Laura w Krainie Rzeczywistości - Rozdział osiemnasty

Rozdział osiemnasty - Najgorsza notka i najgorszy humor.

**

Znowu nie wiem od czego zacząć. Te pierwsze strony zawsze jakoś mnie stresują. Mnie za to przepełnia jeszcze większa tęsknota za Pawłem i Adą. Czuję czasami dziwnie wielką radość gdy o nich myślę. W sensie wtedy gdy na przykład wyobrażałam sobie to co wyobrażałam sobie dosłownie przed chwilą. Scena była nieco inspirowana inną sceną z koreańskiego filmu „Innocent Things” Oczywiście w naszej scenie nie było erotyzmu żadnego, ani milimetra. Natomiast akcja działa się w ich mieszkaniu,. Był czerwiec. Czerwcom często towarzyszą burze. Siedziałam u nich na kanapie i udawałam że wcale nie boję, chociaż prawda w tej fantazji była zupełnie inna. Jednak oni zauważyli tą prawdę i pozwolili mi się do nich najzwyczajniej w świecie przytulić. Ewentualnie wyobrażałam sobie, że siedzę sobie po zajęciach w sukience, pięknej białej i letniej. A przyjaciele natomiast biorą mnie do miasta na jakieś japońskie przekąski i robimy sobie tam jakieś zdjęcia. Z tych smutniejszych fantazji to te o ich potencjalnym odejściu. Nie wiem co mi się wkręciło w łeb. Może to dlatego, że ta cała szefowa jest dla nich taka wredna. Jednak co do fantazji to dzieje się ona na zajęciach u Pawła. Przyjaciel ma minę nietęgą i spokojnie tłumaczy mi że to ich czas, i że już niestety nie są już w stanie wytrzymać tej toksycznej atmosfery. Ten rodzaj fantazji budzi we mnie ból. Tak jakbym sama chciała zaznać tego bólu przed tym całym dniem ostatecznym. Bardzo bym nie chciała wybuchać wtedy przy nich płaczem czy inną histerią. I tak nawet bez tego czuliby się winni że mnie zostawiają, a ja nie chce im dokładać. Z tego co mówią, to na pewno przynajmniej rok jeszcze tu będą, ale sytuacja z szefową jest aż tak kiepska, że boje się, że i tego odejścia można się będzie spodziewać wcześniej. Ogólnie z jednej strony bardzo się cieszę że do nich przywiązała bo te uczucie że jesteś z kimś blisko (poza internetem) jest super, poczucie więzi, wspólne wieczory, rozmowy, fakt że ktoś cię akceptuje taką jaka jesteś jest po prostu bezcenny. Uświadomiłam sobie też, że są interesujący ludzie na tym świecie (poza netem) z którymi mam o czym gadać. Z drugiej strony jestem zła, że się do nich przywiązałam. Jasne, każda przyjaźń może się skończyć. Tu jednak koniec jest pewny, bo nikt nie pracuje w takich miejscach do końca swojego życia. Szczególnie z wredną szefową na pokładzie. Tutaj więc koniec znajomości jest pewny, tyle że bardziej rozłożony w czasie. No i fakt, że są zbyt daleko by nawet po odejściu normalnie się widywać jest dobijający i sprawia że chce mi się płakać. Tak, wiem powinnam się cieszyć, że jeszcze tam są, ale gdy widzę co tam się dzieje to coraz częściej te smutne myśli do mnie wracają. Kiedyś też się pojawiały, ale sporo rzadziej.

 

Dobra koniec tych smętów. Czas opowiadać co się działo przez ten cały tydzień u mnie działo. W sumie i dużo i niedużo. Czasami zastanawiam się czy nie zrobić sobie przerwy od pisania, bo coraz bardziej mi dokucza myśl że piszę za mało, no ale niedługo turnus, więc idealna okazja by odpocząć od pisania i mieć o czym pisać. Dzisiaj nie dość, że mam zły humor, w sumie nie wiem czemu bo już po okresie. W dodatku mam swoje obawy, że napiszę za mało. No dobra, to zacznijmy od tej pechowej niedzieli.

Z racji że robiło się ciepło postanowiłam po raz pierwszy wyjść sobie po prostu na taras. Mocowałam się trochę z nowymi, drewnianymi drzwiami które na mój taras właśnie prowadzą.W sumie nie są takie nowe bo były montowane w listopadzie, ale z racji jesieni i zimy raczej nie miałam okazji na taras wychodzić. Drzwi się strasznie ciężko otwiera. Muszę uklęknąć na kolanach by przekręcić klamkę która wcale nie chce współpracować. Kiedy jednak to się już uda to moim następnym ruchem jest ponowne usiąść na podłogę i napierać obiema rękoma ma drzwi jak najmocniej. Po paru takich próbach zazwyczaj osiągam mój cel. Mama tego dnia wyniosła mi moją matę do ćwiczeń bym miała na czym siedzieć. Oczywiście na tarasie są meble ogrodowe który Ignacy kupił mojej mamie dwa lata temu na dzień matki. Jednak meble mają to do siebie że miękkie poduszki które robią za siedzenia i oparcia bardzo łatwo się wyjmuje. Z tego powodu te poduszki na zimowe miesiące są zabierane na górę, a na tarasie zostają tylko metalowe stelaże tych mebli, czyli kanapy i dwóch foteli. Tego dnia mama zaczęła wszystko znosić na taras. Oznaczało to prawdziwą wiosnę. Ja natomiast na czworakach wyniosłam sobie memo, telefon, wodę i chipsy jabłkowe. Chciałam sobie sama zrobić mini imprezę i zrobić relacje na fejsie by pokazać przyjaciołom że gram sobie w memo według ich zaleceń. Relacja jednak mi nie wyszła bo zdjęcie nie pokazywało że karty leżą dokładnie po bolkach bym miała lepszy skręt tułowia. Dlatego relacja została szybko usunięta. Nie chciałam pokazywać że nie wykonałam zadania.

Tego samego dnia mama próbowała mnie namówić na spacer. Znając ją już wiedziałam, że będzie narzekała na to jak chodzę. Próbowałam wymigać się wszystkim. Nawet myciem metalowego stolika na tarasie czy siedzeniu w domu bo pogoda już powoli zaczęła się zwyczajnie psuć. Jednak to nic nie dało, bo mama stwierdziła, że okej może jest już zimniej, ale za to chodzić się da. No i w końcu uległam bo i nawet sprzątanie nie odwiodło mojej rodzicielki od pomysłu. Dobrze nie wyszłam na podwórko a zaczęły się teksty o tym że owszem schudłam, ale najwidoczniej za mało bo Edyta to mówiła że przez te dwa miesiące to schudła piętnaście kilo a ja widocznie mniej! No zajebiście! Tylko weźmy pod uwagę, że ona nie widziała Edytki po dwóch miesiącach diety a wierzy tej opętanej babie na słowo. Moja własna matka za wzór stawia mi narzucającą się babę z kompleksem większości i nie widzi w jej zachowaniu nic złego bo przecież Edyta jest taka inspirująca! Ogólnie spacer był stresogenny. Mama zostawiła mnie na taką odległość gdzie nie mogłam jej widzieć. Spanikowana stałam na środku podwórka obawiając się, że zaraz się przewrócę. Na szczęście szybko wróciła. Oczywiście było dużo gadania że muszę lepiej chodzić, lepiej zginać nogi w kolanach tak jak ona to robi. No i że muszę przetłumaczyć do mojego mózgu że mam się nie bać. No i ogólnie skoro mam i kule i nogi to się w ogóle bać nie powinnam, bo ona chodzi na dwóch i się nie boi. No i tysiące komentarzy że za mocno opieram się na rękach. Tak, wiem że się opieram! Jednak te ciągle jej gadanie mi w tym absolutnie nie pomaga a wręcz przeciwnie. Poza tym narobiła mi dużo zdjęć, by potem dokładnie mi pokazać co robię źle w chodzeniu. Dobrze, że miałam emocjonalnie dość stabilny dzień to nie wynikła z tego kłótnia tylko milczenie. Mama zrobiła mi między innymi zdjęcie przy dość młodym drzewku ozdobnym. Kwiaty tego drzewka wyglądały jak kwiaty wiśni. A że marzyłam o zdjęciu wśród wiśni to stwierdziłam że to bardzo wygodna okazja żeby zrobić sobie zdjęcia z prawie ulubionym motywem. Niestety zdjęcia nie wyszły jak z instagrama, zdjęcia dominowała moja facjata a nie drzewko, w dodatku moja twarz znowu była na nich zbyt spięta. Stałam wtedy na niezbyt równym podłożu. Za to ładnie uchwyciło to efekty mojej diety. Dlatego postanowiłam wstawić. Wstawiłam też dwa razy te same zdjęcie z tej sesji na zapytaj.onet i raz mówili mi że wyglądam bardzo młodo, a raz że bardzo staro. Ten drugi werdykt tak mnie zabolał że usunęłam tą galerię z fejsa dość szybko. Wiedziałam by nie wstawiać zdjęć ze zbyt spiętą miną! Na reddicie też ocenili mnie niżej niż na poprzednich zdjęciach.

 

Od poniedziałku jestem zachwyconą kawą w puszkach które kupuje mi mama. Już nie chodzi nawet o smak, tylko o sam fakt, że kawa jest w puszcze. W japońskich filmach i serialach jest sporo scen w których bohaterowie piją właśnie kawę z puszek, najczęściej kupowaną w automatach stojących na ulicach. Niestety w naszym kraju trudno o automaty, więc moja jest kupiona w wiejskim sklepiku. Mimo wszystko gdy ją piję wyobrażam sobie, że jestem uroczą japonką występującą we własnym serialu.

No to w poniedziałek wieczorem dowiedziałam się, że będę miała trzy godziny u Tośki. Przeklęłam w duchu bo byłam pewna, że to oznacza dwie godziny siedzenia po prostu w gabinecie. Na szczęście z krótkiej rozmowy wynikło, że i tak mam iść ze Elką na spacer bo to z ową panią mam pierwsze dwie godziny. Znacznie mi to poprawiło nastrój. Rano nastroju dopełniła kawa. Byłam gotowa do drogi. Mama na wszelki wypadek zapakowała mi książki jeśli miałabym iść do biblioteki. Świat zdecydowanie był piękniejszy i wszystko się zazieleniło. Od trawy owa zieleń aż błyszczała, taka była intensywna. Na drzewie orzechowym na który mam dobry widok z tarasu można już zauważyć drobne, zielono-złoto listki a jabłonki pokryły się jeszcze większym białym kwieciem który który dostojnie powiewał na mocnym, aczkolwiek ciepłym wietrze. Jedynym minusem było to, że we wtorek rano dostałam miesiączki. Nie czułam jednak zbyt wielu dolegliwości bólowych. Wręcz przeciwnie: dziwnie tryskałam pozytywną energią. Gdy dotarłam pod gabinet było aż tak ciepło, że bluza została w samochodzie. Przez chwilę zastanawiałyśmy się z terapeutką gdzie mamy iść skoro miałam plecak z książkami. Jednak uznałyśmy, że pójdziemy do parku. Park tak jak wszystko bardzo się zmienił. Gałęzie nie były już nagie a pokryte kwiatkami lub drobnymi lisimi. Trawa też tutaj dawała znać że wraca do życia. Miałyśmy aż dwie godziny na chodzenie, ale myślałyśmy, że nie damy rady tyle wychodzić. Wpierw poszłyśmy prosto. Z dala zobaczyłam grono przedszkolaków odwalonych na galowo z flagami w rękach. Zauważyłyśmy, że szły na najwyższą górkę w parku gdzie był jakiś pomnik patriotyczny. Usiadłyśmy na pobliskiej ławce i stwierdziłyśmy, że na następnych zajęciach tam po prostu wejdziemy. Górka wydawała się dość stroma, dlatego nie chciałam wejść tam tego dnia. Po krótkim odpoczynku jednak postanowiłyśmy że spróbujemy, bo nie chciało mi się w taką piękną pogodę tak szybko wracać do gabinetu. O dziwo wcale nie było tak stromo jak myślałam. Niestety musiałam stawiać kule nieco szerzej by się utrzymać idąc pod górę, ale i tak poszło lepiej i szybciej niż myślałyśmy. Elka była pewna, że wejdę na górę w dwadzieścia minut. Jednak okazało się, że samo wchodzenie zajęło mi jedynie połowę planowanego czasu. Zainspirowana byłam pewnym chłopakiem z turnusów który założył grupkę na fejsie gdzie dokumentuje postępy z turnusów. Rehabilitanci w tym moi ulubieńcy sami wstawiają tam posty z osiągnięciami podopiecznego. Nawet raz u niego byli w domu, bo są z tego zdjęcia. Szczęściarz mieszka dość blisko ośrodka! Gdy po raz pierwszy zobaczyłam te fotki to poczułam nieprzyjemne uczucie nieznanej mi do tej pory zazdrości. Chciałam wstawić zdjęcia by chociaż tak zauważyli moje postępy skoro nie mieszkam na tyle blisko by komfortowo mnie odwiedzić. A poza tym byłam po prostu dumna z siebie że zwyczajnie tam weszłam, ba nawet mnie to zbytnio nie zmęczyło. Miałam fotki przed wejściem, w trakcie wejścia i gdy już byłam na miejscu. Według mnie fotografie były takie strasznie sztywne, wyszłam nienaturalnie. Jednak Elka namawiała mnie żeby je wstawiać i nie przejmować się własnymi minami. O dziwo czułam się tak dobrze, że nie chciałam siadać nawet po zejściu z górki. Z racji że nie chciałam tak szybko iść do gabinetu to poszłyśmy w stronę skateparku. Nawet nie wiedziałam że taki jest! Trafiłyśmy przy okazji na panią z pieskiem który bardzo na mnie ujadał i jeszcze przez dłuższą chwilę po spotkaniu z tym kundlem dochodziłam do siebie. Boję się obcych psów. Niestety było trzeba wracać. Jednak i tak byłam dumna że przechodziłam prawie dwie godziny. Obiecałyśmy sobie że we wtorek pójdźmy na piknik jeśli pogoda dopisze. W gabinecie napiłam się zimnej wody. Umyłam też ręce w tamtejszej łazience. Było o tyle trudniej, że nie było tam barierek do przytrzymania się i musiałam się opierać brzuchem o zlew by się czuć w miarę pewnie, ale dałam radę. Następnie była ostatnia godzina z Tośką. Antonina była wyraźnie niezadowolona że chodziłyśmy dwie godziny bo i ona chciała że mną pochodzić, ale za to bardziej terapeutycznie. Niestety byłam już niestety zbyt zmęczona.Walić ją.

 

Dobra, kończę, bo już mnie wkurwia dzisiaj te pisanie. Wyjątkowo mi nie idzie dzisiaj.

 

Wkurza mnie wszystko i wszyscy.

O reakcjach na post na fejsie napiszę w następnej notce, może nawet zrobię przerwę od pisania.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Narrator miesiąc temu
    W tym rozdziale Laura wydaje się być pozytywniej nastawiona do rzeczywistości, lecz wciąż nic nie wiemy o jej stosunku do świata, poglądach na życie, jej myśli nie wychodzą poza obszar oczywistych rozważań. Trochę mało jak na osobę poddaną dodatkowym wyzwaniom losu.

    „Dobra, kończę, bo już mnie wkurwia dzisiaj te pisanie.” ->
    „Dobra, kończę, bo już mnie męczy dzisiaj te pisanie.”

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania