LBnP -5 - Na własnych zasadach
Nie był to dobry pomysł na biznes, był to koszmarny pomysł na biznes, ale jemu i tak było już wszystko jedno. Bebyl Koblily nigdy nie planował długiego życia, a wtedy już nawet wiedział, kiedy się ono skończy. Dlatego postanowił odejść na własnych zasadach.
A zaczęło się parę tygodni wcześniej, od, jakby się zdawało, zwyczajnego wieczoru. W barze zebrali się wszyscy stali bywalcy, było też paru nowych – grzecznie okupujących stoliczki bliżej wejścia według jednej z wielu niepisanych zasad panujących w Szkorbucie Diabła. Biznes jak zwykle – Bebyl uwijał się przy drinkach, jego córka – Banuta – pomagała i robiła za kelnerkę. Szafa grająca grała kolejne melodie ze starej playlisty, mężczyźni bądź rozmawiali ze sobą bądź flirtowali z nielicznymi kobietami, które miały odwagę tam przychodzić, a alkohol płynął bez ustanku i płynął, i płynął aż do rana, tak jak zwykle. Tylko jeden z bywalców wyglądał jakby był nie w sosie – patrzył na Bebyla jakby z ukosa, żłopał drinka wolniej niż zwykle. W końcu przysiadł się bliżej, najbliżej w zasadzie jak mógł i szepnął do Bebyla tak, że tylko on mógł to usłyszeć.
– Masz miesiąc, by zwinąć interes i się stąd wynieść. Pamiętasz? Trzy dni temu, koło drugiej, wyprosiłeś awanturującego się chłopaka – on był z Tygrysów. I nie był byle kim, a kuzynem szefa. Szef mówi, że ta zniewaga krwi wymaga i tak dalej. Ale jest pobłażliwy – musi dawać dobry przykład swoim ludziom. Więc masz miesiąc.
Bebyl jedynie westchnął ciężko, oddechem przez który uciekła cząstka jego duszy i który postarzał go o co najmniej pięć lat.
– Myślałem, że cię znam. A ty jesteś jednym z nich. Odejdź stąd. Nie chcę cię tu widzieć.
Bywalec wyszedł bez słowa. Bebyl już wiedział – naprawdę go znał, naprawdę lubił tu przychodzić i żalić się z życiowych niepowodzeń. Rola gońca była jednak niewdzięczna, bolesna.
Od tamtej nocy Bebyl rozpoczął akcję – „Zapłać raz, pij ile chcesz”. Zakupił ogromne zapasy alkoholu – w zasadzie wydał na to połowę wszystkich oszczędności. Drugą połowę dał Banucie. Zawsze mówił jej wprost, jak wyglądają sprawy. Był bezlitośnie szczery. Bardziej jak dowódca niż ojciec. I pierwszy raz w życiu ta szczerość go naprawdę zabolała. Jej twarz, gdy powiedział, że za miesiąc umrze śniła mu się każdej nocy.
Banuta, mimo nalegań ojca, popracowała jeszcze tydzień. Potem wyjechała – na zawsze.
Bebyl cieszył się, że już jej nie było przy nim. Była bezpieczna i nie musiała patrzeć na to, co dzieje się z barem. Bywalców stopniowo ubywało, a na ich miejsce przychodziło coraz więcej przygodnych alkoholików skuszonych absurdalną ofertą. Cena była minimalna – byle menel mógł wejść i przechlać całą skrzynkę piwa przez jedną noc.
Bar zamienił się w ruderę. Bebyl z nikim już nie rozmawiał. Przyjmował opłaty, wystawiał rachunki, czasem jeszcze robił drinki. Zapasy alkoholu porozstawiał, gdzie tylko się dało – wszystko na widoku. Samoobsługa. Samowolka. W końcu też samosądy. Wytworzyła się mocna grupa, która dbała o porządek, broniła lokalu, a przede wszystkim towaru. Bebyla i tak to nie obchodziło. Tylko czekał na wyrok.
W końcu się zjawili. Było ich pięciu. Eleganccy, w czarnych garniturach, z krawatami w tygrysi wzorek. Wśród nich był bywalec. Nie dał po sobie poznać, że znał Bebyla. Wygonienie wszystkich klientów zajęło im ledwie parę minut. Niektórzy zaciekle się bronili, polała się krew, być może ktoś nawet zginął. Bebyl patrzył już tylko w sufit. Nie miał ochoty nawet spojrzeć w twarze swoich oprawców.
– No i co staruszku? Mogłeś odejść, a wybrałeś śmierć – zagadał jeden z nich, mężczyzna o sadystycznym uśmieszku.
– Zawsze chciałem to zrobić. Wybrać. Najgorzej jest zginąć nagle, bez ostrzeżenia.
– Heh, humor dopisuje. Dobrze. Nie lubię takich, co błagają o litość.
Tłukli go długo, bardzo długo, tak długo aż wytłukli z niego ostatnie drobinki życia. Bebyl milczał, przyjmował każdy cios. Bar wypełniały jedynie odgłosy uderzeń, chlapnięcia rozlewanej krwi.
Szkorbut Diabła został spalony. Zostały tylko fundamenty – kawałki betonu sterczące z ziemi niczym nagrobki. Jedynie bywalec przychodził tam od czasu do z butelką wina – większość wypijał, a ostatnie krople lał na ziemię, gdzie, jak mu się zdawało, mogły jeszcze spoczywać prochy Bebyla.
Komentarze (1)
Szkoda tylko, że takie łzawe zakończenie, bo łezki wirują ze smuteczków.
Głęboko zapadające w pamięć imiona bohaterów😏
Reasumując ciekawy pomysł z wykorzystaniem tematu.
Pozdrawiam pięciokrotnie!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania