałam się jak się przyznam do swoich-nieswoich win to mi odpuszczą. Nie stało to się jednak. Do tego stopnia mnie tam nie lubiano, że powstały liczne trollelskie konta podszywające się pode mnie z których pisano okropne posty o charakterze seksualnym na temat bohaterów serii literackich której dotyczy te forum. Głupia ja dalej myślałam że jak napiszę im że to moja koleżanka to się odczepią i znowu zaczną mnie akceptować. Nie zaczęli. Nie uwierzyli. Ja w końcu odeszłam z forum, a gdy próbowałam wracać to trolle się aktywowały. Zresztą nie muszę tam być żeby były aktywne. Wiem, bo nadal te forum po prostu czytam. Teraz jestem pewna, że już moje dalsze wypowiadanie się tam nie miałoby najmniejszego sensu, wprowadziłabym tylko niepotrzebny zamęt. Pozostanę więc cichą czytelniczką.

Jednak tak polubiłam wypowiadanie się na forach, że nie mogłam odpuścić swojej obecności na innych. Wybierałam te bardziej znane. Zawsze pisałam historię o biednej, niepełnosprawnej dziewczynie. Często z perspektywy złej siostry czy macochy. Zastanawiałam się ile ludzi będzie prawdziwej mnie bronić. Na początku tak było. W końcu jednak ludzie zaczęli się łapać, że jest zbyt dużo historii podobnych do siebie. Nie potrafiłam jednocześnie przestać ich tworzyć. Po prostu chyba chciałam reakcji. Jakiejkolwiek. Ostatecznie jednak mi to zaszkodziło. Kiedy próbowałam się zwierzać na tamtejszych forach ze swoich jakichkolwiek problemów to albo byłam brana za kolejnego trolla ewentualnie za zwyczajnie rozpieszczone dziecko. Chociaż powinnam wcześniej wiedzieć, że to nie dla mnie. W jeszcze dalszej przeszłości próbowałam się zwierzać na grupkach na fejsie ze spraw osobistych i byłam również brana za rozpieszczonego bachora, chociaż wcale nie miałam takich intencji. Hejterów miałam całkiem sporo.

Nie wiem co mnie podkusiło żeby znowu wrócić do starych praktyk z postami i problemach nieistniejących ludzi. O ile wiem, że chyba na wszystkich krajowych serwisach jestem już stracona to spróbowałam z redditem

Napisałam wczoraj post o złej macosze która nienawidzi dorosłej, niepełnosprawnej pasierbicy tylko dlatego, że ta istnieje. Komentarzy dostałam więcej niż na jakimkolwiek polskim serwerze. Większość ludzi życzyła mi śmierci, inni wysyłali na terapię (to takie amerykańskie!), kolejni nazywali śmieciem, Oczywiście byli też tacy którzy domyślili się, że jest to po prostu troll. Najbardziej mnie chyba zabolało wytykanie kiepskiego angielskiego, bo go tej pory myślałam, że pisanie idzie mi w tym języku całkiem nieźle. Najwyraźniej się myliłam i nawet tego nie umiem. No i historia brzmiała zbyt nieprawdopodobnie. Tak jakbym celowo robiła z macochy tą złą, a tak się starałam by to było naturalne! No i najbardziej bolały mnie komentarze, że Lily (czyli niepełnosprawna pasierbica z tej historii) może nigdy nie być samodzielna, że ma takie trudne życie oraz że nienawidzi pewnie swojego stanu zdrowia no i że jest godna współczucia. Zastanawiałam się czy to prawda. W sensie wątpię bym nienawidziła mój stan zdrowia. Jednak jeśli wszyscy mi tak bardzo współczują to nie powinnam bardziej negatywnie podchodzić do mojego żywota? To wszystko się we mnie kotłowało. Chyba od kiedy poznałam Pawła i Adę to bardziej się otwieram, jestem bardziej miękka. Za bardzo się chyba zestresowałam tym wpisem. To już nie są moje klimaty. Zbyt stresogennie już to na mnie działa. Szkoda, że wcześniej tak nie było. Nie zniszczyłabym sobie opinii w internecie.

Teraz muszę przywrócić moją opinię o swym życiu na właściwe tory. Nawet pisanie mi obrzydło.

 

A jak majówka? Wkurzało mnie zdecydowanie to, że Ignacy z rodzinką spędzali u nas niemal całe trzy dni. Nie zaprosili do siebie, tylko się u nas wylegiwali. Tak, wiem brzmię jak ta najgorsza, ale już wtedy moje zjazdy humorów dawały o sobie znać. Nie jest to oczywiście dla mnie żadne usprawiedliwienie. Irytowało mnie jednak wszystko. Od Lenki która siedziała obrażona na podłodze pod kaloryferem się zaczęło. No chociaż to nie do końca tak. Bardziej byłam wkurzona na siebie. Lena siedziała wtedy tak że jej nóżka była tuż pod grzejnikiem. Bratanica tkwiła w tej pozycji na korytarzyku który mieści się pomiędzy moim pokojem a salonem. Towarzystwo w dużym pokoju nie zwracało uwagi na ich własne potomstwo. Z racji ograniczonej widoczności nie widziałam czy mała utknęła czy po prostu tam siedzi. Na moje nawoływania nie reagowała. Odezwałam się nieco głośnej do Renaty. Ona chyba dość źle zrozumiała moje słowa bo zamiast „utknęła” zrozumiała „wybuchneła” i leciała do małej na złamanie karku. Ciekawe czy jest na mnie zła. Fakt, od jakiegoś czasu mam większe problemy z mową niż zazwyczaj. Do mojego codziennego seplenienia doszły po raz kolejny zbyt napięte mięśnie twarzy które nie pozwalają mi szerzej otwierać ust. Dawniej Tośka rozluźniała mi je dość regularnie. Teraz gdy jest w gabinecie tylko raz na tydzień to chce się zająć najważniejszymi rzeczami. Najwyraźniej moja twarz chyba nie jest aż tak ważna. No, ale poproszę Elkę może ona umie.

W pewnym momencie do mojego pokoju przyszła Renata. Myślałam, że chce normalnie ze mną pogadać i owszem na początku tak było. Potem jednak poprosiła mnie o mój numer telefonu i majla. Powiedziała że zakłada mamie konto na jakiejś stronie sklepu z kosmetykami. Z racji że mama nie posiada własnego adresu poczty elektronicznej to skorzystać musiała z mojego. Natomiast nie wiem czemu nie mogli użyć jej numeru komórki. Pożałowałam tego dopiero w czwartek gdy kurier do mnie zadzwonił a nikogo nie było w domu. Pieniędzy na paczkę również nie mogłam zlokalizować. Cała spanikowana po dwukrotnej rozmowie z kurierem oraz z mamą podjełam pod presją czasu decyzję o dostarczeniu kosmetyków przez kuriera następnego dnia. Potem się okazało, że mama mogła się wyrobić by przyjechać z pieniędzmi do piętnastu minut po telefonie, no ale było już po ptakach czy tam ptokach.

Co do majówki to jeszcze pamiętam, że coś mówiłam do Ignacego, a ten nagle po prostu mi zniknął z radaru. W sensie, poszedł sobie do salonu i nawet nie udawał że mnie słucha. Było mi trochę smutno, ale po prostu potwierdziło to moje przypuszczenia, że brat mnie zwyczajnie nie lubi. No i w sumie nie musi. Nie każde rodzeństwo pała do siebie wielką miłością. Czas się z tym po prostu pogodzić.

 

Następna rzecz którą chcę wam opowiedzieć miała miejsce też podczas majówki. Nie pamiętam jednak który był to jej dzień. Wiem natomiast, że był to ten czas gdzie wiatr wiał niemal bez ustanku. Drzewa niebezpiecznie chyliły się ku ziemi. Świstu wiatru nie dało się zagłuszyć nawet muzyką słuchaną na słuchawkach, więc było naprawdę grubo. Nasze mieszkanie jest podłączone do dwóch liczników. Podobna sprawa zresztą się ma u Ignacego. Jednak mam zawsze takiego pecha że jak prąd pada w naszym mieszkaniu to zazwyczaj po stronie domu gdzie jesteśmy ja i młody. Nie ma wtedy internetu gdyż router stoi w moim pokoju. Tamtego dnia jednak nie martwiłam się brakiem sieci, bo było jeszcze dość jasno a ja właśnie zaczynałam książkę „W cieniu motyla” Jednak mama ciągle wspomniała że przyniesie z piwnicy długi przedłużacz tak by router i mój laptop móc podłączyć do pokoju mamy. Powiedziałam, że nie chcę. Najwidoczniej ani Maria ani mama mnie nie słuchały bo już po chwili zaczęły noszenie tych kabli gdy byłam w trakcie rozkładania memo. Miałam dość. Nikt mnie tu nie słucha! Nie myślałam wtedy że internet może być potrzebny komuś. Liczyło się tylko to że mi przeszkadza. Szczególnie gdy zaczęły się kłócić jak ten durny kabel rozłożyć. Zaczęłam się drzeć że to idiotyzm, że o internet nie prosiłam a oni mi się miotają z tymi kablami jak kot z pełnym pęcherzem. Rodzicielka była tak wściekła że aż zgasiła mi światło w pokoju (już się ściemniało), a ja zostałam z całym tym durnym memo na podłodze. Poczułam łzy w oczach. Szybko weszłam pod kołdrę i chciałam zasnąć bez tego całego internetu. Dopiero pół godziny później przemogłam się do przebrania w piżamę i wypicia herbaty którą mama zrobiła mi tuż przed kłótnią. Do neta przekonałam się dopiero całe dwie godziny później gdy Norbert na spokojnie wszystko podłączył. Dobry humor odzyskałam następnego dnia.

 

We wtorek nie mogłam pojechać do Tośki bo zaczął się długo oczekiwany remont naszego domostwa. Szare ściany budynku są właśnie odmalowywane na śnieżnobiałą biel. Natomiast zielona siatka która robi za ogrodzenie ma być zastąpiona nowym ogrodzeniem z ciemnych, mocnych,poziomych desek w nowoczesnym stylu. Sama domyśliłam się, że tego dnia mój wyjazd na ćwiczenia może być problematyczny, bo pracownikom potrzeba będzie dokupić różne materiały. Obawiałam się, że z tego powodu mogę zostać sama w samochodzie. Po krótkiej naradzie z mamą postanowiłyśmy, że nie jadę. Rodzicielka parokrotnie pytała mnie czy nie będę zła za odwołane ćwiczenia, szczególnie że miałam wtedy mieć trzy godziny. Zapewniłam ją, że wszystko będzie w porządku. Tego samego dnia Tośka napisała, że kolejnego dnia czyli w środę mogę przyjechać na dwie godziny. Mama mnie gorąco do tego namawiała, bo chyba czuła się winna, że nie mogłam pojechać we wtorek. Zgodziłam się.

Kłopoty zaczęły się rano. Myślałam,że sobie usiądę na tym siedzisku co zwykle by mama nałożyła mi buty. No i owszem, usiadłam, tylko że całe siedzisko było uwalone rzeczami młodego, a ja jedynie mogłam siedzieć na skraju siedzenia. Czułam się bardzo niepewnie. Byłam pewna że zaraz runę do boku na podłogę. Siedziałam tak na brzegu, że nawet nie miałam jak chwycić się ręką dla mniejszego poczucia lęku. Cała byłam sztywna, moje nogi się wyprostowały i samoczynnie uniosły się do góry na tyle ile mogły. Tkwiłam w stanie paniki i nie potrafiłam się uspokoić. Mama ciągle mi mówiła bym przestała, ale ja nie umiałam. W końcu młody wyszedł i zaczął gadać o tym, że na turnusach to pewnie chojraczka ze mnie a tutaj się boję. Dodał, że te turnusy to są zbędne, skoro nadal boję się czegoś takiego prostego. Tyle, że na turnusach to wcale nie jestem jakaś mega odważna! Po prostu terapeuci rozumieją co mi jest i walczą z moimi lękami profesjonalnymi metodami, a nie rzucają tekstami po których tylko czuję się gorzej. Tak się wtedy właśnie czułam, ale nie pozwoliłam spłynąć moim łzom. W końcu ta idiotyczna rozmowa się skończyła i mama zaprowadziła mnie za rękę do samochodu. Kule jak zawsze czekały w środku. Okazało się, że Maria jedzie z nami, bo uwaga: szuka sobie mieszkania! W tym czasie gdy ja miałam mieć zajęcia to ona zaplanowała sobie rozmowę z właścicielem pewnego lokalu do wynajęcia.

Gdy wychodziłam to zauważyłam że na werandzie stoi mój wózek. Pojazd należy do tak zwanych wózków aktywnych. Zrobiony jest z lekkiego metalu by łatwiej było mi go napędzać siłą moich rąk. Wózki aktywne mają to do siebie że są dobierane pod użytkownika mając na uwadze jego wzrost, wagę, predyspozycje. No i nie ma irytujących podłokietników znanych z wózków typowo szpitalnych. Mój wózek ma kolor granatowy. Jest jednym z lepszych na rynku przez co cena była dość wysoka. Okazał mi się jednak całkowicie zbędny gdyż krótko po jego kupnie zaczęłam bardziej chodzić przy kulach i nie było potrzeby brać go nawet na turnus. Więc tego zacnego sprzętu od czasu zakupu skorzystałam może raz w moim życiu.

Dlatego zapytałam mamy w samochodzie czy może by go nie sprzedać. W końcu poszedłby za parę ładnych tysiaków. Mama na to że skoro nie chcę chodzić w domu przy kulach, to po co go sprzedawać. To nie tak że nie chcę! Ja wiem, że może to brzmieć jak wymówka ale mam ten strasznie paraliżujący lęk, sama nie wiem przed czym, ale go mam. Kiedy byłam w stanie sama chodzić z kulami po domu to śmigałam niczym Kubica. Niestety mój durny mózg musiał się wystraszyć upadku.

 

Myślałam, że w środę będę miała zajęcia tylko z Elką. Jednak tego dnia Tośka była w gabinecie specjalnie dla mojej osoby! Chyba musi mnie lubić skoro przekłada zajęcia sobie tak by mieć je akurat ze mną. Ewentualnie widzi we mnie potencjał. Całkiem możliwe, że jedno i drugie.

Obie dziewczyny były zaskoczone zachowaniem młodego, Elka stwierdziła że pomimo całej sympatii do niego to widzi, że chłopak ma braki w empatii, ale ma nadzieje się jej wyuczy. Ja sama nie wiem co o tym myśleć. Co do ćwiczeń do Tośka męczyła moją przeponę. Z każdym pastwieniem się nad nią jest coraz bardziej miękka i można dostać się już w coraz głębsze mięśnie. Terapeutka popracowała też nad moją miednicą dzięki czemu mogę się wyprostować używając właśnie miednicy a nie idąc z szyi. Daje to lepszy efekt, lepiej się wtedy chodzi. Antonina też rozciągała moje plecy gdy siedziałam po turecku, po prostu wciskała palec w mój kręgosłup i tak przesuwała nim wzdłuż pleców, bolało, ale pomogło.

Do zwykłego turlania się Tośka dodała efekty dźwiękowe w postaci grzechotania mi grzechotką nad uchem. Mnie jako osoby nadwrażliwej na dźwięki to wkurzało i było trudniej mi się skupić, ale jednak dałam radę.

Potem nadszedł czas na samodzielnie stanie. Początkowo stałam około dwudziestu sekund. Byłam wkurzona, że tak mało, dlatego walczyłam dalej, aż wywalczyłam całe pięćdziesiąt siedem sekund, aż mnie duma rozpierała! Następnie dobrze nam znane obroty wyszły tak super, że aż znowu wzbudziłam zachwyt terapeutki. Tylko teraz trochę mi głupio że nie zaprzeczyłam kiedy pytała czy ćwiczyłam je w domu. Tym sposobem ją okłamałam, staram się jednak tym nie zadręczać. Chodzenie też za to wyszło super. Przy obu kulach nie dałam się wyprowadzić z równowagi kolejnym starciem z grzechotkami. Chodzenie z jedną kulą natomiast obyło się bez szarpanych ruchów oraz podobno robiłam długi krok lewą nogą. W chodzeniu bez niczego czułam się najpewniej, zatrzymywałam się dużo razy po to by złapać równowagę, więc wszystko wyszło lepiej niż dobrze. Czuję, że może za jakiś rok pożegnam się z kulami na dobre. U Elki natomiast nie było nic nadzwyczajnego. Rozciągała mi lędźwiową część kręgosłupa. Ostatnio była napięta przez większym byciem w ruchu podczas moich spacerów. Co do ćwiczeń to znowu wrzucałam klocki do pudełka stojąc na czworakach, oraz siedziałam na boku który mnie ciągnie.

W czwartek znowu miałam jechać do Tośki. Tym razem miał mnie czekać spacer z Elką. Jednak kuło mnie to, że dodaję tym kłopotu mojej mamie która i tak miała dużo na głowie jeśli chodzi o jeżdżenie po materiały. Postanowiłam przynajmniej tak jej ulżyć i odwołałam zajęcia. Myślałam, że jej tym pomogę, ale wyglądała na zawiedzioną. Chyba źle zinterpretowałam jej zachowanie.

Anyway, pogoda w ten czwartek była tak tragiczna że i tak byśmy nigdzie nie poszły.

 

No dobra, koniec na dzisiaj. Biorę się za ćwiczenia, następnie za trzykrotne sprawdzanie tekstu i wstawianie go. No i czekam na jutro na ładniejszą pogodę, aż trudno uwierzyć że jutro będzie dwadzieścia stopni gdy dzisiaj słońce, deszcz i grad przeplatają się ze sobą.

Trzymajcie się!

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Narrator 2 miesiące temu
    Nowy rozdział, ta sama Laura. Skoncentrowana na sobie i swoich problemach. Jak rozkapryszona dziewczynka za wszelką cenę stara się zwrócić uwagę otoczenia, nawet za cenę bycia trollem. Mimo to wzbudza dozę empatii swoją niepełnosprawnością, lękiem przed fizycznym wyzwaniem. A świat pokazuje jej obojętne, nawet nieprzyjazne oblicze. Może pora to zmienić, zdobyć się na jakiś miły gest?

    Brak dialogów zamienia to opowiadanie w bardzo statyczne sprawozdanie. A tak fanie byłoby dialogiem wzbogacić epizod z Ignacym i jego rodzinką, dać czytelnikowi nieco akcji.

    Pozdrawiam i życzę powodzenia w ciężkiej pracy pisarki.
  • LittleDiana 2 miesiące temu
    Tu mnie troszkę zdziwiłeś Zakładam, że dziwisz że to dla Laury ludzie są niemili, bo owszem nie cieszy się zbytnią sympatią.. Tak, chciałam pokazać że Laura jest nielubiana, bo ma trudny charakter. Stworzyłam za to postaci Pawła i Ady by pokazać że niektórzy jednak ją lubią. Najwidoczniej jeszcze dobrze nie zarysowałam tych postaci, będę więc to mieć na uwadze.
    Dziękuję za komentarz :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania