LBnP — 5 — Poza kartą dań
Cherry Blossoms w tym roku były szczególnie hipnotyzujące. Ciężkie girlandy kwiatów zwiewnie tańczyły przy podmuchach powietrza. Chłonąłem każde poruszenie i wszystkie opadające płatki, które tworzyły delikatne różowe kobierce.
Robiliśmy masę zdjęć, łapiąc każdą niezapomnianą chwilę na później. Śmialiśmy się, wygłupialiśmy, jak typowi Europejczycy i było zachwycająco! Albo tylko tak mi się wydawało z powodu radości z wizyty dawno niewidzianych przyjaciół i zaległego urlopu. A może przez świadomość, że to moje ostatnie Cherry Blossoms w tym mieście.
Trzyletni kontrakt w Seulu powoli dogasał i budziło to we mnie mieszane uczucia. Coś między «mam was w członku, a nie chcę stąd wyjeżdżać!»
Azjaci harówkę mają wpisaną w układ nerwowy, mogą zaliczać nadgodziny, wieczorem pójść z szefem na flachę, czyli hwesik, a następnego dnia rano rześko się uśmiechając zameldować na stanowisku pracy.
Mnie już brakowało energii na pracę w systemie toxic work culture, a szczególnie na wymuszony, całodzienny uśmiech i ukłony.
Zmęczeni leniwie przechadzaliśmy się wzdłuż Cheonggyecheon, kiedy po raz kolejny zadźwięczał koreański WhatsApp – KakaoTalk.
Mój szef nie rozumiał pojęcia urlopu i work life balance. Jednak nie mogłem go dłużej ignorować, więc chcąc nie chcąc, na ostrym wnerwie, odczytałem wiadomość z grupy KaTok i szybko odpisałem.
– Czy oni nie wiedzą, że masz urlop? – zapytała zdumiona Olga.
– Wiedzą, ale wypada jeden inż Ai, a całe domino się rozpada – odpowiedziałem zrezygnowany. – Ej, słuchajcie, chodźmy już coś zjeść! Znam oryginalne miejsce, z ciekawym menu i wyjątkowym klimatem.
– Nareszcie – jęknął Tobi, na którym wisiała zmęczona Sylwia.
W dobrym nastroju ruszyliśmy na stację metra.
***
Restauracja Neon Seul, którą wybrałem, owiana była miejską legendą zważywszy, jakie persona tam goszczą – od celebrytów z czerwonych dywanów po VIPy z półświatka. Lokal znajdował się w podziemiach opuszczonego budynku w Gangnam, ukryty za drzwiami bez żadnego napisu czy szyldu. Neon Seul na pewno nie było dla każdego, ale bardzo chciałem zrobić wrażenie na ludziach, z którymi przyjaźniłem się od czasów liceum. Nie byłem stałym bywalcem tego miejsca, jednak zawsze chętnie brałem udział w proszonych eventach.
Po przekroczeniu progu, widziałem na ich twarzach narastające wahanie i miałem wątpliwości, czy to był dobry wybór.
– Rany, Daniel, gdzieś ty nas przyprowadził? – szepnęła Olga, nerwowo poprawiając szal.
– Stary, jaka czaderska miejscówa! – pisnął z zachwytu małomówny Emil.
– Ależ tu... gęsto chłopie – mruknął Tobiasz, rozglądając się z nutą zachwytu i niepokoju.
– To Seul, o którym nie wspominają w przewodnikach – odparłem, czując wibracje telefonu, lecz tym razem olałem to na dobre.
Surowe wnętrze z punktowymi, neonowymi światłami, robiło wrażenie. Lokal podzielono na dostępne i niedostępne strefy dla specjalnych gości.
W centralnym punkcie stało duże akwarium, podświetlone błękitnym neonem.
Wskazałem zarezerwowany, większy stolik na środku, by przyjaciele mogli swobodnie obejrzeć wystrój lokalu. Na blacie leżały tablety z albumem menu.
Po wstępnych ustaleniach wcisnąłem przycisk przywołujący kelnera, który pojawił się momentalnie i przyjął od nas zamówienie.
Po chwili marmurowy blat uginał się pod pachnącymi banchan, sashimi z ryby, wołowiną Hanwoo, galbi i obowiązkowym soju.
Przyjaciele zamruczeli z zachwytu, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że Neon Seul był jednak strzałem w dziesiątkę!
Nagle metalowe drzwi zaskrzypiały i weszło kilku nienagannie ubranych, w dopasowanych czarnych koszulach, tuziemców.
Przestrzeń wypełniona muzyką, stukającymi pałeczkami o miseczki i głośnymi rozmowami na przemian z salwami śmiechu w ułamku sekundy zastygła w grobowej ciszy. Głosy umilkły, neony przygasły, tylko akwarium zabulgotało.
Natychmiast pojawiły się dwie, usłużne ajummi, na co mężczyźni rzucili głośne – To, co zwykle! – i usiedli dwa stoliki dalej.
Najbliższe stoliki wokół nich
błyskawicznie opustoszały.
Przyjaciele spojrzeli na mnie wyczekująco, jakbym znał wszystkich Koreańczyków osobiście, zwłaszcza z nie swojego świata. Patrzyliśmy zaskoczeni i ciekawi nowoprzybyłych, ale szybko stchórzyliśmy i zajęliśmy się sobą.
Zdążyliśmy przyjrzeć się tylko tym, którzy siedzieli frontem do nas.
Jeden z nich miał wytatuowanego węża, którego pysk wystawał ponad kontur szczęki. A drugi posiadał bliznę przez całą długość policzka.
Byli głośni i opryskliwi, a każdą próbę kontaktu z ciotkami ucinali krótkimi warknięciami.
Na czarnym, granitowym blacie wśród miseczek i talerzy leżały najnowsze modele Samsungów, zaś przeguby ich dłoni lśniły od błyszczących zegarków.
Ciotki ajummi uwijały się, jak w ukropie, by zadowolić VIPów, ponieważ inni kelnerzy omijali ich stolik, nawet nie patrząc na młodocianych mafiozów z jopok.
Słyszałem z ich stolika wzburzone «aish i ssibal», co oznaczało, że musieli być mocno wkurzeni.
Chciałem stamtąd szybko wyjść, ale przyjaciele byli tak zafascynowani klimatem tego miejsca, że w kółko prosili o następne kilka minut i kolejny toast soju za spotkanie, więc co chwilę cicho mówiliśmy «Jian!/Na zdrowie!», żeby tylko nie zwracać na siebie uwagi.
Ajummi dowoziły jeszcze potrawy do stolika VIPów, gdy raptem jeden z nich wrzasnął:
– Ale ja tego nie zamawiałem!
– Przepraszam, ale ona zamówiła pana – odpowiedziała kobieta, ukłoniła się i pospiesznie odeszła.
Leżące w srebrnej misie fioletowe macki, błyskawicznie owinęły się wokół twarzy chłopaka.
Przerażeni zerwaliśmy się do ucieczki, pozostawiając na stoliku różowe płatki Cherry Blossoms.
__
Słowniczek:
Cherry Blossoms = Sakura, czyli kwiaty wiśni
hwesik – południowokoreańska kultura (wręcz obowiązek) biesiadowania po pracy
Cheonggyecheon – strumień i popularna oaza rekreacyjna w samym centrum Seulu
Gangnam – najbogatsza dzielnica Seulu
jopok – południowokoreańska zorganizowana grupa przestępcza
aish – coś w rodzaju cholera
ssibal – kur.a
soju – najpopularniejszy alkohol
ajumma, czyli ciotka – kobieta w dojrzałym wieku
[Detektory ai pokazywały 95% udziału ai, więc wyrzuciłam sporo koreańskich nazw; teraz pokazują 90% hłe hłe]
Komentarze (2)
błyskawicznie opustoszały. " – zdanie niepotrzebnie/ niezamierzenie rozdzieliło Ci się na dwa wiersze :)
W ogóle ne siedzę w klimacie koreańskich zwyczajów, nazw i skrótów, więc nie ukrywam, że trochę ciężko było mi przebrnąć przez całość. Wystarczyłoby zastąpić wszystkie trudne nazwy objaśnieniami, których użyłaś na końcu,dzięki temu całość zyskałaby na lekkości. Sam pomysł bardzo dobry, ale czuję lekki niedosyt. Na samym końcu pojawił się nieoczekiwany zwrot akcji, lecz osobiście rozwinęłabym go kosztem zanadto rozbudowanych opisów miejscowych posiłków i skomplikowanego nazewnictwa – zwyczajnie przytłaczają całość.
[Detektory ai pokazywały 95% udziału ai, więc wyrzuciłam sporo koreańskich nazw; teraz pokazują 90% hłe hłe] – sam pomysł był twój czy ai? Jeśli twój to praca jest Twoja, niezależnie od tego czy wspomagałaś się danymi z gemini, gpt czy google. Nic nie bierze się z próżni. Korzystanie ze wsparcia merytorycznego, narzędzi ai czy researchu nie odbiera Ci autorstwa. Jeśli udział sztucznej inteligencji ograniczył się wyłącznie do rozeznania tematu i poprawek stylistycznych dla mnie tekst jest jak najbardziej twój. Dobra robota.
Oczywiście, że pomysł jest mój, tylko że jest dopiero na samym końcu, jako plot twist. Musiałam do tego wszystkiego dopisać jakiś scenariusz i uwierz mi, że łatwo nie było.
Informacje zbierałam z gógyl i ai gógyl.
Wydaje mi się, że historia by zyskała, gdyby była w formie drabble, a proza, to wyższa szkoła alfabetu, a ja nie jestem prozaiczką.
Bardzo dziękuję za Twój merytoryczny komentarz i spojrzenie okiem Zawodowca.
Proza to naprawdę ciężki kawałek chleba...
Pozdrawiam serdecznie!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania