Leon Muzg i jego nanoroboty

Zawsze chciałem pracować u Leona Muzga. Dzisiaj moje marzenie mogło się ziścić. Po wielu bezowocnych staraniach, wielokrotnych wysyłkach wypasionych CV, dostałem w końcu zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną do siedziby firmy przy ulicy Matki Boskiej Bolesnej 13. Wszyscy wiedzą, że Leon Muzg to guru biznesu i niezwykły wizjoner. Praca dla niego to wielki zaszczyt i wyróżnienie. Idąc na rozmowę kwalifikacyjną wymyty, wyszorowany, wypachniony jak nigdy, przypominałem sobie kolejne stopnie kariery Muzga, po których stąpał budując potęgę swojej firmy.

Leon Muzg postanowił stworzyć superinteligentne nanoroboty, będące remedium na wszelkie problemy trawiące współczesny świat. Nanoroboty miały umieć wniknąć w nasze organizmy, wyleczyć każdą chorobę, ale przede wszystkim zapobiegać pojawieniu się jakiegokolwiek problemu ze zdrowiem. Miały penetrować potencjalnie zagrożone komórki i naprawiać je "od środka". Ale to jeszcze nic! Nanoroboty miały również umieć łączyć się w dowolny obiekt według potrzeb użytkującego go człowieka. Czyli, na przykład, z milionów nanorobotów, jak z mikroskopijnych klocków Lego, w mgnieniu oka miał powstać samochód, którym Kowalski mógłby dojechać do pracy, po czym pojazd rozpadałby się z powrotem w chmurę niewidzialnych gołym okiem luźnych nanorobotów, tak aby nie zajmować cennego miejsca na parkowanie. W przyszłym świecie wszystko co potrzebne do przetrwania człowieka miało być zbudowane z uniwersalnych niezwykle inteligentnych i niezwykle małych modułów. Każda lodówka, młynek do kawy, telewizor, krzesło, żarówka, szczotka do włosów, zegarek, telefon, materac, okno, lusterko, farba, klej, kredki, szklanki i sanki, dywany i parawany - wszystko miało być "nano" i nie musiało być już produkowane. Po prostu powstawałoby "z niczego" w wyniku połączenia się niezliczonej masy mądrych cząstek.

Taki był ambitny zamysł wizjonera Leona Muzga. Skuszony tymi wizjami rząd i prywatny biznes zasilili projekt tłustymi grantami. Kluczowym elementem była miniaturyzacja hardware'u i nasycenie go maksymalną inteligencją, tak aby moduł nano był w stanie zrobić wszystko, co możliwie i był ograniczony jedynie prawami fizyki świata, w którym żyjemy.

Najpierw Leon Muzg stworzył procesor kwarkowy. Komputer z kwarkowym rdzeniem był już naprawdę mały, mocny, szybki i bardzo bystry. Miał rozmiar ziarnka maku i mógł prowadzić symultanicznie milion partii szachów z milionem arcymistrzów szachowych i wszystkie wygrać. Potrafił napisać dobrą książkę, skomponować symfonię, albo wyprodukować film metodą "pixel po pixelu" nieodróżnialny od tradycyjnego kręconego przy użyciu kamery. Te skomplikowane czynności zajmowały mu mniej niż sekundę. Ale to wszystko było mało. Nanoroboty potrzebowały jeszcze bardziej zminiaturyzowanej i jeszcze bystrzejszej jednostki operacyjnej.

Przełomem okazało się odkrycie naukowców zatrudnionych u Muzga - Arkadiusza Blumenkopfa i Marka Kosherblatta. Arkadiusz Blumenkopf odkrył, że kwarki wcale nie są cząstkami elementarnymi i składają się z milionów mniejszych cząstek. Te cząstki nazwano na cześć uczonego "arkami". Potem drugi uczony Marek Kosherblatt wykazał, że "arki" również nie są najmniejszymi "cegiełkami" z jakich zbudowany jest świat. Jeden "arek" składa się z milionów mniejszych cząsteczek. Te bardzo już malutkie cząsteczki nazwano "markami" od imienia ich odkrywcy.

Mając taki budulec Leon Muzg stworzył wreszcie komputer na miarę oczekiwań, taki który mógłby zostać użyty przy produkcji nanorobotów. Komputer z procesorem zbudowanym z wykorzystaniem "marków" - najmniejszych cząsteczek na świecie. Markowy komputer.

Markowy komputer miał wielkość retikulum endoplazmatycznego w komórce i stał się jednostką operacyjną i sterującą wszystkimi procesami pojedynczego nanorobota.

Równolegle do prac nad miniaturyzacją hardware'u toczyły się prace nad inteligentnym programem, który sprostałby wszelkim zadaniom postawionym nanorobotom. Tylko samoucząca się sztuczna inteligencja była w stanie tego dokonać.

Sztuczną inteligencję stworzoną w laboratoriach Muzga nazwano "Eliszewa".

Początki były obiecujące. W ramach eksperymentu wyhodowano inteligentny ryż. Ryż ten nie dał się zjeść ponieważ uciekał z talerza na nibynóżkach stworzonych naprędce przez nanoroboty. Te nibynóżki niby były tylko niby ale pozwalały ziarenkom ryżu na uniknięcie pożarcia, czyli śmierci. Inteligencja uruchomiła w nich instynkt samozachowawczy.

Ale potem zaczęły się schody. Okazało się, że aby nanoroboty były w stanie wykonać wszelkie nałożone na nie zadania, czyli leczyć ludzi, zapobiegać zawałom, nowotworom, zaparciom, refluksom itp. a także budować z siebie moduły użytkowe typu samochód, pralka, lodówka muszą być naprawdę BARDZO inteligentne. Więc faszerowano je mądrością jak przeznaczone na stłuszczoną wątrobę kaczki paszą. Ale wtedy te genializowane, dopieszczane rozumem sztuczne twory, przekroczywszy niewidzialny próg zmądrzenia zaprzestawały jakiejkolwiek działalności i zaczynały się zaciekle onanizować.

Przeciwnicy Leona Muzga nazwali je złośliwie onanorobotami.

Oczywiście stworzenie za miliony dolarów państwowych dotacji nanorobotów, które zamiast pracować poddają się ciągłej masturbacji, nie było celem wielkiego wizjonera. Ale Leon Muzg nie złożył broni. Za następne szczodre dotacje stworzył nowy instytut w swoim holdingu, który miał zająć się wyważonym odgenialnieniem, czyli kretynizacją (stupidyzacją) nadmiernie inteligentnych nanorobotów. Instytut nazywano potocznie "Stupidomem" i właśnie tam kierowałem swoje kroki w celu podjęcia pracy.

 

Kiedy wszedłem do nowoczesnego budynku pełnego włoskich marmurów, lśniących mosiądzem poręczy i wielkich przeszkleń, ze zdziwieniem stwierdziłem, że panuje w nim niezbyt przyjemny zapach. Szczególnie przechodząc koło toalet wyczuwało się słodkawy zaduch...

Czyżby zapomnieli posprzątać? Albo może jakąś awarię kanalizacji mają? Tak myślałem idąc w stronę działu HR.

 

Rekruter wyszczerzył zęby na powitanie. Od biedy mogłem uznać, że uśmiecha się do mnie przyjaźnie.

Usiadłem i po chwili small talku, zacząłem prezentację swoich atutów - informatyka, robotyka, fizyka, cybernetyka w małym palcu, język angielski, niemiecki, francuski perfekt, hiszpański i japoński dobry, dyspozycyjność, punktualność itp. itd.

- A jak u pana z refleksem? - zapytał rekruter.

- Chyba dobrze - odparłem. - W razie nagłego problemu z systemem informatycznym, jakiejś usterki w działaniu bazy danych, myślę, że byłbym w stanie szybko zareagować.

- Chodzi mi raczej o pana zdolności manualne.

- S...słucham?

- Pytam, czy ma pan refleks.

- A jakie to ma znaczenie? Nie wiem. Chyba mam. Grałem kiedyś w ping ponga.

- To ma kolosalne znaczenie - powiedział rekruter i wyszczerzył się ponownie.

- Nie zatrudnicie mnie przecież do łapania pcheł - zażartowałem.

- Ależ oczywiście, że nie! Ale jest pan blisko. Niech pan powie. Tak teoretycznie. Ma pan refleks? Potrafiłby pan złapać pchłę. Albo muchę?

- S...słucham?

- Czy umiałby pan złapać muchę?

- Nie wiem. Dawno nie łapałem much. U mnie w domu nie ma much.

- A u nas są.

- Jakoś sobie poradzę. Mogę zawiesić w ostateczności lep przy moim stanowisku pracy.

- Jakim stanowisku?

- No... w biurze. Przy komputerze. Tam gdzie będę pracował.

Rekruter przestał szczerzyć zęby.

- Chyba się nie zrozumieliśmy - powiedział.

- Jak to? Czy nie szukacie dobrego informatyka ze znajomością języków obcych?

- Szukamy.

- No to chyba będę miał jakieś biurko chyba? I jakiś komputer?

- Szukamy informatyka ze znajomością języków do łapania much. W związku z wprowadzeniem oszczędności przez prezesa instytutu, pojawiły się muchy.

- Jakich oszczędności?

- Wody. Nie spuszczamy po sobie wody w ubikacji. Spuszczamy raz dziennie, po zakończeniu zmiany. No chyba, że się przepełni. Wtedy piszemy podanie do prezesa z prośbą o wyrażenie zgody na dodatkowe spuszczenie wody. Największy problem robi się jak prezesa nie ma w pracy. Na telefon nie można. Musi być prośba na piśmie.

- Teraz rozumiem skąd ten przykry zapach na korytarzu - powiedziałem.

- Szczególnie w pobliżu toalet, prawda? - rekruter znowu się wyszczerzył. - No więc jak? Bierze pan tę robotę? Płacimy dobrze. Nie powie pan, że nie.

- Ale po co wam informatyk do łapania much?

Rekruter podrapał się za uchem.

- Za informatyka dostajemy od państwa zwrot jego wynagrodzenia i dodatkową dotację na rozwój badań nad nanorobotami.

- I nie potrzebujecie informatyków do zajmowania się tymi badaniami?

- Już ich mamy. Nawet w nadmiarze. Między nami powiem, że prace utknęły w martwym punkcie. Nie da się zbalansować nanorobotów intelektualnie. Albo są tak bystre, że mogą wszystko ale nie mają ochoty kiwnąć palcem. Albo tak głupie, że ochotę mają ale brak im możliwości. Nie potrafimy wypośrodkować. Albo są za mądre albo za głupie.

Chwilę milczeliśmy. Rekruter wygrzebał sobie grudkę miodu z ucha.

- A dlaczego się tak zaciekle onanizują? - zapytałem. - Czy nie powinny, skoro są takie mądre, roztrząsać zagadki bytu, dumać nad tajemnicą istnienia?

- Może nie muszą? Skoro są tak super mądre, wiedzą wszystko. Może dlatego się onanizują. Z nudów.

Zamyśliłem się ponuro nad tym co usłyszałem. Zamiast pracy w wyuczonym zawodzie, łapanie much... Ale z drugiej strony. Kasa się zgadza. Płacą tyle samo, co innym za pracę biurową. Więc właściwie, dlaczego nie?

- Czy mogę rozwiesić lepy na muchy?

- To zabronione. Po pierwsze - koszty, po drugie - nieestetyczne.

- A packa? Mogę użyć packi?

- Packi może pan użyć pod warunkiem, że przyniesie ją pan ze sobą.

- Nie zapewniacie nawet packi?

- Koszty. Nikt nam nie zwróci za packę. Poza tym, to jest taki nasz wewnętrzny test lojalnościowy. Jeśli naprawdę zależy panu na tej pracy, zainwestuje pan parę złotych w packę.

- A co dalej z ideą nanorobotów?

- Nic. Dopóki będą dotacje będziemy miniaturyzować i genializować. A Stupidom będzie wymyślał kolejne stupidatory. Nasz szef ma nową koncepcję, na bazie badań nad nanorobotami, chce stworzyć syntetycznego boga. Twierdzi, że dalsze miniaturyzowanie i genializacja doprowadzi w granicy do powstania istoty bezcielesnej i totalnie genialnej, czyli wszechmogącej. Czyli boga. Nie ma co mówić, ambitne plany ma nasz szef.

Popatrzyłem na rekrutera, który znowu szczerzył się w uśmiechu.

- Kiedy mogę zacząć pracę? - zapytałem.

- Jutro o szóstej. Tylko niech pan nie zapomni packi.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Piotrek71 4 dni temu
    Bardzo dobre opowiadanie. 5/5
  • skandal 4 dni temu
    Dzięki
  • Szpilka 3 dni temu
    Czy to jest mój ulubiony Elon Musk w krzywym zwierciadle? Zmyślne i napisane z polotem 😉
  • skandal 3 dni temu
    Dzięki. Tak to on :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania