Lekarstwo

Lekko nadtrawione cienkie kabanosy dla dzieci, wymieszane ze sztucznym mlekiem dla trzylatków, spływające po nagim ramieniu aż po sam pępek, nie przysparzają o dobry nastrój. Naprawdę...! A tak właśnie potraktował mnie Kubuś. Nie jego wina, wiadomo, on ma dopiero trzy latka i nie wierzę, że zrobił to specjalnie. Mimo wszystko tego uczucia nie zaliczyłbym do moich ulubionych.

- Nic się nie stało kochanie - powiedziałem najłagodniejszym głosem, na jaki tylko było mnie stać. Kubuś i tak był wystarczająco wystraszony, a ja nie chciałem go jeszcze bardziej stresować. Pocieszałem go, głaskałem, robiłem wszystko, żeby mu się polepszyło, a Kubusiem targnęło. Kolejny spazmem wyrzucił z niego obfitego pawia. Szybko nachyliłem syna nad miską i starałem się kierować jego głową tak, żeby trafić do jej środka. Nie to żebym się jakoś bardzo brzydził, ale tak szczerze... Komu się chce sprzątać bełt z podłogi?

- Spokojnie, tatuś tutaj jest – zapewniałem i pogłaskałem jego główkę. Kubuś odpowiedział kolejnym chlustem do miski.

Jowita, widać zdrowo przerażona, bo jak każda matka martwiła się o swoje dziecko, biegała po całym domu w poszukiwaniu jakichś medykamentów, które mogłyby Kubusiowi pomóc. Kiedy wróciła z jakimś syropem i chciała podać go synkowi, stanowczo jej tego zabroniłem. Nie to, że nie chciałem pomóc młodemu, ale nie popierałem tej całej chemii, którą fundowały nam apteki.

Kubuś rzygnął jeszcze raz – ten powinien być ostatni, pomyślałem, bo treść żołądkowa, która lądowała z rozpryskiem w misce, w zasadzie była już samą żółcią, żadnych kawałków mięsa już w nie zauważałem. Jowita otarła synkowi usta i brodę nawilżaną chusteczką, potem położyła się obok niego. Po chwili usnęli.

Ja wziąłem szybki prysznic, a po nim zszedłem na dół. Dopiłem zaczęte wcześniej piwo i poszedłem do kuchni, bo coś mi świtało, że gdzieś miałem jeszcze krople żołądkowe, które podarował mi dziadek Dobiesław, a przy okazji pomyślałem, żeby zrobić synkowi herbaty.

„Pij dużo herbaty” zawsze powtarzała moja mama, kiedy mi skręcało kiszki. „Najważniejsze jest odpowiednie nawodnienie organizmu”.

Po następnych paru minutach okazało się, że pamięć mnie nie zawodziła, a przynajmniej nie do końca. Brązową buteleczkę faktycznie odnalazłem na dnie dolnej szuflady, do której zaglądam tylko, jak coś się w domu zgubi. Zadowolony chwyciłem ją w dłoń i... No jak zawsze w takich sytuacjach musiało się okazać, że pita była pusta.

W między czasie gwizdek czajnika zaryczał przeciągłym piskiem, ale zdążyłem wyłączyć gaz, zanim pobudził śpiących na górze członków rodziny. Gotowy napój zaniosłem do góry i położyłem go na stoliku. Kubuś wyglądał strasznie... To znaczy był oczywiście najpiękniejszym dzieckiem na świecie, ale choroba wymalowana ja jego twarzy, skutecznie to maskowała. Pogłaskałem go, ucałowałem czule w czoło i zszedłem na dół.

Nieco zniesmaczony klapnąłem na fotelu. Dochodziła pierwsza. Księżyc w pełni oświetlał ciemne pomieszczenie. Był pierwszy dzień wiosny, dzień równonocy.

„Ciekawe czy to ma jakiś związek z chorobą Kubusia” – pomyślałem.

Bezmyślnie ślepiąc w pudło, zerwałem się nagle usłyszawszy na piętrze szamoczącą się małżonkę. Butelka po piwie - którą położyłem przy fotelu, kopnięta przy wstawaniu poturlał się po podłodze. Dźgający uszy szklany brzdęk rozległ się po pomieszczeniu.

- Kurwa! - Sarknąłem siarczyście i pobiegłem na górę. Wszystko wskazywało na to, że Kubuś miał kolejny atak torsji.

Kiedy wbiegłem do sypialni synka, Jowita już sprzątała, a zapłakany Kubuś leżał na łóżku. Pomogłem żonie zdjąć zarzyganą pościel i podszedłem do synka.

- Nie martw się kochanie - wyszeptałem, ale w tamtej chwili miałem ochotę wrzeszczeć. - Tatuś to załatwi.

Normalnie poszedłbym z młodym do pediatry, ale o pierwszej z hakiem nie było o tym mowy. Co prawda można było zabrać go do placówki całodobowej, jednak ani mi ani – jak sądzę, Jowicie, nie uśmiechało się spędzać najbliższych kilku dni na szpitalnym krześle, bo dla rodzica, przecież, nie było przewidziane łóżko. Acz, żeby tak nie demonizować szpitali, każdy oddział pediatryczny posiadał kilka - nawet wygodnych foteli, na których dało się przekimać, ale były one oblegane przez inne matki. Wiem to z autopsji - mówiąc żargonem medycznym - żona mi opowiadała. Ale poza tym wszystkim, Kubuś najpewniej zostałby nafaszerowany medykamentami z zawartością całej tablicy Mendelejewa, a jak mówiłem, nie toleruję tej chemii.

Postanowiłem wiec, że zajmę się tym sam. Tylko, że potrzebowałem pomocy.

Wyskoczyłem z sypialni Kubusia, jak wystrzelony z procy.

- Gdzie leziesz!? - doszedł mnie głos delikatnie poirytowanej małżonki. Z tego wszystkiego o niej zapomniałem. Zawróciłem i stanąłem w drzwiach.

- Jak, gdzie...? Po lekarstwo dla Kuby.

- Kuźwa Janusz! Jest pierwsza w nocy! Gdzie ty chcesz znaleźć coś otwartego?

- Nie martw się. Znam jedno miejsce... - Uspokajałem, ale Jowita pokręciła tylko głową i popukała się palcem po czole. - Dobra lecę. Nie ma czasu do stracenia - powiedziałem i wybiegłem.

- I znowu zostawiasz mnie z tym samą! - Usłyszałem, będąc już na schodach.

- Wybacz kochanie, ale jak zabiorę cię ze sobą, to nie będzie komu zając się młodym - odkrzyknąłem już z parteru. Tam przypasałem do uda teleskopową gazrurkę, wzułem buty i wyszedłem z domu.

- Szlag...! - Jęknąłem przez szczękające zęby. Na dworze leżał śnieg i wiał mroźny wiatr. Piękny pierwszy dzień wiosny, pomyślałem i wróciłem do domu po kurtkę i czapkę, a przy okazji jak już byłem w środku, zabrałem z piwnicy dwa piwa - tak na rozgrzewkę, jakbym zmarzł.

 

***

 

Światło w Balerona oknach się świeciło. To dobry znak - pomyślałem. Znaczy, że nie śpi i pewnie pracuje nad jakimś nowym programem komputerowym.

Tak swoją drogą nie rozumiałem, co on widzi w tych komputerach. Ja w domu swojego nie miałem, bo też po co? W gry nie grałem, filmów nie oglądałem. Ale Konrad, kiedy zaczynaliśmy ten temat, zawsze zapewniał, że komputery to przyszłość i trzeba w nie inwestować. Dla mnie to tylko zabawka, która jak każda inna służyła tylko do rozrywki, a co za tym idzie do odmóżdżenia. No, ale mogę się mylić - w końcu to on jest ekspertem.

Przesadziłem bramkę, bo ta jak zwykle się zacięła, a zresztą śniegu na podjeździe było tyle, że i tak nie zdołałbym jej otworzyć.

Zrobiłem śnieżkę i rzuciłem nią w jedno z okien pokoju, w którym najczęściej przebywał. W środku rozległ się dziki szczek Sabinki - małego jamnika Konrada, a zaraz po tym w niewielkiej szparze w zasłoniętych żaluzjach pojawiły się zmęczone oczy mojego kolegi. Konrad zauważył mnie od razu i w parę oddechów po tym stał już ze mną na zewnątrz.

Ubrany jak do wyjścia w wojskowe spodnie w biało-szaro-czarne plamy, czarny polar z wysokim kołnierzem i kurtkę lotniczą z pomarańczowym spodem. Spojrzał na mnie i zapytał:

- No elo. Co cię sprowadza?

Chciałem mu powiedzieć, żeby się ubierał i wychodzimy, ale chłopak to przewidział i wyszedł już ubrany, dlatego powiedziałem tylko:

- Robota jest!

- Domyślam się. Co jest do zrobienia?

- Opowiem ci wszystko po drodze. Bierz sprzęt i lecimy. Mamy mało czasu.

Konrad zniknął na moment w garażu i po dwóch następnych minutach wrócił ze sprzętem. Miał wszystko: bandaże, woreczek ze zmielonym srebrem, który dostał ode mnie przy okazji innej roboty, i poza jakimiś innymi mało ważnymi rzeczami wziął jeszcze czteropak leszka i dwie małpki.

Spojrzałem na niego spod byka.

- Co? - Zapytał naprawdę zdziwiony. – Od Dobiesława, nie sklepowa.

Usłyszawszy to rozchmurzyłem się i ruszyłem ku wyjściu z ogródka. Ale muszę przyznać, że tak w prawdzie byłem wkurzony – nie, wcale nie na Balerona, ale na siebie, bo też mogłem wziąć po małpce, ale nie będę się już wracał.

 

***

 

Drzewa, krzewy i wszystko inne pokryte było grubą warstwą białego śniegu. Mimo, że był pierwszy dzień wiosny, zima nie ustępowała. Szliśmy, brodząc po kolana w mokrym puchu, a przeszywająco mroźny wiatr obniżał - i tak już niską odczuwalną temperaturę.

- Gdzie my w ogóle idziemy? – Zapytał w końcu Baleron. Miałem mu opowiedzieć w drodze, ale zapomniałem.

- Widzisz – zacząłem z ociąganiem. - Muszę się spotkać z pewną osobą – odpowiedziałem enigmatycznie, ale Konrad wiedział, że przed nim nie mam żadnych tajemnic, więc indagował dalej.

- Teraz w nocy?

- Mhm.

- Babka?

- A ty skąd wiesz? - spojrzałem na niego podejrzliwie, ale nie przeląkł się mojego wzroku.

- No wiesz, o tej porze, samotnie idziesz na spotkanie... Samo się jakoś nasuwa.

- Te Baleron... – On spojrzał na mnie pytająco. – Przecież ty ze mną jesteś. To powiedz mi w jakiej samotności?

Baleron rozejrzał się po lesie, zupełnie jakby kogoś szukał i dopiero po jakimś pół tuzinie kroków skapnął się, że przecież faktycznie idzie ze mną.

- Sorry, to ze zmęczenia. - Powiedział w końcu z lekkim zmieszaniem wyrytym na faktycznie zmęczonej twarzy.

- Zastanawia mnie jedno... - rzuciłem.

- No?

- Jakim cudem wykonujesz swoją pracę, skoro wiecznie jesteś zmęczony?

- Na to pytanie odpowiedz jest prosta – Baleron uśmiechnął się łobuzersko. Założę się, że teraz w duchu, aż nosiło go całego, że tak proste rozwiązanie nie przyszło mi do głowy.

Baleron stanął na chwilę, zdjął plecak i po następnych kilku kłębach pary wypuszczanej z ust, wyjął z plecaka dwie butelki piwa.

- I to cała odpowiedź - oznajmił z szerokim uśmiechem.

- Nie rozumiem - powiedziałem, faktycznie nie kumając o co mogło mu chodzić.

- Piwo jest moim motorem - wyjaśniał, a ja zastanawiałem się jakim cudem. Mnie po wypiciu piwa jeszcze bardziej chce się spać, a jego napędza? - Zawsze otwieram sobie browara przed robotą, wystarczy jeden, i wypijam tak ze trzy jego części.

- No i?

- No i odkładam to piwo, na leżakowanie.

- I to ci pomaga?

- No - Wyszczerzył zęby. - Nie wiem czemu, ale do puki wiem, że piwo jest w butelce, nie potrafię zasnąć.

- Muszę przyznać... przydatna umiejętność.

- Co nie? Szkoda, że nie wiedziałem, że ją posiadam, jak chodziłem do szkoły.

- No dobra to dawaj tego browara... - powiedziałem po krótkim zastanowieniu. - Też sprawdzę czy przypadkiem nie posiadam takiej umiejętności.

Przerwę zrobiliśmy w niewielkim wąwozie osłoniętym z dwu stron dość stromym wzniesieniem, a z trzeciej gęsto rosnącymi młodymi świerkami. Piździało tam jak w psiarni, ale przynajmniej nie wiało. Wypiliśmy po piwie i lekko pobudzeni ruszyliśmy w dalszą drogę. Czas nas gonił. Kubuś jak najszybciej musiał dostać swoje lekarstwo. Oczywiście nie zapomniałem o mojej próbie i zostawiłem ćwiartkę niedopitego piwa pod drzewkiem. Dopiję jak będę wracał.

- To... co to za babka? - Zagaił Baleron, kiedy ja z zimna już prawie zapomniałem o naszej rozmowie.

- Zwykła - odparłem na odczepnego, bo od mrozu bolały mnie już nawet zęby, ale Baleronowi najwidoczniej to nie wystarczało.

- Ładna?

- Hmm - zamyśliłem się, próbując sobie przypomnieć. Ostatni raz widziałem ją jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy dziadek Dobiesław wziął mnie ze sobą, by ta odczyniła rzucony na niego przez Babcię urok. Nie zapomnę tego, bo dziadek pomstował wtedy na wszystkie diabły. A urok sprawiał, że za każdym razem, kiedy dziadek nastawiał zacier na bimber, zamiast właśnie czystego i ożywczego samogonu wychodził mu kompot. Zwykły, słodki, owocowy kompot. Nawet dobry muszę przyznać, do tej pory go pijamy, bo ze trzysta litrowych słoików narobił, zanim odkrył, że to babci robota. - Jak ostatni raz ją widziałem to była stara i brzydka, ale to było jak miałem jakieś czternaście lat.

- To po co do niej leziesz? Myślisz, że przez te dwie dekady wyładniała?

- W to wątpię, ale kto ją tam wie. Takie jak ona potrafią zaskoczyć. - Odpowiedziałem i zaraz po tym dałem nura pod śnieg. Jakieś dziadostwo spod ziemi musiało wystawać akurat tam, gdzie szedłem, a że było przysypane śniegiem, nie zauważyłem tego i o... Pozbierałem się i oklepawszy z grubsza z tego białego gówna, które mogłoby w końcu stopnieć, ruszyłem za Baleronem. On nawet nie zauważył, że zaliczyłem glebę, ale może to i dobrze, bo dam głowę, że brechtałby ze mnie jak nawiedzony. - Potrzebuje lekarstwa dla Kubusia. Całą noc rzuca pawiami po całym domu. - Dodałem, kiedy lekko zdyszany dogoniłem kumpla.

- Kielicha mu dałeś? - Zapytał. Muszę przyznać dość poważnie jak na żart.

- Oszalałeś? On ma dopiero trzy latka.

- I co z tego? - Baleron wyglądał na naprawdę szczerze zdziwionego i co gorsza doszło do mnie, że on był całkowicie poważny. - Mój stary zawsze powtarzał, że na roztrój żołądka najlepszy jest mocny alkohol. I powiem ci nie pamiętam, żebym kiedyś miał nudności, a ojciec samogonem leczył mnie od kołyski.

- A w zeszłym tygodniu u Mikiego? - Nie mogłem się powstrzymać, żeby mu tego nie wytknąć. Baleron też zawsze to robił, tylko on miał ten szczególny dar, że zawsze robił to w obecności osób trzecich. No prawdziwy skarb...

- Od nadmiaru lekarstw też można się pohaftować.

Uśmiechnąłem się pod nosem i przyspieszyłem kroku, żeby nie parsknąć, a przy okazji się trochę rozgrzać. Baleron – cwaniak - szedł jakby zimna nie było. No ale on miał czas się przygotować, a ja... Wybiegłem z domu jak ten – nie przymierzając szczeniak do panienki na pierwszą schadzkę. Dobrze, że choć po kurtkę się wróciłem, bo tak to w samej podkoszulce bym paradował.

Jak na złość robiło się coraz ciemniej. Niebo zasnuwały gęste chmury, a księżyc chował się powoli za horyzont. Po dziesięciu minutach nie rozpoznawaliśmy samych siebie. Widzieliśmy swoje sylwetki, ale poza tym żadnych innych szczegółów, a na domiar złego powoli zaczynał prószyć drobniutki – jak na razie, śnieg. I wtedy Konrad wyjął z plecaka latarenkę. Normalną składaną latarenkę. Z szybkami, uchwytem na górze i miejscem na świeczkę. Sprawnie ją rozłożył, umieścił w środku świeczkę, za pomocą zapalniczki na benzynę ją odpalił i z uśmiechem wymalowanym na twarzy spojrzał mi prosto w oczy. Parsknąłem śmiechem, a on się oburzył.

- Co to, kuźwa, jest? - zarechotałem. - Wracamy się do średniowiecza?

- No co? Nie mogłem znaleźć latarki. - Szczeknął udając obrazę, ale za chwilę dodał. - Ciesz się, że cokolwiek wziąłem, bo ty oczywiście niczego nie masz.

No i mnie wkurwił. To znaczy... nie on sam. Wkurzył mnie fakt, że miał rację, bo przecież ja zachowałem się jak najgorszy cedzik. Kurwa jak ja nienawidziłem, jak on miał rację.

- Przecież zabrałem gazrurkę! - Próbowałem się jeszcze bronić, ale z góry wiedziałem, że nic to nie da.

- Cholera, Znachor. Ty się bez niej nawet do kibla nie ruszasz. I patrz, jak się telepiesz. Pod kurtką pewnie też nic nie masz.

Pokiwałem z pokorą głową.

- Trzymaj. – I zamarłem. Ten pieprzony koks pomyślał nawet o tym, żeby zabrać zapasową bluzę. Nie no nie wytrzymam, ja nawet plecaka nie zabrałem, a on ma ciuchy na zmianę. - Wziąłem, w razie jak bym przepocił polar, ale tobie się chyba bardziej przyda.

- Dzięki - Mruknąłem od razu zabierając się za instalację odzienia na własne przemarznięte już ciało. - A tak na przyszłość, jak będziemy kiedyś gdzieś szli i będzie podobna pogoda, wyciągnij latarenkę prędzej. Ok?

- No, ale szkoda świeczek palić w dzień. - Zaprotestował Baleron.

- A moich palców ci nie szkoda? - Wyjąłem z kieszeni dłonie i podstawiłem je Konradowi pod nos.

- Trzeba było mówić, że ci zimno. Od razu dałbym ci jedną rękawiczkę. - Po chwili osłoniętą od mrozu lewą ręką trzymałem już latarenkę i krocząc ostrożnie przez ciemny las, prawą rękę grzałem sobie świeczką.

 

***

 

Musieliśmy zbliżać się do jakiegoś zbiornika wody, bo zrobiło się jeszcze zimniej. A tak na serio, to słyszeliśmy przelewającą się wodę przez stary, zrujnowany przepust. Znaczy, zmierzaliśmy w dobrym kierunku. Naciągnąłem mocniej czapkę na uszy i zapiąłem kurtkę pod szyją, chowając głowę w kołnierz.

Kilka kroków później zupełnie znienacka zatrzymałem się. Konrad idący o krok za mną, odbił się ode mnie i runął w zaspę. Ja za pomocą uniesionej nad głowę latarenki starałem się rozświetlić jak największy obszar przede mną.

- Co się stało...? Usłyszałeś coś...? – zaszeptał, podnosząc się z ziemi.

- Tak, ciii...!

Rozglądaliśmy się w kompletnej ciszy, nawet moje spodnie, które na co dzień potwornie szeleściły, teraz – jakby wiedząc, że mają być cicho, przestały.

W jednej chwili coś wyskoczyło z krzaków. Zrobiłem krok w tył zaskoczony, o mało nie wpadając na Konrada, ale to coś goniło w zupełnie inna stronę. Nie w przeciwną do naszego położenia, bo tam był staw, ale wzdłuż jego brzegu. No w każdym razie nie biegło na nas.

- Co to jest? - Zapytał Baleron głosem, w którym usłyszałem lekkie zdumienie. - Wilk?

- Może i wilk, ale co on tutaj robi? W naszych lasach nie było żadnej watahy od czterdziestego ósmego, kiedy to mój pradziadek z kolegami kłusowali w tym rejonie.

- A wilki nie są przypadkiem pod ochroną?

- Teraz tak, ale ciul wie co było sześćdziesiąt lat temu. Poza tym wtedy bieda była. Ledwo co Niemcom naklupali i wygonili ich z Miechowic. Trzeba było z czegoś żyć, a że dziadek był kłusownikiem... Każdy radził sobie jak umiał.

- No dobra, to w takim razie skąd on tutaj?

- Nie mam pojęcia, ale coś czuje, że zaraz się dowiemy. Patrz, widać tam światło.

 

***

 

Chatka była mała, stara i niesamowicie klimatyczna. Patrząc na nią miało się wrażenie, że dosłownie za sekundę wyjdzie zza niej biało włosy mężczyzna z blizną na twarzy i mieczem na plecach, ale zamiast wiedźmina zza domu wyszła - również białowłosa kobieta.

- Faktycznie brzydka. - Zaszeptał Baleron do mojego ucha.

- Będziesz w moim wieku, kochaniutki, to też ci urody ubędzie - Wymruczała staruszka, zajęta wiązaniem ziół w wiązki, nawet na nas nie spojrzała, tak choćby od dawna wiedziała, że się zbliżamy. Baleronowi opadła kopara. Mnie też, mówiąc szczerze. Starucha miała doskonały słuch. - Czas ma nieubłaganą moc, nikogo nie oszczędzi. Młodzi, starzy; biedni czy zamożni; wszyscy są pod władaniem czasu. Nawet czarom czas się przeciwstawia, choć tym trochę wolniej.

- To znaczy, że nie można być wiecznie młodym?

- A po cóż ci, kochanie, wieczna młodość? Toć nie słuchałeś com przed momentem powiedziała? – Dopiero teraz zerknęła na Balerona z ukosa. - Na nic wygląd dwudziestolatka. Ile pożyjesz... sto lat? No chyba, że potrafisz spowolnić czas – popatrzyła na Konrada ponownie, tym razem baczniej. – Chociaż nie wydaje mi się, żebyś potrafił. No ale powiedzmy, że tak, wtedy pożyłbyś dłużej, ale też nie więcej niż... ja wiem... trzy wieki z małą górką. Tak czy owak spójrz na mnie, ja od siedemdziesięciu lat już stara jestem i nie czuję się z tym gorzej. A nawet ma to swoje plusy.

- Ciekawe jakie? – Baleron zapytał mnie jeszcze ciszej niż wcześniej, myśląc, że tym razem staruszka go nie usłyszy.

- A no, na ten przykład, w komunikacji miejskiej... z racji tego jak wyglądam, zawsze mam miejsce siedzące. Raz to nawet kierowca chciał mi miejsca ustąpić w autobusie, ale mu odmówiłam, moje prawo jazdy wygasło, jak was jeszcze na świecie nie było, więc i tak bym za daleko nie pojechała. – Uśmiechnęła się wesoło. – Kolejny plus to...

- Wiemy już o co chodzi. Nie musi pani tłumaczyć – przerwałem jej, bo gonił nas czas, a czułem, że ma całą litanię tych plusów, a po wymianie wszystkich, zacznie omawianie minusów, których jak mniemam, było jeszcze więcej.

Staruszka wzruszyła lekko ramionami, odłożyła gotową już wiązkę i zaczęła robić nową.

- No co tak stoicie i marzniecie. – Zagadnęła do nas po chwili. – Chodźcie żeż tutaj, usiądźcie i opowiadajcie, z czym to żeście do mnie przybyli, bo czegoś ode mnie chcecie, prawda?

Podeszliśmy trochę niepewnie. Co prawda bylem tutaj już kiedyś, ale to było dawno i był wtedy ze mną dziadek, a właściwie na odwrót, to ja byłem z nim.

Dom był naprawdę stary i dopiero teraz byliśmy w stanie dostrzec jak bardzo. Dach pokryty był starą, wołającą o wymianę strzechą, a okna szczelnie zamknięte okiennicami. Drzwi z obitych skórą desek były otwarte. Z wnętrza chaty wydobywał się słodki zapach.

- Napijecie się czegoś? – zapytała nie przerywając pracy. Ja stałem i patrzyłem z jaką wprawą staruszka radzi sobie z wiązaniem ziół. Na stoliku leżała ich jeszcze cała góra. Nie rozpoznawałem ich i to trochę mnie zdziwiło. Początkowo też nie zauważyłem, że te zioła są świeżo ścięte, dopiero po dłuższej chwili zwróciło to moją uwagę.

- Skąd ma pani te zioła? – Zapytałem, a kobieta spojrzała na mnie i słodko się uśmiechnęła. Weszła do chatki i w parę oddechów później wyszła z dwoma glinianymi kubkami wypełnionymi jakąś cieczą.

- Napijcie się. To was rozgrzeje, bo widzę żeście zmarznięci... – powiedziała i wróciła do wiązania. – Zioła mam z lasu, zerwałam, póki młode. Stare też dobre, ale sami wiecie, że co stare to bardziej... jak by to...? Skażone. Zupełnie tak jak z ludźmi. – Trajkotała do siebie. - Za młodu umysł zdrowy, czysty, a z wiekiem... nasłucha się taki bzdur, i głupieje. To już nie te same czasy co kiedyś, kiedy ludzie w zgodzie żyli z naturą. Nawet bogom się w główkach poprzestawiało...

Nie chodziło mi o taką odpowiedź i chciałem dopytać, ale w momencie, kiedy siadałem na krześle stojącym pod oknem i słuchałem trajkotania staruszki, poczułem ten zapach. Spojrzałem do kubka i z lubością wciągnąłem kolejny haust cieplej pary. Naczynie wypełnione było winem. Ciepłym, pachnącym aronią, goździkami i innymi wonnościami aromatycznym winem. Spróbowałem i... odpłynąłem w błogość. Pierwszy łyk był uderzeniem smaku, aromatu i mocy. Kojące ciepło rozlało się delikatnym mrowieniem po gardle. Spojrzałem na Balerona, ale on nie słynął z powściągliwości, bo przechyliwszy kubek nad głowę próbował wytrząsnąć z niego jeszcze choć jedną kroplę. Staruszka zauważywszy to, podeszła do niego, zabrała mu kubek, po czym zwróciła się ku mnie. Ja zorientowawszy się, że czeka na moje naczynie. Wypiłem szybko jego zawartość i oddałem właścicielce.

W głowie przyjemnie zaszumiało i co najważniejsze zrobiło mi się tak... swojsko. I dopiero teraz doszło do mnie, że wtedy, te dwie dekady temu, kiedy byłem tutaj z dziadkiem, też zostałem poczęstowany tym specjałem i teraz tak jak wtedy grzaniec, niezawodnie działał. Nareszcie było mi ciepło.

Po chwili trzymałem w ręku kolejny kubek, to znaczy ten sam, tylko z kolejną porcją i tym razem postanowiłem pić już powoli. Zauważyłem, że Baleron wpadł na ten sam pomysł.

- To co was sprowadza...? Znowu jakaś klątwa...? – zapytała staruszka, międląc kawałek sznurka między... zębami?

- Znowu? – Konrada wyraźnie zaskoczyło to pytanie.

- No, Janusz był już tutaj u mnie... i to wcale nie tak dawno.

- Nie tak dawno? Pani... on tu był dwadzieścia lat temu. Pani to pamięta?

- A co mam nie pamiętać? Nie za wielu przez ostatnie dziesięciolecia miałam tu gości. To też pamiętam... – Odpowiedziała nieco pochmurnie. – I mów do mnie Babko. Na panią jestem już trochę za stara.

- Przybyliśmy do Babki po lek przeciw wymiotny. – powiedziałem. – Ten, który kiedyś dostałem od dziadka, już się zużyły.

Staruszka usłyszawszy o dziadku jakby pokraśniała, ale nie byłem pewien, czy rumieńce na jej zapadniętych ze starości licach powstały po wspomnieniu o bliskim jej znajomym, czy może od panującego tu mrozu. W każdym razie wyraźnie się ożywiła.

- Dobiesław... Ile to już lat nie widziałam tego opoja? – Jej głos z pozoru był radosny, ale moje wprawne ucho wychwyciło w nim nuty tęsknoty i czegoś jeszcze... żalu? – Co tam u niego?

- Dziękuję. Dziadek ma się świetnie.

Staruszka spojrzała na mnie pierwszy raz, odkąd tutaj przyszliśmy. To znaczy wcześniej już na mnie patrzyła, ale teraz spojrzała mi w oczy. I tak... teraz już byłem pewien... Jej olśniewająco błękitne oczy, które zdawały się widzieć już wszystko, przepełnione mądrością i wiedzą, nie potrafiły kłamać, mimo iż całą sobą próbowała to ukryć. Z jakiegoś powodu, ta urocza staruszka czuła do mojego dziadka żal, a ja zobaczyłem to w jej spojrzeniu.

- Dobrze słyszeć – odparła spuszczając wzrok. Odłożyła kolejną już gotową wiązankę. -I musisz mi wybaczyć kochaniutki, jednak nie dostaniesz ode mnie tego lekarstwa.

- Dlaczego? - Powiem szczerz, nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji. Może faktycznie dziadek zrobił coś tej kobiecie, ale dlaczego ja mam na tym cierpieć. Już miałem zaprotestować, bo bardzo potrzebowałem tego lekarstwa, ale Babka odpowiedziała:

- Nie złość się dziecko. To żadna złośliwość. Ja po prostu go nie posiadam.

- No, ale jak? To nie możesz go zrobić?

- Mogę... jednak jest niewielki problem... - Staruszka spojrzała mi w oczy. - A tak właściwie, dwa.

- Co masz na myśli? - zapytałem naprawdę rozdrażniony. Mój syn cierpiał w domu, a z nim moja żona. Nie mogłem sobie pozwolić na dłuższą zwłokę. Wystarczająco już roztrwoniłem czasu.

- Do zrobienia naparu potrzebuję szeregu ziół i mocnego alkoholu. Aktualnie nie posiadam ani alkoholu, ani jednego z ziół. Co prawda mogłabym przedestylować wino, które pijecie, ale to potrwa, a jak sądzę zależy wam na czasie. Jednak nawet jak to zrobię, nie mam ostatniego składnika.

- Na jeden problem mogę zarazić już teraz. - Powiedział Baleron i z plecaka wyjął małpkę dziadkowego bimbru. - Tyle wystarczy.

- Przykro mi, ale obawiam się, że to trochę za mało.

- A tyle? - Baleron wyjął drugą małpkę z kieszeni bojówek.

Staruszka kiwnęła głową z aprobatą.

- No dobrze, jednak nadal nie mamy ostatniego składnika.

- Co to za zioło? - zapytałem szybko, czując coraz większą irytacje. Staruszka zamiast powiedzieć wprost, cały czas tworzyła niepotrzebne napięcie. - Załatwię je.

- Jak widzisz wciąż panuje zima. A zioło, którego mi brakuje rośnie wiosną. Dlatego jeśli chcesz lekarstwo dla synka, będziesz musiał poczekać, aż stopnieje śnieg i rumianek zakwitnie.

- To przecież za dwa miesiące albo i dłużej.

- Przykro mi... Potrafię spowolnić upływ czasu, ale przyspieszyć go mogą tylko Bogowie.

Poziom mojej złości powoli sięgał zenitu. Wstałem, wypiłem resztę grzańca z kubka, po czym podszedłem do Balerona. On spojrzał na mnie badawczo, a ja chwyciłem jego kubek i wlałem jego zawartość prosto w gardziel.

- Ejj. To było moje. - Zaprotestował, ale było już za późno. Ja byłem już zdecydowany.

- Idziemy! - Zakomenderowałem.

- Ale gdzie?

- Zapolować na Boginię!

- Na kogo? - Zdziwił się Baleron.

- Na Boginię. Skoro tylko Bogowie mają moc przyspieszania czasu, to grzecznie poprosimy jedną z nich o pomoc.

- Oszalałeś.

- Bynajmniej.

 

***

 

Wędrówka przez pokryty śniegiem las, znowu okazała się utrapieniem. I to stłumiło trochę mój nagły wybuch entuzjazmu. Jednak coś musieliśmy zrobić.

Plan nie był skomplikowany. Wystarczyło znaleźć jakiegoś boga, przedstawić mu sytuację, poprosić o pomoc i modlić się, żeby ten chciał się zgodzić. Bułka z masłem... Co mogłoby pójść nie tak...? Odpowiedz brzmi:

Wszystko!

Przecież najpierwszy problem był już w odnalezieniu samego boga. Oni nie chodzili sobie od tak między ludźmi. A nawet jeśli, to dlaczego mieliby chcieć z nimi rozmawiać, a już w ogóle coś dla nich robić. - I tu zaczynał się problem numer dwa i trzy. Czwartego problemu nie przewidywałem, ale jak ktoś już to kiedyś powiedział. “Jeżeli jest w planie coś co może się spierdolić, to z całą pewnością tak będzie” czy jakoś tak. Dlatego teraz nachodziły mnie lekkie obawy. No bo, przecież w końcu chciałem poprosić o pomoc któregoś z bogów.

Bogów!

No ale nie ważne, bo kiedy tak szliśmy brodząc w tym śniegu, którego, jak gdyby było coraz więcej. Przed nami – w odległości może stu kroków, pojawiła się jakaś postać. O ile mnie wzrok nie mylił, a przypominam była noc, postać ta była kobietą. Wysoką, czarno włosom, ubraną w olśniewająco białą suknię kobietą.

Nieznajoma klęczała właśnie nad jakimś zwierzęciem. Podeszliśmy bliżej - starając się zachować absolutną ciszę. Tam dostrzegliśmy, że ze zwierzęcia wydostaje się jakaś dziwna blada poświata, która przez chwile zawisła na wysokości głowy niewiasty, żeby po chwili ulecieć w niebo. Kobieta pogłaskała zwierzę po szyi, a ja zorientowałem się, że to sarna. Musze przyznać niezła sztuka. Kiełbasy by z niej było...

I wtedy, jakby usłyszawszy moje myśli, kobieta w bieli spojrzała wprost na mnie. Jej wielkie bijące błękitem oczy zdawały się wiercić w moim umyśle.

- To ona! - krzyknąłem w przerażeniu.

- Kto? - Zapytał Baleron.

- Śmiercicha!

- Że niby kto?

- Marzanna, kuźwa! Zwana też Śmiertką albo Śmiercichą.

- Dobra zrozumiałem! - Krzyknął Baleron i odwróciwszy się ruszył w długą. - Wyjaśnisz mi, kiedy indziej, a teraz lepiej wiej.

Ja zerknąłem jeszcze na boginkę, która właśnie wstawała z kolan. Twarz miała skierowaną cały czas w moją stronę.

 

***

 

Zwiewaliśmy, ile sił w nogach, zupełnie jakby goniła nas sama śmierć... tfu... co ja gadam! Przecież goniła nas Marzanna, bogini zimy i śmierci, czyli właśnie sama śmierć.

Nie oglądaliśmy się za siebie, ale czułem całym sobą, że ona się zbliżała, bo było mi coraz zimniej. Mój krok stawał się coraz cięższy, nie tylko z powodu chłodu, ale po prostu zaczęło brakować mi sił. Baleron też biegł zdecydowanie wolniej niż jeszcze przed paroma minutami.

Musiałem coś wymyślić. Śmiertka siedziała nam na ogonie, a nam sił wystarczało, jedynie na jeszcze kilka - góra kilka dziesiąt kroków.

Robiło się niedobrze, naprawdę niedobrze. Poczułem jak z wyczerpania, treść mojego żołądka podsuwa się do gardła. Całe szczęście miała smak słodkiego wina i korzennych przypraw, bo inaczej z całą pewnością ujrzałaby światło dzienne... tfu... mrok nocy.

I wtedy przypomniałem sobie o Kubusiu. To wspomnienie dodało mi nieco energii i od razu wpadłem na pomysł jak wyjść z tej opresji – no może nie do końca zaraz wyjść, ale miałem już plan, a wiadomo posiadanie planu to już połowa sukcesu, bo druga połowa to konsekwencje za jakie przyjdzie mi zapłacić, jeżeli plan nie wypali.

- Biegnij na stawy! - Krzyknąłem do Balerona.

- Ale po co?

- Dzisiaj pierwszy dzień wiosny...

- I co w związku z tym?

- Kurwa, Konrad nie filozofuj tylko biegnij. Utopimy ją!

- Ty chyba oszalałeś!

- To przecież Marzanna...! - Wywrzeszczałem z bólem tracącego powoli się tchu i jednoczesnym wkurwem na kolegę. - Dzisiaj mamy pierwszy dzień wiosny. Takie zbiegi okoliczności się nie zdarzają przypadkiem. Ktoś musi to zrobić.

Baleron już więcej się nie odezwał. Przyspieszył i podbiegł w wyznaczonym mu kierunku, a ja popędziłem za nim.

 

***

 

Do trzech stawów dobiegliśmy ledwo dysząc. Płuca kłuły przy każdym oddechu milionami maleńkich igiełek. Baleron stanął na brzegu jednego z zamarzniętych stawów i podparłszy się rękoma o kolana, splunął ciągnącą się zawiesiną płynów ustrojowych własnego ciała.

- I co teraz? - zapytał ledwo łapiąc powietrze w płuca.

- Jaki jest lód? - odpowiedziałem pytaniem, a Konrad spojrzał na mnie spod byka.

- Nie wiem... zimny?

- Kurwa, Baleron, pytam o jego grubość.

- A... - jęknął i jedną nogą delikatnie stanął na przysypanej grubą warstwą śniegu tafli. Lód zatrzeszczał, ale nie pękł. - Tak średnio bym powiedział.

- Utrzyma mnie?

- Na stojąco nie ma opcji. Jak będziesz się czołgał to może.

- I o to mi chodziło.

- Co ty chcesz zrobić?

- Nie ma czasy na wyjaśnienia. Śmiertka zaraz tutaj będzie. Biegnij dookoła na drugi brzeg i tam na mnie czekaj.

- A ty?

- Biegnij, już ją widać!

 

***

 

Kiedy Baleron ruszył, ja bez zbędnej zwłoki zacząłem się czołgać na środek stawu i musze przyznać trochę przeceniłem swoje możliwości. Zmęczenie dawało mi się we znaki, a ja miałem do przebycia w trzydziestocentymetrowym puchu jakieś dwadzieścia pięć metrów. Lód trzeszczał, skrzypiał i trzaskał, a ja przy każdym złowróżbnym dźwięku zamierałem, kładąc się plackiem i każdorazowo po tym musiałem wykazać się horrendalnie silną wolą, żeby ruszyć dalej. Zanurzenie się w lodowato zimnej wodzie, naprawdę nie było tą rzeczą, którą chciałbym zakończyć swój żywot. Nie była nią też, utrata życia przez dotknięcie bogini śmierci. Całe szczęście Marzanna utraciwszy nas z pola widzenia, zwolniła i miałem jeszcze chwilę na dotarcie do celu, bo pewnym było, że lada moment boginka odnajdzie nasz trop.

Konrad pojawił się na drugim brzegu prawie w tej samej chwili, co ja dotarłem na sam środek stawu – tak mniej więcej, bo przecież nie mogłem liczyć kroków na leżąco, ale każdy brzeg był pi razy drzwi w tej samej odległości ode mnie.

- I co teraz? - Krzyknął Baleron.

- A teraz krzycz - odpowiedziałem, ostrożnie wstając na nogi.

- No ale ona wtedy przyjdzie.

- I o to chodzi. Zobaczy mnie na środku stawu i wbiegnie za mną na taflę. Ta nie wytrzymując jej ciężaru pęknie i Marzanna wpadnie pod lód.

- Pomysł świetny, ale powiedz mi jedno... Nie lepiej by było jakbyś stanął tutaj ze mną? Przecież jak ona wpadnie do wody to ty razem z nią.

I kurwa mnie olśniło. Ten pieprzony bysio miał racje.

- I nie mogłeś mi o tym powiedzieć wcześniej. - Zapytałem jednocześnie padając na glebę... tfu... na taflę i czym prędzej pokierowałem się w Konrada stronę.

Było jednak za późno, bo kiedy ja byłem tak z grubsza w połowie dystansu dzielącego mnie od lądu, Śmiertka wbiegła za mną na lód.

Gnałem na złamanie karku – o ile można nazwać gnaniem pełzanie po lodzie. Marzanna szybko skracała dzielącą nas odległość.

W jednej trzeciej drogi lód zaskrzypiał złowrogo. Pierwsze pajęczynowate pęknięcia pojawiły się pod jej nogami, ale nie zwalniała. Ja sunąłem po lodzie jak mors z nadwagą, nie przesuwając się względem ścigającej mnie zagłady właściwie w ogóle.

Kolejny trzask, a po nim chrupnięcie. Boginka wpadła jedną nogą w wodę, ale udało jej się utrzymać równowagę i gonić dalej.

Dzieliło nas już jakieś dwanaście kroków. Zdesperowany i pod naporem Balerona, wrzeszczącego z brzegu, żebym się ruszał, wstałem w końcu i też zacząłem biec.

Jeden krok.

Drugi krok.

Trzeci krok.

I nagłe przeszywające, zapierające dech i przyprawiające o zapaść zimno oblało moje ciało. Ból, który odczuła chyba każda komórka mojego ciała prawie mnie sparaliżowała.

Otworzyłem oczy i poza bezbrzeżnie ciemną czernią nie widziałem nic. Tkwiąc w tej bezdennej czeluści, poczułem grunt pod nogami i odruchowo wstałem. Wynurzywszy się zaczerpnąłem powietrza od razu się nim dławiąc.

Po chwili zorientowałem się, że stoję ledwo po pas w wodzi i zaraz zacząłem tego potwornie żałować, bo wiatr, którego do tej pory nie odczuwałem, a który w rzeczywistości cały czas wiał, przeszywał na wskroś. Kucnąłem bezmyślnie i woda, która nie miała więcej niż ze cztery stopnie, okazała się być zbawienna. Co prawda była zimna jak moja babka na cmentarzu, ale jednocześnie zdawała się być teraz jakby cieplejsza niż jeszcze przed paroma sekundami.

Odwróciłem się i...

Marzanna po pas w wodzie niczym lodołamacz zmierzała w moim kierunku. Błękitny blask jej oczu mroził krew w żyłach. Próbowałem wstać i uciekać, ale zimno odłączyło mi czucie w kończynach. Mogłem tylko czekać na ostateczność.

Zamknąłem oczy, widząc, że za dwa kroki śmierć po mnie przyjdzie.

Wtedy usłyszałem plusk, a potem szamotaninę. Kilka jęków, stękanie i obijające się o siebie kawałki rozbitego lodu.

Otworzyłem oczy z niewyobrażalnym wysiłkiem i o ile mój wzrok jeszcze faktycznie dobrze wizualizował moje przedpole, widziałem Balerona trzymającego kogoś pod wodą. Potem pamiętam już tylko czerń i dwa lśniące błękitne punkciki, które powoli, miarowo bledły w ciemności, aż w końcu zgasły, a wraz z nimi ja.

 

***

 

Obudziłem się, leżąc nago na brzegu. Było mi przyjemnie i ciepło, i dopiero po chwili spostrzegłem, że jestem też suchy. Odwróciłem się i wtuliłem policzek w miękkie źródło tego boskiego ciepła. Leżałem tak chwilę i... Wtedy coś mnie uderzyło. Zerwałem się usiadłszy i rozejrzałem się dookoła. Trawa, kwiaty, naga młoda dziewczyna.

Co?

“Nie bój się.” Usłyszałem śpiewny głos w mojej głowie. “Połóż się jeszcze. Zmarzłeś na kość. Ogrzeję cię.”

Dziewczyna chwyciła mnie za ramię i delikatnie, bez przymusu pociągnęła mnie do siebie. Objęła mnie z czułością i wtuliła w swoją pierś. Pachniała wiosną. A ja poczułem się jak w niebie.

- Czy ja umarłem?

Cichutki chichot dziewczyny zakołysał jej małymi, sztywnymi piersiątkami.

“Głuptas... Żyjesz Januszu. Wyciągnęłam cię ledwo żywego z wody i tchnęłam w ciebie życie.”

- Kim jesteś?

“Jestem siostrą tej, którą utopiliście”

I teraz już było wszystko jasne. Uratowała mnie sama Dziewanna, bogini wiosny i życia.

- Właśnie, a co z Baleronem? - zapytałem przypomniawszy sobie, że nigdzie go nie zauważałem.

“Wy ludzie jesteście naprawdę dziwni. Ryzykujecie życie, nie bacząc na swoje własne.”

- Zgadza się, ale tylko dla prawdziwie bliskich nam osób jesteśmy w stanie się tak poświęcić. Uwierz mi pani, gdyby był tutaj kto inny, zamiast niego. Pewnie skończyłbym jak bryła lodu na dnie tego stawu.

“Wierzę ci... A twój przyjaciel pobiegł po pomoc. Nie frasuj się nim, jest cały i zdrowy. Dlatego przytul się i nie trać ciepła.”

 

***

 

Baleron przybył parę chwil później i przyprowadził ze sobą Babkę. Ta ujrzawszy leżącą obok mnie boginkę, padła szybko na kolana i zaczęła coś mamrotać pod nosem.

Dziewanna uśmiechnęła się serdecznie i uniosła się na nogi. Dopiero teraz zauważyłem, że w jej długie włosy koloru słomy, powplatane są kwiaty. Boginka podeszła do staruszki i gestem nakazała jej wstać.

Babka opierała się chwilowo, ale wstała w końcu, pozostając jednak w lekkim ukłonie. Boginka położyła jej rękę na głowie i chyba coś jej powiedziała - nie wiem używała telepatii, co prawda znam się na tym, ale wejście w głowę człowieka, to co innego niż bóstwa. W każdym razie, twarz babki wyraźnie pojaśniała.

Tym czasem Dziewanna spojrzała na zachodzący księży i odwróciwszy się do nas przekazała nam telepatycznie jeszcze jedną wiadomość.

“Bywajcie zatem... I uważaj na siebie moje dziecko.” - To ostatnie powiedziała patrząc na mnie.

Patrzyłem jak powoli się oddala i w tym momencie sobie przypomniałem. No w końcu to pani wiosny, lasu i życia, więc może zechce mi pomóc w jeszcze jednej sprawie.

- Zaczekaj Pani...! - Krzyknąłem. – Mógłbym mieć jeszcze jedną prośbę.

Dziewanna zatrzymała się, a ja do niej podbiegłem.

 

***

 

Zanim doszliśmy do chatki Babki, śniegu już prawie nie było. I całe szczęście, bo Baleron przyniósł mi tylko koc do okrycia, więc z racji tego, że moje ciuchy były całe mokre, szedłem odziany jedynie w sam pled.

Na miejscu Babka jakimiś jej pradawnymi sposobami spowodowała, że ubranie wyschło, co nawet mnie cieszyło, bo powoli zaczynało mnie już irytować to jej wieczne podszczypywanie mnie po pośladkach.

Kiedy się już ubrałem, zabraliśmy się do przygotowywania lekarstwa dla Kubusia, bo dzięki uprzejmości mojej nowej znajomej boginki wiosny, zdobyłem ostatni potrzebny nam składnik do receptury. Świerzy, młody rumianek.

Po prosty zapytałem Dziewanna, czy skoro jest panią życia, nie mogłaby dla mnie tak przyspieszyć delikatnie czasu i sprawić, żeby potrzebne mi zioło wyrosło - tak teraz na przykład. Boginka uśmiechnęła się tylko i przesunęła ręką nad ziemią, a po paru uderzeniach mojego, cały czas bijącego jak szalone serca, z miejsca, nad którym boginka przejechała ręką wyrósł krzaczek rumianku.

I tak o to, po około kwadransie miałem już potrzebne mi lekarstwo.

 

***

 

Kiedy wróciłem do domu, już prawie świtało. Zaszedłem do sypialni synka, a on spał w najlepsze. Ucałowałem go i chciałem już wychodzić, ale w drzwiach stanęła Jowita.

- Mam lekarstwo dla Kubusia. - Pokazałem jej buteleczkę.

- Nie potrzebne...! Już mu przeszło.

 

Koniec.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania