LBnP -6 O północy nad rzeką

Jak zwykle długo zwlekałam z wyjściem z szatni po wuefie. Nie znosiłam tych lekcji – wymagały ode mnie pomysłowości i ekwilibrystyki nieporównywalnej chyba z żadną inną sytuacją w moim codziennym życiu. Zawsze ćwiczyłam w długim, luźnym dresie i przebierałam się albo w kabinie toalety albo dopiero wtedy, kiedy wszystkie inne dziewczyny wyszły już z szatni. Na szczęście we wtorki wuef był na ostatniej lekcji, więc spokojnie mogłam poczekać, aż wszyscy sobie pójdą i dopiero wtedy zmienić portki.

Listopadowe powietrze dmuchnęło mi chłodem prosto w twarz, kiedy tylko znalazłam się na zewnątrz. Ruszyłam niechętnie w stronę bramy. Zupełnie nie miałam ochoty wracać do pustego domu. Po nudnym dniu w szkole czekało mnie samotne popołudnie z zaległą lekturą i mnóstwem niezrozumiałych zadań z chemii. Szczyt marzeń po prostu.

Nie dało się tego ukryć: moje życie było do bani. W drugim roku nauki w ponoć najlepszym liceum w mieście mogłabym już komuś powiedzieć oficjalnie, głośno i stanowczo, że nie znoszę tej szkoły (tyle tylko, że nie bardzo miałam komu to powiedzieć, bo jak dotąd nie udało mi się tam z nikim zaprzyjaźnić).

Kiedy zbliżyłam się do bramy oddzielającej teren szkoły od ulicy, poczułam na skórze delikatne mrowienie. Znałam to uczucie: ogarniało mnie zawsze, kiedy ktoś mi się przyglądał. Rozejrzałam się czujnie dookoła. I rzeczywiście – kilkanaście metrów od bramy stał nasz szkolny woźny, pan Jankowski i opierając się o grabie palił papierosa. Patrzył na mnie dziwnym, przenikliwym wzrokiem, jakby wiedział o mnie rzeczy, których zdecydowanie nie powinien wiedzieć. Zamierzałam go zignorować i iść dalej, ale on nagle odezwał się zaskakująco donośnym głosem:

– Elka, zaczekaj!

Nie miałam pojęcia, skąd znał moje imię i już sam ten fakt zdumiał mnie tak bardzo, że stanęłam jak wryta.

– Tak? – wykrztusiłam.

Pan Jankowski ruszył ze swoimi grabiami w moim kierunku. Przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, żeby rzucić się do ucieczki, ale natychmiast się za nią zganiłam. Nie będę przecież uciekać przed szkolnym woźnym jak jakaś kompletna wariatka. Widuję faceta codziennie. Popyla po korytarzach w tym swoim szarym kitelku. Naprawia zamki w drzwiach, grabi iście i podlewa kwiatki. Niegroźny i niepozorny. To chyba raczej mało prawdopodobne, żeby był jakimś seryjnym mordercą?

– Posłuchaj i nie panikuj – powiedział pan Jankowski, kiedy znalazł się dwa kroki przede mną. – Wiem, że to może dziwnie zabrzmieć, ale... znam twój sekret.

Wytrzeszczyłam na niego oczy, ale nic nie powiedziałam. Mówił poważnie, czy blefował? Nie zamierzałam mu niczego ułatwiać.

– Znam twój sekret – powtórzył. – I wiem, co powinnaś zrobić. Jeśli chcesz, to pokażę ci, gdzie możesz spotkać swoich. Ludzi takich jak ty. Ludzi, z którymi w końcu będziesz mieć coś wspólnego.

Uparcie milczałam, wbijając w niego wzrok. To, co mówił, brzmiało nieprawdopodobnie. Ale czy to niepewne, subtelne uczucie, które pojawiło się gdzieś w głębi mojego ciała, nie było przypadkiem kiełkującą nadzieją?

– Musiałabyś tylko mi zaufać – dodał cicho.

Błyskawicznie rozważyłam w głowie wszystkie za i przeciw, po czym bardzo nieznacznie skinęłam głową.

– Spotkajmy się o północy nad rzeką, przy filarach starego mostu. Na pewno wiesz, gdzie to jest?

Wiedziałam, gdzie to jest.

*

Wcale nie byłam pewna, czy pójdę. Przez całe popołudnie i wieczór biłam się z myślami. A co, jeśli to jakiś okrutny żart? Albo jeśli – co gorsza – nasz niepozorny woźny jest zboczeńcem, który próbuje zwabić mnie w odludne miejsce i wykorzystać? Albo jeśli rzeczywiście jest seryjnym mordercą, mimo kiltelka, grabi i podlewania kwiatków?

A jednak, kiedy wskazówki starego zegara w kuchni wskazały za kwadrans dwunastą, ubrałam się ciepło i wyszłam z domu. Od śmierci mamy mieszkałam tylko z tatą, który był akurat na kolejnej superważnej konferencji naukowej, więc przynajmniej nie musiałam wymykać się z domu potajemnie ani tłumaczyć nikomu, dokąd idę o takiej zakazanej porze. Na zewnątrz panował przenikliwy chłód. Naciągnęłam na głowę kaptur i szybkim krokiem ruszyłam w stronę rzeki.

Pan Jankowski czekał na mnie przy filarach starego mostu. Nie był sam. Obok niego stał wysoki i chudy chłopak, którego kojarzyłam ze szkoły oraz korpulentna kobieta w długim płaszczu i berecie, której sympatyczna twarz również wydała mi się znajoma.

– Pracuję w kiosku – powiedziała kobieta, uśmiechając się do mnie serdecznie i wyciągnęła przed siebie rękę. – Wyglądasz, jakbyś próbowała skojarzyć, skąd mnie znasz. Janina jestem.

– Ach, w kiosku! No tak, oczywiście – odparłam i ścisnęłam jej dłoń. – Elka.

– Mateusz – przedstawił się wysoki i chudy chłopak. – Kojarzę cię ze szkoły. Pierwszy raz?

– Taaak – odpowiedziałam z wahaniem, wciąż niepewna, co ja tam właściwie robię i na czym miał polegać ten „pierwszy raz”. Ale chyba nie mógł być niczym szczególnie groźnym ani nieprzyzwoitym, skoro miała w nim wziąć udział sympatyczna pani Janina z kiosku?

– No dobrze, wszyscy są – oznajmił pan Jankowski, patrząc na zegarek. – Zaraz dwunasta, możemy ruszać.

To mówiąc podszedł pewnym krokiem do samego brzegu rzeki.

– Ale jak to...? – zaczęłam i urwałam, bo nagle zdałam sobie sprawę, co się dzieje: pan woźny podniósł jedną nogę, jakby chciał wkroczyć do rzeki i wtedy tuż przed nim, w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą lśniła ciemna tafla wody, pojawił się masywny most, ozdobiony wysokimi kolumnami i oświetlony zabytkowymi lampami gazowymi.

– Co się...? Jak to...? – dukałam bezradnie, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.

Pani Janina położyła mi dłoń na ramieniu i ścisnęła uspokajająco.

– Wszystko w porządku – zapewniła stanowczym głosem. – Nie tracisz zmysłów. Ten most pojawia się w tym samym miejscu codziennie o północy. Prawdopodobnie od bardzo dawna. Może nawet od stuleci. To most do naszego ogrodu.

– Do ogrodu? – powtórzyłam.

– Zaraz wszystko zrozumiesz – powiedział Mateusz i ruszył truchtem za panem Jankowskim. Biegnąc zrzucił z siebie kurtkę ruchem tak gwałtownym, jakby właśnie uwalniał się od jakiegoś straszliwego jarzma, a z jego pleców wystrzeliła w górę imponująca para sokolich skrzydeł. Teraz już nie biegł, tylko leciał nad mostem – potężny, imponujący i piękny. Dotarł do ogrodu jako pierwszy – jeszcze przed panem Jankowskim, który zdjął już czapkę, pod którą ukrywał przed światem olbrzymie zajęcze uszy.

Wybuchnęłam szaleńczym śmiechem. Już wszystko rozumiałam. Pani Janina zdjęła buty i zostawiła je przy balustradzie mostu – nie potrzebowała ich wcale, bo zamiast nóg miała parę bardzo mocnych i bardzo włochatych końskich kopyt.

Dotarłyśmy do ogrodu razem. Były ich tam dziesiątki: ludzi ze skrzydłami, szponami, płetwami albo kopytami, pół-ludzi i pół-zwierząt, na co dzień niepodobnych do nikogo, a tu wreszcie wolnych od ciężaru oczekiwań, norm i oceniających spojrzeń. Biegali, skakali po drzewach albo wzbijali się w przestworza, by spojrzeć z góry na ten ogród wolności, jakimś cudem pełen słońca i świeżej, soczystej zieleni.

Już nawet nie zastanawiałam się nad tym, jak takie słońce i taka zieleń są możliwe w samym środku nocy i w samym środku listopada.

W ogóle nad niczym już się nie zastanawiałam. Nie mogłam dłużej czekać. Rozwinęłam swój lwi ogon i zamachałam nim odważnie na boki.

Średnia ocena: 2.3  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania