LBnP – 8 – Północny lot
Lot służbowy
Dyrektor Artur Faliński, ubrany w długi, czarny płaszcz, bordowy szalik i skórzane rękawiczki, stał przed drzwiami swojego domu i nerwowo spoglądał na zegarek. Taksówka, która miała go zawieźć na gdańskie lotnisko, spóźniała się już siedem minut.
Zimny, grudniowy wiatr smagający jego twarz oraz padający deszcz ze śniegiem sprawiały, że czekanie było nużące i nieprzyjemne. Do tego dochodziła jeszcze narastająca presja czasu.
Samolot do Oslo miał wystartować o dwudziestej trzeciej trzydzieści, ale bramki zamykano pół godziny wcześniej. A przecież trzeba było jeszcze dojechać z centrum miasta, przejść przez odprawę bezpieczeństwa…
Był to wyjazd służbowy. Faliński pracował w biurze zajmującym się projektowaniem statków. Z przeszło dwudziestoletnim doświadczeniem był najstarszym i najbardziej doświadczonym inżynierem w firmie. Wysoki, wyprostowany, postawny. Sprawiał wrażenie charyzmatycznego i pewnego siebie. Rzeczywiście taki właśnie był.
Zebranie z inwestorem zaplanowane było na następny dzień, na dziesiątą rano.
Tego dnia Faliński nie czuł się najlepiej. Był nieco osłabiony, raz nawet zakręciło mu się w głowie. Zastanawiał się przez moment nad odwołaniem wyjazdu, ale uznał, że to tylko zmęczenie i po powrocie odpocznie.
Oczekiwanie dłużyło się, ale w końcu usłyszał zbliżający się odgłos opon toczących się po brukowanej drodze przed jego domem.
Czarny Mercedes z napisem „Taxi” zatrzymał się tuż przed furtką.
– Nareszcie – pomyślał Artur i ruszył w stronę samochodu, ciągnąc za sobą niewielką torbę podróżną na kółkach.
Kierowca otworzył bagażnik i wyszedł na powitanie.
– Pan Faliński?
– Tak jest. Dobry wieczór.
– Dobry wieczór. Pozwoli pan, że schowam tu pańską torbę.
Artur usiadł na tylnym fotelu, po prawej stronie. Nareszcie był w czyściutkim, ogrzanym samochodzie, w którym przyjemnie pachniało nowością. Zdjął rękawiczki i poluzował szalik. W tle dyskretnie leciała muzyka.
– Pan wybaczy spóźnienie. Wiozłem innego klienta, też na lotnisko. Musieliśmy czekać na wjazd pod terminal, straszny korek się tam zrobił.
– Nic nie szkodzi, dziesięć minut to jeszcze nic wielkiego.
– O której ma pan lot?
– O dwudziestej trzeciej zamykają bramki.
– A to zdąży pan. Jeszcze pan zdąży… się nalatać.
Artur zauważył, że kierowca mocno mu się przygląda w lusterku. Sprawiało to, że poczuł się nieswojo. Zaniepokoił go też sposób, w jaki dodał słowa „się nalatać”. Dorzucił to jakby od niechcenia, ale z mocno wyczuwalną ironią. Było to na granicy niegrzeczności.
W tym momencie Artur dostrzegł, że kierowca miał czyściutkie, białe rękawiczki. Pierwszy raz widział coś takiego u taksówkarza, przynajmniej w Gdańsku…
– No cóż – pomyślał. – Ludzie miewają różne zwyczaje. Poza tym to jednak elegancki samochód.
– Elegancki samochód, prawda? – zapytał nagle kierowca.
– Yyy, tak. Widać, że nowy.
– Nowiuteńki! Jest pan dopiero… Yyy… – tu kierowca zamyślił się i zaczął odliczać: jeden… Ym… drugi… Tak! Jest pan drugim pasażerem! – ogłosił triumfalnie.
Samochód zatrzymał się na czerwonym świetle. Artur ciągle czuł na sobie badawcze spojrzenie w lusterku, uciekał więc wzrokiem w boczną szybę. Postanowił unikać rozmowy. Zrobiło mu się duszno.
– I jest czarny! – dorzucił nagle kierowca.
– Słucham?
– Jest czarny! Najwłaściwszy kolor! Ma pan samochód?
– Tak, mam.
– Jakiego koloru?
– No... Tak się składa, że czarny.
– Brawo! – dziwny szofer wyraźnie się ucieszył i aż przyklasnął, puszczając na chwilę kierownicę. – Najlepszy wybór! Każdy samochód powinien być czarny! I samolot też!
– Musi pan lubić ten kolor...
– A gdzie tam! Jest po prostu praktyczny.
– Praktyczny? Jednak rękawiczki ma pan białe...
Kierowca wyraźnie zmieszał się. Głośno wypuścił powietrze nosem i nerwowo rozejrzał się na boki.
– To... nakaz kierownictwa. I to z samej góry – powiedział, kierując porozumiewawczo palec wskazujący ku sufitowi.
– Rozumiem.
Kiedy zbliżali się do ostatniego skrzyżowania przed lotniskiem, Artur zauważył, że samochód w ogóle nie zwalnia na czerwonym świetle.
– Czerwone światło!
– Słucham?
– Światło! Czerwone!
W tym momencie minęła ich karetka na sygnale jadąca od strony lotniska.
– Karetki też powinny być czarne! – ogłosił kierowca pretensjonalnym tonem.
Samochód wreszcie zatrzymał się przed wejściem do hali odlotów. Artur czuł jeszcze walące serce, ale wiedział, że zaraz się uspokoi. Kurs zamówiony był przez firmę, więc rachunek był już uregulowany.
Kierowca wysiadł, wyjął z bagażnika torbę i radośnie rzucił:
– Spokojnego lotu!
– Dziękuję, do widzenia.
– Do zobaczenia!
Tym razem pobyt na zimnym, lekkim powietrzu przyniósł Arturowi ulgę. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak gorąco i duszno było w taksówce. Czuł opadające na twarz krople deszczu przemieszane z topniejącymi na policzkach płatkami śniegu.
Wokół kręcili się ludzie ciągnący za sobą szurające po chodniku torby, co chwilę ktoś wsiadał lub wysiadał z taksówki, przed wejściem dwóch mężczyzn paliło papierosy.
Nasz bohater skierował się w stronę hali. Drzwi automatycznie rozsunęły się przed nim i wszedł do środka. Wewnątrz panował zaledwie lekki gwar, ludzi było bardzo niewielu. Przystanął przed tablicą odlotów. Lot do Oslo, godzina dwudziesta trzecia trzydzieści, bramka numer jedenaście. Wszystko się zgadza. Rozejrzał się dookoła. Wtedy dostrzegł, że kierowca taksówki nadal stoi przed samochodem i odprowadza go wzrokiem...
Następnie skierował się w stronę kontroli bezpieczeństwa. Otworzył kartę pokładową na ekranie swojego telefonu i zeskanował przy wejściu w strefę kontroli bezpieczeństwa. Bramka otworzyła się automatycznie.
Przed nim stało zaledwie kilka osób. Był to jeden z ostatnich lotów tego wieczoru. Kiedy zbliżał się do taśmy, na której należy położyć bagaż, zauważył, że pracownik kontroli bezpieczeństwa bacznie mu się przygląda. Nie było to komfortowe uczucie. Kiedy nadeszła jego kolej, by przejść przez bramkę, funkcjonariusz energicznym gestem nakazał mu przejście. Wszystko było w porządku.
– To pański bagaż? – zapytał nagle drugi mężczyzna stojący po przeciwnej stronie taśmy.
– Tak. Jakiś problem?
Mężczyzna spojrzał pytająco na drugiego, który stał za Arturem.
– Żaden problem. Miłego lotu.
Minęła godzina dwudziesta druga. Na krzesłach przy wyjściu numer jedenaście siedziała już spora grupa pasażerów. Większość zajęta była patrzeniem w telefony komórkowe. Jakaś młoda dziewczyna o długich blond włosach czytała książkę, pewien mężczyzna drzemał, kurczowo trzymając na kolanach torbę.
Artur z ulgą usiadł na ostatnim wolnym miejscu, które dostrzegł na samym skraju rzędu krzeseł. Dokładnie naprzeciwko drzemiącego, bardzo chudego mężczyzny z na oko trzydniowym zarostem.
Coś jednak sprawiało, że czuł się niekomfortowo wśród tych ludzi. Rozejrzał się dookoła, ale wszystko wyglądało normalnie. Pomyślał, że to zdenerwowanie przed podróżą. Nie bał się latać, ale nie była też to jego ulubiona forma przemieszczania się.
Nagle odniósł wrażenie, że śpiący mężczyzna jednym okiem ukradkiem zerka na niego. Podobnie dziewczyna czytająca książkę... I łysy facet w czarnym garniturze z nienaturalnie dużą muszką. I blond kobieta w białej sukience siedząca naprzeciwko, nieco po prawej...
W dodatku osoby te zerkały na siebie wzajemnie i nie wydawały się to spojrzenia przyjazne.
– Nie, to jakaś paranoja. Co się ze mną dzieje? – pomyślał Artur, po czym zamknął oczy i przetarł je dłońmi.
Po chwili rozpoczęła się odprawa.
– Dobry wieczór, dokument tożsamości, proszę – powiedziała uprzejmie kobieta przy wyjściu.
Artur okazał dowód osobisty. Nagle kobieta spoważniała i spojrzała na ekran monitora. Wystukała coś na klawiaturze, badawczo popatrzyła na Artura i przełknęła ślinę.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
– Ta... Tak. Miłego lotu – odpowiedziała, po czym oddała mu dokument i odprowadziła wzrokiem.
Lot przebiegał spokojnie. Jedynie podczas startu Artur był zestresowany. Spociły mu się ręce i nerwowo rozglądał się przy każdym wstrząsie typowym w czasie przedzierania się przez gęste chmury. Jednak zmęczenie okazało się silniejsze od niepokoju i zasnął, kiedy tylko samolot osiągnął wysokość przelotową. Obudziło go dopiero mocne uderzenie kół o płytę lotniska.
Następnego dnia piechotą udał się do biurowca, w którym miało odbyć się zaplanowane spotkanie. Sześciopiętrowy budynek mieścił się w centrum Oslo, dwadzieścia minut marszu od hotelu.
Artur wszedł do środka, gdzie przywitała go elegancka kobieta, która na jego widok wstała zza biurka i podała mu rękę. Ubrana była w czarną, obcisłą sukienkę, miała ciasno upięte czarne włosy i krwistoczerwone usta. Jednak najbardziej charakterystyczne było jej prawe, nieco przymrużone oko, które spoglądało na Artura zza ciemnej woalki.
Ku jego uciesze była Polką.
– To naprawdę pan? Jak podróż? Jak w ogóle udało się panu do nas dotrzeć?
– W porządku, dziękuję. Leciałem wieczornym samolotem z Gdańska. Nieco po drugiej w nocy byłem już w hotelu.
– Nocnym samolotem? Ale przecież… Hmm…
Kobieta spojrzała pytająco na swojego gościa.
– Co takiego?
– Wieczornym? Z Gdańska? – dopytywała kobieta.
– Wieczornym. Właściwie to nawet nocnym.
Kobieta wróciła do swojego biurka i usiadła przed monitorem. Energicznie wystukała coś na klawiaturze, a potem kliknęła myszką.
Spojrzała na Artura, a potem znowu w ekran. Następnie wstała i demonstracyjnie, głośno stukając obcasami, energicznie wróciła do Artura.
– Niemożliwe! – ogłosiła triumfalnie.
– Co niemożliwe?
– Tego lotu nie było! Coś pan pomylił.
– Jak to nie było? Przecież jestem tu, prawda?
– Najwidoczniej pana tu nie ma – kobieta rozłożyła ręce na znak bezradności i wróciła do biurka, by zająć się swoją pracą.
– Halo, o co pani chodzi? Przyjechałem przecież na zebranie!
Kobieta spojrzała na Artura zza swojego monitora.
– Pan do kogo?
– To jest jakieś szaleństwo. Na spotkanie dotyczące projektu budowy statku!
– Był pan umówiony?
– No przecież mówiłem! Oczywiście, że tak!
– Proszę zatem usiąść na tamtej sofie i poczekać.
Kobieta wzięła do ręki słuchawkę, by gdzieś zadzwonić.
Artur w odruchu bezradności skierował się w stronę czerwonej sofy i usiadł. Wyjął telefon, by przejrzeć wiadomości. Zaciekawiło go jednak, o co chodzi z tym lotem, którego podobno nie było. Zaczął przewijać lokalne wiadomości z Gdańska i nagle zatrzymał się przy jednej…
„Wczorajszy samolot, który wystartował o dwudziestej trzeciej trzydzieści z Gdańska do Oslo decyzją kapitana został zawrócony. Niedługo po starcie jeden z pasażerów doznał zawału serca i należało go pilnie hospitalizować. Natychmiast po wylądowaniu karetka pogotowia zabrała chorego pasażera do szpitala.
Lot został przełożony na następny dzień na godzinę dziesiątą rano.”
Poczuł, że serce mu przyśpiesza i zaczyna popadać w obłęd. Spojrzał na kobietę siedzącą za biurkiem. Patrzyła na niego odkrytym okiem zza monitora i kpiąco się uśmiechała.
– A mówiłam, że pana tu nie ma! – krzyknęła nagle i wybuchła piskliwym śmiechem.
Artur wstał, ale odniósł wrażenie, że świat wokół niego zaczyna wirować. Zachwiał się, i nie mogąc utrzymać równowagi, runął na podłogę.
Nagle ocknął się. Obudziło go rytmiczne pikanie. Z dużym wysiłkiem podniósł ciężkie powieki. Przez mgłę ujrzał pochylającego się nad nim, ubranego na biało… uśmiechniętego kierowcę taksówki.
Komentarze (3)
Zjawił się wreszcie ktoś z tym, czego bitwa na prozę potrzebowała. Nie znam cię, ale kibicuję.
Świetny pomysł i bardzo dobrze zrealizowany. Do samego końca nie wiedziałam, co tu się wydarzy, ale czułam, że coś dziwnego... i nie pomyliłam się.
Sprawne pióro masz i dobrze się Ciebie czyta. Zlikwidowałabym tylko wyrażenie "nasz bohater" i zastąpiła jej imieniem bohatera - "nasz bohater" to jest takie recenzenckie wyrażenie, nie literackie.
No i strasznie się cieszę, że wziąłeś udział w zabawie!
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania