Łazarz
ŁAZARZ
nowa redakcja
Jestem sam w swoim świecie, choć otaczają mnie zwierzęta i rzeczy, które gromadziłem przez lata. Wszystko ma tu swoje miejsce, a jednak nie czuję spokoju. Towarzyszy mi lęk — o zdrowie, o niemoc, o chorobę, która może mnie unieruchomić.
Siadam z herbatą na pniu przed domem i mówię do zwierząt. Kiedyś było gorzej. Siedziałem w upale z butelką wódki, rozmawiając wyłącznie ze sobą, aż do zmroku.
Na podwórku panuje bałagan. Koza obgryza wełnę mineralną, pies Puszek chowa się w korzeniach świerka, kogut oskubał kilka kur, gołębie znikają w szponach jastrzębia. Zwierzęta muszą sobie radzić same, choć codziennie je karmię i lubię patrzeć, jak jedzą.
Dom powoli zamienia się w ruinę. Ściany stoją, dach i stodoła grożą zawaleniem. Wszystko wymaga mojej uwagi, a ja ledwie daję radę. Sąsiad pomaga mi czasem w porządkach i przywozi nowe dachówki. Czasem rozmawiamy przy kawie. Dzięki niemu odczuwam odrobinę obecności drugiego człowieka, choć nie mogę się całkiem odciąć od myśli o chorobie i starości.
Dom, który dostałem po powodzi, ma ponad sto lat. Pierwotni właściciele łączyli część mieszkalną z gospodarczą. Po stronie południowej teren był stromy — latami kopałem ziemię, by zrobić miejsce dla zwierząt i siebie. Wszystko, co zgromadziłem: cegły, drewniane bale, metalowe części maszyn, stare okna i krzesła, jest częścią mojej historii.
Pamiętam lekcje od ojca, prywatne, prowadzone przez nauczycieli przesiedlonych ze wschodu. Nauczył mnie, jak być samodzielnym i niezależnym. Pracowałem w rzeźni, uśmiercając zwierzęta dla mięsa i skór, czasem przy pomocy przyjezdnych górali. To była część życia, której teraz pozostał ból i poczucie winy.
Każdy dzień to walka z bólem i starością. Ledwo chodzę, a mimo to ciągnę wózek do lasu i na pola, wycinam drzewa i pozbawiam dolnych konarów tych, których nie mogę ściąć w całości. Tworzy to malowniczy obraz samotnych dębów, ale cena jest wysoka.
Jestem drobny, ale silny w rękach. Od młodości miałem skłonność do bójek. Nie raz ryzykowałem zdrowie i życie. Konflikty, bójki, straty — to wszystko ukształtowało mnie i moją niezależność.
Sąsiad pomaga mi nie tylko przy domu, ale daje też obecność, której potrzebuję. Pozwalam zabierać z domu drobiazgi, które niczego dla niego nie znaczą, a dla mnie są częścią życia. Nie oczekuję nic w zamian, chcę tylko rozmowy i chwili ludzkiego kontaktu.
Wciąż jeżdżę rowerem do sklepu. Obok baru spotykam dawnych znajomych, których z dnia na dzień ubywa. Nie siadam już do alkoholu, choć raz spróbowałem i skaleczyłem się wracając do domu. Nie mogę też rozmawiać z córką — choroba zniszczyła jej płuca i tchawicę.
Leżąc w nocy, myślę o bólu, o utracie, o samotności. Każdy dzień to wysiłek, cierpienie i drobne chwile: obecność sąsiada, spojrzenie zwierząt, praca przy domu. To życie — bez upiększeń, bez złudzeń. Tylko codzienność i własny oddech, który przypomina, że jeszcze jestem.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania