Lilou
Po raz wtóry
bum, jak neon w głowie,
poczuł się głupcem,
więc postanowił być nim do końca,
świętym idiotą na etacie życia,
bez umowy, bez jutra,
z kieszeniami pełnymi powietrza.
„Bez mienia, mienia żenili”
mruknął jak modlitwę zasłyszaną w barze o piątej rano,
i ręka sama poszła po Danielsa,
czarnego proroka w szklanej trumnie.
Gruby przemysłowiec tuż obok,
człowiek złożony z faktur i potu
zamarł, oczy miał jak monety wrzucone do studni,
strach i otumanienie,
kapitalizm na krótkiej smyczy.
Łyk był długi,
jak nocna autostrada bez zjazdów,
a potem ruch,
ciało w rytmie bebopu,
roztrącał kelnerów jak przecinki w zdaniu,
którego nikt nie chciał dokończyć.
Szedł do Lilou.
Zawsze się do kogoś idzie,
nawet jeśli to tylko imię
unoszące nad parkietem.
Myślał o zamieci, co rysuje zmarszczki
w strukturze jej białej bluzki
jakby świat chciał coś dopowiedzieć,
ale zabrakło mu tchu.
Szedł dalej,
idiota z wyboru,
wolny jak błąd,
którego nikt nie próbuje poprawić.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania