LBNP 40Rzut monetą

W Majówce od dawna się wiedziało, że bociany dzieci nie przynoszą. Bo niby jak to miały robić, skoro od trzech latach nikt żadnego nie widział, a dzieci się pojawiały. Wiadome było natomiast, że ludzie i zwierzęta w kwestii  narodzin wykazują podobieństwo, dlatego uznano temat za wyczerpany.

 

Nikt więc szczególnie nie zawracał sobie tym głowy. Dzieciaki były, rosły i stawały się ludźmi. Niektóre były chłopami a niektóre babami. O tym kto kim się rodził decydowała stara Nowakowa i jej srebrna moneta. Nowakowa była stara od zawsze a moneta zrobiona z najprawdziwszego srebra.

 

Kiedy jakaś kobieta orientowała się, że właśnie chyba jest przy nadziei, z nadzieją dreptała do Nowakowej, żeby ta – za odpowiednią opłatą w formie spirytusu i kiełbasy- rzuciła monetą. Czasami stara nie chciała tego robić i wcale nie było to związane z chęcią naciągania przyszłej matki. Po prostu nie chciała i już.  Bezskuteczne były wtedy lamenty i prośby. Nawet próby szantażu dotyczące doniesienia do skarbówki, też nie skutkowały. Jak się Nowakowa uparła, że nie rzuci monetą to nawet gdyby proboszcz interweniował, to i tak nic by nie pomogło. Ale bywało i tak, że stara miała dobry dzień i wtedy to nawet trzy razy rzucała. Był taki czas w Majówce, że prąd odcięli a to paradoksalnie wpłynęło na rozwój wsi. Ponieważ we wsi to ciągle za mało mieszkańców, znaczy parafian a ich w dużej liczbie  potrzeba, by kościół się rozwijał no i rozbudowywał.

 

Tak to więc prąd często ginął w drodze między Łodzią a Majówką i nikt nie wiedział jaki czort mu ścieżki plącze. A ogólna ciemność od wieków sprzyjała zbliżeniom i robieniu dzieci, z braku możliwości robienia pożyteczniejszych rzeczy.

 

Dzieci rodziły się jak grzyby po deszczu a Nowakowa musiała dobudować sobie spiżarnie, bo nie miała już gdzie kiełbasy trzymać. Spirytusu, o dziwo, nigdy nie było na zapas.

 

W zasadzie nie wiadomo, dlaczego informacja o płci przyszłego mieszkańca wioski tak była ważna. Dość, że każdy przyszły rodzic musiał chociaż spróbować dostać się do Nowakowej, żeby potem z dumą opowiadać, że moneta pokazała któreś ze swoich dwóch oblicz – orła albo reszkę-  w odniesieniu do konkretnego zarodka w konkretnym brzuchu.

 

Dzień, w którym wyznaczona była wizyta na skraju wsi, w niepozornej chacie, która nawet nie rzucała cienia podejrzenia, jak wielka kobieta w niej mieszka, był wyjątkowy i wiekopomny albo jeszcze bardziej dostojny.

 

Wymagał on od przyszłej matki przygotowań z miesięcznym wyprzedzeniem. Warunek czasowy był niezbędny, żeby w ogóle dokonać zapowiedzenia wizyty. Opowieści głoszą, że kiedyś Szulcowa poszła na rzucanie, a po tygodniu się okazało, że w ogóle wciąży nie była. Stara tak się wściekła, że zawiesiła działalność na dwa lata i wtedy w Majówce dzieci rodziły się takie jakie chciały. Większość dziewczynek, prawdziwa klęska urodzaju.

 

Więc po upewnieniu się co do swojego stanu, wskazane nawet było, zaciągnąć rady lekarza z miasta, można było wysłać ojca dziecka, o ile taki istniał, do Nowakowej z przedpłatą w postaci rzeczonych fantów.

 

Kiedy stara uznała, że chce w danym przypadku rzucać monetą, ojciec co sił w nogach pędził po swoją kobietę. Ona wyglądała go przez okno, więc kiedy tylko jego kontur zamajaczył na polnej, gminnej drodze, zakładała wyjściowy płaszcz i wychodziła mu na przeciw. Kobiety zawsze ubierały się w wyjściowe płaszcze idąc na rzucanie. Dopóki stara nie rzuciła monetą ich stan wydawał się jakoś wstydliwie nie pełny.

 

Potem wszystko działo się jak we śnie. Przyciemniona izba, spacerujące kury, zapach spirytusu wykuwający oczy. No i ona we własnej osobie. Skurczona, wysuszona kobiecina z trzęsącym się ciałem. Postrach wsi. Szybka wymiana grzeczności, spuszczone oczy przyszłej matki.

 

Rosnące w niej życie powodowało, że mogłaby góry przenosić ale w obliczu tej starej kruchej kobiety, pokorniała i tuliła się sobie. Ludzie gadali, że stara ma układ z diabłem czasami, że z aniołami. Wszystko zależało czy gadającym rzuciła monetą czy nie.  

 

W taki mniej więcej sposób toczyło się życie w Majówce. Uporządkowane przez niepozorną wiedźmę i jej monetę. Świat był bezpieczny i przewidywalny. Dzielił się na baby i chłopów.

 

Do czasu jednak. Kiedyś bowiem nastąpiło jakieś wyładowanie na słońcu, co w bezpośredni sposób wpłynęło na wynik rzutu monetą.  Może i nie sam rzut został zachwiany ale słowo, które Nowakowa ze wszystkich sił chciała w sobie zatrzymać. Nie dała rady, może ze względu na sędziwy wiek a może po prostu dlatego, że było prawdziwą prawdą.  

 

- Reszta- wycedziła przez zęby po których nawet wspomnienie nie zostało.

 

- No co ty Nowakowa, pomyliła się, reszka przecież się mówi – natychmiast zareagowała przyszła matka, zmrożona słowem, które absolutnie nie istniało w słowniku rzutów monetą.

 

Stara jakby oprzytomniała i wgapiała się w monetę leżącą u jej stóp.

 

- Mówię, że reszta! A teraz się zabieraj stąd bo psami poszczuję.

 

Było wiadomo, że przecież nie ma psów ale lepiej było jej posłuchać. Przyszła mama, zbladnięta strachem niejednoznaczności wyników, skuliwszy się w sobie wybiegła wprost na deszcz.

 

Nowakowa długo w nocy nie mogła zasnąć. Kręciła się z boku na bok, próbując wyjaśnić sobie co właściwie się stało. Nie rozumiała. Po długich godzinach postanowiła, że zostawi to wszystko takim jakie jest – absolutnie nie z tego świata.

 

O świcie spakowała mały tobołek, schowała monetę do woreczka wciśniętego między piersi, pokrzepiła się butelką bimbru i wyruszyła przed siebie. Nikt nigdy potem jej już tutaj nie spotkał.

 

Tymczasem życie w Majówce toczyło się dalej. Minęło lato, potem jesień. Ludzie szybko zapomnieli o starej Nowakowej zachodząc w głowę, jak to możliwe, że kiedyś nie potrafili bez jej monety, planować sobie powiększenia rodziny. Wprawdzie co jakiś czas, tak średnio raz w miesiącu pojawiały się jakieś naśladowczynie, ale nikt nie brał tego na serio. Może z przyzwyczajenia jakaś kobieta wybierała się na seans, ale bardziej dla zabawy, niż z powodu, zaczerpnięcia wiedzy z zakresu płci potomka.

 

Jedna tylko kobieta w całej Majówce, nie potrafiła zapomnieć o Nowakowej. Myślała o niej każdego dnia kiedy przyglądała się swojemu rosnącemu brzuchowi. W jego środku kiełkowało życie, czuła jego ruchy, ale słowo starej odebrało jej radość. Wiedziała, że chce kochać to maleństwo, jednocześnie dławił ją lęk. Co jeśli stara miała racje? Tylko co to w ogóle znaczy, ta reszta – rozmyślała głaszcząc odruchowo brzuch. Były chwile, w których tłumaczyła sobie całą sytuację, jako bełkot wariatki, która na koniec zapiła się gdzieś w lesie. Wtedy było jej lżej i jakoś raźniej. Ale to były tylko chwile. Potem koszmar wracał. Reszta tkwiła w głowie drzazgą w oku.

 

Ojciec dziecka nigdy nie dowiedział się o szczegółach wizyty u Nowakowej. Wiedział, że czytanie było i że chłopak będzie. Mówił przecież żonie, że wcale nie musi go sprawdzać u starej. On w genach po matce wie jak robić chłopaków. Chodził po wsi dumny jak paw, przyglądając się nieudacznikom, którzy robili dziewczynki. Czasami w knajpie wdawał się w bójkę co z niektórymi urażonymi jego słowami o chłopach bez jaj. Potem z satysfakcją wracał do domu albo ktoś go przyprowadzał w zależności od wyniku starcia. Utrata jedynek to mała strata w zamian za poczucie wyższości.

 

Żona nie protestowała. Uspokajała ją pewność męża co do płci potomka. Im bardziej zmasakrowany wracał do domu, tym bardziej ona zyskiwała spokój. Przecież on wierzy w to co mówi, jest w stanie nawet za to dostać łomot, dlatego ona nie powinna mieć żadnych wątpliwości. Tak to już świat w Majówce jest skonstruowany, że chłop mądrzejszy od baby jest. A one zostawiają im tę mądrość na spotkania w knajpach i w kościele.

 

Kiedy nadszedł dzień porodu, wszystko odbyło się zgodnie z odwiecznym prawem natury. Matka cierpiała i darła się wniebogłosy, akuszerka robiła co należało a ojciec pijany czekał pod drzwiami izby.

 

- Dziewczynka- oznajmiła zmęczona darciem się pacjentki, akuszerka.

 

Sylwia Kowalska poraz drugi w życiu doznała zatrzymania serca. Poczuła, że cały świat, dosłownie calusieńki, ze wszystkim co o nim wiedziała, runął i nawet w jego zgliszczach, nie można dostrzec niczego znajomego.

 

- Niech mi pokaże to dziecko- wyszeptała ze łzami w gardle.

 

- Śliczna dziewczynka – upierała się akuszerka nic o swoim uporze nie wiedząc.

 

Matka wzięła od niej golutkie usmarowane krwią i płynami ustrojowymi ciałko i w pełnym skupieniu zaczęła szukać oznak płciowości. Odetchnęła z ulgą. Akuszerka zgłupiała, przecież ona w swoich ramionach właśnie trzyma chłopa jak się patrzy.

 

- Oj zmęczenie Ci w głowie plącze, przecież to chłopak, normalnie jakby skórę  z Józka ściągnął,  idź już sobie i zawołaj mi męża.

 

Akuszerka podrapała się po głowie ze zdumienia. Napatrzyła się w życiu na różne dziwy – a to urwane łożyska a to zdeformowane ciałka przypominające jakieś zwierzęta, które tylko na obrazkach w książkach w bibliotece się widzi. Ale nigdy jeszcze nie spotkała się z tym, żeby matka córki od syna nie odróżniła. Wprawdzie czasami matki wpadały w rozpacz z tego powodu, kazały jej wyrzucać niemowlaka, albo jeszcze coś gorszego. Teraz jednak dziwny spokój i pewność tej młodej Sylwii, nie na żarty ją przestraszyły.

 

Zebrała więc swój przenośny sprzęt do narodzin – wiadro, miskę, prześcieradła pokrwawione, resztę spirytusu do dezynfekcji i samoznieczulenia i przygnębiona ruszyła ku wyjściu. Ledwo otworzyła drzwi, do izby wparował rozgorączkowany ojciec z krzykiem, omal jej nie tratując.

 

- Pokaż mi mojego syna kobieto! – darł się tak głośno, żeby cała wioska go słyszała.

 

- Wygląda zupełnie jak ty Józiu- z lekkim zachwianiem w głosie powiedziała, nie do końca jeszcze dumna matka.

 

Józek podbiegł do łóżka, na którym znać było jeszcze ślady wcześniejszej bitwy, którą mały człowiek stoczyć musiał, by w końcu z rykiem wylądować na tym łez padole.

 

Sylwia, nie wiadomo dlaczego, pewnie ze względu na utratę krwi i sił, cała drżała. Tuliła do siebie maleństwo. Kiedy jej mąż znalazł się na wysokości jej wzroku, spojrzała na niego tak jak nigdy dotąd tego nie robiła – tak prosto w oczy i poza nie. I wtedy się uspokoiła. Miała już pewność. Ze spokojem podała mu dziecko.

 

- Kobieto, spisałaś się na medal – wzruszony wcześniej wypitym bimbrem i uczuciami, które na niego spłynęły, Józek zawyrokował.

 

- Właśnie trzymam w ręcach najświetniejszego z mieszkańców tego kurwidołka. Zobaczysz, zapamiętaj moje słowa, on zmieni świat. Michał Kowalski zmieni nie tylko ten świat ale każdy inny też.

 

Mówiąc te słowa dumny ojciec nie zauważa, że w ramionach trzyma dziewczynkę. Akuszerka zamyka za sobą drzwi w ciągłym zdumieniu, że była świadkiem wspólnego obłędu rodziców a w niedalekiej przyszłości pewnie i tej, tego małego.

 

Nie będziemy pisać o tym, jak wyglądało dzieciństwo Michała w jego tragicznych nanosekundach. Dość, że było skomplikowane. Zaczęło się od zapisania go w urzędzie. Kiedy Józef Kowalski udał się dokonać tego ważnego ojcowskiego obowiązku, ciągle był pod wpływem bimberowych emocji i pewnie dlatego, urzędniczka w gminie, pani Jadzia zamiast Michał wpisała Michalina. Potem już się posypało jak lawina – na chrzcie ksiądz proboszcz, oburzony pominięciem go, jako honorowego gościa na chrzcinach, polał wodą główkę Michaliny a nie Michała. Z chłopakami kopała piłkę Michalina, chociaż Michał ganiał na boisku. W przedszkolu dziewczynki nie chciały się bawić z Michaliną bo nie była taka jak one, chociaż pani im kazała się dzielić lalkami. Co z tego, że kazała, skoro Michalina wolała udawać żołnierza.

 

No ale kiedy była żołnierzem to chciała wstąpić do wojska, tylko, że Jacek nie chciał, bo przecież ona nie jest prawdziwym żołnierzem.

 

Już w tym wczesnym okresie Michał często wracał do domu zapłakany. Widząc to ojciec, przypominał mu pasem, że prawdziwe chłopaki, a już tym bardziej Kowalscy, nie płaczą.

 

Mama zatroskana zerkała na to z kąta kuchni, wierząc w słuszność metody wychowawczej męża. Kto jak kto ale na pewno jej Józek to wie, jak wychować prawdziwego mężczyznę.

 

Michał zaciskał zęby, coraz częściej zastanawiając się, czemu wszyscy ludzie, traktują go tak samo jak Jolkę Zawadę a nie jak Jurka Skorupskiego.

 

Kiedyś  w szkole, pani zawstydziła go przy całej klasie, mówiąc, że wygląda jak niechluj, a dziewczynka tak nie powinna. Bo dziewczynka powinna mieć czyste ręce i paznokcie, wyprasowany kołnierzyk przy fartuszku i przede wszystkim, co już jest naprawdę najważniejsze, powinna być pilna. Chłopcy nie muszą być pilni, bo wiadomo, oni mają swoje zajęcia. Więc skoro Tomek nie odrobił zadania to najwyraźniej miał swój powód, ale wiadomo, że jest zdolny, no ale skoro Michalina nie odrobiła zadania, to już wstyd.

 

Po tym wydarzeniu Michał nie czuł się najlepiej w szkole. Nie było sensu skarżyć się w domu. Po ostatnim razie jeszcze nie umie siedzieć na tyłku.

 

Stawał się więc coraz bardziej zamknięty i wyciszony. Nie sprawiało mu już radości wspólne majsterkowanie z ojcem. Czasami z niezrozumiałą tęsknotą patrzył jak mama gotuje obiad. Chciał jej kiedyś pomóc ale  go wyśmiała, mówiąc, że to są zajęcia dla dziewczynek.

 

Co działo się w tym czasie w głowie Michała, nikt tak na prawdę nie wie. Czas mijał a Michał coraz częściej zerkając w lustro widział w nim Michalinę. Nie pomagało obcinanie włosów na krótko, ubieranie się w spodnie po kuzynie Antku ani nawet jego pasek ze sprzączką. Wszystko w lusterku nie wyglądało jak Michał. Pewnego dnia świat się zatrzymał wraz z sercem Michała. W lusterku zaczęły majaczyć piersi. Prawdzie piersi, takie jak ma już Anka i na które tak bardzo lubi patrzeć. Ale te, które zauważył w lusterku nie wzbudziły jego sympatii ale obrzydzenie. Wiedział, że oprócz piersi jest jeszcze coś więcej. Nigdy tam nie patrzył. Kiedyś jak był jeszcze mały schował się za szafą i ściągnął majtki. Już prawie zdołał się nachylić na tyle, by zobaczyć co się ukrywa między jego nogami, ale weszła mama. Rozpłakała się i wściekła jednocześnie, tak jak tylko ona potrafiła to robić. Dostrzegł ją w ostatniej chwili i szybko naciągnął majtki. Potem już nie próbował tego robić. Po co złościć mamę. Od tamtej chwili również ubierał się i kąpał po ciemku.

 

Teraz jednak nastąpił ten moment, w którym musiał to zrobić. Coś w jego środku krzyczało w rozpaczy, żeby tego nie robił. Ale Michał wiedział, że oto następuje chwila, w której trzeba stać się mężczyzną. Powoli, drżąc na całym ciele, zaczął ściągać resztę ubrania.

 

Kolejne dni nie przyniosły niczego nowego. Szkoła, dom zajęcia po szkole. Nic szczególnego się nie działo. Na świecie nie wybuchła żadna nowa wojna, nikt w Majówce nikogo nie zamordował. Ksiądz chodził po kolędzie, po stypach i weselach. Sylwia Kowalska żyła sobie spokojnie. Mąż chodził do knajpy, czasami wracał poobijany. Kiedy pytała o co tym razem się pobił, wściekał się i wyładowywał tą złość na jej delikatnym ciele. Gdyby nie to, że miała takie wrażliwe ciało, to nie byłoby widać siniaków. Także w zasadzie to jej wina, że przez parę dni nie może wychodzić do ludzi.

 

To ją jednak nie martwiło. Najbardziej bała się tego w jaki sposób od pewnego czasu, Józek zerka na Michała. W jego wzroku jest coś tak przerażającego, że ona ze swoim brakiem mądrości nie może tego pojąć. Kiedy już zmartwienie tak bardzo ją przytłaczało, przypominała sobie czas zaraz po porodzie i wzrok męża, pełen dumy i pewności, co do dobrze wykonanej przez nich roboty. Wtapiała się w to wspomnienie i starała się zasnąć. Czasami się jej udawało, ale z każdym miesiącem coraz rzadziej.

 

Ponieważ każdego miesiąca zauważała również, że Michał coraz bardziej zaczyna przypominać jej świętej pamięci, matkę. Zmienił się. Stał się posępny i delikatniejszy na twarzy. W niektórych miejscach się zaokrąglił. Nie był już taki chętny do wychodzenia na podwórko by cały dzień ganiać z chłopakami gdzie popadnie. Jego oczy zrobiły się marzące a ich zieleń niezmierzona.

 

Pewnej nocy ze snu wyrwał ją wrzask. Józek spał obok pijany, co akurat tym razem zupełnie jej nie przeszkadzało. Czuła, że ten wrzask związany jest z całkowitym załamaniem się świata jej rodziny.

 

Przez chwilę zastanawiała się czy powinna iść do Michała, wiedziała, że kiedy tam wejdzie już nigdy nie będzie powrotu. Czuła jak łzy same cisną się jej do oczu, serce rozsypuje się na milion drobniutkich części. Cała jej matczyna miłość napierała na jej nogi by skierować je do izby syna. Im bardziej rozpaczliwy był wrzask tym bardziej ona stawała się lodem. Przymknęła oczy z nadzieją, że ich ślepota zarazi też uszy. Ale uszy na prośbę oczu, przejęły ich zdolność widzenia. I zobaczyły zakrwawione prześcieradło i wystraszoną istotę, która wyrwana ze snu ogromnym bólem brzucha, orientuje się, że właśnie umiera, wykrwawiając się na śmierć.

 

Stojąc pod drzwiami gładziła je czule. To zimne drewno miało zastąpić dotyk syna. Żałowała, że nie ma odwagi tam wejść. Podejść do niego i powiedzieć, że nic złego się nie dzieje, że teraz już tak będzie co miesiąc, że to naturalne, bo on przecież jest kobietą. Zemdlała.

 

Michał usłyszał głuchy dźwięk za drzwiami. Na moment zapomniał o swojej śmierci i podbiegł zobaczyć co się stało. Zobaczył matkę leżącą na ziemi, podbiegł do niej i próbował ją cucić. Po kilku minutach  otworzyła oczy.

 

- Moja kochana Michasia – wyszeptała.

 

Chłopiec odsunął się od niej jakby porażała prądem.

 

- Tak mi przykro kochanie – matka nie chciała się zamknąć. Pewnie uderzyła się w głowę.

 

- Mamo przestań, to ja Michał, twój syn – starał się by płacz nie zdradził jego wściekłości.

 

- Tak wiem kochanie, jesteś moją resztą.

 

Michał nachylił się nad matką i delikatnie pomógł jej wstać. Odprowadził ją do łózka. Kiedy przykrywał ją pierzyną, wyszeptała:

 

- W szafce pod zlewem są podpaski – i zalała się łzami.

 

Chłopak zrozumiał, że nigdy w życiu nie będą  ze sobą rozmawiać o tym co się stało tej nocy.

 

Kolejne dni w domu Kowalskich były jakieś nieprzyjemne. W powietrzu czuć było napięcie. Józek posępnie zerkał na Michał co rusz się go o coś czepiając. A to, że chodzi za sprężyście, że zakłada nogę na nogę kiedy siada, to znowu o to, że niby usta ma jak baba i lepiej żeby wąs się już mu posypał, bo niektóre chłopy w knajpie, zaczynali mu już dogryzać, że jakiegoś wypierdka zmajstrował.

 

Słowa ojca mieściły z każdym dniem więcej złości. W końcu obok złości w słowach zaczęła gościć również nienawiść. Słowa zdawały się mieć nieograniczoną pojemność, rozrastały się pod wpływem pogardy.

 

Życie Michała stawało się powoli nie do zniesienia w domu. Z czasem również podwórkowe przyjaźnie pieczętowane przymierzem krwi, zaczynały przypominać pasmo porażek.

 

Koledzy wydawali się zbyt dziecinni, ich chamskie odzywki wobec dziewczyn już nie bawiły jak kiedyś. Michał coraz częściej czuł jakby nie o Ance i jej cyckach mówili, ale o nim. Zaczął się bać, że któryś w końcu zauważy, że jemu też rosną.  I wtedy gadanie dorosłych o jego dziewczęcości dotrze i do nich. Wprawdzie związywał  je bandażem, który matka pewnego ranka położyła mu na łóżku, ale latem w powietrzu wisiało niebezpieczeństwo pójścia nad rzekę. Na szczęście na świecie istnieje dużo różnych chorób, o trudnych nazwach i jedna dopadła Michała dlatego nie może ściągać koszulki, nawet w koszulce chodzić nie może, tylko w ojcowskiej za dużej koszuli.

 

Coraz częściej unikał kolegów, lgnąc nie wiedząc czemu do towarzystwa dziewczyn. Na początku nie traktowały go serio, wyczuwając spisek, po czasie jednak, pozwoliły się mu kręcić wokół nich – w końcu w jakiś osobliwy sposób był dziewczyną. Michał lubił ich rozmowy a one lubiły, kiedy zdradzał im tajemnice chłopaków. Dziewczyny chętnie słuchały opowieści, w których któryś z chłopaków się kompromitował czyli wychodził na głupka. Często mówiły, że  jest inny, a on odczuwał dumę i złość jednocześnie.  Chłopaki wyczuli, że Michał może im się przydać jako przepustka do macanka.

 

Zaczęli więc na powrót wołać go na podwórko i długo z nim rozmawiać o biologii dziewczyn. Chcieli wiedzieć, która wykazuje gotowość na eksplorację jej ciała przez małoletniego Don Juana.

 

Według Michała wszystkie już były gotowe oprócz Anki. Co chłopakom wydawało się dziwne, bo właśnie Anka miała największe cycki.

 

Anka w ogóle była dziwna. Dziwnie miła, dziwnie zabawna, dziwnie gorąca, kiedy przez przypadek a może i specjalnie dotykało się jej ramienia. Zdawało się, że ta dziewczyna kiedy patrzy to widzi coś czego inni nie dostrzegają. Michał lubił jej uśmiech i to jak go nazywała swoją Michasią – przyjaciółką na zawsze. W zasadzie to dziwne, bo zazwyczaj bardzo go złościło, kiedy ludzie uważali go za dziewczynę. Wprawdzie sam już do końca nie wiedział kim jest, ale inni w natarczywy sposób wmawiali mu, że wcale nie jest Michałem, że jego rodzice są wariatami, a on jest Michaliną, bo tak ksiądz go ochrzcił. Po takich słowach tym bardziej stawał się Michałem, pluł, dokuczał dziewczynom, rzucał paskudnymi słowami w każdą stronę świata.

 

Jednemu, mimo szczerych chęci zaprzeczyć nie mógł – rodzice byli wariatami. Tak jak wtedy kiedy nie chcieli puścić go do komunii, bo ksiądz się zaparł, że w garniturze to ona na pewno do kościoła nie wejdzie. Ojciec darł się jak opętany, matka płakała- a proboszcz pilnował przymiarek sukni.

 

Ubrano go w białą suknię, kazano założyć wianek i wypuszczono na pożarcie mieszkańców wsi. O dziwo, oprócz rodziców nikt nie wydawał się w szoku. Michał czuł się obco ale ładnie. Było mu przykro tylko, że posadzili go w ławce na końcu, razem z chłopakami.

 

Pewnego dnia po lekcjach, na których znowu się nasłuchał, czego jako dziewczynie nie wypada mu robić, wściekły poszedł nad rzekę. Zbliżając się do wody zauważył Ankę. Siedziała na kocu i czytała książkę. Ten widok spowodował, że jego ciało zareagowało w sposób do tej pory mu nie znany. Wprawdzie przyzwyczaił się już, że raz w miesiącu z jego krocza wylewa się krew, ale to co poczuł teraz na pewno krwią nie było. Wciągnął głęboko powietrze i poczuł jak to coś między nogami zaczyna przyjemnie pulsować. Chciał się tam dotknąć ale w ostatniej chwili zorientował się, że Anka się mu przygląda. Oblał się rumieńcem, wiedział przecież, że jak ona patrzy to wszystko widzi.

 

A ona przywołała go ruchem ręki, by usiadł koło niej. Było gorąco mimo, że słońce zaczynało już zachodzić. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Od czasu do czasu dotykali się przelotnie, co w Michale powodowało uderzenia gorąca nie do zniesienia. Anka była spokojna, może trochę zbyt obecna, co totalnie go zawstydzało. Jego ciało zaczęło żyć swoim życiem. Prężyło się i pochylało. Głowa co rusz odchylała się do tyłu, ręce gładziły włosy, nie tylko jego ale - o Boże co ja robię! – również jej.

 

Nigdy wcześniej nie było mu tak dobrze. W uszach mu świstało, oczy zachodziły mgłą. Opierali się o siebie plecami i Anka nuciła jakąś starą piosenkę. Tak na pewno wygląda raj. Słońce na dobre schowało się za horyzontem a ich dłonie wbrew ciemności się znalazły. Zaczęli bawić się swoimi palcami . Michał nie przywykł do dotyku. Kiedy Anka uniosła jego dłoń i musnęła ją wargami, wyrwał się brutalnie. Chciał odejść ale po chwili, odwrócił się do niej i przygniótł ją ciałem. Zaczął całować jej szyję, biust, brzuch. Szukał ustami jej piersi, wgryzał się w sutki. Oszołomiony nie słyszał, kiedy krzyczała, że ma przestać. Uderzenie w policzek go oprzytomniało.

 

- Nie zachowuj się jak facet, ja tego nie lubię – powiedziała to spokojnie ale w sposób, który na zawsze został w jego pamięci. Był to ton rozczarowania.

 

- Ja lubię Michasię i z nią chcę się teraz całować – ciągnęła Anka a Michał nie rozumiał wtedy ani jednego jej słowa.

 

- Przecież jestem chłopakiem, nie widzisz tego? – jąkał przez łzy.

 

- Może jesteś Michałem dla swoich rodziców ale dla mnie i wszystkich innych jesteś dziewczyną- mówiąc to zbliżyła się do niego i pocałowała go w usta. To co stało się potem oszołomiło chłopaka na tyle, że próbował przez kilka lat wymazać ten obraz ze snów.

 

Jej delikatne ciało na nowo obudziło pożar w jego kroczu. Dotykając go trafiała na miejsca, których on do tej pory nigdy nie dotykał, choć było to jego ciało. Anka nie skomentowała bandaża, po prostu go odwinęła i scałowała czerwone obrzęki na piersiach. Próbował robić to samo, ale ona ciągle powtarzała, że ma przestać być facetem, że chce żeby był delikatny, żeby był w końcu tym kim jest.

 

Więc posłusznie czekał aż ona powie mu co ma robić. Sam był już na tyle nieświadomy tego co się dzieje, że z ufnością pozwalał się jej prowadzić. Wsłuchiwał się w  jęki, spijał soki. Odurzał się jej obecnością jako Michasia i Michał jednocześnie. Kiedy wkładała mu palce, jego kobiecość eksplodowała, po czym po sekundzie przemieniała się w męskość. Zauważał zmianę w Ance, kiedy na powrót stawał się chłopakiem. Widział, że szuka w nim dziewczyny i na wszystkie świętości właśnie tego pragną dziś najbardziej, dla niej i siebie. Ale wystarczyło jakieś słowo by Anka spięła ciało, jakiś gest. Nie wiedział jak ma się kontrolować, poraz pierwszy w życiu zdał sobie sprawę, że nie jest ani dziewczyną ani chłopakiem. Jest jakąś resztą, czymś co nie mieści się w żadnej kategorii.

 

Leżąc nago koło siebie, każde z nich pogrążyło się w swoich myślach. Michał dumał o dziewczynie, którą był i chłopaku, którym wiedział, że jest, a Anka oblewała się rumieńcem, bo zdała sobie sprawę, że kocha dziewczyny, a oprócz Michasi to żadna jej się nie podoba. Tylko, że ona czuła, że Michasia chce być już na zawsze Michałem.

 

Trzymali się jeszcze chwilę za ręce, później wstali, ubrali się i poszli do domu.

 

Na drugi dzień w szkole minęli się obojętnie na korytarzu. Tydzień później również na siebie nie patrzyli. Po roku Michał wyjechał do Łodzi a Anka chodziła z Markiem.

 

W Łodzi żyło się dobrze. Duże miasto, pełna anonimowość. Michał Kowalski skończył technikum potem politechnikę. Spotykał się z dziewczynami, które chętnie eksperymentowały. Jego życie było ciekawe i pełne rozrywek. Jak na chłopaka z małej wioski, to naprawdę, cholera karierę zrobił. Z czasem i to zaczęło go przygniatać. Miał dość udawania. Nie był przecież prawdziwym mężczyzną a kobieta w nim ciągle dawała o sobie znać. Coraz częściej łapał się na nienawiści do niej.  Jego dusza wrzeszczała, dusiła się sobą.

 

Postanowił wyjechać do Stanów. Chciał uciec od siebie, od wszystkich, którzy cokolwiek o nim wiedzą. W dniu wyjazdu omal nie spóźnił się na pociąg do Warszawy. W drodze na dworzec zaczepiła go stara kobieta. Na oko stuletnia. Drżącą ręką złapała go za rękaw i wyjąknęła:

 

- Rzucę ci monetą, będziesz wiedział dzięki mojej monecie kim jesteś.

 

Mimo, że bardzo się spieszył stara wzbudziła w nim litość

 

- Nie trzeba babciu, mam tylko parę drobniaków, weź je i idź w pokoju- powiedział, wciskając jej bilon w dłoń.

 

- Nie, nie- Szarpała się stara – chcę rzucić ci monetą.

 

Jej upierdliwość już na dobre zirytowała Michała. Przypomniał sobie, że kiedyś w jego wiosce praktykowano rzuty monetą, by określić płeć dziecka. Musi zapytać matkę czy ona też z tego korzystała.

 

- Nie mam czasu kobieto – próbował wyrwać rękaw z zasuszonej dłoni kobiety.

 

- Tylko jeden raz i nigdy mnie już nie zobaczysz – mówiąc to stara przyłożyła wolną rękę do serca

 

- No dobra ale szybko- mimo wszystko coś się poruszyło w duszy Michała. Wprawdzie nie wierzył w takie bzdury, ale może to nie przypadek, że akurat teraz spotyka tą starą. Decyzję o zmianie płci już podjął ale ciekawe jaką płeć ma zapisaną w monecie.

 

Stara  z trudem wygrzebała monetę, upchaną między piersiami. Żałosny widok, ale skoro się już zgodził to i to wytrzyma. Potem przez chwilę coś do siebie mamrotała. I w końcu podrzuciła srebrnika do góry.

 

- I co, jaki wynik?- dopytywał z ironią Michał. Stara milczała. Była blada jak śmierć i przez moment mężczyzna obawiał się, że po prostu umarła na stojąco. W końcu się jednak ocknęła, podniosła monetę i odwróciwszy się poszła w kierunku tylko sobie znanym.

 

- No co, nie powiesz mi, kim jestem?- rozbawiony Michał, krzyknął za oddalającą się staruszką.

 

- Jesteś resztą, tak jak wtedy- odpowiedziała i zniknęła za zakrętem

 

Michał pomyślał, że się przesłyszał. Przecież mówi się reszka. Rozbawiło go to na dobre. W ostatniej chwili wskoczył do pociągu.

 

Po kilku latach przyjechał ze Stanów odwiedzić matkę w szpitalu. Nie poznała go, do sali weszła smukła, elegancka kobieta.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Witamy w Bitwie. Brawo! Prosimy w tytule zaznaczyć nr Bitwy 40.
    Błędnie wstawiłaś link ( pod drabble) Zmień

    Linki prac LBNP wrzucamy tutaj: https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-linki-do-w934/

    Literkowa życzy dobrej zabawy
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Dziękujemy za poprawkę z linkiem i ponawiamy prośbę o zaznaczenie w tytule nr 40. Jest to ważne dla Bitwy
  • BarbaraM Sadowska 2 miesiące temu
    Nie mam pojęcia jak dodać nr bitwy do tytułu.
  • sisi55 2 miesiące temu
    Edytujesz tekst i dodajesz do tytułu numer 40.
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Rozpoczynamy Głosowanie.
    Autorzy czytają i pozostawiają komentarze i nagradzają według zasady: 3 - 2 - 1 plus uzasadnienie; dlaczego?
    Zapraszamy obowiązkowo Autorów do czytania, komentowania i zagłosowania.
    Głosowanie potrwa do 10 marca /środa/ godz. 23:59
  • Margerita 2 miesiące temu
    bardzo miło się czytało
  • Tjeri 2 miesiące temu
    Lekko napisany tekst o trudnej tematyce. Głębszy, niżby na to wskazywała momentami zabawna narracja.
    Jest trochę błędów (w tym ort mi mignął), ale nie przeszkadzały mi w czytaniu.
    Przewrotna, zakręcona i dająca do myślenia proza.
  • sisi55 2 miesiące temu
    Ciekawy tekst. Trudna tematyka o tożsamości płciowej. Nie podoba mi się zakończenie. Chłopak nie czuł przynależności do żadnej płci i nagle jednak wie choć nienawidził siebie jako kobiety.
  • BarbaraM Sadowska 2 miesiące temu
    Dziękuję bardzo

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania