Legenda Irenki cz.1

Gatunek: Bizzaro na tle historycznym.

 

Żydowska Górka była podzielona przez rzekę, most, kaplicę i zapadnięte nagrobki.

O tych nagrobkach krążyła młodzieżowa legenda.

 

O jednej takiej co wykopała czaszkę.

Irena nosiła długie ciemne warkocze, była niską uczennicą z miejskiego liceum. W przyszłości dostanie się na psychologię na uniwersytecie.

 

Teraźniejszość. Jestem legendą o Irenie. Zanim powstałam, leżałam pomiędzy murami zawalającej się kaplicy. Trup opuszczonej wiary – tak mówili o mnie ci, co nie opuszczali żadnej mszy. Wierni nagrobni, całe rodziny. Wracali do swoich domów, egzystując z nowymi lokatorami. Ramię w ramię w ławkach szkolnych duszki dzieci z resztą wychowanków niewielkiej mieściny w tych samych gmachach pruskich murów.

 

I Irenka, bo tak naprawdę na nią wołali. Ona nie była umarła, widywała duchy, ale nigdy nikomu o nich nie mówiła. Czytała książki dziwnej treści, aż odnalazła mnie – Legendę.

 

Tego dnia mszę zakłócił deszcz. Przyniósł przemoczone pajęczyny we włosach Irenki. Usiadła w kącie. Czekała. Ktoś z zebranych szepnął jej coś przez kaptur na głowie do ucha. Uśmiechnęła się. Czekała. Krążyłam, podsłuchując, o czym oni tak jak głuche telefony szemrają?

Deszcz ucichł jak szepty zebranych. Mgła powoli sączyła się z zarośli. Irenka wstała, miała w dłoni narzędzie do kopania a'la łom.

– Wykop, wykop, wykop! – szmery zza parawanu rozwalonego budynku przebudziły się z ciszy. Ciągnęły się za nią, uczepione do kłosów warkoczy. Dziewczyna była odważna jak na swoje nastoletnie lata.

Wykopała najpierw kreta z kopca. Na czymś trzeba było przećwiczyć technikę wybierania ziemi. Duchy buczały, jęczały, a raczej ich głosy, jakby były rozczarowane marnym ich udziałem w wykopaliskach.

– Nie tu, to może tam! – krzyknęła z radości.

 

Nagrobek był mocno zarwany, trupa sprasowała gleba do rozmiaru grubej teczki albo płaskiej skrzynki na farby do malowania w plenerze. Poza czaszką, w tym miejscu było nadal grubo. Legenda narodziła się tutaj i teraz, znam datę mojego urodzenia. Ja, jak gałąź, wyrosłam na drzewie genealogicznym rodziny, która nosiła nazwisko skrzyżowania ze staniem. Mam matkę, babkę, dziadka, ojca i rodzeństwo. I prawnuki, dalej już zapomną.

– Kopać, nie uszkadzać! – głosiki piszczały, irytując machającą nad głową i rąbiącą w grunt drobną osóbkę.

– Cicho! bo jeszcze wybiję jej albo sobie ten pomysł z głowy. Czarna msza! Nie wierzę w duchy! – Irenka była purpurowa na policzkach, nie wiadomo czy ze złości, czy z wyczerpania.

 

Łupnięcie w coś twardszego niż ubite miejsce spoczynku zatrzymało zawzięte roboty ogrodowe Irenki.

Ze skórzanego tornistra wyciągnęła ogromną chochlę do zupy. Matka, gdyby się o tym dowiedziała, ścierka do naczyń powycierałby jej pulchną twarzyczkę. Kabel od żelazka też by kąsał i być może wezwałaby kogoś z przodków, aby pomógł w wychowaniu upiornej dziewczyny.

 

Ziemia przybrała kolor zgnitej zieleni przy czaszce samego trupa. Lepka posoka przykleiła się do metalowego czerpaka.

– Na biologii mówili, że trup rozkłada się organicznie, a ten... kosmicznie! – powycierała w trawę narzędzie pracy i pochylając się na krawędzi spoczynku, wsadziła dłonie do dziury.

Wyciągnęła z mlaskiem łeb, z gałami żelkowymi w wiadomych punktach.

 

Brakowało jedynie małego szczegółu. To nie była ludzka głowa.

Duchy buczały, wyły lamentem, obudziłyby umarłych, gdyby Irenka nie szepnęła:

– Ciii... Ktoś podmienił Urwiłeb, kto?

Duchy natychmiast zamknęły gęby na kłódkę. Sama zainteresowana sprawą ja, Legenda, umarłam prawie z ciekawości.

 

– Ktoś ty, coś ty za jedno!? Cuchniesz świeżym potem – przemówiła głowa, kłapiąc rozklekotanymi zawiasami szczęki.

Obserwowałam ich i umarłam, tak po prostu, prawie z wrażenia jak ludzkie znalezisko wytrzeszcza oczyska, a ona pazurami je podważa i na sprężnach gumiastych przybliża do swojej twarzy oblizując je jak dwie landrynki z kakrisu.

Już więcej nie zjem nigdy czarnych słodyczy.

 

Zamknęłam oczy, w nadziei, że łepetyna jest rekwizytem w tym koszmarze. Korzystając z możliwości zagłębienia się w moje położenie, potrzebowałam znaleźć drugi koniec kija tych wydarzeń.

 

Duchy obgadały połowę miasta i pociągnęły za języki tych co jeszcze pamiętali ludzi z tej Górki.

Dowiedziałam się że...

Żywi niewiele mówili, chodzili po wybrukowanym rynku z żydowskich nekropolii. Gwiazdy Dawida, hebrajskie napisy...

 

Ale zahaczyły o jedną staruszkę, świadka. Wypasała na polu krowy, kiedy niemcy spalili dom grabarza i kaplicę. Wywieźli menice wozami na plac przy ratuszu. Ułożyli z potłuczonych części kostkę brukową. Duchy nie mogły przejść obok tego obojętnie.

 

Poczułam, że nie mam już siły, że cały ten okropny młyn historii porwał mnie w łopaty napędzanej wody na młyńskie koło miasteczkowej mąki, z której są te duchy.

Gdy wróciłam z tych wydarzeń, które właśnie przeżywałam na nowo poczułam ciężar rozbitego bruku, upadłam przy pustym grobie na kolana rozglądając się za Irenką.

 

Wytargała truposza siłą, sądząc po śladach ciągnięcia i resztek ziemi. Jak ten czas mi umknął, zawiesiłam się w nieobecności, albo dziewuszysko ma super moce.

Jakimś cudem z tej odległości wyglądał zupełnie jak mąż Kostuchy z encyklopedii z 1954r.

 

Cały szkielet umyty z brudu stał jak słup kilka metrów od mostu.

 

– Opowiedz o tym, no powiedz jej!

Duchy przymuszały pożółkłego golasa do odkrycia reszty pochowanej tajemnicy z trumny.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Aisak 2 godz. temu

    Pytanko: czy to opowiadanie już było?
    Pytam, bo Irenka wydaje mi się znajoma. Może napisał puszczyk, może Tjęri, a może Ty?

  • Aisak Irena to postać z mojej rodziny. Pierwszy raz o niej napisałam jako inspiracja wyglądu. Nie mam potwierdzonych info. że to ona wykopała czaszczkę, ale na prawdę jest psychologiem. 😁

  • Aisak godzinę temu

    C₁₂H₂₂O₁₁
    Wpisałam w opowijską wyszukiwarkę Irenka i to mnie wyskoczyło:
    https://www.opowi.pl/sarenka-mysliwskie-a54369/

    Wiedziałam, że u kogoś była już Irenka, ale Irenki sarenki żem się nie spodziewała🤭

  • Aisak godzinę temu

    ścierka do naczyń powycierałby jej pulchną twarzyczkę – powycierałaby
    łeb, z gałami żelkowymi – styl DD
    podważa i na sprężnach gumiastych – sprężynach

    Zawiła, ale ciekawa, rodzinna historia.

  • Aisak To nie rodzinna historia 🤣 tylko bizzaro.
    Poprawię błędy jutro, dzięki i za Irenkę Sensola też. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania