Lechici
Płoną maki —
Ich czerwone płatki miękną pod skórą,
Rozpalone słońcem, rozlewają ciepło po dłoniach.
Płoną lasy —
Świerki szepczą wilgotnym oddechem,
A niebo utula swoim deszczem Mokosz,
Która chłodzi rozpalaną skórę ziemi.
Zanurzam oczy w trawie —
Jej chłód ślizga się po powiekach.
Dotykam miejsc,
Gdzie dawno zgasł oddech.
Tu, w ziemi,
Gdzie przodkowie zostawili swoje szepty,
Czuję puls ich ciał —
Ciężki,
Zwilgotniały,
Cichy szept.
Ich ból
Ciąży pod skórą —
W mięśniach,
W kościach,
W głębi,
To coś, co pieści i rani.
Jestem dzieckiem z popiołów,
Powstaje z ognia —
Z bólu pocałunku,
Który płonie w chłodny wieczór.
Więc uważaj Świecie —
Jestem oddechem ojca,
Dotykiem matki.
Jestem tym, co przenika,
Łamie i trzyma.
Jestem nie do zduszenia —
Nie do zapomnienia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania