Leito Orbel, cz. 1

Odkąd poznałem Nejtię, w moim życiu pojawiła się druga siła, która wespół z pierwszą rozciągała mój charakter w stronę skrajnych biegunów. Mistrz chciał mieć mnie swoim zmarłym uczniem, Nejtia była bezkonkurencyjnie sobą. Mistrz nie żyje, Nejtia wybrała się dostosowywać, ja stałem się bezkonkurencyjnie sobą. Szalone są ścieżki u swojego kresu. Najdziwniejsze, że mogłem nigdy tego nie doświadczyć. Mogłem nawet uważać, że miała rację ostatecznie zamykając swoją wielokształtną osobowość w małe pudełko oczekiwań... Cieszę się, że odważyłem się na moją trudną ścieżkę.

 

Zaczęło się od zakochania. Nie tylko w niej, ale też w jej sposobie patrzenia na świat. Widziałem, że czasami się mnie bała. I szczerze jej się nie dziwiłem. Nauczyłem się wszystkich zasad grzeczności przez lata dostosowywania się do potrzeb Mistrza, ale bez udawania przestałem potrafić porozumieć się z moimi podstawowymi emocjami. Gdzieś z tyłu głowy miałem cały czas myśl, że nie powinienem był tak postępować, pod gwiazdami składałem sobie przysięgi pokorności, spokoju i łagodności, ale w natłoku dnia ciało chciało robić po swojemu. Po tym jak nazwałem ją głupią suką i kurwą, uwierzyłem, że już nigdy się do mnie nie odezwie. Była wkurzona, ale jeszcze bardziej wpieniało ją jak bardzo ja ranię siebie. Wyciągała powoli rękę i powtarzała, że się mnie nie boi, aż poczuła walące serce pod żebrami. Część mnie czuła się traktowana jak pies, część była szczęśliwa, że znalazł się ktoś gotów założyć mi obrożę, nauczyć uspokajać się na komendę. Ona tak naprawdę tego nie chciała. Po tym co zrobiła później wnioskuję, że może zbyt bała się, że każdy nieostrożny ruch wróci do niej nieodwołalnie. Wolała, bym żył swoim życiem, znalazł swoje szczęście.

 

Byłem gotów stać się dla niej każdym, i tak musiałem udawać, kolejna osoba nie robiła mi większej różnicy. Zresztą, nie sądziłem, że gdziekolwiek da się być sobą. Skoro i tak musiałbym udawać, chciałem przynajmniej znaleźć najlepszą osobowość dla siebie. Czułem, że przy niej znajdę człowieka, którym chciałem się stać. Wyciągnąłem w jej stronę ręce, „weź je i uczyń nimi coś pięknego" – powiedziałem. Do tej pory pamiętam jak delikatnie opuszki jej palców dotykały moich dłoni w niezwykłym kobiecym geście wsparcia i które dokładnie miejsca dotknęły, choć ona już pewnie dawno zapomniała. Nie chciała mi nic mówić, pilnowała się, żeby nie mówić przy mnie z jakimi ludźmi dogaduje się lepiej, z jakimi gorzej, jakich facetów lubi... Raczej nie motywował jej idealizm a zwykły strach, ale nie czuję, że przez to jej sposób poruszania się w życiu był mniej niesamowity. Nie chciała, by na nią spadła moja złość, gdybym ostatecznie zorientował się, że bycie jej ideałem, nie daje mi szczęścia i spokoju, a to stałoby się z pewnością. Balansowanie na cienkiej linie bycia piękną formą zajęłoby moją głowę na jakiś czas, ale w końcu znalazłbym chwilę spokoju, gdy podniósłbym głowę i zorientował się, że nie mogę nigdzie dojść. Nic większego ode mnie by mnie nie motywowało, nie byłoby żadnego obowiązku, który uczyniłby mój ciężar słodkim, nie byłoby dla mnie żadnej prawdy. Całe moje życie polegałoby na ściskaniu się w kolejne pudełka, które ona by mi przyniosła. Tak wiele rzeczy mogła w tamtym momencie ze mną zrobić. Mogłaby wytrącać mnie z równowagi, by znów pomóc mi ją odnaleźć słodkim słowem, kochającym spojrzeniem, poczuciem, że robię coś wartościowego. Ta zabawa mogłaby trwać długo, nawet do końca mojego życia. Oczywiście byłaby bardzo ryzykowną grą z jej strony. Gdybym się wściekł, gdyby przebrała w wytrącaniu mnie z równowagi, zrobiłoby się naprawdę niebezpiecznie. Gdybym zrobił się spokojny i z nudów zadać sobie nurtujące pytanie: ile lat przetrawiłem w ten sposób, też zrobiłoby się niebezpiecznie. Oczywiście mógłbym też stwierdzić, że to ja dałem się postawić na linie i sam jestem sobie winien, ale z jej perspektywy prawdopodobieństwo pokojowego rozwiązania się całej sprawy było na tyle małe, że nie było racjonalnym ryzykować. Nawet gdyby założyć, że udałoby jej się przekonać mnie, że jestem bezwartościowy bez ciągłego balansowania i tylko przy niej jestem w stanie coś znaczyć i z powodu mojej niskiej wartości nie mam prawa jej zranić. Wiem, że jest wiele osób, które zaryzykowałoby bycie przewodnikiem w przystosowaniu dla drugiej osoby, ale nie wierzę, że są to ludzie zupełnie szczęśliwi. Raczej ci, którzy sami uważają, że bez udawania nic nie znaczą i chcą się podzielić z kimś swoją mądrością.

 

Nejtia wygrała los na loterii jeśli chodzi o rodziców, zawsze otaczali ją troską, wspierali i kochali razem z różnymi jej dziwactwami. Prosili ją o ładne ubieranie się ze względu na szacunek do okazji, miejsca, ludzi, ale nigdy dla bezkonfliktowego odebrania przez innych, czy dla niewyróżniania się z tłumu. Czasami nie potrafili wyjaśnić czemu ją o coś proszą, czasami mówili: „Bo tak jest słusznie". Natomiast pozwalali jej przychodzić na spotkania we wiankach, tarzać się po ziemi z chłopakami – takie proste rzeczy, a tyle zmieniły. Nigdy nie musiała sobie powtarzać, że fajna jest, jaka jest – jej całe ciało rozwinęło się w tym poczuciu, miało to w sobie głęboko zakorzenione i oddawało jej w każdej trudnej chwili. Pokazywanie jej przez rodziców, że świat jest piękny i wspaniały, choć czasem trudny, pozwoliło się rozwinąć naprawdę wspaniałemu ciału, służącemu niesamowicie swojej użytkowniczce.

 

Chciałem, żeby mnie lubiła. Wydawało mi się, że jest dla mnie oschła, ignoruje mnie. Robiłem dla niej różne rzeczy, śmiała się, ale nie tak szeroko jak ja bym tego od niej chciał. Chciałem stać się lepszy. Paradoks polegał na tym, że nie mogłem stać się tym, z kim ona chciałaby być, tak długo jak uparcie chciałem, żeby chciała ze mną być. Wiem, że chciała, bym znalazł własną ścieżkę, własne coś, co mnie kręci, własną filozofię – to było dla mnie niezwykle trudne. Szczególnie, że byłem ograniczony przez czas spędzany z Mistrzem. Ten chciał ode mnie bycia Leito, kochania Tamzin, bycia dobrym w skrytobójstwie. Moje możliwości były ograniczone do naprawdę niewielu opcji. Chciałem, żeby to zrozumiała, przytuliła mnie do piersi, pozwoliła mi cicho wypłakać się za cały czas z Mistrzem, a potem wróciłbym do codzienności. Natomiast ona była nieugięta. Nie pozwalała mi żyć między okresami ciężkiej pracy a rozprężania się. Dla niej nie było słuszne, bym dalej tonął, nie próbując zawczasu stworzyć sobie liny, po której w końcu wespnę się na własny ląd. Przez większość czasu byłem na nią wściekły za to, co było trochę śmieszne w końcu nic mi nie obiecała, nie zraniła mnie, bym miał jakikolwiek powód do wściekania się, że nie jest taka, jaką chciałbym ją mieć. Nie wiem, czy jej sposób działania był dobry, czy bym go polecił każdemu – mnie to uratowało i za to nigdy nie przestanę być wdzięczny.

 

Wielokrotnie mi pomagała, próbowała oduczyć moje serce paniki za każdym razem, gdy ktoś krzywił się na moje słowa. Mówiłem wiele idiotyzmów i nie chodziło jej o moje mówienie ich dalej, natomiast chciała, bym dobierał swoje słowa, bo chcę, a nie bo muszę, kazano mi. Miała ze mną o tyle niesamowite wyzwanie, że nie potrafiłem zupełnie rozumieć swoich emocji i się z nimi komunikować. Kiedy byłem przy Mistrzu, byłem naprawdę spokojnym, uśmiechniętym, miłym, błyskotliwym chłopcem, natomiast kiedy chciała ode mnie uwolnienia się spod presji Mistrza potrafiłem robić się naprawdę nieznośny, szczególnie kiedy byłem naprawdę szczęśliwy – wtedy zapominałem o wszelkich ograniczeniach i najczęściej kończyło się to katastrofą. Opanowany, dorosły człowiek, zdolny pisać tak wyszukane zdania, zupełnie nie przypomina dziecka, które ona zobaczyła po raz pierwszy. Nadal trochę mi głupio, gdy myślę o tamtym niemym, wściekłym, agresywnym, zamkniętym chłopcu. Zabrzmi to dziwnie, ale naprawdę bardziej przypominałem zwierzę, szukające kobiecej piersi, niż człowieka. Potrafiłem odwalić coś tak okropnego, że nawet ona nie wiedziała, jak na to zareagować i musiała bardzo ostrożnie szukać słusznego rozwiązania. Tu znów nasuwa mi się metafora liny, choć z jakiegoś powodu tym razem nie chcę jej użyć.

 

– Jestem okropny... – mówiłem.

 

– Proszę... – odpowiadała z niejakim bólem. – Co teraz czujesz?

 

– Czuję się głupi.

 

– I co chciałbyś zrobić?

 

– Przeprosić go? – Z każdym rokiem ta odpowiedź powoli coraz bardziej wypływała ze mnie, coraz mniej była odruchem ust zadowalających jej oczekiwania.

 

– Brzmi, jak dobry pomysł.

 

Ostatecznie stałem się przy niej coraz bardziej wyzuty z emocji, ale tak było mi dobrze. Nie czułem potrzeby się uśmiechać, więc nie robiłem tego i tak było dobrze. Jedyne, co naprawdę mnie poruszało to świadomość powrotu do tamtego świata, ale nie chciałem przerzucać na nią niezmienialnego. Po prostu cieszyłem się z czasu wolnego i czasu razem.

 

Była rzecz, na którą nie potrafiła wpłynąć, pomimo że bardzo mi pomogła. O tej rzeczy dowiedziała się, gdy jeszcze byliśmy dziećmi – wrzuciła mnie do wody, choć nie chciałem tam wchodzić... Byłem na nią wściekły, ale wtedy nie potrafiłem nic z tym zrobić, więc usiadłem, zawinąłem kolana rękami, nie śmiałem nic powiedzieć, i patrzyłem z nienawiścią na wszystko wokół. Ona bawiła się jeszcze trochę w rzece sama i długo nie poruszała tego tematu. W końcu zakiełkowała między nami jakaś tam miłość... Miłość z nią była naprawdę specyficzna. Nejtia prawie zawsze gdzieś pędziła, czymś była zafascynowana, albo była zmęczona i cicha. Na każdym naszym wspólnym wyjściu chciałem od niej czegoś innego – żeby popatrzyła na mnie zakochanym wzrokiem... Ale ona nie dawała się zrobić inną, nie potrafiła siedzieć, jak ja tego od niej chciałem, patrzeć... Nie wiem, czego od niej chciałem... Może żeby przejrzała mnie na wylot? Dawno to zrobiła. Jeśli kiedykolwiek nie zwracała uwagi na mnie to dlatego, że powiedziała mi wszystko, o czym wiedziała, że mi pomoże, a nie zaszkodzi, a jedyne, co pozostało, to moja praca nad sobą. Fizyczna miłość z nią też była niezwykła, Nejtia nie tak łatwo przechodziła do zwykłych buziaków – dotykała moich ust opuszkami palców, sprawdzała jakie to uczucie dotknąć zimnym i wilgotnym nosem mojego policzka, jak zareaguję, gdy poczuję jej ciepły oddech na szyi, jak to jest szeptać prosto do ucha, dotykała mojej skóry liściem trawy. Potrafiła doprowadzić mnie do szaleństwa bez dochodzenia do czegokolwiek faktycznego. Gdy odsłoniła moje fioletowe od lat ciętych ran ramiona i uda, stałem się tak delikatny, że każde nawet jej drgnięcie brwią, przebiłoby mi serce na wylot. Musiała być niesamowicie odważna, by zaryzykować tak wiele.

 

W tamtym momencie już trochę mi ufała, wiedziała, że nie obciążę ją winą za cały mój ból, choć nie raz chciałem. Nauczyłem się, że spojrzenie na wspaniałe rzeczy, jakie przeżyło się z drugą osobą, pomaga. Część bólu, przynajmniej ta, która chciała oskarżyć kogoś o bycie złym zawsze, godziła się z prawdą, że znienawidzona osoba ma wiele dobrych stron. Nie wiem, czy w ten sposób udawało mi się uleczyć się zupełnie, natomiast wystarczało na tyle, by przestać nienawidzić. Wiedziała, że potrafiłbym być wdzięczny za jej próbę pogodzenia mnie dokonanym faktem, nawet jeśli później nie chciałbym więcej tego powtarzać i o tym rozmawiać, co jawnie oznaczałoby, że mój żal nadal nie zniknął.

 

– Jesteś piękny również razem z nimi. – Jak bardzo chciałem uwierzyć w jej słowa.

 

Odmówiła mi, gdy zapytałem ją, czy wyjdzie za mnie. Było to już po śmierci Mistrza, gdy zachowałem imię Leito Orbel tylko dla zachowania pracy najemnika Bakingria Rilie Pristiassi. Nie wiedziałem, czemu nie zgodziła się, czemu wolała wyjść za tamtego człowieka, przystosować się do jego ścieżek. Nejtia zwykle nie tłumaczyła się ludziom ze swoich wyborów, bo wiedziała, że ludzie tacy jak ja, którzy chcieli być przez nią lubiani, nie zrozumieją tego, o co jej chodzi – spróbują nieudolnie udawać tego, kogo ona chciałaby poślubić, a potem będą rozczarowani, że ich wysiłki poszły na marne, albo złapią ją za słówka i spróbują zmusić do lubienia ich przez wywołanie w niej poczucia winy. Nejtia była naprawdę niezłomna, ale to nie czyniło ją niepodatną na próby wymuszenia na niej negatywnych uczuć i dlatego unikała sytuacji i ludzi, którzy mogliby spróbować tego dokonać. Poza tym, ona też nie potrafiła zupełnie klarownie wytłumaczyć się ze swoich wyborów, a jeszcze jakby ktoś chciał złapać ją za słówka, a nie pomóc jej wypowiedzieć swoje uczucia, wyszłoby z tego coś okropnego. To, że wtedy mi odpowiedziała było oznaką tego, że naprawdę jest gotowa zaryzykować ufanie mi. A ja chciałem nie zmarnować tej szansy. Mówiła, że ja potrzebuję ciągle gdzieś biec, nie potrafię zatrzymać się w domu na długo i żyć tak po prostu, zwykłym życiem – że widzi to po mnie. Mówiła, że Tesa nie jest złym człowiekiem – brakuje mu pewności siebie i jest wiele rzeczy, których się wstydzi i kwestii, których dotknięcie może go zranić, ale kiedy przychodzi co do czego naprawdę można na nim polegać. Będzie musiała przestać robić niektóre rzeczy, by nie drażnić tych... wrażliwych kwestii, ale jest w stanie to zrobić. Wierzyła, że człowiek, kiedy spotyka się z kimś, kto wierzy w coś wspaniałego, zaczyna wierzyć w tę wspaniałość. I dlatego myśli, że Tesa za jakiś czas w końcu stanie się bardziej otwarty. Nawet jeśli nie, to i tak nie będzie tak źle. Chciała założyć rodzinę – dlatego nie mogła czekać na tego idealnego mężczyznę w wieczność, mówiła, że wcale nie zostało jej tak dużo czasu, zanim przestanie być w stanie wydać na świat dzieci i że musi podjąć decyzję. Obiecałem jej, że kiedy będę mógł być, będę się starać z całych sił być dobrym mężem i ojcem. Powiedziała mi, że chce kogoś, z kim będzie cały czas, a nie będzie go co chwilę wyglądać. Miałem wrażenie, że dla niej zwyczajnie nie byłem męskimi ramionami, do których mogłaby się przytulić. Nie zaprzeczyła, kiedy jej to powiedziałem...

 

Zachęcam do zajrzenia też na mojego Wattpada po więcej podobnych historii

Następne częściLeito Orbel, cz. 2

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania