Legenda Irenki cz.3 Bizzaro
– Odpowiadaj! Zapytam tylko jeszcze o kilka spraw, bez tego będziesz skazany na tortury, gdy tylko cię ktoś zobaczy. – Szantaż wzbudził w roztrzęsionych kościach jeszcze większe zamglenie wspomnień.
Zaczął powtarzać, że nic nie wie, chce do domu i wie tyle, że u mamy mu najlepiej.
– Uuuuu, buuuuuu, ty niedoświadczona matrono! – odpowiedziały licealistce.
Duchy uniosły się nad paleniskiem, chwyciły szkielet za ręko-nogi i ruszyły z nim w obroty. Wydzierał się na wiatr, na nic, na umarłych resztki i te Zmory, które urządziły mu małą wirówkę z przeciągiem między zębami. O mało co nie stracił czerepu, wypadł kilka razy poza koło, ale czujna jego mać, tak wyzywał, przyzywał, że sama głowina bała się pozostać bez możliwości ucieczki i wracała jak odbity kamień w tany.
– Wystarczy! – Irenka wsadziła źdźbło trawy pomiędzy trąbę powietrzną a kółko wzajemnej radości.
Opadli poobijani rozpędem.
– Ja już z nim pogadam! – zacisnęła zęby z taką siłą, że zatrzeszczały okropnie zrzędliwym piskiem.
W świetle zakurzonego zbiorowiska przy kręgu ognia kości szkieletu wyblakły, wywietrzały odwapnieniem, struktura tkanki wykruszała się z każdym ruchem nieboraka.
– Słuchaj albo skończysz jako wapno musujące w szklance dla babci. Przychodzi tu niejaki satanista, nie wiem jak go wołają może być Gniewomir, takiego znam jednego, co lubi czarne ubranka i czarne księgi. Powiedz mi, czy on korzystał z twojej głowy?
Kościsty miał już powyżej sklepienia czoła tego mielenia nim w poprzek.
– Moja głowa, boli – zaczął rzewnie płakać, pamiątka po uderzeniu w kamień nagle ożyła nerwowo, dając o sobie znać.
Dziewczyna bez sumienia skruszyłaby największą górę siłą perswazji dla zepsucia sprawy.
– Podmucham, pochucham, tylko do cholery odpowiedz! – Irenka chciała urwać ten zakuty łeb i po prostu przejść do piątej części Legendy, ale sama Legenda była bardziej cierpliwa od niej.
Ja Legenda siedziałam tak jeszcze pół dnia z tym planem, w którym dziewczyna ćwiczyła cierpliwość, jak skaut poza orbitą Ziemską.
I nagle po diable ten zlepek przeszłości postanowił rozwiązać zagadkę cmentarną.
Przyduszała mu kręgi szyjny kolanem, gdy wyskrzypiał.
– Przychodzą w pełni, co pełnię, co noc... – Irenka zdjęła kolano, wstała i podparła dłonie o biodra.
– Wstawaj! Albo nie, czekaj... – Przemycenie takiego eksponatu do "domu", w którym nie było zbyt dużo miejsca wymagało strategicznych manewrów.
– Przeprowadzisz się do mnie na czas lekcji z anatomii, mam do zaliczenia sprawdzian z rysunku wydobycia cieni z zatartej granicy bytu.
Moja matka nie może się o tobie dowiedzieć, z ojcem możesz palić papierosy, a od psa trzymaj się z daleka, bo lubi łamać zęby na wszystkim, co zmieści do pyska.
Robi się niebezpiecznie późno, moje wagary nie trwają wieczność – zachichotała.
Spojrzała w stronę zarośli zza których wystawał dach z kominem. Budynek,
który należał niegdyś do grabarza, znajdował się zaraz przy kaplicy. Był już lekko podniszczony, ale zanim został całkiem opuszczony Irenka zadbała abym Ja Legenda miała gdzie mieszkać. Wykurzyła kurz z duchami, paląc sałatę lodową z pieprzem, kurkumą, garścią psiej sierści oraz starych liści.
Wietrzyła ten smród jeszcze tydzień, dzwoniąc dzwonkami wietrznymi.
Przesiadywała tam po lekcjach, prawie każdego dnia.
Jej prawdziwy rodzinny krąg nie był aż tak daleko. Potrafiła lawirować na dwa światy.
Tymczasem przed sobą miała wyzwanie, jak oszukać lustrzany świat z trupem.
Stworzyła idealną sielankową bazę do dorastania. Matka była filarem tego zakątka, troskliwa, zaangażowana w robienie zakupów, gotowanie, pranie i sprzątanie. Matka błysk. Nosiła kulki mocy po kieszeniach, wybielała brudy w locie do bieliźniarki połykając proszek do pieczenia łyżkami, nic tak nie wypierze ci łachów, jak sama śnieżnobiała bryza powietrza wypluwana przez rodzicielkę jak zraszacz do kwiatów.
Ojciec punktualny, cierpliwy złota rączka, pisał książki, które później czytał jej i jej rodzeństwu, które miało się narodzić.
Pies, ten się trafił nie do końca uroczy pupil. Zdarła go z afisza poszukiwanych listem gończym. Zbiegł z krzesła elektrycznego skazańca. Naładowany ujemnie świecił nosem w ciemnościach. Służył jako latarka w mrokach domu bez prądu.
Komentarze (2)
To jednak ty żyjesz, a myślałem, że po tobie
Galaxynowy, mnie nie tak łatwo wykończyć. 🤣
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania