Poprzednie częściLeito Orbel, cz. 1

Leito Orbel, cz. 2

Nie chciałem opowiadać o Makerim Orbelu, ale chyba ta historia nie będzie pełna bez niego. Nie chciałem opowiadać, bo szczerze niewiele dla mnie znaczył. Mógłbym skupiać się na wszystkich okropnych rzeczach, jakie kiedykolwiek wobec mnie uczynił, ale nie chcę tego. Wiem, że wtedy utonę we własnym żalu i z każdą następną stroną będzie mi tylko gorzej. Nie wiem, czy chcenie zapomnienia go jest „zdrowe", czy nie jest po prostu uciekaniem... Nie wydaje mi się, żeby tak było. Może się nie znam. To Nejtia zawsze wiedziała, jak ja się czuję, mi było to może trochę bardziej obojętne, niż być powinno. Nie jestem przekonany, czy to kwestia mojego wychowania, czy po prostu tego, że jestem mężczyzną, a ona kobietą i jej takie rzeczy wychodzą lepiej. Nawet jeśli wciąż noszę w sercu żal do niego, nie chcę o nim pisać też dlatego, że wiem, że stworzyłbym mu najbardziej demoniczny i stronniczy portret, a wiem, że w środku był niezwykle smutnym i zniszczonym człowiekiem. Oczywiście, niezależnie jakie miał powody, nie zabiera mi to prawa do uważania, że to co zrobił było okropne i nie chcenia mieć z nim więcej do czynienia niż wymaga tego ode mnie udawanie. To dlaczego muszę o nim opowiedzieć, zapewne ma związek z tym czemu to piszę, choć jeszcze nie wiem dokładnie co mnie motywuje. Nie sądzę, żebym tak bardzo potrzebował poukładać sobie w głowie wszystko, co się wydarzyło, szczęśliwie nie jestem człowiekiem potrzebującym wszystko rozważać, jestem zdecydowanie bardziej człowiekiem czynu. Prawdopodobnie, moje zboczenie mentorskie, każe mi wykorzystać to, co przeżyłem, dla nauczenia kogoś. Może ktoś kiedyś przeczyta ten dziennik i mu pomoże, a może zapiski zostaną spalone, zalane i nikomu nie pomogą? – ryzyko.

 

Niech będzie tak, że opowiem o tym skupiając się tylko na tym, co się wydarzyło, zostawiając wnikanie komuś innemu. Jedno z najbardziej zaskakujących odkryć, jakich dokonałem już na początku, to jak łatwo było mu sprawić wrażenie, że mnie lubi i że jestem lubiany. Pytał, jak się czuję, czy wszystko w porządku, prosił, bym opowiedział mu o sobie. W tamtych momentach naprawdę wierzyłem, że obchodzę go ja i że źle go oceniłem, myśląc, że jest okropny. Potem znów czegoś ode mnie wymagał i wtedy potrafiłem powiedzieć sobie, że chce mojego dobra. Karcił mnie za złe zachowanie, tłumaczył jak robić, by być grzecznym, chciał, żebym go słuchał, prosił, bym się uśmiechał – wydawało mi się całkiem normalne, że wychowawca robi tak wobec wychowanka. Długo mówiłem sobie, że nie ma mnie tak naprawdę za swojego zmarłego ucznia, myśl, że ktoś miałby tak robić była dla mnie zbyt absurdalna, i nie miałem większych dowodów na przekonanie siebie, że jest inaczej – gdyby zwracał się do mnie Leito, byłoby inaczej, ale mówił do mnie synu. Niesamowicie trudne do zrozumienia było dla mnie jak mogę być przy kimś, kto tak się o mnie troszczy i tak o mnie dba i jednocześnie czuć potrzebę krzywdzić się tak, jak to robiłem – dlatego długo uważałem to za swój grzech. Nie potrafiłem nikomu wyjaśnić dlaczego tak mi źle. Czasami miałem wrażenie, że jest ktoś, kto mi pomoże, szczególnie, gdy mogłem komuś o mojej sytuacji opowiedzieć i być wysłuchanym, i dlatego potem momenty rozczarowania, gdy ktoś nie chciał mieszać się w moją sprawę, albo próbował przekonać mnie, że mój mistrz nie jest taki zły, tak bardzo bolały. Nauczyłem się, że świat po prostu taki jest i jakoś nie potrafiło mnie boleć to wybitnie bardzo. Nawet Tamzin nie ingerowała, choć przez to jak miła i pomocna dla mnie była, myślałem, że ona da radę coś zmienić. Po tylu latach przestałem mieć do niej tak potworny żal – nic mi nie obiecała, pokładałem w niej nadzieję, choć nie zapewniła mnie, że mi pomoże, pomagała mi w swoim zakresie – była wobec mnie uprzejma, częstowała mnie ciastem – i niech będzie, że to w porządku, choć nadal nie potrafię czuć do niej pozytywnych uczuć i czasami myślę, że musi być dosyć nieszczęśliwą kobietą. Nejtia nie była aż takim wyjątkiem na tle innych – nie stawała między mną a Mistrzem (i Bogu dzięki za to, bo utrafiłbym ją o wiele wcześniej), nie potrafiła uwolnić mnie, jej rodzice powiedzieli, że mogliby mnie przyjąć, ale nie są przekonani, czy będzie mi tu lepiej, u Mistrza miałem zapewnione jedzenie, schronienie, co nie jest czym tak oczywistym, a ja racjonalnie to przekalkulowałem i postanowiłem nie narzucać im się. Była na tyle na ile mogła, co nie jest takie oczywiste, i jestem jej wdzięczny jak każdemu, kto okazał mi w tym trudnym czasie trochę dobroci i dał mi poczuć, że mimo swoich problemów, które noszę na ramieniu i które często bardzo boleśnie widać, jestem akceptowany.

 

Podobało mi się dojrzewanie o tyle, że przestawałem być bardzo bezbronny. Pogodziłem się z tym, że na jego uśmiechy muszę odpowiadać przyjaźnie, jeśli chcę mieć spokój, ale że on nie dba o mnie tak naprawdę, naprawdę. Nie było mi łatwo, do tej pory wolę szczerość i kiedy sprawy między ludźmi są wyjaśnione i kiedy nie są, bardzo mi to ciąży, ale dawałem radę, dzięki skupianiu się na wspaniałych rzeczach. Nie była to tylko Nejtia, zakochałem się w poznawaniu też innych ludzi, udało mi się nawet zakochać w ćwiczeniach, pomimo że nie powinienem był w stanie, skoro Mistrz mnie do nich zmuszał. Kochałem te rzeczy, nawet kiedy moja wewnętrzna choroba milczenia mnie dusiła. W którymś momencie wiedziałem, że moja choroba mnie zabije, choć nie tak jak zabija zwykła choroba, moja śmierć była nieuchronna i przygotowałem się na nią, pogodziłem się z nią i próbowałem walczyć o ten jeden kolejny dzień, jedną wspaniałą rzecz, którą może jeszcze uda mi się nacieszyć. Jednego razu zaatakowali nasz obóz (mój, Mistrza i jeszcze kilku najemników), wiedziałem, że gdy zorientują się, że nie będzie z nami tak łatwo, jak z przypadkowymi podróżnikami, poddadzą się, więc stawiałem jakiś tam opór. Zobaczyłem potężny topór lecący w moją stronę, ułamki sekund, by podjąć decyzję i pokonać przeciwnika, nie poruszyłem się. Mistrzowi utknął krzyk w gardle, gdy rzucił się mi pomóc. Wtedy dopiero zacząłem panikować, bo co będzie potem, gdy Mistrz będzie chciał wiedzieć, czemu nic nie zrobiłem. Komuś udało się wykorzystać okazję i zbić w sędziwe ciało nóż aż po rękojeść. Rzuciłem się jak wściekły do walki, takiej, z której mój Mistrz byłby dumny. Wiedziałem, że opatrzę mentora, ale ledwo zdążę zanieść go do innych, będzie na skraju swoich sił. Nie wydaje mi się, żeby cokolwiek powiedział im o mnie, choć wiem, że byłby gotów wykorzystać ostatni wdech na pogrążenie mnie, gdyby chciał. I znów pojawiły się myśli, że może nie był tak złym człowiekiem, ale tym razem nie udało im się zagłuszyć świadomości jak bardzo cierpię. Pomyślałem, że może żałoba w formie otępienia też będzie wystarczająco dobra. Tak jak wspominałem, przy Nejtii odkryłem, że otępienie i brak emocji są jedną z najbardziej naturalnych dla mnie postaw. Zdziwiłem się sam, gdy rozryczałem się jak dziecko – byłem teraz sam, musiałem sobie jakoś poradzić, jakoś zdobyć dla siebie pracę nie mając bladego pojęcia jak to zrobić, a jednocześnie byłem wolny. Od tego momentu zaczął się jeden z trudniejszych okresów w moim życiu – do tej pory przynajmniej coś było stałe i oczywiste. Wróciłem do Nejtii, bo tylko jej dom przyszedł mi do otępiałej głowy, i przestałem robić cokolwiek.

 

Czuję, że powinienem zacząć pisać od nowej strony, by zaznaczyć jak długo trwał ten stan marazmu, ale chyba jednak się nie zatrzymam. Nie ma potrzeby przystawać przy czymś takim. Bardziej interesuje mnie wszystko, co jest mi potrzebne do wyjaśnienia procesu wyleczenia. Najpierw muszę zaznaczyć, że jeśli sprawiłem wrażenie jakby Nejtia była idealistką, serdecznie przepraszam. Mówiłem, że próbowała robić to, co słuszne, ale wynikało to bardziej ze strachu niż z idealistycznych przekonań. W trudnych sytuacjach, w których nie wiedziała, co robić, ufała sumieniu i mądrości przodków, wierząc, że dzięki ich wiedzy uniknie o wiele bardziej nieprzyjemnych wizji przyszłości. Prawdą i szczerością wobec mnie chciała uniknąć moich wybuchów złości, które mogłyby ją szczególnie zranić. Oczywiście, nie raz zapraszała mnie do zabawy, co teoretycznie przeczy mojej wypowiedzi na temat jej motywacji, ale wiem, że oprócz potrzeby uniknięcia nieprzyjemnych konsekwencji było w niej dużo kobiecej czułości i niesamowitej odwagi. Natomiast, gdy w tamtym okresie nie zmuszała mnie do zrobienia czegokolwiek, to raczej znów ze strachu przed moim buntem. Nie sądzę, by chciała, żeby mój żal przelał się na nią, co nie powinno mieć miejsca, ale było prawdopodobne, gdyż mój żal był zbyt wielki, bym potrafił go całkowicie utrzymać na wodzy. Zgadzając się na moje osłabienie, była mniej narażona na atak, niż próbując zmusić mnie do działania. Może opiekowanie się mną dawało jej poczucie sensu. Może wiedziała, że potrzebuję czasu. Może wszystko to naraz.

 

Nie raz w tamtym okresie próbowałem pozbawić się życia. Część mnie tego chciała, część nie. Część mnie uważała, że Mistrz był wspaniałym człowiekiem, że poświęcił dla mnie całe życie, a ja jestem niewdzięcznym dzieckiem, część nie chciała dać się ranić myślą, że to wszystko moja wina. I nie przeszkadzałem żadnej z tych części. Siedziałem godzinami z trucizną w ręce, a gdy ją wypiłem próbowałem zmusić się do wymiotów. Nejtia w końcu wzięła mnie na ramię i zaniosła po pomoc. Dano mi lek otępiający umysł. Przestałem być w stanie myśleć o czymkolwiek, włącznie z samobójstwem, wypełniałem jej polecenia, moje ciało stawało się coraz słabsze, aż przestałem potrafić chodzić. Któregoś dnia poczułem smutek większy od wszystkich poprzednich, zorientowałem się, że nie potrafię sobie wybaczyć, że mam wrażenie, że wybaczenie sobie nie będzie słuszne. Nie potrafiłem się przekonać, że miałoby być. Pomyślałem, że może mogę zaryzykować. Zaryzykować wybaczenie sobie, uwierzenie, że nie jestem wszystkiemu winien, i że moje błędy zostaną mi wybaczone, i że nie będzie zawsze tak jak jest, bo mam prawo zostawić to, co było, i iść dalej. I że nie muszę brać odpowiedzialności za wszystkich, którym smutno po Mistrzu. Od tego dnia wiedziałem, że będzie ciężko, ale dam radę. Nejtia była zupełnie zaskoczona moim nagłym obudzeniem. Bała się, że bez leków znów zacznę się krzywdzić. Nie poddawałem się i zaczynałem jak dziecko, uczyć się chodzić, aż do potu i zemdlenia, chodziłem a potem biegałem, ćwiczyłem mięśnie i stare odruchy, chciałem odzyskać swoją pracę i sens życia. W głębi duszy chciałem być dla kogoś użyteczny, czułem, że tylko to napełni moją duszę sensem na tyle, bym potrafił żyć. Wiedziałem, że życie jest piękne, ale bez czegoś większego każdy dzień był jednocześnie zbyt bolesny, by go przeżywać. Wiedziałem, że nawet odzyskawszy pracę będę tak samo zagubiony i że nie od razu znajdę sens i że ten sens nie będzie tak wspaniały, jakim chciałbym go mieć, ale i tak będzie piękny. Nie udało mi się zdać egzaminu, nigdy nie wróciłem do poprzedniej formy, lek zniszczył moje ciało i mój umysł, nie potrafiłem tak dobrze jak kiedyś rozumieć świata wokół (choć może cieszyłem się, że część myśli stępił na zawsze, one pozostały, ale przyćmiewała je moja wiara, że jestem pięknym człowiekiem razem z moimi bliznami), dostałem prawo do pracy na specjalnych zasadach za lata spędzone w zawodzie pod okiem mistrza i za wstawiennictwem jego przyjaciół. Zgodnie z moimi przewidywaniami mój sens nie był tak wspaniały, wiele razy cierpiałem, wątpiłem, stare rany nigdy się nie zasklepiły i do końca życia przypominały się o sobie, ale jestem szczęśliwy, że tak potoczyło się moje życie.

 

***

 

Czasami dziwiłem się własnej sile. Wielokrotnie podczas podróży widziałem ludzi w podobnej do mojej sytuacji. Zawsze wtedy czułem wstyd. Ktoś obwiniał się za wszystko, a ja czułem jak głupie to jest i wtedy przypominałem sobie wszystkie sytuacje, kiedy męczyłem Nejtię moimi narzekaniami, których uparcie się trzymałem. Chciałem wyrzucić te wspomnienia z głowy, wymazać z przeszłości, ale prawdą było, że były częścią mnie i nie przestaną istnieć. Mimo tego zwykle udawało mi się iść dalej. Starałem się okazywać sobie współczucie, niezależnie od tego jak czuły czy nieczuły był świat wokół. Ból w związku z przypominaniem sobie wstydliwej sytuacji z czasem ustawał. Dużo dawało, iż z każdym dniem byłem trochę innym człowiekiem. Nawet jeśli jednego dnia byłem irytujący, chciałem zrozumieć ludzi, którzy na mnie się denerwowali i ustalić co powinienem zmienić w sobie, by nie być wobec nich nachalnym. Nie zawsze dzięki temu potrafiłem dogadać się z każdym, ale wiem, że dużo to dało. Czasami uświadamiałem sobie, że nie lubię zmian, jakie wymuszało na mnie porozumienie się z kimś, więc odchodziłem. Widziałem jednak wielu ludzi, którzy nie potrafili ani się zmienić, ani odejść. Widziałem ludzi, którzy ze względów materialnych nie chcieli ryzykować osamotnienia, ale też takich, którzy byli wystarczająco umiejętni by sobie poradzić – a zostawali. I za każdym razem mnie to bolało. Widziałem zdolne osoby, które nie potrafiły tak jak ja żyć swoim życiem i dawały się niszczyć dla „pomocy" ludziom, którzy nigdy nie zamierzali wyleczyć się i usamodzielnić dzięki tej pomocy. Zacząłem się zastanawiać, czy mieli oni wybór odejść lub zostać, ale woleli trwać w miejscu swojej kaźni, czy może też po prostu nie urodzili się tak silni jak ja i nie potrafili się uwolnić. Być może to nie była ich wina? Może po prostu tacy się urodzili? Myśląc o momencie, kiedy wstałem na nogi po długim czasie marazmu, zastanawiałem się, czy może po prostu mój problem nie był tak poważny. Może oni też poradziliby sobie w mojej sytuacji? Wolałem wierzyć, że mieli wybór. Ale nie dlatego, że miałem ku temu dowody, ale dlatego, iż taka narracja po prostu bardziej mi się podobała.

 

Niesamowicie smutno zrobiło mi się, gdy pojawiła się myśl, że Nejtia też mogła nie być wystarczająco silna. Podziwiałem ją, bo uważałem, że jest silna i niezależna. Dopiero później zacząłem poznawać ją nie jako symbol odwagi, ale jako człowieka. Nie wiem, czemu miałbym założyć, że wie wszystko i poradzi sobie w każdej sytuacji, a jednak musiałem tak zrobić, bo zupełnie zaskoczyło mnie, gdy zobaczyłem ją nieidealną. Myślę, że kiedyś lepiej ukrywała swoje niedoskonałości, bo nie chciała mnie nimi obciążać. I cieszyłem się, że mogłem skupić się przede wszystkim na sobie. Choć nie czułem się bardzo zmienionym człowiekiem, byłem inny. I moje spojrzenie na świat się zmieniło. I bolało, kiedy Nejtia przestała być moim ideałem i dlatego tak długo chciałem ją usprawiedliwiać. Mówiłem sobie, że ma zły dzień, kiedy mi powiedziała.

 

– Dla ciebie zostawiłam dużo lepszego kandydata.

 

Nie potrafiłem nic sensownego odpowiedzieć. Wiedziałem, że liczyła na kłótnie. Chciała, bym stracił nad sobą kontrolę, by ona miała usprawiedliwienie dla swojego wybuchu złości. A jednak ja milczałem. I wtedy powiedziała mi, że mnie nienawidzi. Mimo tego zostałem z nimi. Kiedy Tesa dobijał się pijany do drzwi, ja czekałem na niego. Umysł zaszedł mi mgłą, bałem się, że nie zrobię tego, co powinienem. Zawsze miałem silne poczucie obowiązku. Nie była to koniecznie wina sposobu wychowania przez Mistrza, raczej naturalna potrzeba nie popełniania żadnych błędów. Dlatego tak często pytałem ludzi, czy robię słusznie. Im byłem starszy, coraz mniej spotykałem ludzi naprawdę mądrzejszych ode mnie i coraz więcej decyzji musiałem podejmować bez konsultacji. Często wiedziałem lub czułem, że coś jest słuszne, ale i tak w siebie wątpiłem. Tak samo teraz, wątpiłem czy powinienem porozmawiać z Tesą, próbować mu pomóc, czy walczyć, albo nawet pozbawić go życia.

 

– Nigdy nie było dla ciebie dość, ty głupia suko! Zawsze coś było źle. Wiecznie wściekła, że nie jestem taki, jaki powinienem być.

 

Słowa Tesy z jakiegoś powodu rezonowały we mnie. I choć z pewnością nie miał racji stosując terror na żonie i dziecku, jego pijany umysł miał odwagę zauważyć całkiem interesującą prawidłowość. Siedziałem tam a moje myśli błądziły w przeszłość do czasu, gdy siedziałem na wózku. I nie mogłem zrozumieć czy Nejtia miała na tyle współczucia, by pozwolić mi trwać w moim marnym stanie, ile chciałem, czy może podobało jej się troszczenie się o bezwładny worek mięsa, który kiedyś był jej ukochanym?

 

– Nie powinieneś czegoś zrobić?!

 

Otworzyłem Tesie drzwi, jeden cios wystarczył, by zatrute alkoholem ciało nie mogło się podnieść. Zmarł niedługo po tym, przez chorobę, którą rozpoczęła noc w błocie i deszczu. Nejtia wtulała się we mnie, szukając bezpieczeństwa i współczucia a ja wreszcie miałem to, czego chciałem. A jednak nie potrafiłem się tym cieszyć. Doprowadziłem co śmierci Tesy, by nie narażać ukochanej na żadne ryzyko. Z jej perspektywy byłem bohaterem. Mógłbym pozwolić jej dać się przekonać do tej narracji, ale czułem, że to nie byłoby słuszne. Już zawsze obwiniałem się o śmierć przyjaciela i już nigdy nie potrafiłem bezgranicznie ufać osądom Nejtii. Coś bardzo złego działo się w jej głowie. Potrzeba dbania o kogoś przyciągnęła do niej mnie, Tesę. Do tej pory nie umiem ocenić do jakiego stopnia próbowała pomagać, a do jakiego zaspokoić potrzebę troszczenia się o zagubione ofiary. Nigdy nie dawała mi poruszyć ani rozwinąć tego tematu. W końcu pogodziłem się z jej nowym obliczem. Już nigdy nie mogłem liczyć na jej szczere wsparcie. Stanęła by po mojej stronie, bym ją lubił. Już nigdy nie mogłem wyrażać przy niej swoich szczerych myśli, bo nie chciała wiedzieć, o wszystkich powodach dla których nie byłem taki, jakim chciała mnie mieć. Bolało, że już nie mogę być tym, kim się opiekują, a kobieta, którą miałem za ideał, bardzo chce, bym ją za ideał uważał, ale nie jest taka. Mimo mieszanych uczuć zostałem z nią i wspierałem ją. Nadal ją kochałem i nigdy nie przestałem kochać. Być może miałem też poczucie, że jestem jej to winien. Kto wie? Na pewno wiem, że gdyby zaczęła krzywdzić swoje dziecko, zrobiłbym wszystko, by odciągnąć je z dala od jej problemów. Nawet jeśli oznaczałoby to, że utraciłbym ukochaną. Być może chwilami dawała mi poczucie, że jestem istotny, ale nie było warto dla tych chwil poświęcać tego co słuszne. I jeśli mogę na koniec dać poradę – nigdy nie jest warto.

 

Po więcej historii takich jak ta zachętam też do zajrzenia na mojego Wattpada

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania