Leżę, obleczona w Twoje ciało

Leżę, obleczona w Twoje ciało. Twój strach, jeśli takowy posiadasz. Biorąc życie za rogi. Za niepoznania Twoich mięśni, ścięgien, nerwów i skóry. Twoich palców wypisujących dziś wiadomość kierowaną do innej. Mogę to znieść, przepracować, idąc i współodczuwając sama ze sobą. Mogę być znów dziś na szczycie poznania. Pojednania się z tą cząstką mnie którą na chwilę zaledwie oddałam w Twoje ręce. Gdzieś ona broczy, gdzieś ucieka z pokazującą mi swoją twarzą. Jakby chciała widzieć i być widzianą. Ta twarz stworzona z mojej mentalności trzymanej choć trochę przez obce, bo Twoje ręce. Tak jak chciałeś zacisnąć na niej dłonie, jak chciałeś uderzyć. Nie z tępej agresji, bezmyślnego sadyzmu lecz z podkręcenia emocji, treści.

 

Z tej tworzonej się we mnie teraz uległości, opadania na kolana. Gdzie nogi nie potrafią utrzymać mojego ciężaru. Nagle bywam za ciężka. Jednocześnie czuję się lekka jak piórko. To pomieszanie stanu odczuwania. Dwie skrajności które w punkcie w którym jestem łączą się w jedno. I nic nie może tego zburzyć, załamać, zabetonować. Przed Twoim obliczem staję się kimś na kształt silnej nieporadności. Chciałoby się objąć jakoś Twój tors i ma się do tego skłonności, delikatne, kobiece palce, ale moje ręce potykają się nawet o powietrze. Nie mogę ich skontrolować. Ujarzmić tej chęci objęcia Cię. Mimo iż to niemożliwe, moja głowa najzwyczajniej tego nie rozumie. Chce jak najczęściej karmić się Tobą. Twoją celną wypowiedzią. Taką w sam punkt. Potrafisz to robić. Bez fizycznego fundamentu, tylko w głowie pustoszyć najwierniejsze kopie mojej uległości. Potrafisz wprowadzać mnie w drgania. Ukłucia na klatce piersiowej i zalewającą falę przyjemnego doznania.

 

Teraz już jest chłodno. Radzę sobie z tym. Tłumaczę sama sobie, że nie ma takich rąk któreby zwojowały i pokonały. Ani nie ma tak skradzionych myśli któreby nie wyprostowały się na drodze teraźniejszej i popędziły ze mną w przyszłość. Zimne powietrze dmucha mi w usta, nozdrza i oczy. Zwiastuje niezależność. Boli wolność od zniewolenia. Tak jak boli żywotność zza życia. Zwykły wskaźnik spędzanych z oczu łez, które kiedyś wylewały je doraźnie. Nic ponad to jak wrażliwość reaguje na istnienie.

 

Powlec Cię białą szatą, suchą, jasną, dzienną. Oddać Ci wszystko to co masz z Boga. Siłę, która skruszyła mnie. Dziś tylko trwam w tym morzu. Oznajmiając, że po raz kolejny zostałam na samym środku. Bez możliwości dopłynięcia do brzegu. Zatem będę tonąć, nie raz, upuszczając słowa na ziemię, pod same dno.

Średnia ocena: 1.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania