LBnP -5 Happy hour w barze, w którym wszyscy skończymy
Waldziu stoi przed wejściem do budynku i pali papierosa. Miał witać nowo przybyłych i pokazywać im, gdzie wieszak na kurtki, gdzie kibelek i gdzie kuchnia, ale jako że nikt nowy tego dnia nie przybył, Waldziu nie bardzo ma co robić. Pali więc tylko i zagaduje kolejnych stałych bywalców, którzy nie potrzebują jego pomocy, bo sami dobrze wiedzą, gdzie wieszak na kurtki, gdzie kibelek i gdzie kuchnia. Waldziu jednak nie czuje się tym faktem zniechęcony. Wręcz przeciwnie – dopala papierosa z poczuciem świetnie spełnionego obowiązku. Nie ma sobie nic do zarzucenia i gdyby tylko przybyli jacyś nowo przybyli, też na pewno doceniliby jego nienaganną służbę. A że nie przybyli, to już ich problem – argumentuje sobie w głowie Waldziu, po czym gasi w popielniczce papierosa i wchodzi do sali.
W środku jest nas już prawie trzydzieści osób i niewielka sala rozbrzmiewa gwarem rozmów i śmiechów. Jest wesoło, swojsko i bezpiecznie. Patrzę na nich wszystkich z czułością i nadzieją. Potrzebuję tej nadziei jak nigdy, bo oto znowu próbując dojść na własną rękę tam, gdzie oni idą razem, rozbiłam się o ścianę. I wskutek kolizji znowu wysypał mi się z głowy syf, którego sama nie umiem posprzątać.
– Nigdy więcej takiej samotności – powiedziałam sobie przy tej ścianie. – Dalej idę z nimi.
Przyszliśmy tu po własnych wojnach i powstaniach, z mapami doświadczeń wyrytymi na zmęczonych twarzach. Każdy z nas zajrzał do jakiegoś swojego osobistego piekła, nie uniósł ciężaru ciemności we własnej głowie i stoczył się na jakieś dno. I każdy, absolutnie każdy z nas w którymś momencie życia nie miał dokąd pójść – i właśnie dlatego trafił tu.
Wchodzi Piotrek – dwumetrowy dryblas – i już w progu potyka się o własne nogi.
– Wejście smoka – komentuje półgłosem Marcin i wszyscy zaczynamy się śmiać.
– Już całą kawę wyżłopali? – denerwuje się Sławek potrząsając termosem. – Pijaki.
– Happy hour jest w tym barze – żartuje Monika.
– Nie no, ale serio – Sławek dalej walczy z termosem. – Kto dzisiaj jest kawowym?
– Filip jest kawowym – wyjaśnia spokojnym głosem Małgosia, siedząca u szczytu stołu.
– O cholera! Zapomniałem! – Filip zrywa się z miejsca, po czym zabiera Sławkowi termos i wybiega z sali.
Wraca po dwóch minutach, akurat w momencie, kiedy Małgosia patrzy na zegarek i oznajmia:
– No, to zaczynamy!
Rozkłada kartki na stole i mocnym, spokojnym głosem recytuje:
– Mam na imię Małgorzata i jestem alkoholiczką. Pełnię służbę prowadzącej miting grupy Anonimowych Alkoholików „Kolejna Szansa”.
Promienie zachodzącego słońca wpadają do sali przez brudną szybę. Wyciągam przed siebie rękę, żeby poczuć na skórze tę zamgloną resztkę słonecznego ciepła. Tłumię szloch podchodzący mi do gardła, bo aż nie mogę uwierzyć, jakie to jest cholernie symboliczne.
Komentarze (2)
podłogi nieba
zawsze warto
Pozdrawiam serdecznie
Miłego popołudnia
5.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania