Legenda cz.2 Bizzaro
– Gdzie moja kłódka, dlaczego nie mam ubrania? Gdzie moja trumna. Tak mówiła głowa, gdy dziewczyna szorowała ją na skraju rzeki kępami trawy.
Zastanawiała się co też ten biedak uczynił, że do jego miejsca spoczynku ktoś upozorował kosmiczny żart i wlał paskudne zielone coś, przypominające zgnite jaja kaczek, odór był gryzący.
Nie odpowiadała na jego pytania, za dużo gadania, nie było czasu na pogawędki.
Poskładała szkielet nie tak całkiem anatomicznie, ale dał radę utrzymać się na ręko-nogach i przypominać postać z krzywizną.
Irenka obmyślała co teraz z nim zrobić, zgładzenie trupa nie jest takie łatwe. Potrzebowała tylko jednej części z tego składu kości.
Nie mogła go oszukać, tak zwyczajnie zabrać pojemnik na myśli.
Promienie słońca sączyły się mizernie zza pobliskich drzew.
Na niewielkiej łące wypalony krąg po ognisku był dobrym miejscem do szybkiej akcji skupienia Legendy na opowieściach zza krypty niedoszłego ducha.
Ja Legenda widziałam jak ten nieborak szedł i żalił się na dyskomfort pośmiertny stawów biodrowych.
Nic nie mogłam zrobić, bolało mnie też w stawach.
Gdy w końcu się doczłapał i usiadł, duchy obległy go zamykając krąg.
Kościsty miał na imię ... nie ujawniamy danych osobowych. Ja Legenda jestem dyskretna.
Zaczął powoli otwierać usta gdy Irenka przyniosła zmruszałe deski, jakiś kawałek ubrania i kłódkę. Nie były jego, ale wskrzeszenie materiałów sprzed 17 wieku było sporym wyzwaniem. Znalazła to wszystko pod kopcem kreta, też wiedział gdzie kopać. Obiecała, że czas ją otworzy, już za ułamek sekundy. Kłódka gruchnęła, zaskrzypiała i otworzyła się z jękiem.
– Jesteś zwolniony z tajemnicy co wydarzyło się wśród żywych? – powiedziała Irenka. Warkocze dziewczyny uniosły się lekko, duchy nastrajały atmosferę gęstej trwogi.
– Ekhę... Niewiele pamiętam, byłem młody, mieszkałem gdzieś w pobliżu jeziora. Dokładnie to nie wiem, dom był niski ze ścieżką do wody.
– Dlaczego odszedłeś w tak młodym wieku? – Duchy wiedziały, ale amnezja to amnezja, krok za krokiem będzie wyrokiem.
Zostałem staranowany w czasie odwiedzin mojego stryjka w Poznaniu. Szedłem wąską uliczką po mieście, kiedy przejechano mnie karocą bogacza. Nie przeżyłem po tym wypadku zbyt długo, obrażenia były zbyt duże.
Koło duchów zaczęło falować jakby chciało się rozerwać.
– Czy wiesz coś o tych, którzy tu przychodzą w każdą truskawkową pełnię? – ciekawskie pytania podsycały witalność Kościstego.
Poruszał się w hipnotycznym transie bujając jak dziecko z chorobą sierocą.
– Truskawki! Ostatni ich zapach przeszedł mi koło nosa, szła taka jedna dziewoja tą Leśną ulicą na piknik, kilka metrów od mojego dołka.
Gdy mnie mijała prawie wpadła jedną nogą z wizytą. Ja tak czasami łypię na tych z mięsem jeszcze i zazdroszczę. Moje dawno zgniło.
– Nie truskawki, tylko pełnia! – wrzasnęła Irenka tak głośno, że duchy zamarły.
Trupa przeszły dreszcze, żółte gnaty zatrzęsły się w paraliżującym strachu.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania